środa, 29 grudnia 2010

O pochówku katolickim na drastycznym przypadku

Pozostańmy w podobnych klimatach, jak przy dwu ostatnich wpisach. Oto 16 grudnia br. zmarł Tomasz Dziubiński, zwany też niekiedy "Dziubą" lub "Tomaszem Dz.", wieloletni "manager" m.in. Kata; założyciel i właściciel wytwórni Metal Mind Records, zajmującej się dystrybucją muzyki metalowej i organizacją koncertów.



Polska poznała Dziubę w lutym 2004 r. przy okazji skandalu z koncertem satanistycznej norweskiej grupy Gorgoroth. Na scenie poza pomalowanymi na dziko pedałami (to nie żadna obraza, tylko stwierdzenie faktu odnoszącego się do niejakiego Gaahla) i feerją symboli satanistycznych mieliśmy jeszcze nagie "modelki" na krzyżach, poużynane świńskie i owcze łby oraz sztuczną krew. Dziuba nagrywał to całe widowisko na potrzeby DVD, które ukazało się pod tytułem "Black Mass Krakow 2004". Filmujący imprezę operatorzy kamer okazali się nieeuropejscy i pozwali Dziubę o obrazę uczuć religijnych. Typ nie przyznał się do winy, ale w 3 lata później został skazany przez sąd na karę 10 000 zł grzywny i obciążony kosztami sądowemi. Twierdził, że ostateczny projekt scenografji otrzymał od zespołu i nie miał możliwości jego zmiany. Ale przecież nikt mu nie przykładał pistoletu do głowy nakazując organizować ten "koncert". Poza tem, połowa sceny black metalowej ma identyczne pomysły i nie trzeba specjalnie bystrego intelektu, by przewidzieć, co będzie tłem występu. W rzeczy samej, każdy koncert grup black metalowych mógłby być odwoływany z uwagi na analogiczne przepisy prawa.

Tymczasem, W kilka dni po śmierci Tomasza Dz. można było przeczytać na stronie Metal Mind:

http://metalmind.pl/index.php?dzial=newsy&more=3026


Ceremonia pogrzebowa Ś.P. Tomasza Dziubińskiego

Uroczystości pogrzebowe odbędą się w najbliższy czwartek, 23 grudnia. O godz. 11.00 ma miejsce msza święta w Katedrze Chrystusa Króla przy ul. Powstańców w Katowicach. Pogrzeb rozpocznie się o godz. 12.00 na cmentarzu przy ul. Francuskiej.




Czytałem ten wpis z niedowierzaniem. Sam na wieść o śmierci Dziuby pomodliłem się za jego duszę i o to samo proszę czytelników niniejszego wpisu. Nie wszystko, co Dziubiński organizował i promował było chłamem czy dziełem wychwalającym szatana. Wręcz przeciwnie, znalazłoby się sporo dobrej i godziwej rozrywki, jaką dostarczył na polską pustynię kulturalną.

Ale oto umiera bez znaku publicznej skruchy facet, który jest jedną z maksymalnie 5 osób w Polsce skazanych za obrazę uczuć chrześcijan i żadnemu urzedasowi się nie chce w kurji katowickiej czterech liter z krzesła ruszyć, by wyjaśnić to i owo oraz nie ośmieszyć instytucji, dla której pracuje. Jeśli Dziuba nawrócił się przed śmiercią, to pięknie, ale powinno się to powiązać z publicznie dostępnem oświadczeniem z przeprosinami choćby za koncert Gorgoroth i wycofaniem się Metal Mindu z dystrybucji produktów antychrześcijańskich.

Zgoda na katolicki pogrzeb takiej osoby jak Zmarły nie jest niestety tryumfem krzyża - znaku, który Tomasz Dz. wielokroć pozwalał znieważać, by mieć z tego swoje 3 grosze.



Wasza Ekscelencjo,
Xięże Arcybiskupie Damianie,
chyba najwyższa pora podnieść się z tego pięknego krzesła i przejść po najbliższej okolicy katedry. Kanony 1184 i 1185 KPK 1983 powinny obowiązywać także w archidiecezji katowickiej.

niedziela, 26 grudnia 2010

"Oddech wymarłych światów"

Na tydzień przed Bożem Narodzeniem poszła po Polsce informacja, że w podwarszawskim Otwocku prezydent miasta zabronił występu zespołowi byłego wokalisty Kata pn. "Kat i Roman Kostrzewski". Weterani sceny thrashmetalowej mieli zagrać w miejscowym domu kultury. Czy słusznie im tego zakazano ?

Nie znam bardzo istotnego aspektu koncertu - czy Kaci mieli wynajmować salę na zasadach komercyjnych czy też odwrotnie, mieli być sprowadzeni do ośrodka jako gwiazda i dostać za to wynagrodzenie i zwrot kosztów podróży. Jeśli zaistniała druga alternatywa, to sprawa jest teoretycznie jasna: prezydent Otwocka Zbigniew Szczepaniak odpowiada za wydawanie grosza publicznego i ma prawo nie wydawać go na bzdury. Oczywiście byłoby dobrze, żeby postępował konsekwentnie i zgodnie z tą zasadą redukował wszystkie niekonieczne wydatki miejsce. Zebrałoby się tego przynajmniej z pół budżetu ... A skoro tak nie czyni, to traci nieco prawa do banowania Kostrzewskiego z przyczyn finansowych. Powinien więc raczej pojechać po premji dyrektorowi domu kultury, obniżając ją o koszt koncertu Katów. Jestem przekonany, że pracownik zapamiętałby tę nauczkę na długi czas.



Jeśli zaś mieliśmy do czynienia z próbą cenzury z uwagi na satanistyczne inklinacje Kata, to sprawa też nie jest dla mnie tak jasna. Nie dlatego, że brzydzę się cenzurą. Nic z tych rzeczy; uważam ją za uprawnione narzędzie, które może być stosowane przez władze z przyczyn światopoglądowych, obyczajowych czy politycznych. Jednak do Katów zastosowałbym je dopiero wtedy, gdybym miał racjonalne przekonanie, że będzie to narzędzie skuteczne.

Na ile znam polską scenę metalową (a poznaję ją od ... ok. 20 lat) nowy Kat Romka Kostrzewskiego stanowi bardzo niewielkie zagrożenie dla kogokolwiek. Dlaczego ? Bo jest niezbyt popularny i niezbyt kreatywny. Jest dziś "Oddechem wymarłych światów", że nawiążę do tytułu klasycznej płyty Kostrzewskiego i jego ówczesnych kolegów z kapeli. Zliczając ze strony zespołu znalazłem informację, że grupa daje rocznie nie więcej niż 20 koncertów odbywających się w przedewszystkiem w niewielkich klubach i salach. Na tle innych, aktualnie bardziej popularnych zespołów z tej niszy (Behemoth, Vader) zespół ten raczej nie szokuje, zaś jego teksty są raczej antyklerykalne niż stricte bluźniercze (inaczej niż u wyżej wymienionych). Są też czystą grafomanją, której nikt nie bierze na poważnie! Słowem, Kat & Kostrzewski jest przeciwnikiem bardzo słabym - nie bardzo można mu zaszkodzić. Nie bardzo warto mu zaszkodzić.

Ale to równocześnie oznacza, że łatwo można mu pomódz poprzez nieodpowiedzialne protesty !! Tak się składa, że ów Kat wydaje właśnie "debiutancką" płytę i będzie wdzięczny za każdą formę promocji. Póki zakazy występowania są jedynie lokalne (a zakaz ogólnokrajowy mógłby być wprowadzony jedynie poprzez ustawę dopuszczającą cenzurę), taki Kat powinien całować po rękach prezydentów miast zakazujących mu koncertów. Bowiem z każdego zakazu wychodzi kilka tekstów i innych materjałów prasowych, dzięki którym zapomniane słusznie i powszechnie ramole stają się znane młodszym pokoleniom spijaczy antykościelnych pożywek.

Zauważmy też drugą stronę sprzeczności. Prezydent miasta myśli lokalnie. Dla niego sprawa ryzyka ogólnokrajowego wzrostu popularności Katów jest nieistotna, bowiem podejmując decyzję o zakazaniu koncertu kieruje się w znacznie większym stopniu jej przełożeniem na własne relacje z rozmaitymi interesarjuszami ze swojego miasta. Bierzmy raczej przykład z naszych przeciwników. W takiej "Gazecie Wyborczej" części książek, artykółów czy innych dzieł po prostu się nie omawia. Nie krytykuje się ich, bowiem to byłoby już pewną formą reklamy. "Przemilczanie rzeczy ważnych to hołd dla ich ważności" - powiedział kiedyś nie bez racji śp. Stefan Kisielewski.

Środowiska katolickie rozważające poparcie inicjatywy p. Szczepaniaka powinny to wszystko przemyśleć. Bowiem o ile rewolucja może działać w sposób chaotyczny (czy może działać w sposób uporządkowany ? - nie jestem przekonany), to kontrrewolucja nie powinna. Przywitałbym ze znacznie większem zadowoleniem np. wystosowanie postulatu do tak dużej sieci jak Empik, by wycofała się ze sprzedaży bluźnierczych pseudoartystów. Taka akcja mogłaby mieć jakieś przełożenie finansowe, ewentualnie mogłaby zaowocować powołaniem jakiejś konkurencyjnej sieci sprzedaży mediów i rozrywki. W przypadku awantury o Kata, zyskać na niej mogą tylko 2 podmioty: prezydent Szczepaniak osobiście i ... zespół Romana Kostrzewskiego.

Jeśli za 2-3 lata ten Kat będzie zbierał choćby po 500 osób na swoich koncertach, to w podziękowaniach na następnym albumie powinien umieścić na 1. miejscu p. Szczepaniaka i jego ewentualnych naśladowców. Mam nadzieję, że przekonałem Państwa do swego zdania. Jeśli nie, zapraszam do dyskusji.

sobota, 25 grudnia 2010

Kardynał Nycz - pierwsza próba

W liście Jego Eminencji Kazimierza kardynała Nycza skierowanym z okazji Bożego Narodzenia 2010 do wiernych z archidiecezji warszawskiej możemy przeczytać m.in. :

Jestem świadom nałożonej na mnie odpowiedzialności. Przypominam mi o niej czerwony kolor kardynalskich szat, który w Kościele wyraża także gotowość poniesienia ofiary w obronie Chrystusowej Prawdy tak, jak dał tego przykład błogosławiony ksiądz Jerzy. Z głębi serca proszę o modlitwę za cały Kościół warszawski. Proszę Was również o modlitwę za mnie, abym potrafił dawać świadectwo aż do męczeństwa, gdyby zaszła taka potrzeba.


Słysząc te piękne i mądre słowa nie mogłem nie skonfrontować ich z informacją o zapowiadanym na 27 XII koncercie Chicka Corea, który ma się odbyć w Archikatedrze Warszawskiej. W tej samej świątyni, w której dziś miało miejsce dziękczynienie za kardynalską nominację Metropolity Nycza jest organizowana komercyjna impreza, za udział w której trzeba zapłacić 50 zł. Występ ten będzie miał świecki charakter i nawet jeśli muzyk wykona jedną lub dwie improwizacje na kanwie kolęd, impreza złamie Instrukcję Kongregacji Kultu Bożego (1987) „O koncertach w kościołach” choćby w pkt 10c. Winnymi tego stanu rzeczy będą: proboszcz parafji katedralnej x. Bogdan Bartołd oraz kardynał Nycz, którego rzecznik popisał się w tej sprawie skandalicznem i aroganckiem oświadczeniem:

W związku z planowanym na 27 grudnia br. koncertem w Archikatedrze Warszawskiej wybitnego pianisty jazzowego Chicka Corea pragniemy poinformować, że program koncertu będzie dostosowany do treści okresu liturgicznego Bożego Narodzenia i muzyka nie naruszy sacrum miejsca jakim jest archikatedra.

Istotą muzyki jazzowej jest improwizacja, która umożliwi muzykowi wykorzystanie motywów zaczerpniętych z muzyki polskiej, w tym szczególnie kolęd polskich.

Wszystkim uczestnikom życzymy wielu dobrych przeżyć związanych z koncertem.

Ks. prałat Rafał Markowski
Rzecznik Archidiecezji Warszawskiej


Pozostały jeszcze dwa dnie. Wciąż mam nadzieję, że słowa wyrażone w zacytowanym powyżej liście Xiędza Kardynała Nycza nie okażą się pustosłowiem i odważy się on w tej drobnej sprawie dać świadectwo katolickiej wiary i stanąć w obronie Chrystusowej Prawdy. Czego jemu i nam wszystkim życzę na tegoroczne Boże Narodzenie. Amen.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Julian Green nt kryzysu posoborowia (1974 - 1975)



19 stycznia 1974 - Kłopocze mnie dziś od rana list tyleż długi co cierpki, który napisał do mnie pewien integrysta. Lawina zarzutów, na niektóre z nich zasłużyłem, ale nie na wszystkie. Napisałem, że liturgia to nie rzecz zasadnicza. To jedna z moich głównych nieścisłości, lecz inne teksty ukazują jasno to , że chodziło mi o język liturgii: o francuszczyznę, która zajęła miejsce łaciny. Mea culpa. Autor listu wytycza proces nowej mszy nazywając ją dwuznaczną, to znaczy tak skomponowaną, że potrafi zadowolić katolików nie drażniąc protestantów. Przykłady są tu niepokojące: Najświętsza Dziewica jest na modłę protestancką nazywana Maryją Dziewicą, a nie błogosławioną Maryją zawsze Dziewicą, nazwa, którą uświęciły stulecia. Teksty francuskie modlitw nie wskazują jak teksty łacińskie na boskość Chrystusa. Masoni powiedzieliby: "Mamy naszą mszę i naszego papieża, pierwsza obali drugiego". Oto, co pisze ktoś do mnie, relata refero. Przyszły mi na myśl słowa matki Johna Brodericka, którą również dręczy nowa liturgia: "Może to nie jest msza, jaką lubimy, ale mimo wszystko to msza".

8 lutego 1974 - Zdumiewające decyzje Rzymu pogłębią jeszcze, obawiam się, rów, który oddziela Kościół posoborowy od integrystów. Kapłan będzie miał ponoć prawo pytać spowiadającego się penitenta, czy płaci podatki. Jest w tym ingerencja, którą należałoby zakwestionować, nie sądzę jednak, żeby te decyzje wprowadzono w życie. Kościół skłania się coraz wyraźniej ku zagadnieniom socjalnym. Zgadzam się absolutnie z tym, żeby interesował się sprawami socjalnymi, ale nie w konfesjonałach. A zresztą i konfesjonałowi grozi niebezpieczeństwo. W kościele będzie mogła odbywać się spowiedź publiczna i kolektywna zarazem (jakże więc mglista...) Rozgrzeszenie będą dawać za jednym zamachem, wszystkim i każdemu z osobna. Otóż, zważywszy na istotę natury ludzkiej, u wielu katolików położy to kres spowiedzi indywidualnej. Będzie się wraz z tłumem przystępowało do komunii, łudząc się, że otrzymało się rozgrzeszenie formalne i wystarczające - jak u anglikanów. Ale to tylko jeden z aspektów wielkiego ześlizgu Kościoła w stronę protestantyzmu. Gdzie się znajdziemy za dziesięć lat?

25 lutego 1974 - Księża nowego Kościoła dają dyrektywy w odniesieniu do spowiedzi takiej, jaką pojmuje się w przypadku spowiedzi indywidualnej. Oto kilka próbek, które znajduję w Esperance et vie. W momencie "wielkiego prania", penitent ma się zastanowić: "Czy jestem... indywidualistą? Jak ustosunkowuję się... do ekonomiki podziału? Czy interesuję się zagadnieniami politycznymi? Czy zgadzam się angażować w reformy strukturalne? Czy słucham interpelacji Ewangelii?"


7 marca 1974 - Myli się jakaś pani pisząc do mnie z pretensjami, że jestem przeciwny Kościołowi obecnemu. Kościół, jak trwał, tak trwa. Jestem przeciwny aberracjom zbzikowanych klechów - precz z gitarami i jazzem u stóp ołtarzy. Niech mi nie wmawiają, że wariackie innowacje kleru, który stracił głowę i nie słucha już papieża, to działalność Ducha Świętego. Jasne czy nie?

23 stycznia 1975 - Dowiaduję się z jakiegoś periodyku, ze mnisi tradycjonaliści z opactwa benedyktynów z Fontgombault skapitulowali i porzucają dawną liturgię, która była dla nich "racją bytu", jak powiada autor. Dalej mówi o Dziewicy nigdzie nie nazywanej świętą, przymiotnik, który odróżnia katolików od protestantów, a jest jeszcze zdanko niby to neutralne: "Każde zebranie winno rozpoczynać sie modlitwą cichą, wspierana przez Ojcze Nasz. Można dorzucić, jeśli kto chce, Zdrowaś Maryjo". Jeśli kto chce, ale nie za głośno! Chodzi o zebrania grupy Wierność i Tolerancja. Bez komentarzy.

25 stycznia 1975 - We wczorajszym "Le Figaro" ojciec Bruckberger wystapił z ostra reprymenda przeciw episkopatowi oskarżając go, ze faworyzuje wszystko co pochodzi od świata polityki, i prześladuje tradycjonalistów. Są tam zdania, które nie pozostaną bez echa. Napyskował im z furia. Chce, żeby za wszelką cenę zachować mszę św. Piusa V, której Paweł VI nigdy nie obłożył interdyktem, interdykt to wymysł episkopatu.

29 stycznia 1975 - Jean Denoel opowiada mi o księżach katolickich, co w niektórych kościołach obyczajem anglikańskim wkładają na siebie tylko albę i stułę, piękne to, lecz protestanckie. Dlaczego? Widziałem to przed wojną 1914 roku w kościele amerykańskim przy avenue George V. Na te dziecięce naśladownictwa protestanci mogą tylko wzruszyć ramionami.

30 marca 1975 - W telewizji benedyktyn pyta dominikanina: "Czy brat wierzy w Boga?" Odpowiedź: "Nie odpowiadam na pytania, które są workami na wszelkie szpargały". Słowa te wywoła wymiana poglądów na temat osoby Chrystusa. Ojciec Bruckberger był w białym habicie, co dało efekt znacznie silniejszy od wielu frazesów, ale Bruckberger zasługuje zawsze na to, żeby go wysłuchać. Rabin powiedział, że to prymitywny błąd brać Jezusa za rewolucjonistę, ponieważ nie sądził On, żeby ład ustalony za Jego czasów miał przetrwać, miał zniknąć prawie niebawem, jeśli więc był rewolucjonistą, to duchowo. Było kilka drżących wyznań wiary. Skoro ktoś ma odwagę powiedzieć: "Jezus jest Bogiem", ryzykuje, że okrzyczą go fanatykiem lub integrystą. Pytam ojca Dodin: "Gdzie jest Kościół?" Nie mogłem bowiem przypuszczać, żeby istniały dwa Kościoły i żeby pozostawiono nam wybór między nimi: między Kościołem soborowym a tradycjonalistycznym. Albo może mamy już schizmę? Spojrzawszy na mnie z powagą, wyszeptał, że obecny stan kościoła zobowiązuje nas do skupienia się w sobie i że będzie nam to policzone. Wierzy w schizmę de facto.

14 kwietnia 1975 - Odwiedziła mnie pewna panna wirtuozka, bardzo wierząca. Rozpacza nad strasznymi kłopotami Kościoła. W parafii zobaczyła na stole koszyczek wypełniony hostiami, a przy nim napis: "Jeśli chcesz przystąpić do komunii, weź hostię!" Bierze się hostię (nie konsekrowaną), trzyma się ją w palcach i podnosi w momencie konsekracji, a kiedy hostia zostanie tak na odległość konsekrowana, pożywa się ją.

20 kwietnia 1975 - Co do mszy francuskiej powiedział mi ojciec Dodin: "Nie może usiedzieć na miejscu: Nigdy jeszcze nie nadano jej formy, która pod każdym względem byłaby definitywna.

23 kwietna 1975 - Wróciwszy z mszy u klarysek, przy avenue de Segur, Denoel opowiada mi, co widział: w momencie komunii puszczano między obecnych koszyczek z konsekrowanymi hostiami. Każdy obsługuje się sam. Zobaczył, jak chłopiec mniej więcej szesnastoletni wziął ich garść i wsypał do kieszeni. "Zrobiło mi się słabo" - dodaje. Jeden z przyjaciół opowiada mi o biskupie Lefebvre, który w Szwajcarii prowadzi seminarium dla tradycjonalistów. Podobno wielu tam młodych.

4 maja 1975 - W "Le Figaro" wyjątek z książki Michela Mohrt „Les moyens du bord”, skąd przepisuję następujące słowa: "Haniebne kantyczki, jakie słyszę dziś w kościele, jeśli przypadkiem tam wstąpię, dają o religii pojęcie ogłupiające i wulgarne..." Otóż to. Nad tym co słyszałem dziś rano, można było zapłakać ze wstydu, chociaż uraczono wiernych bojowym Kyrie, tym razem gregoriańskim.

9 maja 975 - Seminarium integrystyczne biskupa Lefebvre zostało kanonicznie skasowane przez biskupa Lozanny, Genewy i Fryburga. Biskup Lefebvre, dawny biskup Tulle, protestuje przeciw neomodernizmowi i neoprotestantyzmowi w Kościele posoborowym.

19 maja 1975 - Eryk powiedział mi dziś, że wczoraj widział i słyszał w telewizji księży katolickich, pastorów protestanckich i ludzi świeckich rozprawiających o Duchu Świętym, duchowni coś tam bełkotali, a z wiarą, ogniem i bardzo dobrze przemawiał tylko człowiek świecki: był to Guitton.

21 maja 1975 - Dzisiejszy "Le Monde: przynosi z Rzymu wiadomość, od której ćmi się w oczach: charyzmatycy wyjednali dla siebie u papieża aprobatę i zachętę. To furtka otwarta dla wszelkich przejawów histerii kolektywnej lub indywidualnej. Na trzy dni przedtem - pisze Robert Sole, autor artykułu - jakiś biskup z Gwatemali, w czarnej sutannie i fioletowej piusce, w katakumbach św. Kaliksta "wciągnął kilki współbraci w szaleńczy taniec". Taka jest tonacja. Osobliwie to przypomina protestanckie reviwals, jakie przed wojną jeszcze widywano w Stanach wśród Czarnych. Religia jest gdzie indziej.

10 czerwca 1975 - Połowa katedry w Uppsali jest w remoncie. Ale widzieliśmy tę część dzięki przepustce. Za swoimi rusztowaniami i wielkimi jamami cienia przypomina las, gdzie śpią brodaci królowie w koronach statecznie leżąc na plecach, w długich futrzanych szatach, obok nich zaś małżonki - nareszcie milczące. Eryk chciał obejrzeć relikwiarz swojego świętego patrona; zazwyczaj tu jest, ale zabezpieczono go na czas robót. I to gdzie? W banku. Zdeponowali św. Eryka w banku.

10 sierpnia 1975 - Pewien duchowny przekazał mi deklarację księdza Coache, proboszcza Montjavoult (Oise), zdjętego ze swojej parafii za tradycjonalizm: "Pogodnie przyjmuję krzyż, który mi został ofiarowany, (ale) będziemy walczyć nadal o honor Pana naszego Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła świętego i niepokalanego... i nigdy nie pomylimy go z nową religią, która głosi szczęście ziemskie, uciechy, rewolucję i wolność wszelkich uczynków, która obala mszę, kapłaństwo, katechizm i wszystko, co nadprzyrodzone: to antyteza chrześcijaństwa". Takim tonem mówić trzeba o tych sprawach tak poważnych i tak niepokojących.

---
raz jeszcze dziękuję rebelyantom za przepisanie tych fragmentów. (Kr.)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Boh z nami

A dziś mam dla Państwa ciekawostkę - zarazem religijną, cywilizacyjną i lingwistyczną. Zaprezentuję Państwu wybór tekstów z modlitewnika rzymskokatolickiego z czasów I wojny światowej spisanego łacinką w języku białoruskim. Język białoruski wywodzi się z języka ruskiego, oficjalnego we Wielkiem Xięstwie Litewskiem aż do roku Pańskiego 1699. Już w tamtych czasach na polonizującej się Litwie próbowano zastąpić cyrylicę alfabetem łaciński, by podkreślić związki tych ludzi i ziem z cywilizacją zachodnioeuropejską. Gdy powstał nowożytny język białoruski, zapisywano go oboma alfabetami, choć oczywiście w miarę russyfikacji ziem WXL przewagę zyskiwały wschodnie bukwy.



Jednak aż do XX wieku stosowano też łacinkę. Znam dwa modlitewniki rzymskie, w których była ona używana. Oba wydano we Wilnie, co dobrze świadczy o aktywności ówczesnych krajowców. Dla mnie, wielkiego miłośnika Wielkiego Xięstwa wydaje się ta kombinacja najwłaściwszą: katolicyzm rzymski, alfabet łaciński, język - "tutejszy" - przy tolerancji dla rozwiązań innych.

By dopełnić informacyj językowych, dodam, że w sowieckiej części Białorusi dokonano AD 1933 reformy ortografji i grammatyki. Jest ona podstawą współcześnie (nie)używanego języka białoruskiego w kraju rządzonym przez p. Łukaszenkę. Deforma 1933 zbliżyła białoruski do rossyjskiego, odebrała mu melodyjność wymowy. Zupełnie jak sanacyjna deforma języka polskiego z roku 1935 ... Co ciekawe, część środowisk opozycyjnych Białorusi używa do dziś języka klasycznego; Moi Przyjaciele z Ligi Monarchistycznej Wielkiego Xięstwa Litewskiego w obu wersjach - bukwowej i łaciną spisanej.

Chyba najwyższy czas przerwać te dygresje i wrócić do gomułkowskiego adremu. Obrazki z modlitewnika BOH Z NAMI nie wymagają komentarza. Myślę, że wszyscy polscy czytelnicy bez najmniejszych problemów rozumieją te teksty. Możemy zatem wpisać sobie w życiorys dobrą znajomość języka białoruskiego w formie klasycznej ;)



Pacierz



Ordo Missae



Różaniec

A oto link do pełnej galerji skanów z modlitewnika.

Gdyby ktoś miał życzenie zapoznać się z Ligą Monarchistyczną WXL, niech kliknie TUTAJ