wtorek, 18 października 2016

Dlaczego działania ruchów pro life są aż tak nieskuteczne?

Wyliczmy: 2007, 2011, 2012, 2013, 2015, 2016 ... We wszystkich tych latach podejmowano próby rozszerzenia ochrony życia nienarodzonych w Polsce. Składały się na nią cztery projekty obywatelskie, poprzedzone zbiórkami podpisów w całym kraju, słynna prowokacja Giertycha z 2007 r., która rozwaliła ówczesną koalicję rządzącą i doprowadziła do przyspieszonych wyborów parlamentarnych oraz projekt poselski klubu Solidarnej Polski z 2012 r.

W naszych środowiskach dominuje jednostronna ocena tych starań. Ponieważ popieramy ich cel, to nie dokonujemy analizy stosowanych środków. Frustrujemy się porażkami, ale nie wyciągamy wniosków na przyszłość. Bezmyślnie tkwimy w cyklu: zbiórka podpisów - spory z aborcjonistami - manifestacje - nasłuchiwanie debaty z sejmu - tworzenie poszerzonej i zaktualizowanej listy zdrajców - przeznaczenie 1% podatku PIT na wybraną organizację pro life. No ile jeszcze tak można?

Wielokrotnie w życiu bywa, że sukces, realizację planów osiągną ci, którzy pójdą inną ścieżką niż poprzednicy. Innowacja oznacza zmianę dotychczasowego modelu działania. W naszym konkretnym przypadku autorefleksja jest niezbędna, bowiem aktualnie podejmowane działania są skrajnie nieskuteczne. Mija czas, w majestacie prawa pozbawiane życia są kolejne dzieci, a każde kolejne uderzenie pustym łbem w twardy mur ma mniejsze szanse na powodzenie.



Zacznijmy od spraw najważniejszych.

Czy obywatelskie inicjatywy ustawodawcze w Polsce to najlepszy sposób na uchwalenie prawa odnoszącego się do ochrony życia?

Z całą pewnością to nie jest trafny wybór. Ta ścieżka legislacyjna jest mniej skuteczna od projektów rządowych, poselskich, senackich czy prezydenckich. Czyli wszystkich innych. Mogą z niej korzystać ugrupowania pozaparlamentarne, które nie są w stanie zebrać 15 posłów podpisujących się pod propozycją, ale chcą zwiększać zainteresowanie społeczeństwa tematem. Ale to jest jedyny skutek, jaki mogą osiągnąć. W Polsce nie tylko przez 8 lat rządów Platformy nomen omen Obywatelskiej ignorowano przedkładane projekty odnoszące się do jednomandatowych okręgów wyborczych, przywrócenia święta Trzech Króli - trafiały najpierw do tak zwanej sejmowej zamrażarki, a potem do niszczarek.

Jeśli dobrze pamiętam, to dawno, dawno temu zbieraliśmy podpisy pod petycją o wprowadzenie ochrony życia nienarodzonych w Polsce. Było to jeszcze w czasach obowiązywania prawa gomułkowskiego. Ale czy z faktu, że wtedy takie działanie było słuszne i efektywne wynika, że powinniśmy je naśladować do końca świata? Nie wydaje mi się.

Dodajmy, że inicjatywa obywatelska ma jeszcze jedną poważną wadę. Niebezpiecznie zbliża się do (i)grania większością społeczeństwa. Sugeruje ona błędnie, jakoby idea wprowadzenia pełnej ochrony życia cieszyła się poparciem wspomnianej większości. Tak niestety nie było ani nie jest, zwłaszcza po fiasku medialnym projektu Ordo Iuris. Nie chcę wnikać, jak doszło do powstania majowego sondażu IBRIS, w którym rzekomo 58 % Polaków zadeklarowało poglądy niezgodne z obowiązującym kompromisem. Dość, że bardzo wielu prolajferów uwierzyło własnej propagandzie. Być może dlatego nikt nie miał na tyle rozsądku, by skorygować projekt Ordo Iuris o zapisy, które najbardziej zmobilizowały przeciwników ochrony życia, tj. sprawę karalności kobiet i śledztw po poronieniach. Zagadnienie to nie zostało odpowiednio przedstawione opinii publicznej i spowodowało, że pamiętnego 3 października "czarny protest" wsparły osoby dopuszczające odpowiedniość aktualnego „kompromisu”.

Korzystając z obywatelskiej inicjatywy legislacyjnej sami prosimy się o to, by druga strona sporu zebrała milion podpisów za referendum w sprawie dopuszczalności aborcji. Dopóki interesy feministek reprezentował Sojusz Lewicy Demokratycznej ryzyko takiego zagrania było niewielkie. Odkąd pojawił się Ruch Palikota, zastąpiony obecnie przez .Nowoczesną i Razem, ktoś powinien to niebezpieczeństwo uwzględniać w bieżących analizach działań.

Jak zatem powinni postępować zwolennicy rozwiązań pro life ?

Pozostaje w pełni aktualna moja analiza, umieszczona na blogu pięć lat temu:

Co zatem należało zrobić AD 2007 ?

Należało doprowadzić do wydania przez Trybunał Konstytucyjny orzeczenia, iż „kompromis aborcyjny” jest niezgodny z art. 38 Konstytucji RP, czyli ze zdaniem: „Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia”. Drogą do tego byłaby prosta analiza wskazująca, iż art. 38 mówi o każdym człowieku a „kompromis aborcyjny” odmawia tego prawa niektórym ludziom. Proste, prawda ? Proste, o ile pamiętałoby się o jednym. O składzie Trybunału Konstytucyjnego. A tak się szczęśliwie składało dla PiSu i jego koalicjantów, że w trakcie kadencji 2005 – 2009 wygasały kadencje 8 spośród 15 członków TK, w tym ówczesnego prezesa prof. Safjana i wiceprezesa prof. Mączyńskiego.

(..)Niewykorzystanie Trybunału Konstytucyjnego w zakresie korekty prawa aborcyjnego, ale także w żadnym innym zakresie ustroju Polski świadczy o dyletanctwie polityków polskiej centroprawicy. W wielu krajach stosuje się sąd konstytucyjny jako najwygodniejszą maczugę do realizacji swoich celów politycznych. Ma ona między innymi tę zaletę, że decyzja polityczna może być przedstawiona jako niezależne orzeczenie sędziów.


Jak wiemy z doświadczeń ostatniego roku, AD 2015 Platforma już wiedziała, jak używać Trybunału. W jej zamyśle miał on stanowić trzecią i najważniejszą izbę parlamentu, która wetowałaby wszelkie kluczowe zamysły ustrojowe Prawa i Sprawiedliwości. PiS przejrzało te zamiary i skutecznie zablokowało ów urząd. Co jednak działo się wcześniej w polskim sądzie konstytucyjnym?

Piastujący od 2010 r. funkcję prezesa TK prof. Andrzej Rzepliński ma poglądy konserwatywne obyczajowo. Zaryzykowałbym tezę, że jest on "na prawo" od większości decydentów Prawa i Sprawiedliwości, wywodzących się z "zakonu PC", którzy kwestie światopoglądowe traktują bardzo utylitarnie.

Mało kto pamięta, że w 2005 r. SLD utrąciło kandydaturę prof. Rzeplińskiego na rzecznika praw obywatelskich. Odpowiadając na pytanie o aborcję Rzepliński podkreślił, że jest dla niego oczywiste, iż ochronie prawnej podlega każda osoba ludzka od samego poczęcia, tak jak jest to zapisane w ratyfikowanej przez Polskę Konwencji o Prawach Dziecka. Dodał, że obowiązująca w Polsce ustawa, określająca warunki przerywania ciąży jest "trudnym i dobrym kompromisem" i on jako RPO będzie dbał o to, by wszystkie jej postanowienia były przestrzegane.

Całkiem niedawno Rzepliński udzielił wywiadu Gazecie Wyborczej, w którym powiedział: nieważne, jak byśmy próbowali to elegancko nazwać, aborcja jest zabójstwem - tak uważam. Co nie znaczy, że nie akceptuję, i to w pełni, orzeczeń wyroku sądu konstytucyjnego z 1994 roku, który w moim przekonaniu dobrze wyważył wszystkie racje. Sędzia konstytucyjny nie może oczekiwać od ludzi bohaterstwa. Także od kobiet. Obowiązujące prawo ma wychodzić naprzeciw życiu. Ale nie naprzeciw nieodpowiedzialności. Że można zrobić aborcję w 24. tygodniu, bo takie jest zapotrzebowanie. Bo się odkochałam. Bo mężczyzna - głównie to mężczyźni korzystają na aborcji - będzie ją wymuszał na kobiecie.

Nawet gdyby Trybunał Konstytucyjny z prof. Rzeplińskim na czele nie miał odwagi, by zakwestionować całość "kompromisu" aktualnie obowiązującego, to czemu przez tyle lat w ogóle nie skorzystano z tej drogi, być może jedynej realnie istniejącej w czasach rządów Platformy Obywatelskiej ?!

Czemu działacze pro life, wśród których są byli politycy konserwatywni (np. p. Mariusz Dzierżawski, były wiceprezes Unii Polityki Realnej oraz prezes jeszcze bardziej kanapowego Stronnictwa Polityki Realnej) z lubością wikłają się w nieskuteczne procedury ultrademokratyczne, pomijając pozademokratyczne metody oddziaływania na prawo?

Bardzo łatwo jest krzyczeć: "Wystawmy PiSowi rachunek za jego postawę w sprawie ochrony życia", mając w domyśle nadzieję, że na bazie tego krzyku stworzy się jakaś ultrakatolicka partyjka, w której będą mogli realizować swoje ambicje ci i owi działacze ultrakatoliccy. Przestrzegam przed takim rozwiązaniem, z przynajmniej dwu powodów.

Po pierwsze dlatego, że środowisko pro life jest z jakichś powodów mocno skłócone i nie ma szans, by wystawiło wspólną reprezentację. Osobno mamy Fundację Pro, osobno Polską Federację Ruchów Ochrony Życia, swój podmiot stworzyła nawet p. Kaja Godek. Można zatem sądzić, że środowiska te nie wykształciłyby żadnej wspólnej propozycji światopoglądowej, która byłaby interesująca dla znaczącej części społeczeństwa. Być może taki ruch miałby charakter efemerydy, dobrej na jedne wybory (jak Samoobrona, Ruch Palikota czy Kukiz’15).

Drugi powód jest jeszcze ważniejszy. Z przeprowadzonej wcześniej analizy aktywności środowisk pro life wynika, że dowodzą nimi w najlepszym razie nieudacznicy. Uszczegóławiając tę myśl, wśród tzw. "obrońców życia" wyróżniłbym następujące główne grupy:

1. Ideowców, takich jak np. Ordo Iuris czy p. Marek Jurek, dla których walka z legalnością aborcji jest najważniejszym, jeśli nie jedynym punktem aktywności politycznej. Osoby te na hasło „walcz z aborcją” zawsze podejmą oczekiwane od nich działania, zaryzykują karierę, pozycję, stanowisko. Ideowców jest zapewne najwięcej, ale mniej niż się wszystkim wydaje.

2. Cyników - dla których hasło "walka z aborcją" jest sposobem na funkcjonowanie w przestrzeni publicznej, na przykład na pozyskiwanie środków przekazywanych przez ludzi (np. 1% z PIT na OPP).

3. Są też rozmaici agenci wpływu. Aborcja jest tematem zastępczym i zawsze można zrobić jakieś zamieszanie w Polsce, podzielić społeczeństwo, utrudnić władzy rządzenie itp. itd. wyjmując tę kartę na stół.


Przypomnę raz jeszcze prowokację Giertycha z 2007 r., który wykorzystał kwestię aborcji, by podzielić Prawo i Sprawiedliwość. W owym czasie wydawał się przekonujący i zaangażowany w sprawę niemniej niż sam Marek Jurek. Dziś wiemy już, że ogół poglądów głoszonych przez Romana Giertycha miał się nijak do poglądów przezeń wyznawanych. Zapewne większość ideowców nie dostrzega wokół siebie cyników i agentów. Ale takie osoby z całą pewnością też są i teraz. Trzeba tylko oddalić od siebie emocje i obserwować działania.

Jak Państwo widzą, w mojej wyliczance bardzo brakuje grupy 4 - pragmatyków, którzy byliby w stanie poszerzać ochronę życia nienarodzonych stosując metodę być może małych, ale skutecznych kroków.

Uważam, że dopiero po ich osiągnięciu należy pójść dalej. Jest to lepsze niż głośna gra "o wszystko albo nic", jaką nam się od przynajmniej 10 lat serwuje.

Te małe kroki, możliwe do przeprowadzenia bez naruszania ustawowego "kompromisu", to:
- zakaz stosowania środków wczesnoporonnych, zarówno chemicznych jak i mechanicznych,
- bardzo znaczące ograniczenie dopuszczalności aborcji w przypadku chorób płodu,
- egzekwowanie karalności dla osób przyczyniających się do przerywania ciąży.

W dwu pierwszych wymienionych obszarach należałoby oczekiwać wsparcia i współpracy ze strony ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła, który w swej działalności medycznej i publicznej od wielu lat działa na rzecz ochrony życia. Czemu zatem i takich ruchów nie wykonano ? Czy chociaż podjęto takie inicjatywy?

Czy potrafimy uczyć się na własnych błędach? Czy jedynym pomysłem na działalność polskich środowisk pro life będzie zapowiadana już organizacja marszów, na które przyjdzie ilościowo jedna dziesiąta (1/10) tych tłumów, które pojawiły się na sabacie 3 października? (Doświadczyliśmy już tego w Poznaniu: 8 000 osób na "strajku kobiet" i "biały marsz" 16 października, który przyciągnął ok. 500 osób). No i oczywiście zbiórka podpisów pod kolejną obywatelską inicjatywą legislacyjną w sprawie całkowitego i absolutnego zakazu aborcji.

Niespójne działania podejmowane przez obrońców życia na przestrzeni ostatnich lat z pewnością nie przysłużyły się sprawie. Mamy bowiem z jednej strony marsze dla życia, mające bardzo pozytywny przekaz, dobrze kojarzące się i sympatyczne. Ale z drugiej strony mamy to, co tak skutecznie aktywowało zwolenników dopuszczalności przerywania ciąży: wielkopowierzchniowe plakaty ze zwłokami zamordowanych dziećmi, postulaty prowadzenia śledztw w przypadku poronień oraz więzienia dla kobiet za współudział w przeprowadzonej aborcji. Zauważmy, jak szybko media zareagowały na te postulaty, podbijając je wyciągniętym z czeluści internetu sławetnym bloggerem portalu fronda.pl, postulującym wprowadzenie kar państwowych za cudzołóstwo. W kilka ostatnich dni września pokazano go w telewizjach, w papierowych brukowcach typu "fakt" i "wyborcza" oraz bardzo wielu innych mediach elektronicznych. Mamy przez to wszystko paradoksalną sytuację: z jednej strony polska opinia publiczna jest przesunięta w wielu kwestiach bardzo na prawo (zwłaszcza w porównaniu do stanu przed 5 czy 10 laty), z drugiej strony środowiska najbardziej konserwatywne od dłuższego czasu harują jak woły na opinię totalnych świrów.

Trzeba zacząć myśleć. I przestać wmawiać sympatykom, że alternatywą jest wyłącznie "wszystko albo nic". Paradoksalnie, za największego "hamulcowego", uniemożliwiającego dziś zwiększenie ochrony życia w Polsce, uważam same organizacje pro life. Oj, niełatwo będzie zejść ze spirali głośnego i pustego radykalizmu na rzecz efektywnej, organicznej pracy. A kto będzie najgłośniej protestował przeciwko racjonalizacji działań prolajferów? Wykonywał gesty rejtanowskie, oskarżał o zdradę wszystkich krytykujących aktualne strategie? To oczywiste: cynicy i agenci wpływu. Po tym między innymi będzie można ich rozpoznać.

środa, 28 września 2016

Czy może być jeszcze gorzej z (ks.) Jackiem Międlarem ?

Długo nie trwała radość związana z podporządkowaniem się ks. Jacka Międlara przełożonym ze Zgromadzenia Misji i jego oddelegowaniem do parafii w Tarnowie. Po niecałym miesiącu pobytu na nowej placówce młody człowiek nie wytrzymał napięcia i wydał bardzo niejasne oświadczenie odnoszące się do swoich dalszych losów.

Samego oświadczenia nie ma sensu szczegółowo komentować. Międlar tak często zmienia zdanie na rozmaite tematy, że coraz trudniej jest go traktować poważnie. Chyba warto jednak skwitować jego postawę i poglądy kilkoma zdaniami.



Dostrzegam u księdza Jacka Międlara wielki dysonans. Z jednej strony to z pewnością zdolny publicysta, którego teksty znamionują sporą erudycję i niezaprzeczalną inteligencję. Z drugiej strony to niedojrzały i pogubiony młody człowiek, którego zachowanie przywodzi na myśl rozkapryszonych gimnazjalistów. Międlar zachowuje się identycznie jak oni: głośno wyraża swoje pragnienia, a gdy ktoś staje na ich drodze, strzela focha i trzaska drzwiami. Nie zna ograniczeń wynikających ze stanu kapłańskiego, do którego należy, czy choćby kultury osobistej.

I właśnie ta mroczna strona cały czas zdaje się rządzić księdzem Jackiem. Nieszczęśnik nie rozumie bowiem istoty katolickiego kapłaństwa ani związanej z nią godności. Nawet jeśli w ramach sankcji związanych z decyzjami przełożonych nie mógłby aktywnie działać społecznie, to łaski Boże wynikające z udzielanych przez niego sakramentów, ze Mszy, spowiedzi, chrztów czy ostatnich namaszczeń byłyby nieporównywalnie większe od działalności społecznej wszystkich narodowców Polski.

A zatem poprzez odejście ze zgromadzenia oo. misjonarzy ks. Międlar dobrowolnie ograniczył swoje możliwości co do czynienia dobra i to w znacznie większym stopniu niż wynikałoby to z decyzji przełożonych. Jest to tylko wierzchołek góry lodowej. Aktualnie Międlar dąży do statusu kapłana - tułacza, nieprzypisanego do żadnej działającej legalnie struktury kanonicznej. Jeśli się szybko nie opamięta, nie będzie mógł odprawiać Mszy ani spowiadać. Nie będzie mógł także kiedykolwiek katechizować ani oczywiście wykładać w seminarium - co ponoć strasznie go frustrowało, a wynikało z decyzji przełożonych.

W świetle obecnej decyzji ks. Jacka Międlara nakładane na niego wcześniej sankcje wydają się po prostu trafne: ten człowiek jest zbyt zaplątany, by być duszpasterzem. Mało tego! Jeśli pycha Międlara będzie się dalej rozwijać, może go doprowadzić do stworzenia struktury schizmatyckiej lub porzucenia kapłaństwa. Ryzyko takiego zgorszenia należy traktować jako poważne.

Kilka tygodni temu dyskutowałem ze zwolennikiem ówczesnej postawy ks. Międlara. Wyraziłem zdanie, iż nakładane nań kary powinien traktować jako błogosławieństwo. Oznaczały one bowiem znaczące zwiększenie czasu, który mógłby poświęcić na samodoskonalenie. Na wyrównanie braków z posoborowego seminarium, nieszczęsnej "księżowskiej zawodówki". Na nauczenie się liturgii przedsoborowej, na uporządkowanie spraw dogmatycznych czy apologetycznych. Na codzienne odprawianie tradycyjnej Mszy i pogłębianie rozumienia, że istotą powołania kapłańskiego jest składanie ofiary. Udział w Ofierze Pana Jezusa ale także ofiarowanie samego siebie Bogu Ojcu. Znam bardzo wielu duchownych, którzy ubolewają, że rozmaite nałożone na nich obowiązki uniemożliwiają im optymalną organizację dnia.

Okazało się, że jest znacznie gorzej. Międlar bardzo źle wykorzystał wakacje, czas owych sankcyj. Z premedytacją łamał zakazy wypowiedzi medialnych, politykował, ekscytował się banalnym procesem, w którym nic złego mu się stać nie mogło. Słowem, gorszył. Od indywidualnej wrażliwości wiernego zależy, które zgorszenie pochodzące od duchownego uznaje za większe: czy dewianta homoseksualnego, czy rozpustnika, czy pijaka, czy butnego pyszałka. Nie rozstrzygam.

Jeszcze jedno. Jeśli jakiś niezbyt bystry chłopaczyna kończy zawodówkę elektryczną, to wie przynajmniej tyle, że nie wolno wkładać palca do kontaktu. Odnosząc tę metaforę do nieszczęsnego księdza Jacka Międlara muszę stwierdzić, że o kapłaństwie wie on jeszcze mniej niż ów hipotetyczny jełop o swoim fachu.

Od 2000 lat znamy sposoby na zmianę świata na lepszy. Po pierwsze, trzeba zacząć od siebie, a nie od innych. Po drugie, modlitwy, postu i jałmużny nigdy nie jest za wiele. Jeśli kiedyś pokonamy mafię gejowską, a nawet i "talmudystów" - cokolwiek by to miało nie znaczyć - to tylko w ten sposób.

Jedyną autentyczną wspólnotą Jezusa Chrystusa i Jego Mistycznym Ciałem był, jest i będzie Kościół katolicki.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Msza cicha, Msza śpiewana - jak to jest w Polsce ?

Na wartościowej stronie UNACUM.PL pojawiło się niedawno tłumaczenie ciekawego tekstu odnoszącego się do sytuacji amerykańskiego tradycyjnego katolicyzmu pt. Kwestia wszechobecnej Mszy cichej i rzadko odprawianej Mszy śpiewanej.

Jego analizę rozpocznę od uwagi translatorskiej. Używane w języku angielskim wyrażenie "Low Mass" tłumaczone jest na polski zamiennie: "Msza cicha" lub "Msza recytowana". Jest to niepoprawne. Synonimem do "Mszy cichej" jest pojęcie "Msza czytana", podczas gdy "Msza recytowana" - inaczej "Msza dialogowana" to potworek ruchu liturgicznego z I połowy XX wieku, charakteryzujący się tym, że ogół wiernych recytuje na głos kwestie przewidziane dla ministranta w księgach liturgicznych.

Uporządkujmy to zatem: Msza śpiewana – angielskie: High Mass, łacińskie: Missa cantata oraz Msza czytana (cicha) – angielskie: Low Msza, łacińskie: Missa lecta/ Missa secreta. Sam tekst można zaś streścić w następujących punktach:

1. Uczestnicy i organizatorzy Mszy preferują celebracje Mszy cichej, która trwa krócej i wymaga mniejszych nakładów pracy od przygotowywania Mszy śpiewanej.
2. Nie podejmuje się śpiewania Mszy uroczystej z uwagi na brak kompetentnych kantorów.
3. Ludzie preferują Mszę cichą, gdyż doświadczają poprzez nią bliższego kontaktu z Bogiem.


Polska rzeczywistość jest jednak nieco odmienna. Po pierwsze, wierni zwykle nie mają wyboru między Mszą czytaną a Mszą śpiewaną. Szczerze mówiąc, nie mają żadnego wyboru. Aktualnie jest jedynie ok. 40 miejscowości (wliczając Msze postindultowe oraz kaplice FSSPX), w których jest dostępna cotygodniowa Msza tradycyjna. Wybór zatem niemal wszystkich wiernych, pomijając może mieszkańców Warszawy, Krakowa i Wrocławia oraz okolicznych miejscowości, sprowadza się do alternatywy: „iść albo nie iść”.

Ponieważ w Polsce zatraciliśmy na dziesięciolecia ciągłość celebracyj liturgii klasycznej, to mamy do czynienia raczej z naśladownictwem wzorców tradycjonalistów francuskich i niemieckich niż kontynuacją przedsoborowych zwyczajów polskich. Ubolewam nad tym, mając równocześnie świadomość, iż nie były one w pełni zgodne z rubrykami Mszałów i wytycznymi Stolicy Apostolskiej. Zwykle odprawiano u nas Mszę czytaną, podczas której, przez większość jej trwania śpiewano pieśni wyrażające prawdy wiary katolickiej. Jeśli zajrzycie do starych modlitewników czy śpiewników, znajdziecie tam dziesiątki takich propozycyj. W okresie bożonarodzeniowym śpiewano tak również kolędy. Wszystko to wyjaśnia, czemu nasze stare księgi zawierają tak długie, liczące po kilkanaście zwrotem pieśni. Praktyka Novus Ordo, ale także przywracanego rytu katolickiego niestety ich nie wykorzystuje.

Co do oprawy muzycznej polskich liturgij, to również nie jest najlepiej, choć problemy są zupełnie inne niż u Amerykanów. Nim tradycyjna liturgia zaczęła powracać do polskich kościołów, pojawiły się tu i ówdzie środowiska pasjonatów muzyki dawnej. Mam wielki szacunek dla dorobku Marcina Bornus -Szczycińskiego czy Marcelego Peresa, ale nie uważam, że ich osiągnięcia powinny dominować we współczesnej oprawie tradycyjnej liturgii katolickiej. Ponadto ich uczniowie jakże często są o lata świetle od wyżej wymienionych mistrzów, skutkiem czego wartość artystyczna imitacji muzyki dawnej bywa tu i ówdzie wysoce niezadowalająca. O ile można tolerować, by podczas Festiwalu Muzyki Dawnej w Jarosławiu liturgia była w pewnym sensie dodatkiem do muzyki, to nierzadko uczestnicząc we Mszy trydenckiej w Polsce ma się wrażenie, że to jest stan permanentny. Obserwuję u wielu polskich tradycjonalistów bardzo niepokojącą tendencję. Tak jak w liturgii posoborowej Msza bywa własnością "przewodniczącego liturgii", który staje się swoistym mistrzem ceremonii, to u nas rolę tę przejmują osoby odpowiedzialne za oprawę muzyczną. Bardzo często to one kreują liturgię, w której celebrans jest jakby dodatkiem do niszowego śpiewu. Św. Pius X potępiał tę praktykę w odniesieniu do najpiękniejszych dzieł sakralnych muzyki europejskiej, u nas podobną pozycję zdają się zajmować wielbiciele rekonstrukcyj śpiewu plebejskiego.

Poza ich niszą często jest pustka. Zauważmy, że niedzielna Msza tradycyjna jakże często może być celebrowana tylko w porze obiadowej. Jest to zatem czas nieobecności organistów, pracujących w kościołach od 7 do 13 i powracających na Mszę popołudniową.

Skutkiem tego wszystkiego jest nieobecność organów w bardzo wielu lokalizacjach z Mszą trydencką. Co za paradoks! Nowusowcy rugują je na rzecz gitar, a paleotradycjonaliści zastępują chorałem czy też raczej pseudochorałem pseudogregoriańskim. Wielokrotnie spotkałem się ze zdumieniem i rozczarowaniem wiernych, szukających na tradycyjnej Mszy piękna muzyki liturgicznej i znajdujących te dziadowskie zawodzenia i smędzenia, które powinny mieć miejsce jedynie w klasztorze klauzurowym grupującym przygłuchych fratrów. "Gdzie są organy, gdzie jest chorał gregoriański, taki jaki znamy z płyt kompaktowych?!" - pytają zdezorientowani katolicy wychodzący z Mszy trydenckiej i zbyt często nigdy na nią nie wracający.

Wiem, że w tym momencie krytykuję, być może mocno i brutalnie, ludzi poświęcających swój czas i pieniądze, którzy realizują pasję bycia kantorami i sądzą, że w ten sposób najlepiej jak potrafią służą Bogu. Apeluję jednak i do nich o pokorę, aby zastanowili się, na ile faktycznie przyczyniają się do większej chwały Bożej i zbawiania dusz.

Jakie proponowałbym rozwiązanie? By wbrew wielowiekowemu polskiemu nawykowi mierzyć zamiary na siły. By dostosowywać się do możliwości i rozwijać stopniowo, krok po kroku. Przez setki lat nie mieliśmy znamienitych tradycyj liturgicznych w terenie, poza największymi ośrodkami. Lepiej zatem rozpoczynać celebrację Mszy tradycyjnej od skromnej Mszy cichej, z dwoma ministrantami. I lepiej opłacić profesjonalnego organistę, który po krótkim przyuczeniu zagra i zaśpiewa podstawowe melodie niż snobować się na formowanie zespołu kantorów, którzy udźwigną ciężar obowiązków nakładanych nań przez Mszę śpiewaną. Nie od razu Kraków zbudowano.

środa, 8 czerwca 2016

Na marginesie kanonizacji ojca Stanisława Papczyńskiego MIC

Nie miał szczęścia Ojciec Stanisław Papczyński (+1701) w swej drodze na ołtarze. Choć zmarł w opinii świętości, to pierwsze starania co do jego beatyfikacji napotkały na poważne przeszkody polityczne, spowodowane rozbiorami I Rzeczypospolitej. Zaborcy nie byli zainteresowani upamiętnianiem wybitnych Polaków, spośród których niemal każdy przejawiał też znaczną aktywność w służbie Ojczyźnie. Taki był i Ojciec Stanisław - spowiednik i kapelan wojsk Jana Sobieskiego.



AD 1673 Papczyński założył pierwsze polskie męskie zgromadzenie zakonne - Zgromadzenie Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, którego celami są: szerzenie kultu Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej oraz nabożeństwo wstawiennicze za dusze w czyśćcu cierpiące. Wspomniane wyżej rozbiory oraz zawieruchy masońsko - rewolucyjne XIX wieku niemal doprowadziły do likwidacji zakonu: na początku dwudziestego stulecia funkcjonował już tylko jeden klasztor oo. marianów, w Mariampolu na Suwalszczyźnie, gdzie dożywali swych dni ostatni ojcowie. Poza nim znajdowało się kilku innych członków zakonu, formalnie doń przynależących, lecz niemających faktycznej łączności wspólnotowej. W tych to warunkach doszło do swoistej odnowy zakonu dokonanej przez nowo przyjętych do wspólnoty Litwinów, Jerzego Matulaitisa i Piotra Buczysa.

Brak ciągłości pomiędzy dawnymi a nowymi ojcami marianami oraz całkowita rewizja konstytucyj zakonnych sprawiły, że kongregacja nie zachowała pierwotnego ducha ojca założyciela. Również po dynamicznym wzroście liczebnym zgromadzenia w XX leciu międzywojennym nie przywrócono ani pielęgnacji nabożeństwa za dusze czyśćcowe ani tradycyjnych białych habitów (stąd rozróżnienie między pierwotnymi "białymi marianami" i współczesnymi "czarnymi marianami"). Charakter zakonu pozostał maryjny, aczkolwiek bez zdecydowanego pierwotnego rysu.

Beatyfikacja Jerzego Matulaitisa (1987) utwierdziła go na kolejne długie lata w roli najważniejszej postaci w świadomości współczesnych marianów, tak zwanego "Odnowiciela". Patrząc na niezwykle długą listę Polaków beatyfikowanych i kanonizowanych przez Jana Pawła II nie sposób nie zadać sobie pytania: czemu zabrakło na niej ojca Stanisława Papczyńskiego? Być może najlepszym wyjaśnieniem tego fenomenu będzie informacja, iż jedynym Polakiem (wywodzącym się z Polski, nie ujmuję tu Amerykanów polskiego pochodzenia) pełniącym funkcję generała zakonu za pontyfikatu Jana Pawła II był ks. Adam Boniecki.

Tymczasem ojciec Stanisław Papczyński dołączył wreszcie do grona błogosławionych w 2007 r. Dopiero w tym samym roku zakon marianów po raz pierwszy przetłumaczył na polski wszystkie zachowane pisma Założyciela. (Można się z nimi zapoznać pod tym linkiem). Czy jakikolwiek inny założyciel wspólnoty zakonnej mającej wielowiekową tradycję jest równie nieznany i nieupamiętniany przez własne zgromadzenie?!

Do dziś niewiele się zmieniło. Zauważam z bólem, że podczas franciszkowej kanonizacji niemal nieobecny był ... sam święty Stanisław, taki jakim go znamy. Marianie rozstawieni daleko po kątach, brylował wszędzie kard. Stanisław Dziwisz, mocno akcentujący pochodzenie Papczyńskiego z okolic sądecczyzny, czyli ... swoich własnych terenów.

W ostatnich latach znacząco zwiększa się zainteresowanie pierwotną duchowością mariańską. Niedawno powstała nawet niewielka wspólnota zakonna odwołująca się do dorobku "białych marianów". Wspierajmy ją swoją życzliwością, a zwłaszcza modlitwą.

Ale i na ten temat godzi się napisać kilka słów krytycznych. Do sympatyków wspomnianej grupy zaliczał się zmarły niedawno wizjoner "Adam Człowiek", przedstawiający "odnowę" dokonaną przez Matulaitisa jako jawnie bezprawną i nielegalną. Nie zaliczam się bynajmniej do grona zwolenników owej zmiany, ale przyjmuję do wiadomości fakty i argumenty podawane np. przez ks. Juliana Kałowskiego MIC w tekście pt. Ocena zarzutów przeciwko legalności odnowy zakonu marianów. Gdyby zaś ktoś chciał się zapoznać szczegółowo z historią przebiegu pierwszej próby wskrzeszenia "białych marianów" - siedleckim stowarzyszeniem stanisławitów, polecam tekst o. Józefa Mareckiego. Warto uczyć się na dawnych błędach, by ich ponownie nie popełniać.

Współcześni, czarni marianie są porządnym, zacnym zakonem, który czyni wiele dobra w Polsce i za granicami. My tradycjonaliści, możemy być mu szczególnie wdzięczni za gościnę w Licheniu, jaką okazuje Warsztatom Liturgicznym Ars Celebrandi, największemu tego typu wydarzeniu na świecie. Ufam, że święty Stanisław od Jezusa i Maryi Papczyński przyczyni się do przywrócenia Kościołowi, Polsce i samemu Zakonowi tradycyjnego charyzmatu, jaki sam mu określił. W mariańskiej rodzinie zakonnej jest z pewnością miejsce na białych marianów tradycyjnej obserwancji.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

O pewnym tunelu i popisach artystyczno - satanistycznych

Tym razem mój wpis nie dotyczy działalności Kościoła Posoborowego. Ma jednak poważny związek z aktywnością jego "młodszych braci w wierze", czyli satanistów, masonów i ekumenistów.

1 czerwca br. pod szwajcarskimi Alpami otworzono najdłuższy i najgłębiej na świecie położony tunel kolejowy, Gotthard-Basistunnel . Otwarcie inwestycji "uświetniła" impreza kulturalno - rozrywkowa, która miała dość niecodzienny przebieg. Myślę, że uzasadnione są głosy nazywające ją jawnie satanistyczną. Obrazy mówią same za siebie i trudno je inaczej zinterpretować.



W przedstawienie zaangażowano około 600 performerów. Reżyserował je znany niemiecki reżyser Volker Hesse, a na widowni siedzieli tacy prominenci jak Aniela Merkel czy Franciszek Hollande.

Novus Ordo Mundi pokazało swe oblicze.

Dziękuję Kolegom z Forum Krzyż za informacje.