środa, 25 maja 2016

Wincenty Łaszewski - Nadchodzi kres. Mistyczne wizje końca świata

Najkrótszą recenzję dzieła można zawrzeć w jednym zdaniu: "to jest bardzo szkodliwa i niebezpieczna książka".

Łaszewski niby pisze książkę religijną, niby teologiczną, ale efektem jego pracy jest coś pomiędzy thrillerem a horrorem klasy B. Całość została nieźle napisana, zawiera wiele sugestywnych opisów. Jest mnóstwo manipulacyj i półprawd. Nie jest to zatem książka łatwa do konfrontacji dla przypadkowego czytelnika, zwłaszcza jest nim średnio zorientowany w niuansach teologii, poszukujący katolik. Do takich osób adresuję mój wpis, ufając, że okaże się choć trochę pomocny.



Autor zaczyna od wyliczenia całej litanii fałszywych i niedoszłych końców świata, wraz z datami, kiedy miały się one wydarzyć. Przeciwstawia im "swoje", niebiańskie wizje apokalipsy, które owych dat nie zawierają. Podaje fakty naukowe, odnoszące się do wzrostu aktywności wulkanów. Przemilcza efekt cieplarniany i mniemane podnoszenie się wody oceanów, bo to przeczyłoby jego narracji: "Bóg w Starym Testamencie obiecał, że nie spuści więcej potopu na Ziemię, ale inne dopusty może zarządzić". Następnie atakuje nas masowością objawień we współczesnym świecie: "Według Le Monde w samych tylko latach 1976 - 1986 Matka Najświętsza objawiła się dwadzieścia jeden tysięcy razy". Ale referowanie ich treści zaczyna - by uwiarygodnić swoje stanowisko - od faktycznie wypełnionych dziś proroctw z XVII wieku z Quito w Ekwadorze. Jest z nimi niemało problemów, sygnalizowanych przeze mnie jakiś czas temu Warto podkreślić, że Łaszewski relacjonuje te wydarzenia bez użycia w cytacie słowa "masoneria" i innych wyrażeń niepasujących do wieku siedemnastego. Pozostaje na wyższym, bezpieczniejszym poziomie ogólności. Czy to świadczy, że korzystał z innych źródeł na temat objawień Matki Bożej w Quito? Nie. Nie ma bowiem żadnych źródeł pisemnych na temat treści powyższych objawień sprzed lat 30-tych XX wieku. Nie mamy powodów, by wątpić, że dawno temu w Ameryce Łacińskiej żyła świątobliwa mistyczka, ale też nie mamy żadnych świadectw choćby z drugiej ręki, co konkretnie miałaby usłyszeć od Matki Bożej. Słowem, można zakwestionować pierwszą sztuczkę zastosowaną przez Wincentego Łaszewskiego.

Co kilkadziesiąt stron czytamy w tej książce cytat ze słów papieża Urbana VIII (+1644): "W przypadkach związanych z objawieniami prywatnymi lepiej jest wierzyć, niż nie wierzyć, ponieważ jeśli wierzycie, a rzecz okaże się fałszywa, otrzymacie wszelkie błogosławieństwa, tak jakby były one prawdziwe. Uwierzyliście bowiem, że są one prawdziwe." Pod koniec książki (str. 304) znajdziemy dopisek: "Przypisane papieżowi słowa nie są jednak nigdzie źródłowo udokumentowane. Należałoby je raczej uznać za wyraz sensus fidei - dowód powszechnej intuicji cechującej lud Boży." Czyli papież powiedział, ale nie powiedział. A Łaszewski uznał tę wypowiedź za reprezentatywną dla całego ludu Bożego. Jakby to skomentował Stanisław Bareja słowami wielokrotnie powtarzanymi w serialu "Zmiennicy": "kłamstwo jest wykładnikiem prawdy."

Pomiędzy tymi cytatami pojawiają się jak w kalejdoskopie relacje z całego świata, z wieku XIX i XX, dotyczące objawień maryjnych (ponoć 99% objawień prywatnych to manifestacje Matki Bożej) - zatwierdzonych i niezatwierdzonych, trwających i zakończonych, przebadanych i wciąż weryfikowanych. Przypomnijmy sobie podaną liczbę 21 000 takich zdarzeń z jednej tylko dekady i porównajmy je do liczby bodajże ... 2 objawień, określanych przez Łaszewskiego jako zdemaskowane przez Kościół jako fałszywe. Te liczby robią wrażenie, nawet jeśli dostrzeżemy, że pośród wiarygodnych podaje on Medjugorje, Garabandal, a nawet polską Oławę!

Jak mają się dalej toczyć wydarzenia? Czytamy o tym na stronie 91. Najpierw ma być czas herezji, kryzysu Kościoła i cywilizacji. Po nim ma być wielkie ostrzeżenie - znaki. Następnie nadejdzie czas oczyszczenia, a po nim zatryumfuje Boża Sprawiedliwość, co niekoniecznie musi oznaczać koniec świata. Książka w zasadzie pomija zrelacjonowanie punktu pierwszego, jakże istotnego z punktu widzenia tradycjonalistów. Łaszewski może 10 razy napisać o panoszących się herezjach w Kościele, o masonach oraz o odejściach z kapłaństwa (i tu pojawia się pytanie, jak "zgubiły się" literki "MIC", które nosił dwadzieścia kilka lat temu za nazwiskiem ...), ale nie piśnie słówkiem, by wskazać na współczesne źródła i znamiona tego kryzysu. Dowiemy się co najwyżej, że Leon XIII miał w 1884 r. miał wizję rozmowy Boga z szatanem, z której wynikło przyzwolenie Boga na większą aktywność diabła ukierunkowaną na zniszczenie Kościoła. Dowiemy się, że w ślad za tą wizją Papież ułożył modlitwę - egzorcyzm i polecił odmawiać go po każdej Mszy świętej, co zarzucono pod koniec lat 60-tych XX wieku. Ale w książce nie ma nawet jednego zdania krytycznego względem posoborowej rzeczywistości i narzuconych nam deform! Nie ma choćby zdania krytyki równie "radykalnej" jak u tradycjonalistów z Christianitas. Całość jest poświęcana dwóm kwestiom: znakom nadejścia apokalipsy i rozmaitym relacjom jej możliwego przebiegu.

Tymczasem najważniejsze dla wiernych jest rozpoznanie herezyj i nieulegnięcie im! Jeśli zachowasz wiarę w czasie wielkiego odstępstwa, to nie ma znaczenia, kiedy umrzesz; byle byś umarł w stanie łaski uświęcającej. Ta podstawowa prawda wiary katolickiej jest zupełnie niewidoczna w recenzowanej książce, rzekomo katolickiej, wydanej przez rzekomo katolickie wydawnictwo Fronda. Zauważmy, że zapowiadany także w szeregu objawień streszczanych w książce kryzys Kościoła ma mieć charakter totalny. Nie chcę wartościować i dociekać, czy ów zapowiadany stan już trwa, czy też dopiero - za przyczyną Franciszka Papieża - nadchodzi. Dość, że wiele środowisk tradycjonalistycznych także poprzez prywatne objawienia maryjne uzasadnia swoją postawę i opór względem modernistycznej hierarchii. U Łaszewskiego jest inaczej - zawsze pisze on o konieczności posłuszeństwa biskupom, choćby dwa zdania dalej referował słowa Matki Bożej z japońskiej miejscowości Akita: "Dzieło szatana przeniknie nawet do Kościoła w taki sposób, że kardynałowie wystąpią przeciwko kardynałom, biskupi przeciwko biskupom. Kapłani, którzy Mnie czczą, będą pogardzani i wystąpią przeciwko nim ich współbracia. Kościoły i ołtarze zostaną splądrowane, Kościół będzie pełen tych, którzy akceptują kompromisy. Z powodu działania szatana wielu kapłanów i poświęconych dusz porzuci swe powołanie". Logiczny wniosek jest taki, że skoro wierni zawsze mają iść za swoimi duszpasterzami, to także i wtedy, gdy będą oni występować przeciw pobożnym współbraciom i pogardzać nimi! Opór tradycjonalistów względem biskupów i papieży Kościoła posoborowego miałby umocowanie w objawieniach prywatnych, o ile nie można by ich zdemaskować jako szatańskiego mamienia. Gdyby natomiast szczegółowe badanie treści objawień wskazywało, że do jakichś zachowań nawołuje diabeł przebrany za Matkę Bożą, to oczywiście byłby to bardzo silny argument przeciwko owym postawom. Ta prosta reguła wyjaśnia nasz sceptycyzm względem niezweryfikowanych objawień prywatnych, w ślad za zasadami Soboru Laterańskiego i Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1917 r. według których za nagłaśnianie takich objawień groziła nawet ekskomunika. Nawiasem pisząc, i Łaszewski wspomina o owej zmianie perspektywy władz kościelnych względem objawień. Pisze o tym na stronach 309 - 312, plagiatując 1:1 tekst p. Piotra Kołodzieja.

W książce Łaszewskiego wielokrotnie pojawiają się pojęcia takie jak "pokuta", "nawrócenie" czy "ofiarowanie za grzeszników". Można powiedzieć, że z tego pojawiania się niewiele wynika. Są niczym motyw anioła w popkulturze: w umiarkowany sposób wskazują na Boga czy na konieczność podjęcia jakichś działań. Kluczowym terminem są natomiast "trzy dni ciemności", czas kiedy należy pozostawać w domu, modlić się przy świecy i prosić Boga o miłosierdzie. Im poświęcona jest niemal połowa książki.

"74 wizjonerów, 10 porad jak przetrwać w czasach ostatecznych, 8 niezbędnych rzeczy na czas Apokalipsy, 7 porad jak żyć i 6 wskazówek jak się modlić!" - jakie dobre hasło reklamowe. Szkoda, że jego autor marnuje się w teologii. Z takim zmysłem marketingowym mógłby sprzedawać proszki do prania czy środki na zaparcie. Może one by nie pomogły tak, jak w reklamie. Ale przynajmniej nie zaszkodziłyby życiu duchowemu nabywców. Tymczasem praktyczne porady Łaszewskiego na apokalipsę zaszkodzić duszom mogą.

Przeczytajcie sami ten bełkot: "Wciąż jeszcze mamy czas, by przygotować się na godzinę ciemności. Nie możemy już uniemożliwić ataku sił ciemności, możemy go jednak osłabić. W jaki sposób? Odpowiedź jest krótka: należy zrobić jak najwięcej z tego, co radzą głosy z Nieba. Jedna z wizjonerek przytacza słowa Maryi: "Powiedziała, że jeśli świat zrobi to, o co Bóg prosi, wszystko będzie dobrze"." Na pierwszy rzut oka porady, jak żyć w czasach przedostatecznych, w pełni oddają nauczanie Kościoła. 1. Nawrócenie. 2. Łaska 3. Wiara 4. Pokuta 5. Ubóstwo 6. Wynagrodzenie 7. Posłuszeństwo Kościołowi. Niestety, zamiast katechizmowego nauczania na te tematy, Autor prezentuje własne definicje, zupełnie niegodne osoby posiadającej doktorat z teologii, choćby i posoborowej.
Nawrócenie: "odwróćmy się od szatana, a zwróćmy do Boga." "Nie wierzmy w obietnice szatana, odrzućmy jego wartości i pokusy. Zapragnijmy być blisko Boga".
Łaska: "Żyjmy w stanie łaski, czyli uznajmy nawrócenie za "stałą" naszego życia, a nie "chwilę", po której wszystko powraca do stanu poprzedniego. Trwanie w łasce to zabieranie pola szatanowi. Łaska ma cechy "promieniotwórcze": z łatwością poszerza ona kręg niedostępny dla demonów.
Wiara: "Nauczmy się żyć wiarą: pamiętać o Bogu, ufać Mu, być pewnym Jego miłości, nie myśleć o sobie, ale o bliźnim i kochać go, bo kocha go Bóg. To bardzo trudne, ale na tym polega naśladowanie Boga".

Tyle paplaniny, a ani słowa o tym, co naprawdę ważne: o porzuceniu grzechów śmiertelnych i trwaniu w łasce uświęcającej. Nota bene: stan łaski uświęcającej nie sprawia, że człowiek nie podlega dręczeniu przez demony, czego dowodem życiorysy największych świętych Kościoła.

Wypowiadając się w spoganionym świecie, formułując swe myśli do zagubionych być może katolików, nie wolno pozwalać sobie na zwroty nieprecyzyjne. Iluzoryczne odwrócenie od szatana, usta pełne werbalnej ufności Bogu i nadziei na Jego łaskę, to atrybuty protestanckich, ewangelikalnych "born again Christians". Wszyscy ci ludzie mogą równocześnie i obiektywnie pozostawać przez lata w grzechu śmiertelnym, na przykład związanym z przebytym rozwodem i trwaniem w nowym związku. Mogą utwierdzać się w grzechu poprzez świętokradcze spowiedzi i bezprawne (albo i "franciszkowe") przystępowanie do Komunii Świętej. Takich ludzi w praktyce bierze także i na swoje sumienie Wincenty Łaszewski.

Rady dotyczące modlitwy są mniej kontrowersyjne: Odmawiajmy codziennie różaniec. Przyjmijmy szkaplerz. Zawierzmy się Maryi. Adorujmy Najświętszy Sakrament. Jak najczęściej starajmy się uczestniczyć we Mszy Świętej i godnie przyjmować Komunię Świętą. Wzywajmy pomocy Maryi.

Odloty nasilają się przy sporządzaniu "Niezbędnika na apokalipsę". Wprawdzie Łaszewski pisze, że to nie amulety, ale sensu nijakiego nie mają jego rady. Na czele listy, zatem najważniejsza, gromnica. "Ma być tylko jedna i zwykłej wielkości, bowiem Bóg zapowiedział, że taka wystarczy". W moim domu jest kilka gromnic, także pozostałe po nieżyjących członkach rodziny. Mam nadzieję, że nadmiar świec woskowych w domu nie sprawi, że zostaniemy skreśleni z automatu jako niedowiarkowie. "W blasku poświęconej świecy mamy przede wszystkim czytać i rozważać Pismo Święte, by tym samym znaleźć się w kręgu łaski i przywoływać Moc, Mądrość i Opatrzność Bożą". Na liście są również: modlitewnik, lektury duchowe, poświęcony obraz, różaniec, woda święcona i .... pożywienie.

No i wreszcie: "Jak przetrwać w czasach ostatecznych". Dowiadujemy się, że w owych czasie nie wolno wyglądać na zewnątrz domów ani tym bardziej z nich wychodzić. Gdy nastanie czas grozy nie wolno też nikogo wpuszczać do środka. Można to robić tylko wcześniej. Nie wyjaśniono wszakoż w książce, od kiedy konkretnie nie wolno otwierać drzwi na zewnątrz czy wychodzić z domów. To bardzo istotna nieścisłość, w zasadzie dyskwalifikująca porady, gdyby je potraktować serio. Dziesiątki prywatnych objawień dotyczące owego czasu są nie do końca spójne, nieprecyzyjne. Czy rzeczywiście pochodzą od Maryi i od Boga? Nie rozumiem też, czemu Bóg miałby karać śmiercią za akty miłosierdzia, jakimi byłoby wpuszczanie do domu ludzi proszących o ratunek. To założenie jest sprzeczne z istotą naszej religii, wprost z zapisami Ewangelii. Jak widać, objawienia reklamowane przez Łaszewskiego są bardzo niebezpieczne dla sumień osób je czytających. Czy zwłaszcza w czas apokalipsy nie powinniśmy ratować bliźnich, choćby i kosztem życia doczesnego? " Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich"

Rozważałem dotąd treść "porad" z punktu widzenia ludzi pobożnych, pragnących zaufać treściom, które czytają. Ale zastanówmy się, jak wpłynie lektura książki Łaszewskiego na osoby dość sceptyczne religijnie, na przykład młodzież po posoborowej katechizacji i sakramencie pożegnania z Kościołem, niegdyś zwanym bierzmowaniem. Ludzie ci mogą raczej utwierdzić się w przekonaniu, że w chrześcijaństwie promuje się obskurantyzm, że cwaniaczki wciskają kit durniom, że nikt poważny w to nie wierzy, ale "jedziemy, bo ciemny lud to kupi". Sam mam zresztą podobne wrażenie co do intencyj Autora i nieraz sugerowałem w tym wpisie, że Łaszewski celowo napisał książkę, która będzie się nieźle sprzedawać. Napiszę to jednak także expressis verbis, by nie było niedomówień.

Na koniec zreferujmy jeszcze wizję "Nowego Kościoła", który według Autora nastanie po czasie oczyszczenia. Ma to być bowiem kościół objawieniowy, zastępujący Kościół instytucjonalny, który "w pewnym sensie zawiódł". Ów kościół ma się opierać na doświadczeniu Boga, na nurcie "bardziej subiektywnym albo charyzmatycznym". Ma to być epoka Ducha Świętego. Najzabawniejsze jest zaś to, że owa era być może będzie trwała bardzo krótko, dwadzieścia lub sto lat. A potem według Łaszewskiego znów ludzie utorują drogę szatanowi, by powrócił na świat. Autor po prostu pada ofiarą dywagacji nad zapisami głośnych, lecz wzajemnie sprzecznych i wykluczających się objawień prywatnych. Jak się to ma choćby do objawień, które miał Leon XIII, według których diabłu jednorazowo przyzwolono, by poszalał przez stulecie?

Zalecam bardzo wielką wstrzemięźliwość względem wszelkich objawień prywatnych. Jeśli Kościół je zatwierdził i zinstytucjonalizował, jak np. objawienia związane z Niepokalanym Sercem Pana Jezusa, różańcem czy szkaplerzem, to możemy być pewni ich poprawności teologicznej. W czasach zamętu teologicznego, wobec braku faktycznego nadzoru przez ustanowioną hierarchię nad treściami teologicznymi, bezwartościowych pieczątek z imprimatur, należy być bardzo ostrożnym względem wysypu nieautoryzowanych przesłań "z nieba". Zaryzykowałbym tezę, że większość spośród masy współczesnych objawień maryjnych to projekcje pobożnych umysłów. Ludzie słyszą, że jest tyle takich zdarzeń i wmawiają je sobie. To jest najdelikatniejsze wytłumaczenie także dla jakże nam doskwierających wizjonerek od księdza Natanka czy księdza Kiersztyna.

Najlepsze, co możemy zrobić, to przeczekiwać czas współczesnego zamętu teologicznego opierając się o tradycyjną doktrynę Kościoła. W niej mamy wszystkie środki i łaski konieczne i niezbędne do zbawienia.

wtorek, 10 maja 2016

Którego kalendarza używać?! Których ksiąg liturgicznych?!

Już bardzo początkujący tradycjonaliści wiedzą, że różnimy się od posoborowia nie tylko samą liturgią, ale także powiązanym z nią kalendarzem. Mamy wewnątrz jednego obrządku odmienne, często istotnie się różniące okresy roku kościelnego, układy i klasy świąt, przypisane do nich kolory szat liturgicznych oraz modlitwy. Przykładowo, na dwie niedziele przed środą popielcową rozpoczynamy przedpoście, kiedy to kapłan używa fioletowego ornatu, nie odmawia "Gloria" podczas Mszy - przygotowując parafię na Wielki Post.

Część moich Czytelników może być jednak zdziwiona, jeśli oświadczę im, że rubryki i kalendarz, jakie znają z towarzyszącej im Nadzwyczajnej Formy Rytu Rzymskiego nie do końca są tradycyjnie katolickie.

Wszystko to jest winą reform liturgicznych, których przeprowadzanie zostało powierzone przez Piusa XII pod koniec lat 40-tych XX wieku nikomu innemu jak ks. Hannibalowi Bugniniemu. Jego Komisja Liturgiczna zaczęła z wysokiego C, demolując obrzędy Wielkiego Tygodnia w latach 1951 - 55. Przez długie lata w polskim tradiśrodowisku bardzo źle było widziane kontestowanie tych reform, zaaprobowanych niestety przez Ojca Świętego Piusa XII. Niewiedzieć czemu regulacje te posiadły status porównywalny z zapisem o przewodniej roli PZPR w bardzo minionym okresie. Deformy stworzone przez Hannibala Bugniniego wciąż mają za sobą nieme poparcie piusowców (odcinających się w tej kwestii z uporem godnym lepszej sprawy od sedewakantystów) i ciut bardziej werbalne od szerokiego spektrum indultowców.



Na szczęście pojawia się młode pokolenie duchownych i wiernych przywiązanych do tradycyjnej liturgii katolickiej, które nie jest obciążone dawnymi sporami. To właśnie w nim pojawiają się głosy zdrowego rozsądku zasługujące na wsparcie. Nie trzeba bowiem wielkiej wiedzy liturgicznej, by stwierdzić, że do obrzędów Wielkiego Tygodnia, jakie są przypisane do Mszału Jana XXIII, można w pełni odnieść słynne słowa kardynała Ratzingera zawarte we wstępie do książki ks. Mikołaja Gambera "Die Reform der Römischen Liturgie":

Nie chciano kontynuować owej żywej przemiany i organicznego dojrzewania, natomiast, zupełnie jak w produkcji technicznej, zastąpiono je banalnym produktem, powstałym dla potrzeb chwili.

My, tradycjonaliści, często wyrażamy te słowa w odniesieniu do Nowej Mszy. Nie wahajmy się zatem, by używać ich względem bugniniańskiego Wielkiego Tygodnia, który jest znacznie bardziej rewolucyjny wobec tradycyjnych obrzędów katolickich niż Mszał 1965 w porównywaniu do Mszału Jana XXIIII. Zachęcam do zapoznania się ze szczegółową analizą ww. deform autorstwa x. Stefana Carusiego (ex-IBP).

Bugniniański Wielki Tydzień to m.in.:
- wieczorna celebracja obrzędów Wielkiej Soboty, po których następuje rozpoczynająca się zwykle sporo przed północą Msza wielkanocna;
- ustalenie formy liturgii Wielkiego Piątku, która zastąpiła Mszę z Darów Uprzednio Konsekrowanych ;
- znaczące zmiany obrzędów Niedzieli Palmowej.

Wszystkie te elementy w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego są niemal identyczne jak w Zwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego oraz znacząco inne niż w księgach liturgicznych Kościoła rzymskokatolickiego spisanych począwszy od zarania średniowiecza.

Uważajmy zatem, by regulacje, które funkcjonowały w Kościele katolickim przez nie dłużej niż dekadę, nie stały się dla nas normą i punktem odniesienia. Byłby to identyczny błąd, jaki popełniają posoborowi katolicy w odniesieniu do nieznanej im Mszy trydenckiej.

Pamiętajmy choćby, że stary polski zwyczaj procesji rezurekcyjnej w poranek wielkanocny jest zgodny z księgami obowiązującymi do 1955 r. i przetrwał kolejno nieszczęsne reformy: Piusa XII, Jana XXIII oraz Pawła VI. Teraz jest rugowany z niedzieli naszych kościołów z różną intensywnością, doczepiany na siłę w sobotni wieczór, skracany z uwagi na późną porę i zmęczenie uczestników obchodów Wielkiej Soboty. Dzieje się tak także podczas Triduów celebrowanych w NFRR.

Zaprezentowane powyżej w wielkim skrócie rewolucyjne zniszczenie obrzędów Wielkiego Tygodnia przez Bugniniego jest najbardziej dobitnym przykładem złych reform przedsoborowych. Godzi się jednak wspomnieć o kilku innych zagadnieniach poruszanych przez niesławną Komisję Liturgiczną przed 1960 rokiem. Jest to w szczególności zmiana rubryk z 1955 r. która uprościła kalendarz liturgiczny, pozostawiając jedynie trzy oktawy (Bożego Narodzenia, Wielkanocy i Zesłania); analogicznie postąpiono z wigiliami świąt. Były tam również rozwiązania trafne, redukujące pewną biurokratyzację liturgii, powodującą nakładanie się świąt, ich przekładanie lub antycypowanie. Pamiętajmy jednak, że "wczesny" Bugnini zawsze pozostaje arcyszkodnikiem liturgicznym, który nawet jeśli jakąś mądrą i słuszną myśl przemycił między zmianami, to obudował ją szeregiem nonsensów.

Chciałbym zakończyć ten wpis następującymi wnioskami:

1. Nie bądźmy niewolniczo przywiązani do zapisów Mszału Jana XXIII. Nadzwyczajna Forma Rytu Rzymskiego nie powinna być do przesady standaryzowana i ujednolicana. Ten mit jest szkodliwy i mógłby doprowadzić nie tylko do zaniku lokalnych zwyczajów, ale i uniemożliwić organiczny rozwój liturgii.

2. Reforma rytu rzymskiego - jeśli kiedyś do niej dojdzie w skali Kościoła powszechnego - nie będzie polegała na prostym odrzucenia Mszału Pawła VI oraz przywróceniu Mszału Jana XXIII. Zapewne będzie miała jakąś refleksję Novus Ordo, ale i przywróci część zapisów skreślonych, być może nazbyt lekkomyślnie, za zgodą Piusa XII.

czwartek, 5 maja 2016

Wincenty Łaszewski - „Fatima. Stuletnia tajemnica. Nowo odkryte dokumenty 1915 – 1929”.

Jakiś czas temu współpracownicy Młota monitorujący rozmaite strony sekciarskie podesłali link do wpisu na „Frondzie”. Niejaki „mah” plótł tam bzdury na temat rzekomych rewelacyj wizjonerki fatimskiej siostry Łucji odnoszących się do III wojny światowej i Polski. We wpis wplecione są reklamy książek doktora nieświętej, posoborowej teologii Wincentego Łaszewskiego:

1. „Fatima. Stuletnia tajemnica. Nowo odkryte dokumenty 1915 – 1929”. Wydawnictwo Fronda 2016
2. „Nadchodzi kres. Mistyczne wizje końca świata”. Wydawnictwo Fronda 2016

Będąc niegdyś uczestnikiem frondospołeczności (forum, portal) wiem, że nigdy nie było jasne, co na Frondzie jest stanowiskiem redakcji, a co głosem czytelników, bloggerów. Przez to działo i dzieje się bardzo wiele zła dla reputacji katolików w Polsce, bowiem głosy skrajnie oszołomskie są traktowane jako podkładka pod oszołomstwo redaktorów Frondy z niezawodnym Tomaszem Terlikowskim na czele. Treści zamieszczanych na blogach nikt nie monitoruje; muszą pojawiać się tam bluźnierstwa, by ktoś ruszył głową i cenzorskimi nożyczkami.



Kupowałem książkę Łaszewskiego nie wykluczając, iż zawiera ona treści podobne do skrajnego oszołomstwa zaprezentowanego przez bloggera (redaktora?) o ksywce „mah”. W końcu Wincenty Łaszewski od lat nie cieszy się sławą wnikliwego badacza, lecz poszukiwacza tanich, komercyjnych sensacyj, wielokrotnie reklamującego bardzo wątpliwe objawienia prywatne np. w szkodliwym Magazynie Egzorcysta.

Na szczęście książka o Fatimie jest ich pozbawiona. Ale to niewielka pociecha. Całość stanowi bowiem posoborowy wykład wiedzy o objawieniach fatimskich, który bez najmniejszych niedomówień oblewa „test Krusejdera” w zakresie obu kluczowych zagadnień związanych z wydarzeniami, jakie miały miejsce w Portugalii AD 1917:

Dwa największe kłamstwa współczesnego posoborowia związane z Fatimą brzmią: 1. Wypełniliśmy wolę Maryi zawartą w drugiej tajemnicy poświęcając Rosję Niepokalanemu Sercu Matki Bożej oraz
2. Ujawniliśmy treść Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej.


Łaszewski podtrzymuje oba te kłamstwa, chociaż dwa lata temu w wywiadzie dla wspominanego wyżej „Egzorcysty” prezentował rozmaite wątpliwości co do prawdziwości oficjalnej wykładni:

Z jednej strony może się okazać, że tajemnica fatimska zawiera coś więcej niż to, co poznaliśmy. Że jest coś jeszcze… Jakaś czwarta tajemnica. Z drugiej strony nawet to, co już znamy, wcale nie jest nam znane! Bo nie rozumiemy w pełni tego, co chciała nam powiedzieć Matka Boża Fatimska. Bo zatrzymujemy się tylko na tym, co dla nas ciekawe: na znaku poprzedzającym drugą wojnę światową, na przepowiedni mówiącej o nawróceniu Rosji, zapowiedzi prześladowań, słowach o zwycięstwie dobra nad złem. To ostatnie to wypowiedź o Niepokalanym Sercu, ale znowu jakoś nikt nie pyta, co znaczy obecność Niepokalanego Serca w triumfie dobra. Obecność sprawcza!

Wszystko jest jeszcze bardziej skomplikowane. Bo kto powiedział, że istnieje tylko lipcowa tajemnica fatimska? Może jest ich więcej? Wiele wskazuje na to, że tak właśnie jest. Mamy na przykład sekret tzw. piątego objawienia (z czerwca 1921 roku), ujawniony dopiero w październiku 2007 roku. Nie są też znane zapiski czynione w dzienniczku (prowadzonym właśnie od czerwca 1921 roku) przez Siostrę Łucję. Zapisków tych jest wiele, bardzo wiele. Wszystkie zaś mówią o nadprzyrodzonych doświadczeniach wizjonerki. Jest wśród nich wiele tajemnic, kilka z nich nawet już znamy. Są częścią ujawnionych rozmów Maryi z Siostrą Łucją – głównie z lat 30. i 40. XX wieku.


Mówiąc ściślej, Łaszewski w swej manii poszukiwania prywatnych objawień, zdaje się promować tezę, iż siostra Łucja doświadczała objawień Matki Bożej przez całe swoje życie i dopiero ich całość stanowiłaby przesłanie fatimskie. O ile pierwsza część hipotezy może być prawdziwa (wielcy mistycy mogą doświadczać rozmów z Bogiem czy z Maryją), o tyle jej całość czyniłaby z Fatimy kolejne miejsc „taśmowych” przesłań na wzór Medjugorje czy wizjonerek z kręgu ks. ks. Kiersztyna i Natanka. Nie może być zgody na taką interpretację Fatimy, w której Tajemnica zostałaby rozwodniona poprzez tysiące innych zapisków.

Jak konkretnie Łaszewski broni posoborowych kłamstw dotyczących Fatimy?

W zakresie ujawnienia treści Trzeciej Tajemnicy zastosowanym mechanizmem jest milczenie. W ogóle nie wspomina, że istnieją uzasadnione wątpliwości co do kompletności tej części sekretu, choć przecież kluczowa dla sprawy książka Antoniego Socciego została opublikowana w 2006 r.

Obrona kłamstw związanych z rolą Rosji w przesłaniu Matki Bożej Fatimskiej jest bardziej bezczelna. Czytamy na stronie 273 książki: długoletnie niespełnianie woli Maryi dotyczącej Rosji spowodowało, iż miała Ona rzekomo rozszerzyć życzenie: „Ojciec Święty ma poświęcić Rosję i świat”.(..) „Dlatego w kolejnych aktach poświęcenia Jan Paweł II zawierza już nie tylko Rosję i świat, ale też błaga niebo o położenie kresu „innym niebezpieczeństwom”, które oglądamy w cywilizacji zachodniej przepełnionej konsumpcjonizmem, materializmem, egoizmem i pogardą dla życia”. Przez książkę przewija się wielokrotnie teza, iż poświęcenie świata dokonane przez Jana Pawła II w 1984 r. w łączności ze wszystkimi biskupami było skutecznym wypełnieniem woli Matki Bożej. Zdanie takie miała głosić sama Siostra Łucja, obserwując pierestrojkę w Sowietach zainicjowaną przez sekretarza Michała Gorbaczowa. Dodajmy, iż Autor wkłada w usta Siostry Łucji słowa, jakoby nawrócenie Rosji obiecane przez Maryję – efekt prawidłowego poświęcenia przez Ojca Świętego ! – nie oznaczało jej konwersji na katolicyzm, lecz o odwrócenie się od zła, przemiana zła w dobro (strona 165 książki).

Nie jestem specjalnym rusofobem, ale mam poważne wątpliwości co do powyżej zaprezentowanej wykładni. Jakże minimalistyczna musiałaby być Matka Boża, by postrzegać współczesną Rosję jako kraj dobra, nawrócony w jakimkolwiek stopniu!

Przypomnijmy Jej słowa, zanotowane przez Siostrę Łucję w 1941 r.:

Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych, na koniec zatriumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju.


Czy Rosja się nawróciła? Nie.

Czy po poświęceniu z 1984 r. zapanował pokój? Nie.

Czy błędne nauki komunizmu, nowe wojny i prześladowania Kościoła ustały? Nie.

Cóż warta byłaby obietnica Matki Bożej, gdyby zaledwie w kilkanaście lat po 1989 r. rozpoczęła się wojna islamu z resztą świata, której skutkiem jest ludobójstwo większej części chrześcijan zamieszkujących Bliski Wschód oraz aktualne zagrożenie Europy przez nieprzebrane tłumy muzułmańskich nachodźców?!

Czy gdyby ziściły się słowa dane przez Maryję, miałby Wincenty Łaszewski powód, by napisać inną bałamutną książkę, przygotowującą na koniec świata („Nadchodzi kres. Mistyczne wizje końca świata”) ?!

Chyba tych parę pytań wystarczy, by obalić główną linię teologiczną książki. Warto jeszcze dodać, co Autor promuje jako główną wartość współczesnego Kościoła. Jest nią – czy kogoś to zdziwi? – posłuszeństwo hierarchii. Faktycznie, była to cnota cechująca Siostrę Łucję, być może wynikająca zarówno z otrzymywanych przez nią przesłań jak i osobistych doświadczeń. Pytanie tylko, czy nawet i samej Siostry Łucji posłuszeństwo nie zaprowadziło na manowce, jeśli faktycznie wypowiadała słowa reinterpretujące orędzie Maryi w duchu posoborowej hermeneutyki wypełnienia owego orędzia? Nie wiemy i przez dłuższy czas nie dowiemy się, które spośród wypowiedzi przypisywanych Łucji dos Santos zostały zredagowane przez kard. Tarsycjusza Bertone’a i jemu podobnych posoborowych szarlatanów. Czy Matka Boża zalecałaby posłuszeństwo hierarchii fałszującej i rozmywającej niezmienną doktrynę wiary i moralności chrześcijańskiej przekazaną światu przez Jej Syna, Pana Jezusa Chrystusa?

czwartek, 14 kwietnia 2016

Nie wstydzą się Jezusa, wstydzą się rock opery „Jesus Christ Superstar” …

Rychło w czas obudzili się członkowie Krucjaty Młodych, by zaprotestować przeciwko ujęciu przedstawienia musicalu „Jesus Christ Superstar” w ramach obchodów 1050 rocznicy chrztu Polski. Program ten jest jawny od dobrych trzech miesięcy , zgłaszanie doń uwag na dwa dni przed uroczystościami jest zatem cokolwiek niepoważne.

Niestety równie niepoważne są argumenty merytoryczne wysuwane przeciwko samemu spektaklowi. Czytamy bowiem miedzy innemi:


Ta pseudosztuka autorstwa Andrew Lloyda Webbera i Tima Rice’a powstała w atmosferze skandalu w 1971 roku i jest bluźnierczą próbą ośmieszenia Pana naszego Jezusa Chrystusa oraz katolickiej wiary. Zbawiciel przedstawiony jest w niej jako niestabilny emocjonalnie dziwak, który traci panowanie nad sobą i ma wątpliwości co do swojego powołania. Spektakl ten sugeruje, jakoby Pan Jezus utrzymywał nieczyste relacje z Marią Magdaleną.

Zasadniczą ideą tej „opery” jest przedstawienie Jezusa Chrystusa jako wyłącznie człowieka, a nie Boga. Taką intencję wyraził zresztą sam autor tekstu Tim Rice: „W ogóle nie patrzę na niego [Jezusa Chrystusa] jak na boga, opera nie stwierdza kategorycznie, że nie był bogiem, ale myślę, że pozostawia tę kwestię bardzo otwartą”. W samej rock-operze Maria Magdalena i Judasz zgodnie nazywają Pana Jezusa „zwykłym człowiekiem”. Bluźnierstwo polega tu więc na fałszywym poglądzie, jakoby Chrystus nie jest Bogiem.

Od początku wystawiania tej bluźnierczej inscenizacji wzbudza ona liczne protesty chrześcijan na całym świecie. Na przykład, w 2014 roku, dzięki protestom, ten skandaliczny spektakl został odwołany w 50 miastach Stanów Zjednoczonych.

Koledzy z Krucjaty nie rozróżniają szeregu istotnych kwestyj.

Po pierwsze – bluźniercze nie są ani muzyka ani libretto „JChS”, a zatem spektakl ten można wystawiać i oglądać. Nic mi bowiem nie wiadomo, by teksty Tima Rice’a sugerowały, że Zbawiciel darzył Marię Magdalenę uczuciem, okazywał jej pożądanie, wchodził z nią w jakiekolwiek „nieczyste relacje”. Skrypt libretta jest powszechnie dostępny, każdy może to sprawdzić samodzielnie.

Natomiast bluźniercza może być konkretna inscenizacja, jak w przypadku każdego przedstawienia teatralnego, musicalowego czy operowego. Nie słyszałem, by polskie inscenizacje „JChS” zawierały takie niewłaściwe treści. Oglądałem miesiąc temu znakomitą produkcję tego musicalu na scenie warszawskiej Rampy i miałbym do niej jedynie niewielkie uwagi jako krytyk sztuki. W najbliższą sobotę wykonawcą roli tytułowej będzie wokalista zespołu TSA Marek Piekarczyk, śpiewający tę partię od 1987 r. Pan Marek ma swoje lata i dorobek artystyczny zasługujący na minimalny szacunek i zaufanie. Dotąd jego interpretacja postaci Jezusa była znacznie bliższa wizerunkowi ewangelijnemu niż hippisowskiemu i nie wierzę, by tę kreację zmienił.

Po drugie, nietrafne są argumenty Krucjaty iż musical przedstawia Jezusa Chrystusa jako wyłącznie człowieka, a nie Boga. „JChS” nie przedstawia fundamentalnej sceny Ewangelij, jaką jest zmartwychwstanie. Dopiero ono było ostatecznem potwierdzeniem boskości Chrystusa, wskazywanej wcześniej w dorosłem życiu Pana Jezusa jedynie poprzez wyznanie świętego Piotra czy następujące po nim przemienienie Pańskie na górze Tabor. Niemniej reakcje uczniów Jezusa w Wielkim Tygodniu wskazują, że wciąż nie rozumieli boskości swego Mistrza: zawodzili Go zaspaniem, lękiem, wyparciem się. Dopiero po zmartwychwstaniu wierzyli w Niego na tyle mocno, że byli gotowi oddać życie świadcząc o Jego bóstwie.

Można również założyć, że Judasz do marnego końca swego życia pozostał przy judaistycznej, nacjonalistycznej koncepcji mesjasza, czyli człowieka mającego wyzwolić i wywyższyć Izrael miedzy ludami świata. Gdyby wierzył w bóstwo Jezusa, w zapowiedź śmierci ale i zmartwychwstania, to z pewnością nie skończyłby życia z pętlą na szyi, lecz błagałby Go o wybaczenie zdrady.

Wszystko to wskazuje, że protestujący nie bardzo mają pojęcie, przeciwko czemu i komu protestują. To kolejny, jakże smutny dowód na ignorancję polskich środowisk konserwatywnych na sprawy kultury. Kultura jest w całości i bez walki oddana lewicy. Dopiero od kilku lat, oddolnie pojawiają się rozmaici twórcy odwołujący się do wartości wyższych i szukają nisz artystycznych pośród niewykształconej publiczności.

Dodam jeszcze słówko od siebie jako amatorskiego krytyka sztuki. Przyznam, że nie rozumiem sensu ujęcia rock opery „Jesus Christ Superstar” w programie głównych obchodów 1050 lecia Chrztu Polski. Jest to drastyczny przejaw „murzyńskości”: pomijamy nasze wielowiekowe, rodzime stricte religijne nabożeństwa, by zaprezentować produkt popkultury anglosaskiej, nie mający nic wspólnego z naszą tożsamością. To ugruntowuje posoborową wizję Kościoła, idącego z duchem czasu, dostosowującego się liturgicznie do tymczasowych mód. Przecież jedna z ładniejszych melodyj z „JChS” od lat towarzyszy uczestnikom Novus Ordo w Polsce.



Na odtrutkę artystyczną polecam Państwu Pieśń Konfederatów Barskich w interpretacji moich przyjaciół z grupy Contra Mundum. Jeśli się komuś spodoba ten clip, to informuję, iż do aktualnego numery tygodnika "wSieci" dołączona jest nowa płyta Contras. Jedyna taka szansa do 17 kwietnia!

niedziela, 10 kwietnia 2016

Targi Książki Katolickiej tradycyjnie bez Te Deum

Mówimy często, że posoborowie nie szanuje tradycji. Mylimy się! Już ponad 10 lat ma tradycja niewpuszczania związanego z Bractwem Świętego Piusa X wydawnictwa Te Deum na Targi Książki Katolickiej . Dziś pod miejscem targów - Arkadami Kubickiego w Warszawie można było spotkać miłą rodzinę rozdającą katalogi Te Deum, do których dołączano ulotkę. Poniżej załączam jej awers i rewers.





Smutna to prawda, bowiem rzeczywiście na targach można było spotkać najrozmaitsze książki. Skądinąd zasłużone wydawnictwo LTW (wydawca m.in. wielkiego Sergiusza Piaseckiego i mnóstwa pozycyj dotyczących Kresów) miało wystawioną np. pozycję poświęconą przedwojennemu jasnowidzowi Stefanowi Ossowieckiemu. Jak widać, przeleciała ona przez łapki posoborowych cenzorów.

Na pocieszenie dodam, że książki Te Deum były jednak w minimalnym stopniu obecne na targach. Eksponowało je na swojem stoisku Wydawnictwo Capital, które ma w ofercie mnóstwo własnych i dobrych rzeczy. A między innemi nowość, zebrane teksty publicystyczne założyciela Teatru Nie Teraz pana Tomasza A. Żaka pt. "Komu służy kultura?"

Czy wydawcy posoborowi za rok wpuszczą na swoje targi naszych kolegów z Te Deum?