poniedziałek, 24 czerwca 2013

Allelujki od św. Florjana

Z uwagi na intensywne opady deszczu w niedzielne popołudnie nie dotarłem na Mszę do Zielonki . Oznaczało to bliskie spotkanie trzeciego stopnia z NOMem w godzinach późniejszych. Na chybił trafił wybraliśmy z Żoną NOM o 20tej w praskiej katedrze pw. św. Florjana. Jak się okazało, był to NOM studencki, składający się z bardzo sensownego celebransa i zupełnie doń niedopasowanego chóru młodzieżowego. Oprawcy liturgiczni dawali czadu przez całą godzinę, a to improwizując nad akordami "Nothing Else Matters" Metalliki podczas Kyrie, a to fundując nam jakieś nowe słowa do Gloria, stanowiące wariację nad wersją klasyczną. Ale clou ich koncertu stanowiła pieśń eucharystyczna - "Hallelujah" Leonarda Cohena

Wykon pieśni miał formułę musicalową. Co do formy, nie było najgorzej. Tyle, że treść tej piosenki w oryginale nie jest jakoś szczególnie chrześcijańska

Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah


Your faith was strong but you needed proof
You saw her bathing on the roof
Her beauty in the moonlight overthrew you
She tied you to a kitchen chair
She broke your throne, and she cut your hair
And from your lips she drew the Hallelujah


Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah

a zatem zaśpiewanie jej niezbyt czytelnie po angielsku mogło przynajmniej zastanowić zgromadzonych. Czy poleciał ten tekst? Raczej nie. Jest wysoce prawdopodobne, że wykonano cóś w sakrolyngłydżu z innym tekstem. Ktoś, kto zmienia treść Gloria in excelsis Deo nie powinien mieć przywiązania do jakiegoś szczególnego tekstu, zwłaszcza, że cohenowska "Hallelujah" bywa często modyfikowana.

Mam wszakoż nadzieję, że florjanowi oprawcy liturgiczni nie śpiewają jak leci wszystkiego, co na "alleluję" w tytule. Postaram się tego nie sprawdzać na własne uszy, ale nie zdziwcie się, jak usłyszycie od nich ten szlagier stadionowy



niekoniecznie na NOMie dziękczynnym za zwycięstwa Legii Warszawa.

niedziela, 23 czerwca 2013

Piąteczek u KEPskich

Dowiedzieliśmy się przedwczoraj, że polscy biskupi ograniczyli czas zakazany do Wielkiego Postu. Objęte nim dotąd piątki zostały z przyczyn praktycznych "uwolnione" ze względów praktycznych: często przenosi się na nie uroczystości rodzinne lub szkolne. Konserwatywna część polskiego internetu wyraźnie posmutniała. Tymczasem widzę tu jedynie konsekwencję procesów istniejących, wręcz hulających od przynajmniej kilkudziesięciu lat.



Pierwszem, zupełnie lekceważonem zagadnieniem jest kwestja wolnych sobót, o której pisałem jakiś czas temu:

w dawnych czasach przedłużano sobie cotygodniowy odpoczynek. Historja zapamiętała to w różnych kontekstach. W Polsce – pejoratywnie, pod hasłem „szewskiego poniedziałku”, a więc dnia, w którym kontynuowano picie na umór. Ale Anglosasi znają go jako „święty poniedziałek”, tradycyjny dzień absencyj, znany i tolerowany przynajmniej od czasów industrializacji.

Czy jest jakaś różnica między weekendem składającym się z soboty i niedzieli a weekendem obejmującym niedzielę i poniedziałek ?

Myślę, że tak. Układ aktualnie stosowany powoduje, że to sobota stała się ulubionym dniem tygodnia większości ludzi. Bowiem jest to pierwszy dzień odpoczynku, podczas gdy niedziela to już oczekiwanie na powrót do kieratu. Sporo ludzi spędza weekend w następujący sposób: w piątek wieczorem impreza (bynajmniej niezgodna z pokutną naturą piątku, którą powinniśmy szanować!), w sobotę – odsypianie szaleństwa, w niedzielę: załatwianie spraw zalegających przez cały tydzień. Albo nieco inaczej: w piątek spotkanie ze znajomymi, bo dzięki temu można później udać się na odpoczynek. Tu trudniej o grzech, ale wciąż dość łatwo o niezachowanie postu piątkowego. Prawda, że gdyby weekend obejmował nie szabat, lecz święty poniedziałek, nie doszłoby do wielu grzechów ?


Ale drugą podstawą wspierającą procesy laicyzacyjne jest sama religja posoborowa. Jej antropocentryczny wymiar ("wspólnotowość" widoczna choćby w nowych rytach sakramentów i w samej Mszy) spycha Boga na dalszy plan. Skoro nie jest On najważniejszy nawet w trakcie liturgji, to tem mniejsza szansa, iż będzie najważniejszy poza nią, w codziennem życiu.

KEPscy nie wpoili w naszą naturę pokory wobec Boga ani ducha pokuty. Te aspekty katolicyzmu są niemal nieobecne u współczesnych ludzi, w tem u niżej podpisanego. Ale receptą na tę diagnozę nie jest kapitulacja, lecz walka. Oczekiwałbym zatem od biskupów starań o przywrócenie piątkowi jego właściwego wymiaru. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Od przynajmniej dwudziestu pięciu lat nie mówiło się w kościołach o konieczności powstrzymania się od zabaw w ten dzień. Analogicznie jest z postem bezmięsnym. Wielu praktykujących katolików nie wie o istnieniu takiego obowiązku, a zatem nie przestrzega go. Mogę przyjąć zakład o butelkę dobrej whisky, że KEPscy przed 2020 r. zniosą posty piątkowe kierując się "względami praktycznymi".

Ktoś może zapytać: czy te przepisy są w ogóle istotne? "Nikt ci nie broni pościć, nikt cię nie wyciąga do dyskoteki, nikt za ciebie nie wypije pięciu piw". Przed wiadomym (anty)Soborem powoływaliśmy się chętnie na św. Tomasza z Akwinu, wskazującego, że dwa byty idealne, a więc państwo i Kościół, powinny współpracować w jednym, najistotniejszym celu, którym jest doprowadzanie dusz do zbawienia. Herezja wolności religijnej w państwach katolickich przeciwstawia się udziałowi państwa w tej misji, do czego już się jakoś dostosowaliśmy w ostatnim półwieczu. Jednak teraz pojawia się jej jakby dopełnienie: również i Kościół porzuca, redukuje swą misję wspierania człowieka w jego dążeniu do nieba.

Demon Soboru Watykańskiego II coraz głośniej podpowiada swoim wyznawcom aksjomat nowej religji. W wersji konserwatywnej brzmi on: "wszyscy dobrzy ludzie pójdą do nieba", a w wersji liberalnej: "wszyscy pójdą do nieba". Skoro tak, to można spokojnie zaorać upierdliwych tradycjonalistów i potem odpocząć po ciężkiej pracy ... Choćby i w darkroomie ...

wtorek, 28 maja 2013

Inna strona parafji pw. św. Stanisława Kostki w Warszawie

Nie ma chyba warszawiaka, który nie znałby żoliborskiego kościoła pw. św. Stanisława Kostki. Świątynia ta położona tuż przy placu Wilsona (prawdziwy warszawiak zawsze wypowie to nazwisko przez „W” a nie z angielska przez „Ł”) jest bowiem sanktuarjum bł. x. Popiełuszki. To tam odbywały się koncelebrowane przez niego (nowe) Msze za Ojczyzne w latach 80-tych, a po zamordowaniu x. Jerzego - pielgrzymki do jego grobu.



Jako iż śledzę lokalne imprezy kultury masowej, interesują mię perypetie warszawskiego festiwalu URSYNALIA odbywającego się w kampusie SGGW na Ursynowie. Kilka dni temu okazało się, że na koncert nie dojadą legendarni brodacze z ZZ Top, a dziś pojawiła się informacja stawiająca cały fest pod znakiem zapytania.

Urzędnicy miejscy nie wydali zgody na imprezę ze względów bezpieczeństwa. Adresatem decyzji jest Fundacja BONUM … Przeczytawszy tę wiadomość, zacząłem sprawdzać dane dostępne w Google, bowiem aktualny – nieudolny – organizator URSYNALIÓW jest mi znany od lat jako nieudolny organizator festiwalu heavymetalowego Hunterfest 2009. Pod kogo się ów typ podczepił ?

Wszystkie źródła internetowe wskazują, iż w Polsce jest jedna fundacja Bonum. Jest to fundacja działająca przy ww. parafji św. Stanisława Kostki, a jej prezesem jest aktualny proboszcz, x. Tadeusz Bożełko.

Tożsamość podmiotu poświadczają rozmaite wpisy w Internecie:

Organizatorem całej imprezy są Samorząd Studentów Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego oraz od 2009 roku Fundacja Bonum i Arena Live Production.

Ursynalia to nie tylko koncerty. Organizatorzy pamiętają także o najbardziej potrzebujących. Przychód z festiwalu zostanie przekazany fundacji Bonum.

"W odpowiedzi na e-mail dotyczący Warsaw Student Festival - Ursynalia 2011 uprzejmie wyjaśniam, iż Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie nie powinna być jego adresatem, gdyż organizatorem imprezy masowej i podmiotem odpowiedzialnym za prawidłowość przeprowadzenia Ursynaliów była Fundacja BONUM z siedzibą w Warszawie przy ul. Hozjusza 2...."


Czemu piszemy o sprawie na „Młocie Na Posoborowie” ?

No bo w zeszłym roku fundacja x. Bożełki zaprosiła na Ursynalia m.in. legendarny thrashmetalowy zespół Slayer. Ci weterani bardzo głośnego grania są zapewne bezpodstawnie pomawiani o satanizm, ale ich twórczość (okładki płyt, teksty utworów) w XXI wieku z pewnością wyczerpuje znamiona bluźnierstwa. Okładka poprzedniej płyty Slayera była oprotestowana przez chrześcijan na cały świecie i, jeśli dobrze pamiętam, została zakazana w kilku krajach świata. Pozwolę sobie jej nie zamieszczać na blogu, ale każdy szczególnie zainteresowany łatwo ją odnajdzie.

Zaś w tym roku gościem x. Bożełki będzie m.in. Bad Religion – punk rockowy zespół oznacza sprzeciw wobec wszelkiej zorganizowanej religii.



Organizatorzy merytoryczni tegorocznego festiwalu Ursynalia rozpoczęli swą samokrytykę w sprawie porażki koncertu ZZ TOP od słów „daliśmy dupy”. Jestem przekonany, że to samo można powiedzieć o katolickiej Fundacji Bonum i jej organach statutowych. Jak można nie pełnić żadnego nadzoru nad profilem zapraszanych wykonawców w organizowanej przez siebie imprezie ?

p.s. aktualizacja z dnia 29 V 2013: Ur(s)ynalia otrzymały zgodę miasta, impreza się odbędzie !!

środa, 15 maja 2013

Problem papieża Franciszka, problem kurji rzymskiej

Minęły pierwsze dwa miesiące pontyfikatu Ojca Świętego Franciszka. Niby nic się w ich czasie jeszcze nie stało, ale środowiska postępowe mają nadzieję, iż obecny Papież spowoduje podobne „wietrzenie Kościoła”, jak uczynił był to pięćdziesiąt lat temu Jan XXIII. Trwa więc karnawał zachwytów nad skromnością i prostotą Ojca Świętego. Każda jego decyzja, czy to o przyjętem imieniu, uproszczeniu ubioru, wyborze miejsca zamieszkania itp. itd. wywoływała pochwały ze strony środowisk nigdy dotąd jakoś nie przodujących w ultramontaniźmie. Równocześnie ci sami komentatorzy zaczęli dostrzegać kościelnych konserwatystów i tradycjonalistów, krytykując ich koncentrację na formie, uosabianej przez porzucony papieski mucet. Wszystko to niebezpiecznie mi przypomina sytuację z polskiego podwórka i zachwyty wrzaskmediów nad rządami Słońca Peru oraz piętnowanie przez nich moherów, pisiorów i innych kołtunów.



Czy ci tradycjonaliści są aż tacy płytcy, by robić awantury o „czerwone pelerynki” ? Z pewnością jakaś grupa katolików ceniła Ojca Świętego Benedykta XVI głównie z pobudek estetycznych, ale nie przeceniałbym częstości tej argumentacji. Większość tradycjonalistów (poza sedewakantystami) doceniała relatywny konserwatyzm doktrynalny bawarskiego papieża, a zwłaszcza jego zasługi w zakresie odnowy liturgji rzymskiej. Niepokoi nas nie tyle skala bieżących zmian, co ich orientacja: są modyfikacją stanu dotychczasowego. Jest to samo w sobie niebezpieczne, bo pięćdziesiąt posoborowych lat przyzwyczaiło nas, że kościelne reformy („reformy”) jakże często wprowadzane są bezmyślnie, dla nich samych, bez minimalnego szacunku dla przeszłości. Jakakolwiek innowacyjność kościelna nie budzi zaufania w tych warunkach.

Radziłbym zachować spokój względem rozmaitych zachowań Ojca Świętego Franciszka. Powiedziałbym raczej, że jest to pokaz własnego stylu a nie niszczenie papiestwa. Postawa aktualnego papieża jest tak daleka od obowiązującego wzorca, iż wątpię, by ktokolwiek w przyszłosci go kopiował. Franciszek idzie za daleko, za nim pozostaje próżnia. Model duszpasterstwa „radykałów” cieszył się pewną popularnością czterdzieści lat temu, dziś jest równie nie rozumiany jak tradycjonalistyczny. Jestem przekonany, iż większość biskupów świata byłoby łatwiej przekonać do codziennego odprawiania Mszy trydenckiej niż do wyzbycia się siedzib i rozmaitych aspektów władzy doczesnej. Jak to się mówi, „dłużej klasztora niż przeora”.

Pewne niebezpieczeństwo stanowią kardynałowie doradcy Ojca Świętego. Zagrożeniem jest precedens powoływania ciał, które być może mogą mieć własnych „ekspertów”, działających jak złowrodzy doradcy „grupy reńskiej” podczas Soboru Watykańskiego II. Po samych kardynałach nie spodziewałbym się za wiele złego: jedynie dwóch spośród ośmiu pracowało w watykańskiej administracji i dyplomacji. Sądzę, że jest to kolejny przykład tezy znanej nam z PRL-u pt. „Co się zbiera, gdy są kiepskie zbiory? Plenum!” Porównując ich wpływ na Kościół względem np. niezapomnianego Jurka Klugera, kolegi Jana Pawła II i … loży B’nai Brith uspokajałbym przed tem ryzykiem. Każdy układ nieformalny byłby groźniejszy niż ta decyzja, pokazująca absolutny brak zaplecza Papieża Franciszka. Szkodliwość doradców to maksymalnie 0,2 pieromariniego, podczas gdy Kluger to przynajmniej 10 pieromarinich.

W tem miejscu tekstu godzi się sprzedać jedną z jego głównych tez. Zaryzykowałbym twierdzenie, iż główne frakcje kardynałów włoskich, a więc Bertone’a i Sodano wsparły na konklawe kandydaturę kard. Bergoglio, gdyż uznały go za niegroźnego outsidera. Stare lisy kurialne wiedzą, co może zrobić człowiek, który nie ma nawet własnego sekretarza osobistego. Otóż może osobiście dzwonić do kioskarza, zegarmistrza lub szewca. Skąd ten wniosek ?

Doba każdego człowieka ma jedynie 24 godziny. Dla osób piastujących stanowiska kierownicze to o wiele za mało względem potrzeb. Zwykły szary dyrektorzyna może mieć jedynie sekretarkę organizującą pracę szefa. Im wyższy szczebel zarządzania, tem droższy czas przełożonego. Decyzje wymagają przygotowania i przemyślenia. Przełożony, który ma w godzinach pracy nadmiar wolnego czasu, z pewnością nie wydaje optymalnych rozkazów. Gazety mogą piać z zachwytu, że abp Buenos Aires Bergoglio w kardynalskich czasach sam sobie gotował posiłki. Ja zaś zastanawiam się, na co istotniejszego zabrakło mu czasu. No i łatwo znajduję odpowiedź na swe wątpliwości : na promocję ideału katolickiego kapłana („W seminarium duchownym w Buenos Aires nigdy nie było tak niewielu kleryków, jak dzisiaj – napisał x. Krystjan Bouchacourt, przełożony dystryktu Ameryki Południowej FSSPX) oraz na zachęcanie katolików, by wypełniali obowiązek wysłuchania Mszy w niedzielę („80 proc. Argentyńczyków deklaruje się jako katolicy, ale niespełna 2 proc. z nich uczestniczy w niedzielnej Mszy św.”). Tak wygląda długookresowa skuteczność naszego nowego Ojca Świętego. Nie wierzcie w efekt papieża Franciszka : ilu ludzi pod wpływem jego prostoty zaczęło przestrzegać przykazań ? Ilu sprzedało majątki i rozdało je ubogim ?

Czynnikiem potęgującym opisane powyżej przypuszczenia jest wiek Papieża. Osiem lat temu, tj. po poprzedniem konklawe, wprowadzenie przezeń reform ogólnokościelnych byłoby bardziej prawdopodobne niż obecnie. Dziś 77-letni Franciszek nie wydaje się być optymalnym kandydatem do restrukturyzacji centrum Kościoła. Czyli do czego? O co chodzi we wrzawie wokół kurji rzymskiej ?

W normalnych warunkach kurja względem Kościołów lokalnych ma się identycznie jak siedziba korporacji do jej oddziałów krajowych. Centrala zajmuje się planowaniem strategicznem, rozwojem nowych technologij, kontrolą i innemi procesami, poprzez które można zarządzać całością. Samodzielność jednostek terenowych jest relatywnie niewielka, wymaga się od nich w szczególności realizacji zadań definiowanych przez siedzibę. W teorji organizacji i zarządzania relacje między tymi dwoma podmiotami (principal – agent problem) są jednym z najczęstszych tematów badań, bowiem zawsze występuje między nimi twórcze napięcie, walka o władzę, pieniądze i najlepszych pracowników.

W czasach przedsoborowych relacje te kształtowały się wręcz modelowo: kurja pobierała od Kościołów krajowych środki finansowe i rekrutowała misjonarzy, by krzewić wiarę katolicką pośród ludów dotąd pogańskich. Odpowiadała za czystość doktryny oraz politykę kadrową. Kryzys Kościoła nie został rozpoczęty poprzez Sobór Watykański II. Laicyzacja, sekularyzacja oraz zorganizowani wrogowie Kościoła działali od dawien dawna. To kurji rzymskiej jako centrum zarządzania zawdzięczamy jednak, że kryzys instytucjonalny ukazał się tak późno, dopiero w drugiej połowie XX wieku. Do tego czasu, począwszy od początku XIX stulecia, kościelna elita "replikowała się" intelektualnie. Idee heretyckie i niebezpieczne były potępiane. Jeśli nawet któryś prałat miał w sobie niewiele nadprzyrodzonej wiary i sympatyzował z wolnomularstwem, nie mógł swych poglądów głosić publicznie, bowiem byłby od razu namierzony przez Święte Officjum i zdjęty z funkcji. W ten sposób bardzo niewielu wrogów doktrynalnych dochodziło do najwyższych urzędów kościelnych. Jednak ich liczba cały czas rosła. Kościół słabł.

Wystarczyło, aby zaledwie jeden człowiek nie widział problemu w odstępstwach doktrynalnych (Jan XXIII) i powołał do kolegjum kardynalskiego osoby podobne do siebie. Błyskawicznie doszło do załamania już podczas wyboru jego następcy, którym został Paweł VI. Ten człowiek konsekwentnie dążył do zmiany odwiecznych zadań Kościoła i zastąpienia ich przez sformułowane przez siebie cele zamykające się w perspektywie doczesnej. Sens istnienia Kurji rzymskiej już wówczas stanął na głowie.

W szczególności stanęła na głowie polityka personalna: najlepszą rekomendacją do awansu w hierarchji kościelnej stało się ... podejrzenie o sympatyzowanie z błędami doktrynalnemi w czasach przedsoborowych. Pion czystości doktrynalnej stał się praktycznie zbędny. Herezja kolegjalizmu i rozwijana autonomja lokalnych episkopatów spowodowała kilka rzeczy. Po pierwsze, system decyzyjny został rozmyty. Problem ten widzimy choćby w listach KEPu. Kiedyś powstawały listy prymasa czy biskupa diecezjalnego - konkretnej osoby. Autor sygnujący dokument był jednoznaczny, przez co osoby opracowujące pismo czuły się za nie odpowiedzialne. Dziś mamy najczęściej listy zespołów lub konferencyj. Kto je przygotowuje? Zapewne młodsi referenci w wolnej chwili pomiędzy nauką gry na gitarze utworu "Barka" a treningiem piłkarskim. Po drugie, centralny ośrodek decyzyjny został osłabiony. Lokalne episkopaty skoncentrowane w teorji na duszpasterstwie znają najlepiej problemy dotykające ludzi z ich kraju. Co gorsza, mogą nawet bezkarnie naginać doktrynę w zakresie moralności, by "pomagać" ludziom.

Posoborowa wielozadaniowość Kościoła z pewnością zwiększyła też kurjalną biurokrację. Pojawiły się nowe zadania: walka o pokój i sprawiedliwość społeczną, nowa ewangelizacja oraz najważniejsze: ekumenizm i dialog międzywyznaniowy. Z czasem ruszyła też "fabryka świętych" i błogosławionych, masowo ogłaszanych zwłaszcza podczas pielgrzymek papieży nowego Kościoła.

No i wreszcie - czynnik ludzki. Ideał Kościoła wojującego został zastąpiony przez Kościół pielgrzymujący. Posoborowy model duszpasterski i osobowościowy zupełnie nie przemówił do mężczyzn. Wcześniejszą surowość i żołnierski dryl miała zastąpić szlachetna prostota, ale jakoś nie wyszło. Mniejsze wymagania dyscyplinarne spowodowały napływ ludzi mniej związanych z doktryną. Karierowicze czy osoby z problemem homoseksualnym zawsze ciągnęły do seminariów. Ale nigdy wcześniej grupy te nie miały tak łatwo z dojściem do święceń i uzyskaniem awansów. Spełniały bowiem w 100 % jedyny warunek serio traktowany jako sito odsiewu w posoborowiu: jakikolwiek brak ciągot do minionych, przedsoborowych czasów. No chyba, że sprowadzały go do przebierania się w koronki i pomponiki.

Prosta, ukształtowana po Soborze Trydenckim, znakomicie zorganizowana struktura zarządzania została rozregulowana. Posiada wciąż z pewnością władzę w wielu aspektach funkcjonowania Kościoła (np. nominacje biskupie), ale czy ma poczucie swej unikalnej misji?! I co kurialiści rozumieją, po tylu latach od antropocentrycznego Soboru Watykańskiego II, pod tem pojęciem ?

Kurja rzymska jest dziś w znacznej części biurokratycznym aparatem służącym posoborowemu ględzeniu. Nie ma w niej zdeklarowanych konserwatystów od czasu powrotu kard. Malcolma Ranjitha na Cejlon. Aktualni członkowie komisji Ecclesia Dei w czasach Benedykta XVI potrafili w ciągu tygodnia wydawać dwie wzajemnie sprzeczne interpretacje, a Antoni kard. Cañizares Llovera, zwany niegdyś „Małym Ratzingerem”, okazał się być kikowym zdrajcą. Papieżowi Benedyktowi XVI nie udało się uporządkować Instytutu Dzieł Religijnych i innych zagadnień objętych aferą „Vatileaks”. Jakkolwiek podchodzę z dużą rezerwą do metod Ojca Świętego Franciszka, nie płakałbym, gdyby wysłał on 3/4 kurjalistów na zieloną trawke, tj. do zadań ewangelizacyjnych w Europie Zachodniej lub innych, bardziej potrzebujących tego terenach. Ale też nie wierzę, by taką decyzję kiedykolwiek skutecznie podjął.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Słaba książka Antoniego Socciego o Medjugorje

Zanim się zajmę recenzją bardzo ciekawej książki pt. „Czwarta tajemnica fatimska”, pora na inną pozycję Socciego pt. „Tajemnicę Medjugorie”. Sięgnąłem po nią wiedząc, iż Autor jest zwolennikiem prawdziwości hercegowińskich objawień i liczyłem, iż przedstawi ciekawe argumenty świadczące za tą tezą.



Niestety, książka jest bardzo fragmentaryczna. Jej pierwsza część stanowi odtworzenie dzień po dniu pierwszych tygodni mniemanych objawień. Dowiadujemy się o rozmaitych zdarzeniach cudownych i pozanaturalnych oraz uzdrowieniach. Chyba najciekawsze były w niej dla mnie informacje o badaniach naukowych, jakim poddawano widzących, odnoszących się do samego czasu przebywania przez nich w towarzystwie Zjawy. Medjugorje to z pewnością najlepiej przebadane i udokumentowane naukowo spotkania człowieka z istotą duchową – Matką Bożą lub diabłem.

Część druga pt. „Proroctwa i dowody” jest próbą przedstawienia Medjugorje jako kontynuacji i rozwinięcia Fatimy. Przeczytamy w niej o wypełnieniu orędzia fatimskiego przez Jana Pawła II, który AD 1984 poświęcił świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Socci wprost wskazuje, iż nie dokonano wówczas poświęcenia Rosji, lecz stwierdza – powołując się na słowa przypisywane siostrze Łucji – iż wiele sugestyj w tekście odnoszących się do Rosji Maryja uznała za wystarczające. Jak pisze autor, Jan Paweł II postąpił w taki sposób, ponieważ wyraźne wymienienie Rosji byłoby interpretowane jako prowokacja polityczna. Trudno ocenić, co jest tu najdziwniejsze: czy sugestia, iż Matka Boża boi się prowokacyj politycznych bardziej niż szatana, czy rewelacje, jakoby do ww. poświęcenia przyłączyli się również rosyjscy biskupi prawosławni. Włoski autor najwyraźniej nie wie, że pisze o pułkownikach i generałach KGB !

Mamy zatem rozpad bloku socjalistycznego kierowanego przez Sowiety jako rzekomy dowód na wypełnienie objawień fatimskich. Gdzie zatem wypełnienie obietnic fatimskich:

przyjdę, by żądać poświęcenia Rosji memu Niepokalanemu Sercu i ofiarowania Komunii św. w pierwsze soboty na zadośćuczynienie. Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych, na koniec zatriumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju.


Gdzie kres błędnych nauk rozszerzanych przez komunizm ? Gdzie koniec prześladowania Kościoła, męczeństwa chrześcijan ? Gdzie tryumf Niepokalanego Serca Maryi i okres pokoju dla świata ?

Socci stawia tezę, iż Medjugorje ma stanowić kres strasznych czasów dla Europy, ery wojen, nazizmu i komunizmu. Ponadto, objawienia te mają być ostatnimi objawieniami NMP na Ziemi i dlatego są tak długie i częste. Widzący mieli otrzymać od Zjawy 10 tajemnic. Jednak pobieżne streszczenie najważniejszych spośród nich nie wskazuje na cokolwiek dobrego: ludzie mają się nawracać, by zdążyć przed karami za grzechy świata. Kary te są nieuniknione, ponieważ nie można się spodziewać nawrócenia całego świata. Równocześnie tajemnice przekazane podczas objawień wskazują, iż kończy się czas dany szatanowi przez Boga, czas próby zniszczenia Kościoła, widzany przez Leona XIII.

Czy ktoś z Państwa dostrzega spójność tego przesłania ? Z jednej strony, osłabienie szatana ALE z drugiej: bez odwrócenia się ludzi od niego (brak nawróceń). Z jednej strony, wypełnienie nakazu fatimskiego przez papieża ALE z drugiej: brak wypełnienia obietnic złożonych przez Matkę Bożą z tem powiązanych. Dodajmy, że tajemnice przekazane przez Zjawę miały zostać przekazane przez widzących zaufanemu, wybranemu przez siebie kapłanowi i wraz z nim mieli ocenić, czy powinny być one ujawnione Kościołowi i światu.

Tyle Socci. Niestety, w książce nie ma nic o przyczynach konfliktu między wizjonerami a biskupem miejsca ani niczego krytycznego o objawieniach. Książka jest merytorycznie słaba i co najwyżej zwiększyła mą nieufność względem mniemanych objawień Matki Bożej.