środa, 16 kwietnia 2014

Abp Henryk Hoser: Kłopoty na własne życzenie

Wydawało się naiwniakom takim jak ja, że jakkolwiek Kościół będzie jeszcze miał problemy z osobą x. Wojciecha Lemańskiego, to konflikt będzie rozgrywał się z dala od jego byłej parafji w Jasienicy k. Wołomina, raczej na łamach "Gazety Wyborczej" czy w telewizjach równie publicznych jak domy.



Tymczasem główną wiadomością mediów w Polsce w Wielką Środę jest to, że arcybiskup Hoser zamknął na cztery spusty wyżej wymieniony kościół parafjalny w Jasienicy. Tego tematu nie będę komentował. Pełna zgoda z opinją sekretarza Rady Nadzorczej spółki Krakchemia SA Kazimierza Sowy pt. "Kościelny samobój".

Jak widzimy, po partactwach x. Wojciecha Lipki (byłego kanclerza kurji warszawsko - praskiej) najwyraźniej przyszła kolej na następne. Wprawdzie awantury z lipca 2013 r. nie skończyły się suspensą, a Kongregacja ds. Duchowieństwa odrzuciła oba rekursy Lemańskiego, to zwycięstwo to nie zostało skonsumowane.

Czytamy bowiem w komunikacie kurjalnym z grudnia 2013:

Usunięty proboszcz zgodnie z kan. 1747 KPK nie ma prawa wykonywać żadnych funkcji proboszczowskich, ani zamieszkiwać i przebywać na plebanii.


a równocześnie dowiadujemy się, że:

Do tej pory ksiądz Lemański mógł w parafii w Jasienicy odprawiać jedną mszę w tygodniu. Jego zwolennicy co niedziela stawiali się na nabożeństwo o 8 rano. Pod koniec ubiegłego roku abp Henryk Hoser, pozbawiając Lemańskiego parafii w Jasienicy, chciał wysłać go do Domu Księży Emerytów. Ten nie wyraził na to zgody i znalazł schronienie u zaprzyjaźnionego księdza w Tłuszczu, miejscowości położonej blisko Jasienicy.


Panowie, tak się nie robi. Jak można było praktycznie pozostawić rozrabiakę na dawnym terenie ?? Mądrze mówią po wsiach, że kto ma miękkie serce, musi mieć twarde siedzenie. Ponadto, znalazłem w internecie ciekawe informacje:

Ksiądz poinformował, że zamieszka obecnie u emerytowanego duchownego, księdza Jana. Jak wynika z ustaleń portalu wPolityce.pl, chodzi o księdza Jana Gryciuka, emerytowanego duchownego, który kilkanaście lat temu również stracił parafię w Dekanacie Tłuszcz. Ks. Gryciuk wcześniej, podobnie jak ks. Lemański, popadł w konflikt ze swoim biskupem. Z naszych informacji wynika, że spór dotyczył zachowania ówczesnego proboszcza oraz jego przywiązania do dóbr materialnych. Duchowny w parafii był oskarżany o życie ponad stan.


Nie rozstrzygnę sprawy x. Gryciuka. Ale kojarzę go w necie z filmiku Telewizji Narodowej



Czołowy żydofil w polskim Kościele mieszka u kapłana zakolegowanego z czołowymi polskimi antysemitami i prowokatorami... Czy ktoś to rozumie ?!

Oto błędy ekipy Arcybiskupa Hosera względem xiędza Lemańskiego:
1. Przeniesienie na emeryturę i zgoda na zamieszkanie przezeń poza domem księży emerytów, w dowolnie wybranem miejscu.
2. Zgoda na odprawianie Mszy przez Lemańskiego w Jasienicy.
3. Nieumocowanie następcy x. Lemańskiego, który pozostaje jedynie administratorem parafji.
4. Eskalacja awantury w Wielkim Tygodniu.


Czemu nie wybrano najprostszego rozwiązania, które w Polsce stosuje się względem duchownych, z którymi są problemy? Czemu nie wysłano ks. Lemańskiego na misje, na wyjazd zagraniczny? Gdziekolwiek na tyle daleko, że nie mógłby mieć stałego, osobistego kontaktu z byłą parafją w Jasienicy?

środa, 9 kwietnia 2014

Co nowego u ekipy Brata Biskupa ?

Stali Czytelnicy mojego Bloga z pewnością pamiętają wpisy poświęcone działalności brata szkolnego Stanisława Sawickiego, który od około dekady posiada ważne święcenia biskupie i przez ten czas działał jako starokatolik, tradycjonalista katolicki, „reaktywował” obrządek słowiańskokatolicki w Polsce, tudzież przystępował do „Bractwa Leona XIII”. Ostatni wpis poświęcony bratowi biskupowi powstał dwa lata temu, najwyższy więc czas, by przypomnieć temat…



A niestety nie bardzo można. Pasmo porażek chyba nadwątliło organizacje i nie prowadzą one bardziej spektakularnej działalności. Ponad tydzień temu pewien anonimowy komentator umieścił ciekawy wpis, kopiuję go w całości, bo może wywoła dyskusję, ktoś coś do niego doda ?

Wygląda na to, że Bractwo usunęło się trochę w cień. Różne kontrowersyjne historie, których bohaterami byli jego obecni i dawni członkowie - nauczyła najwyraźniej unikać rozgłosu. Wystarczy spojrzeć na stronę internetową - są tam bardzo lakoniczne informacje: brakuje aktualności, nie wiadomo, kto dokładnie do Bractwa należy i jakiego rodzaju działalność i gdzie prowadzi. Pomijając informacje o śmierci ks.infułata i dodanie zdjęć ze święceń bp.Sawickiego w obrządku wschodnim…To od dłuższego czasu nowości nie ma. Komunikaty kurii i komentarze doń…To starocie.

Ks.Grzyb i ks.Kijewski - na pewno należą do Bractwa. Nie wiem, czy pierwszy ma wykształcenie teologiczne czy nie. Drugi na pewno nie ma. Ks. Kijewski zaczynał u cystersów, ale szybko zrezygnował z klasztornego życia. Jest z bp.Sawickim prawie od początku jego działalności. Egzorcyzmował na terenie Dolnego Śląska, na co reagowały miejscowe kurie. Podszywał się też pod katolickich kapłanów - przewodząc uroczystościom pogrzebowym na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu. Sympatyzuje z Lefebrystami w stolicy Dolnego Śląska. Przedstawia się bardzo różnie - jako biskup albo jako kapłan Ortodoksyjnego Kościoła Katolickiego, Chrystusowego Kościoła Katolickiego i innych…Bardzo interesująca postać.


Status bp.Sawickiego nie jest jasny. Niegdyś zrzekł się przewodzenia grupie, gdy przechodził do Bractwa Leona XIII. Teoretycznie więc przechodząc przestał należeć do Bractwa, które założył. Jak wiadomo, niedługo zagościł w nowej grupie. Czy dziś bp.Sawicki jest członkiem Bractwa - nie wiem. Co robi teraz - nie wiem. Ostatni trop prowadzi do Sandomierza, podobno działa w tamtych rejonach.

Co do pozostałych księży tworzących niegdyś Bractwo…
1) Adam Cz. przebywa obecnie w USA. Prawdopodobnie próbuje wejść w struktury PNCC USA, odcina się od Bractwa i Kościoła Słowiańskokatolickiego.
2) Grzegorz C., wiadomo, że za czasów Kościoła Słowiańskokatolickiego działał na terenie Warszawy. Teraz słuch po nim zaginął.
3) Piotr S., wyświęcony w Bractwie. Działał (może działa nadal) w Krakowie. Wydaj mi się, że to ten najmłodszy ksiądz (stojący obok bp.Sawickiego) na zdjęciach z pogrzebu śp.ks.Pankiewicza. Ostatnia fotka z nim pochodzi ze ślubów wieczystych Sercanów Maryi dowodzonych przez osławionego ks.Colungę (Krzysztofa S., który sam nazywa się prałatem) z Krakowa. Przed Sercanami Maryi i Panem S. przestrzegała nie jedna kuria.
4) Sławomir S. - podobno nie był członkiem Bractwa, ale z nim ściśle współpracował. Dziś prowadzi gospodarstwo w okolicach Bielsko-Białej, odprawia też przedsoborową Msze Św. Jest znany w okolicy.
5) Leszek S. - podobnie, jak Sławomir S. nie był członkiem Bractwa, ale z nim współpracował/ współpracuje. Wiadomo, że sympatyzował z Lefebrystami (z ich ramienia odprawiał we Wrocławiu Msze św.), kręcił się też koło ks.Natanka. Co teraz robi - trudno powiedzieć.


Tyle wiem. Ale może ktoś wie coś więcej - czym się teraz księża Bractwa zajmują i co robi bp.Sawicki?



Drążę ten temat nie po to, by poszukiwać sensacji, lecz by ostrzegać ludzi przed działalnością sekty, której przedstawiciele bardzo często wprowadzają w błąd zwykłych wiernych, podając się za księży rzymskokatolickich. Pół biedy, jeśli ktoś jedynie wysłucha Mszy któregoś z kolegów brata biskupa Sawickiego. Gorzej, jeśli np. będzie poddany egzorcyzmom, bo i takie usługi oferują ci kapłani – tułacze. W takiej sytuacji szkody duchowe mogą być niepowetowane.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Prima aprilis czyli Dzień Głupców

Dotychczas Wasz "Młot na Posoborowie" zawsze na tydzień przed Pierwszym Kwietnia zaczynał obmyślać okolicznościowy żart. Różnej jakości kawały zdarzało mi się umieszczać na blogu w roku Pańskim 2011, 2012 i 2013. Ale AD 2014 swego dowcipu nie napiszę, bo konkurencja jest za silna. Lepiej wyjdę wizerunkowo, jak zamieszczę czyjś pyszny greps i oddam honor Autorowi, niż miałbym silić się na co najwyżej drugoligowe facecje.



Tegorocznymi królami Dnia Głupców są członkowie Opolskiego Środowiska Tradycji Łacińskiej, którzy obaj zjawili się w radiu diecezjalnym i sprzedali księżulowi zupełnie nieprawdopodobne opowieści o Mszy trydenckiej, o Arcybiskupie Lefebvrze i tym podobnych zagadnieniach. Byli znakomicie przygotowani do dyskusji, bez cienia uśmiechu w głosie recytowali z pamięci całe akapity z dzieł biskupa Pawłowicza "Lefebvre i lefebryści. Schizma u schyłku XX wieku", księdza Grzechowiaka "Ruch Arcybiskupa Lefebvre'a - ku rozłamowi w Kościele posoborowym" i pomniejszych proroków związanych z kwartalnikiem "Christianitas".

Co konkretnie powiedzieli ?

Że lefebryzm jest dość poważnym problemem dla wszystkich środowisk tradycji, bo lefebvryści uważają w ślad za swoim założycielem, że reformy soborowe i posoborowe poszły za daleko.

Że ludziom starszym Msza trydencka może się źle kojarzyć, bo przed Soborem nie była ona w Polsce dobrze odprawiana. Najczęściej celebrowano Mszę cichą, a w jej trakcie wierni śpiewali pieśni lub odmawiali różaniec. Nie było kazania i wierni nie mieli żadnego kontaktu z Najświętszą Ofiarą.

Że współczesne środowiska autentycznych tradycjonalistów zrealizowały w 100 % postulaty przedsoborowego ruchu liturgicznego, a więc na przykład Jerzego Turowicza. Stąd wniosek, że Msza trydencka powinna być celebrowana w małych grupach, bo ośrodki takie zadbają o odpowiedni poziom liturgii.

Że Msza trydencka źle rozwija się w środowiskach oazowych, bo znają one dobrze Nową Mszę i potrafią odczytywać jej bogactwo.

Dali sobie radę nawet, gdy prowadzący kapłan zapytał, czy wyobrażają sobie istnienie w Kościele obrządku zielonoświątkowego. Odpowiedzieli pytaniem: "kto się spodziewał w chwili śmierci Piusa XII, że dwadzieścia lat później Polak zostanie papieżem?"

Nie zaprotestowali słowem, gdy uczestnicząca w audycji asystentka medialna kurii opolskiej oznajmiła, że Msza przed Soborem trydenckim wyglądała zupełnie inaczej, więc kolejne zmiany nie powinny nas dziwić.

ZUCHY !! Komu mało mojej relacji, może sam odsłuchać skecz z udziałem opolskich kawalarzy. Zachęcam, pośmiejcie się z nich i Wy :-)

p.s. Panie Janie i Panie Jacku, gdy następnym razem będziecie mieć wieczorek autorski, to koniecznie dopowiedzcie, że odprawiając Mszę w starym rycie ksiądz zginał się przed ołtarzem, jakby go jelita bolały. Niech ludzie wiedzą jak było!

niedziela, 30 marca 2014

Plinio Corrêa de Oliveira w Pro Fide Rege et Lege

W ramach polemik wewnątrz obozu konserwatywnego zajmiemy się dziś tekstem prof. Adama Wielomskiego pt. Plinio Corrêa de Oliveira (1908-1995), czyli teoretyk polityczny brazylijskich plantatorów, który ukazał się w numerze 2/ 2013 półrocznika Pro Fide Rege et Lege.

Periodyk Pro Fide Rege et Lege zajmuje w moim sercu szczególne miejsce: on to redagowany przez Artura Górskiego ukształtował XX lat temu moje poglądy monarchistyczne i tradycjonalistyczne, później zaś miałem radość i zaszczyt uczestniczyć w rewitalizacji tytułu przez Adama Wielomskiego. Obecne, naukowe wcielenie Pro Fide to wielkie dzieło Wielomskiego oraz świeżo upieczonego doktora (gratulacje!!) Arkadiusza Mellera. Stara gwardia czytelników pisma wciąż znajduje w nim wiele ciekawych tekstów, choć profil zamieszczanych tekstów bywa dla nas zbyt szeroki. Niestety, z recenzowanym artykułem aktualnego prezesa Klubu Zachowawczo - Monarchistycznego są jeszcze inne problemy...



Bohaterem tekstu jest Pliniusz Corrêa de Oliveira (1908 - 1995) - dwudziestowieczny katolicki intelektualista brazylijski, założyciel sieci działających na całym świecie Stowarzyszeń Obrony Tradycji, Rodziny i Własności (Sociedade da Tradiçao, Familia, Propriedade, w skrócie TFP), które w Polsce jest reprezentowane przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi

Gdybym miał w jednym zdaniu wskazać, czym różni się dzieło życia Doktora Plinio od wielu innych struktur konserwatywnych, wskazałbym na następujące walory TFP: sprawność działania, umiejętność pozyskiwania środków finansowych (które zresztą kiedyś pozwoliły uratować istnienie tytułu Pro Fide Rege et Lege) oraz stałość poglądów. Odczytując myśl założyciela pragnąłbym zastanowić się, czego nauczył tę organizację, jak sprawił, że osiągnęła swą wielkość. Tymczasem tekst prof. Wielomskiego jest rozczarowujący w swym dekonstruktywiźmie. Dość powiedzieć, że bodaj ani razu nie pada w nim odniesienie do orędzia Matki Bożej Fatimskiej.

Artykuł rozpoczyna się od przyjęcia aksjomatu, według którego "nieporozumieniem jest odczytywanie myśli Oliveiry jako uniwersalnej", gdyż "Brazylijczyk zawsze patrzył na sprawy świata i toczących się w nim sporów z punktu widzenia swojego rodzinnego kraju". Nic bardziej błędnego! Wielomski nie analizuje dorobku publicystycznego pochodzącego z pierwszych pięćdziesięciu lat życia Corrêi de Oliveiry, lecz startuje od "Rewolucji i kontrrewolucji", napisanej AD 1959. Mniej więcej w tym samym czasie powstaje brazylijskie Stowarzyszenie Obrony Tradycji, Rodziny i Własności, a sam Doktor Plinio bierze udział w Soborze Watykańskim Drugim (jako doradca biskupów Antoniego Castro de Mayer oraz Geralda de Proençy Sigauda). Nowe znajomości owocują przeszczepieniem koncepcji starcia rewolucji i kontrrewolucji najpierw do krajów Ameryki Łacińskiej, a niedługo potem do Stanów Zjednoczonych i Europy. Ostatnie trzydzieści lat życia działa Pliniusz Corrêa de Oliveira globalnie, promując orędzie Matki Bożej Fatimskiej, walcząc z komunizmem oraz rozwijając sieć organizacyj broniących tradycji, rodziny i własności, jako trzech zasady fundamentalnych koniecznych dla trwania cywilizacji chrześcijańskiej. Dostrzegana i definiowana przezeń rewolucja oznacza kryzys człowieka tzw. Zachodu, mający charakter globalny. Stąd i jego obserwacje i recepty mogą mieć zastosowanie poza Brazylią.

W tym dopiero kontekście należy osadzić sprawę tytułowych brazylijskich plantatorów. Prof. Wielomski stwierdza, że w XVI wieku plantatorzy (w tym zapewne i przodkowie Corrêi de Oliveiry) dokonali nielegalnego zaboru indiańskiej ziemi, a ów bronił tego wyboru także z uwagi na interes osobisty, uniemożliwiając powstanie w Brazylii klasy średniej posiadającej własność powstałą z parcelacji latyfundiów ziemskich. Niestety, Autor nie zapoznał się z projektami reformy rolnej, której założeniem bynajmniej nie było utworzenie "middle class". Wywłaszczenie oraz podział majątków miał obejmować także relatywnie niewielkie gospodarstwa rolne, by stworzyć drobnicę. Skutkiem tych działań byłoby z pewnością obniżenie produktywności systemu i powszechny głód. Walka z plantatorami miała charakter ideologiczny, bowiem jej zwolennicy nie opracowywali pomysłów podziału 50 % ziemi należącej do państwa, która pozostawała niezagospodarowana i rozwoju infrastruktury na tych terenach.

Znacznie ciekawszą częścią artykułu jest analiza oliveiriańskiej idei starcia rewolucji i kontrrewolucji. Niestety, Adam Wielomski skupia się na poszczególnych elementach książki, bez próby spojrzenia holistycznego. To nie jest zarzut, lecz stwierdzenie faktu. Prawdą jest zatem, że Doktor Plinio w mocno uproszczony sposób zreferował, jako niemal tożsame, renesans i reformację. Prawdą jest również, że można postrzegać dualizm pomiędzy rewolucją a kontrrewolucją na sposób manichejski. Lecz już tu należałoby spojrzeć na "Rewolucję i kontrrewolucję" z uwagi na cel, jaki przyświęcał piszącemu ją autorowi. Nie jest to książka ani z zakresu historii idei ani politologii. Jak można przeczytać na jej kartach, jest to podręcznik przeznaczony dla działaczy katolickich, którzy rozumieją, że poprzez swe czyny wybierają dobro lub zło, przybliżają lub oddalają tryumf - także doczesny - Królestwa Bożego. "Rewolucja i kontrrewolucja" może być analizowana pod wieloma aspektami, ale warto dostrzec, że jest to par excellence dzieło teologiczne, przynależące do tej samej półki co "De civitate Dei" Augustyna z Hippony, "Ćwiczenia duchowe" Ignacego Loyoli oraz "Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny" Ludwika Grignona de Montforta. Dlatego właśnie większa część cytatów znajdujących się w dziele Doktora Plinio pochodzi z Magisterium Kościoła katolickiego. Nie ma natomiast żadnego cytatu odnoszącego się do uprawy trzciny cukrowej, kawy lub innej bawełny, który mógłby w książce zainteresować zlaicyzowanych plantatorów brazylijskich.

Gdyby Adam Wielomski pokusił się o zrozumienie oliveiriańskiej koncepcji rewolucji, dostrzegłby, że mógłby się w nią wpisać ze swoimi słynnymi katechonami. Doktor Plinio zauważył, że każdy etap rewolucji oddala nas od wzorcowego christianitas a przybliża do królestwa szatana na Ziemi. Pierwsza fala rewolucji - protestantyzm - zanegowała Kościół katolicki i jego pozycję, fala druga - to oświeceniowy deizm, walka z tradycyjnymi elitami i ogłoszenie suwerenności ludu. Falę trzecią stanowił komunizm i państwowy ateizm; dziś zmagamy się z trybalizmem, a więc z atakiem na małżeństwo, naturę ludzką i logikę. Katechoni to ci przedstawiciele poprzedniej fali rewolucji, którzy nie akceptują buntu aktualnego, np. postkomunistyczni prezydenci Łukaszenka i Putin walczący z ofensywą homoseksualizmu w życiu społecznym. Możemy traktować ich jako tymczasowych sprzymierzeńców, własnych poputczików. Dalej nie powinniśmy brnąć w zachwytach dla nich.

Poza wspomnianymi błędami systemowymi w opracowaniu Adama Wielomskiego pojawiają się też drobne błędy merytoryczne. Z naszego poletka: nie jest prawdą, jakoby Doktor Plinio i TFP odrzucili współpracę z Kościołem Posoborowym. Faktycznie, rozważane były tu różne rozwiązania, włącznie z najbardziej radykalnymi, ale nigdy ich nie przyjęto, pozostając przy koncepcji niewłączania się w spory teologiczne. To właśnie milczenie Corrêi de Oliveiry względem kryzysu najwyższych stopni hierarchii kościelnej stało się przyczyną rozejścia jego dróg z biskupem Antonim de Castro Mayerem, ale stało się to dopiero na początku lat 80-tych XX wieku, a nie bezpośrednio po Soborze Watykańskim II.

Jeszcze słówko o sprawach polskich. Rzeczywiście, esej Doktora Plinio poświęcony sytuacji katolików w tzw. prl-u Wolność Kościoła w państwie komunistycznym nic szczególnie wiele mówi nam o sytuacji naszych rodaków pięćdziesiąt lat temu. Prawda jest jednak taka, że tylko ten, kto żył pod okupacją komunistyczną, może zrozumieć innych, którzy tego doświadczali. Stąd wyjątkowo nietrafne i przesadzone sądy na te tematy konserwatystów zachodnich, takich jak Pliniusz Corrêa de Oliveira, arcybiskup Marceli Lefebvre czy ks. Malachiasz Martin

Podsumowując, Plinio Corrêa de Oliveira wciąż nie ma szczęścia do krytycznych opracowań. Po bardzo wybiórczej i lukrowanej hagiografii ("Krzyżowiec XX wieku") autorstwa prof. Roberta de Mattei kolejny znakomity naukowiec błędnie odczytał tę piękną postać i jej myśl. Tym razem w optyce przeciwnej skrajności.

wtorek, 18 marca 2014

Oprawa muzyczna Mszy, problem duszpasterski tradycjonalistów

Środowiska nasze słyną z krytykanctwa względem otaczającej rzeczywistości. Działamy z uszanowaniem stopni hierarchii: nie pozostawiamy suchej nitki na wypowiedziach papieża, rozstawiamy po kątach kardynałów i biskupów. Wytykamy różne niewłaściwe zachowania i stanowiska tradycyjnym kapłanom "odmiennej" obediencji (piusowcy postindultowcom, sedecy piusowcom itp.), podczas gdy "swoich" szykanujemy jedynie drzemką na kazaniu lub zmniejszeniem zrzutki na tacę. Jest wszakże jedna grupa działająca od lat na prawach "świętych krów" i im poświęcam ten wpis....

Msze tradycyjne (każdej obediencji) organizowane są oddolnie. Tworzy się grupa inicjatywna (Benedykt XVI napisał w "Summorum Pontificum" o "stabilnej grupie wiernych") i ona, namówiwszy celebransa, uczestniczy w celebrowanych przezeń liturgiach. Zwykle na początku są to Msze ciche, chyba że "znajdzie się" kantora. Kantor śpiewa wymagane części Mszy oraz intonuje inne pieśni - eucharystyczną, na introit, offertorium czy ostatnią Ewangelię. Ministranci i kantorzy są samoukami. Błędy służby liturgicznej zdarzają się, ale są widoczne dla wszystkich. Dlatego też sporadycznie zdarza się, aby najsłabszym punktem jakiegoś "ośrodka Mszy tradycyjnej" była ministrantura. Ta część systemu ma wbudowane mechanizmy samodoskonalenia.



Rzadko kiedy Mszom towarzyszy kształcony, zawodowy organista. Po pierwsze, musiałby on umieć w stopniu podstawowym łacinę. Po drugie, wierni powinni się składać na jego wynagrodzenie. Po trzecie, "postindulty" odbywają się najcześciej w środku niedzieli, czyli w jedynym czasie wolnym dla organisty, który zwykle jest zajęty od godziny 7 do 13 oraz powraca do kościoła wieczorem. Po czwarte wreszcie, skoro ośrodek z Mszą rozwija się w oparciu o śpiew kantorów, to rzadko kiedy chcieliby oni oddać komuś innemu sukces, którego częścią się stali.

Kim są kantorzy? Zazwyczaj to samoucy, którzy "wykształcają się" poprzez długotrwały śpiew. Osoby, które najaktywniej śpiewają na Mszach, stają się kantorami. Uczą się podsłuchując i obserwując innych kantorów.

Polacy nie są niestety rozśpiewanym narodem. Być może dlatego w naszym kraju szczególną popularność zdobyła specyficzna interpretacja chorału gregoriańskiego, zupełnie odmienna od najpopularniejszej na świecie recepcji metody solesmeńskiej.

Chorał gregoriański nieodłącznie kojarzy się w dzisiejszych czasach z płynną kantyleną delikatnych głosów męskich – takie wykonanie jest wręcz synonimem sakralności. Uzyskanie tej hegemonii w dziedzinie interpretacji chorału przyszło łatwo. Niemal wszyscy zakochali się w takim rodzaju śpiewu – kompozytorzy, muzycy, zwykli wierni. Wydaje się, że zaważył o tym urok gregoriańskich melodii – ich modalności, którą metoda solesmeńska sugestywnie wydobyła. - napisał znakomity organista Bartosz Izbicki w bardzo ciekawym opracowaniu pt. Trzy bitwy o chorał gregoriański.

Nasza interpretacja chorału teoretycznie ma odzwierciedlać "mocne" śpiewanie (chorał piotrkowski), które ukształtowało się w średniowieczu i utrzymało aż po wiek XIX. Nikt chyba nie rozstrzygnie, czy tak jest w rzeczywistości. Śpiew ten jest rekonstrukcją historyczną oderwaną od klasycznych kanonów estetycznych. Słuchający współczesnego sobie chorału gregoriańskiego kompozytorzy tacy jak Hektor Berlioz czy Feliks Mendelssohn - Bartholdy nazywali go "barbarzyńskim brzmieniem" czy "beczeniem baranów". W Polsce tego typu śpiew dochował się dekadę temu jakże trafnej i uroczej nazwy "wycia koszerno - stepowego".

Skąd to narzekanie na rekonstrukcjonistów muzycznych? Bo Msze często stają się prywatnym folwarkiem kantorów. Jakby ich śpiew realizował się w formie koncertu, to chętnie od czasu do czasu poszedłbym ich posłuchać, bo jestem otwarty na rozmaite doznania muzyczne. Gdybyśmy mieli w takiej Warszawie dwadzieścia Mszy, to móglbym wybrać sobie kościół także z uwagi na oprawę muzyczną. Tymczasem mój wybór jest znacznie mniejszy i niestety czasem muszę słuchać "wycia koszerno - stepowego". Znam kilka osób, które chętnie uczestniczyłyby w Mszy tradycyjnej, gdyby towarzyszył jej inny śpiew. Sądzę, że takich utraconych wiernych może być znacznie więcej, ale nie ujawniają one przyczyn rezygnacji ze słuchania Mszy trydenckiej.

Nie jest dobrze, jeśli ogon macha psem.

p.s. Niniejszy wpis został zainspirowany dyskusją na forum krzyż.