W ostatnich godzinach wiele szumu poczynił mesjanistyczny tekst opublikowany w „Naszym Dzienniku” pt. „Ość w gardle tego świata”. Zawiera on klasycznie romantyczne ujęcie tematu polskości jako wiecznej misji, potrzebnej do zbawienia. Wencel dzieli w nim naród na tych, którzy chcieliby uczynić z Polski sprawną maszynkę do bogacenia się i tych, którzy są dumni z wiary katolickiej, umiłowania wolności oraz poczucia wyższości nad „mieszkańcami zsekularyzowanego Zachodu i barbarzyńskiego Wschodu”. Sam oczywiście zalicza się do drugiej z wymienionych grup. Ufa, że misja, jaką Polska otrzymała od Boga, zostanie przez Niego dopełniona. Tragedia smoleńska ma pobudzić do trwania tę część narodu, w której wygasł żar po śmierci Jana Pawła II. Współcześni mesjaniści mają czekać na wypełnienie proroctwa z „Dzienniczka” s. Faustyny: „[z Polski] wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje".
Moi znamienici Koledzy na łamach www.konserwatyzm.pl dostrzegli tu ryzyko utworzenia schizmatyckiego kościoła narodowego (p. Jan Filip Libicki) czy recydywę dziewiętnastowiecznej towiańszczyzny (pp. Wielomski i Robaczewski). O ile nie widzę zagrożenia schizmą narodową, gdyż spójnikiem całego polskiego posoborowego katolicyzmu jest i będzie „błogosławiony Jan Paweł Wielki”, to oczywiście możliwe jest odnowienie milczących od dobrych kilku lat podziałów na posoborowie proeuropejskie (ex „Kościół łagiewnicki”) i posoborowie mesjanistyczne (ex „Kościół toruński”). Nie jest to wszakże żadna specjalnie nowa jakość. Harcownicy wrócą na dawne pozycje i będą warczeć na siebie przez cały rok za wyjątkiem 2 kwietnia, 1 maja czy 16 października.
Mojem podstawowem zastrzeżeniem względem tekstu p. Wencla jest beatyfikacja nieudolności. Poeta pisze bowiem:
• „Polska nigdy nie stanie się świetnie działającą korporacją.”
• „Dla nas przewidziano co innego: brak stabilizacji, tymczasowość, rzadkie sukcesy polityczne i gospodarcze, częstsze porywy ducha, a okresowo traumatyczne doświadczenia, przypominające nam, kim jesteśmy.”
• „Nie zbudujemy sojuszy gwarantujących nam pozycję zachodnioeuropejskiego państwa, bo zawsze będziemy przeszkadzać imperiom.”
Powtórzę raz jeszcze: Polska musi według Wencla jedynie trwać w polskości. Trwać w tej nieudolności i cierpieniu, a wtedy, kiedyś zostanie wywyższona przez Boga. Nagroda ma być nam dana za to, że – znów zacytuję poetę – „zakopaliśmy swój talent w ogrodzie i stawiamy straże, żeby nikt go nie ukradł.” W tem właśnie miejscu widać błąd Autora i sprzeczność jego tezy z Ewangelją, w której Boski Mistrz jasno przykazał nam, abyśmy swe talenta pomnażali.
Bóg, kochając ludzi, zsyła na nich swoje gromy jako karę za grzechy, oczyszczenie i zachętę ku poprawie. Katastrofa smoleńska, niezależnie od jej przyczyn, powinna być tak traktowana. Powinniśmy odczytać swoje grzechy i odwrócić się od nich, a nie traktować je jako fundament naszej nowej tożsamości. Bóg Wojciecha Wencla to bóg nienawidzący nas wszystkich. W tym aspekcie jego podejście z pewnością nie jest chrześcijańskie. Nie trzeba być biednym nieudacznikiem, by być Polakiem – katolikiem.