niedziela, 3 maja 2015

Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski, 3 maja

Święto Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski nominalnie nie ma szczególnie starego rodowodu; ustanowił je bowiem dopiero Pius XI AD 1924 i pozwolił obchodzić w dniu uchwalenia Konstytucji 3 maja. Zakończono w ten sposób proces intronizacji Matki Bożej na królową Polski, którego fundamentem były śluby Jana Kazimierza złożone w dniu 1 kwietnia 1656 w katedrze lwowskiej przed wizerunkiem MB Łaskawej. Dzięki temu nie tylko połączono obchody państwowe z kościelnymi, ale i po wsze czasy "ochrzczono" dokument, którego jakkolwiek żadną miarą nie można nazwać antykatolickim (vide cytat), to jest on dziełem swojej epoki i łatwo może być zawłaszczany przez oświeceniowców, masonów i innych "wolno myślących".

Ustawa Rządowa

Religią Narodową panuiacą iest y będzie Wiara Święta Rzymska Katolicka ze wszystkiemi iey prawami; przejście od Wiary panuiącey doiakiegokolwiek Wyznania, iest zabronione pod karami Apostazyi. Że zaś taż sama Wiara Święta przykazuje Nam kochać bliźnich Naszych; przeto wszystkim Ludziom iakiegokolwiek bądź wyznania, pokóy w Wierze y Opiekę rządową winniśmy y dla tego wszelkich obrządków y religii wolność w Kraiach Polskich, podług Ustaw Krajowych waruiemy.



Tymczasem KEPscy załatwili na ten rok przeniesienie święta Królowej Polski z niedzieli na sobotę, 2 maja. Zapewne zawsze będą je odtąd przenosić z niedzieli na sąsiedni dzień tygodnia. Jaki jest sens tego typu działań, nie wiadomo. Zdeptano kościelny aspekt święta państwowego, a Matka Boża została umieszczona jako dodatek do Święta Flagi, które Polakom długo kojarzyć się będzie jedynie z czekoladowym orłem.

Przypomnę, iż zaledwie 12 lat temu ci sami "panowie w myckach z antenkami" przenieśli uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego z czwartku na najbliższą niedzielę, ignorując tradycję Kościoła i zwykłą logikę, zgodnie z którą powinniśmy zachować reguły kalendarzowe, odliczając 40 dni od poranku Zmartwychwstania. Oznacza to, że zbieg święta z niedzielą nie zawsze jest traktowany jako niepożądany.

Skąd to się wszystko bierze?

Cechą immanentną posoborowia jest pęd do zmieniania, a raczej zniszczenia wszystkiego tego, co było. Bardzo dobitnie widać to właśnie w kalendarzu liturgicznym, masakrowanym od czasów arcybiskupa Kanibala Bugniniego. Oto logika pseudokatolickich kanibali: Jedno święto zepchniemy z niedzieli, inne na niedzielę upchniemy. Tu dokwaterujemy do święta archanioła Michała (29 września) jego kolegów, Gabriela (wcześniej 24 marca) i Rafała (wcześniej 24 października), dzięki czemu zrobimy miejsce na dzień judaizmu i tydzień ekumenizmu.

Posoborowiu nie przeszkadza oczywiście, iż ich partnerzy ekumeniczni starokatoliccy czy mariawiccy wciąż czczą archaniołów "po staremu", a nawet luteranie zachowali w swoich kalendarzach przedpoście, które wyparowało za czasów Pawła VI.

Za to wszystko nienawidzę posoborowia. Za rzeczy najważniejsze, takie jak relatywizację dogmatów, zmianę teologii Mszy Świętej. Za rzeczy dość istotne, takie jak odwrócenie celebransa o 180 stopni, czy za zmianę języka liturgicznego. Za skasowanie ciszy Kanonu, za redukcję Kanonu do roli jednej z wielu (najrzadziej używanej zresztą) Modlitw Eucharystycznych i wprowadzenie na Nowusie diabli wiedzą po co chwil refleksji po homilii oraz po Komunii Świętej. Ale także za drobiazgi takie jak opisane powyżej żonglowanie uroczystościami Królowej Polski i Wniebowstąpienia.

Nienawidzę posoborowia za pogardę do wszelkiej tradycyjnie ukształtowanej pobożności, którą ci uzurpatorzy chcą w dowolny sposób zmieniać. Apeluję do wszystkich, których ton mojego wpisu może oburzyć lub zbulwersować: zastanówcie się, do czego to wszystko prowadzi. Odrzućcie fałsz modernistów, by umocnić królowanie Maryi w naszych sercach i Ojczyźnie.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Franciszka Papieża walka z homobiskupami

Co parę miesięcy słyszymy, że "papież Franciszek przyjął rezygnację biskupa X z pełnienia posługi biskupa ordynariusza diecezji Y". Zwykle są to rezygnacje wymuszone przez Watykan, więc formułka "przyjął rezygnację" oznacza w praktyce: "skłonił do rezygnacji".

Najbardziej znane przypadki takich zdarzeń to biskupi Roger Livieres z Paragwaju, Robert Finn z Kansas (USA), Jan Maria le Vert z Quimper (Francja), a nieco wcześniej Franciszek Tebartz van Elst z niemieckiego Limburga. Do listy tej można dołączyć również JE Mariusza Oliveriego z diecezji Albenga-Imperia, który musiał oddać władzę mianowanemu przez Franciszka koadiutorowi. Wszystkie te przypadki łączy jedno: utrąceni biskupi byli ponadprzeciętnie konserwatywni jak na franciszkowe standardy. Oczywiście załatwiano ich w białych rękawiczkach, chyba tylko w przypadku le Verta podając za powód sianie fermentu w diecezji. Pozostałe uzasadnienia łączą się ze skandalami homoseksualnymi (Albenga-Imperia), osłanianiem duchownych pedofilów (Paragwaj, Kansas) oraz słynną na cały świat budową biskupiej rezydencji za 31 mln euro.

Franciszek Papież odstrzelił w ten sposób 5 spośród jakichś 50 najbardziej konserwatywnych, najbardziej sprzyjających tradycjonalistom biskupów. Zrezygnowali z urzędów hierarchowie wspierający Mszę trydencką, Opus Dei, Instytut Chrystusa Króla, broniący prawowiernej doktryny (jak na warunki i standardy schyłkowego posoborowia).

Najważniejsze pytanie: czy byli niewinni?

Na podstawie fragmentarycznych informacji zamieszczonych w internecie trudno mi znaleźć potwierdzenie winy jedynie w odniesieniu do robiącego skądinąd dość antypatyczne wrażenie Franciszka Tebartza. W powiązanych ze skandalami homoseksualnymi (pedofilia to szczególna odmiana homoseksualizmu) przypadkach Oliveriego, Finna i Livieresa coś niewątpliwie było na rzeczy. Odwołani biskupi powinni byli przynajmniej reagować szybciej na zdarzenia i naprawiać zaistniałe szkody. Odsuwanie trudnej decyzji "na później" było dobre w "złotych czasach" Pawła VI i Jana Pawła II. Można tak działać do dziś także w Polsce. Ale usiłowanie utrzymania świętego spokoju w krajach Europy Zachodniej jest znacznie bardziej ryzykowane. Tymczasem w ciągu ostatniej dekady nie wdrożono mechanizmów zwiększających dyscyplinę w Kościele. Można raczej sądzić, że jest coraz gorzej w tej materii. Reagowanie na kryzysy ma zatem charakter wyłącznie "gaszenia pożarów", a nie zapobiegania ich powstawaniu.

Z internetowej kwerendy wynika, iż ofiarami franciszkowych porządków są niemal wyłącznie biskupi konserwatywni. Ostatnim casusem nie pasującym do powyższego schematu jest nasz rodak Józef Wesołowski, który został już nawet poddany laicyzacji. Wcześniej, jeszcze za Benedykta XVI doprowadzono do rezygnacji szkockiego kardynała Keitha O’Briena. Powstaje pytanie, czy w diecezjach zarządzanych przez posoborowe przeciętniactwo nie ma podobnych lub gorszych skandali?

Istnieje na świecie ok. 3000 diecezyj. Załóżmy, że Franciszek w mniej medialny sposób odwołał podobną liczbę progresywnych ordynariuszów z analogicznych obyczajowo - ekonomicznych pobudek. Pamiętam jedno takie nazwisko (bp Kieran Konry, Anglia), ale dla bezstronności wywodu założę, iż Franciszek zdymisjonował też 5 nieudolnych, dwulicowych liberałów. Oznaczałoby to wciąż, iż diecezje zarządzane przez konserwatystów są nadreprezentowane w populacji przynajmniej ... sześćdziesięciokrotnie. 60 razy – napiszę raz jeszcze, abyście byli pewni, że się nie przewidzieliście. Czy wyłączną winę za ten stan rzeczy ponosi Argentyńczyk zamieszkujący w rzymskim Domu Świętej Marty?



Tu już nie będzie tak prostej odpowiedzi. By wyjaśnienie było uczciwe, zejdźmy na poziom relacji z mediami na poziomie diecezjalnym. Jest bezspornym faktem, że konserwatywni biskupi muszą mieć gorsze relacje ze środkami masowego przekazu niż hierarchowie progresywni. Postępowiec zawsze ma szanse zostać pupilkiem mediów, jeśli zrobi z siebie błazna, dokona jakiejś "innowacji", palnie coś heretyckiego. Słowem - coś zmieni zgodnie z "duchem tego świata". Konserwatysta zaś musi usiłować sprzedać twardą mowę i dbać, by faktycznie kierowały nim w życiu te zasady, które głosi. W najlepszym wypadku dla mediów będzie nudziarzem, który odgrzewa średniowieczne kotlety lub utracjuszem, który ubiera się w złoto i gronostaje. W najgorszym, przedstawią go jako załganego nikczemnika, jeśli tylko powinie mu się noga.

Nie trzeba być progresywnym katolikiem, by dostrzec niespójność konserwatywnego hierarchy potwierdzającego, iż "homoseksualizm jest grzechem" i patrzącego przez palce na fakt, iż kilku jego prominentnych podwładnych praktykuje sodomię. Albo, co jeszcze gorsze, ma skłonności pedofilskie. Jeśli złapiesz takiego gagatka na hipokryzji, to masz medialny samograj na parę najbliższych tygodni. Zapewnione wierszówki, cytowanie tekstów w przeglądach prasy, sympatię ludzi rozumnych, zazdrość koleżanek i kolegów. Z kolei biskup otwarty, tolerancyjny dla grup „wykluczonych seksualnie” sam ma znacznie większą szansę na tolerancję mediów, jeśli to on w praktyce okaże się nazbyt tolerancyjny względem któregoś z podopiecznych. Najgorszą prasę zaś będzie miał hierarcha pokroju arcybiskupa Józefa Michalika, co to z jednej strony pracuję na opinię homofoba, a równolegle w zupełnie żenujący sposób bronić pedofilów w sutannach usprawiedliwiając ich zachowanie prowokacjami ze strony szukających miłości dzieci z rozbitych rodzin.

Konferencja Episkopatu Polski jest dość homogeniczna. Nasi liberałowie okazują się w skali świata konserwatystami, ale nasi konserwatyści nie są postrzegani jako ultrareakcjoności. Ot, przeciętność i przeciętniactwo. To w znacznym stopniu tłumaczy, dlaczego Franciszek nie wysyła komisarzy do diecezyj w naszym kraju. Nie bardzo byłoby kogo wysłać i niewiele by się osiągnęło. Z punktu widzenia globalnego polski katolicyzm jest jednolity i ... peryferyjny. I bardzo dobrze, nie ma za czym gonić.

Pamiętajmy również, że biskupi nawet tacy jak Oliveri czy Finn nie odmienią całej diecezji z dnia na dzień. Zakładając ich najlepszą wolę i dobry przykład jaki dają podwładnym, musimy wiedzieć, że kierują oni zespołami księży o posoborowej (de)formacji. W szczególności, dziedziczą po poprzednikach kurie - organizmy skostniałe i biurokratyczne. To również idealne miejsca dla homoseksualistów: roboty ciężkiej nie ma, a pole do intryg szerokie. Jeśli zaczniesz walczyć z tą mafią choćby z uwagi na seksualność tego lub owego misiaczka, odwieczni wrogowie mogą połączyć siły przeciwko nowemu, wspólnemu przeciwnikowi. A wtedy to już chyba tylko osobista interwencja świętego Michała Archanioła mogłaby pomóc nieszczęsnemu biskupowi w wyjściu z tarapatów!

Musimy również przyjąć do wiadomości, że zdarzają się konserwatywni homoseksualiści. Nie każda osoba o takiej dezorientacji seksualnej musi być gejem z love parade. Mogą być też inne typy, choćby zamiłowane w koronkach, brokatach i chorale gregoriańskim. Motywacje ludzi są najróżniejsze. Nie wolno też zakładać złej woli. Zapewne część homoseksualistów wybiera katolickie seminaria, bo szczerze wierzy, że wytrwa w celibacie. Z tego, co wiem o tradiświatku, to mogę napisać, że i u nas problem ten istnieje. A w Polsce zaistniał nawet w praktyce, w związku z jedną osobą o opisywanych skłonnościach.

Założyłbym dość optymistycznie, że w jednej na dziesięć diecezyj zdarzają się problemy podobne do tych, które sprokurowali Livieres, Finn, le Vert, Tebartz czy Oliveri. Czyli rachunek: "5 na 50 w ciągu 2 lat" by się zgadzał. Tyle, że Franciszek Papież jedną miarę przykłada do biskupów pelagiańskich a inną do pozostałych. Skwapliwie likwiduje problemy, które zechce łaskawie zauważyć lub zostaną mu pod nos podstawione. Bo każda taka decyzja to dla niego podwójna korzyść: widomy znak, że papież działa oraz osłabienie wewnątrzkościelnej opozycji.

Franciszek osiągnął już najwyższe standardy unijne w pozorowaniu pracy, reform i działania na rzecz organizacji, której przewodniczy. Idealnie pasowałby na jakiegoś eurokomisarza, nieprawdaż?

niedziela, 19 kwietnia 2015

Charyzmatycy - wrzód na ciele Kościoła

Dawno nie było tak wielkiej awantury wewnątrzkościelnej w Polsce, jak ta, która wybuchła w związku z "obchodami" Wielkiego Tygodnia przez łódzkich jezuitów. Oprawcy liturgiczni wywodzący się z sekt charyzmatycznych dokonali praktycznej rewizji Mszału Rzymskiego, doprowadzając go do rzadko spotykanego w Polsce poziomu banału i zdziecinnienia.



Jedyny argument za obroną powyższego procederu brzmi: Skoro kościół jest pełen, ludzie się cieszą i aktywnie uczestniczą w liturgii, to czemu ich się czepiacie?

Po pierwsze, wbrew temu, co pisze Pani Marta Waleszczyk, czepiamy się jezuitów, czyli duchownych, a nie zwykłych uczestników. To oni odpowiadają za organizację nabożeństwa niezgodnego z księgami liturgicznymi oraz duchem Liturgii.

Po drugie, jeśli teraz nie zatrzymamy szaleństw o. Remigiusza Recława i spółki, to za kilkanaście lat ziszczą się prognozy Pani Dominiki Krupińskiej i następne pokolenie jezuitów zorganizuje nam "taniec na rurze dla Jezusa". Jestem jakoś dziwnie spokojny, że i kościół byłby pełny i ludzie aktywni w dopingowaniu "okazujących świadectwo".

Po trzecie, czepiamy się pseudokatolickich charyzmatyków z uwagi na ewidentną profanację. Msza jest uobecnieniem Ofiary krzyżowej Chrystusa. Będąc na Mszy stajemy duchowo pod Krzyżem, jesteśmy świadkami Odkupienia. Gdyby ktoś zobaczył ludzi tańczących, klaszczących na pogrzebie zwykłego człowieka, byłby oburzony. Gdyby ktoś zobaczył te same zachowania na nabożeństwie drogi krzyżowej, byłby zniesmaczony. Tymczasem droga krzyżowa jest tylko "pamiątką" Męki Pańskiej. Jakże to możliwe, że zachowania nietolerowane podczas narracji dotyczącej śmierci Chrystusa są realizowane podczas aktu liturgicznego nierozerwalnie związanego z Golgotą? Odpowiedź jest prosta: pseudokatoliccy charyzmatycy mają tak dalece wypaczone pojęcia najważniejsze teologiczne pojęcia katolicyzmu, iż tej sprzeczności nie dostrzegają.

Po czwarte i być może najważniejsze: pseudokatolicki charyzmatyzm dopiero przez takie nadużycia pokazuje swe prawdziwe oblicze. Istotą religijności w ujęciu charyzmatycznym jest pewne zbiorowe uniesienie. Jest to dokładnie taki sam rodzaj emocji i poczucia wspólnoty, jaki łączy kibiców sportu czy fanów muzyki rockowej. Tyle, że znikomy procent członków wyżej wymienionych subkultur traktuje swoje hobby jak religię. Jeśli takie przypadki występują, są oczywiście bardzo groźne dla prawidłowego funkcjonowania "fana" w społeczeństwie, rodzinie, Kościele. Ruchy charyzmatyczne przedstawiają się natomiast jako pełnoprawna forma religijności. Dla wielu młodych katolików mogą one być wręcz jedyną znaną im formą katolicyzmu. Od pierwszej klasy podstawówki do ostatniej gimnazjum mają kontakt z zakonnicami i katechetkami grającymi ckliwe piosenki na gitarach i zachęcającymi ich do wstąpienia do Oazy czy Odnowy. Utożsamiają pląsy, banalne i kiepsko wykonywane piosenki z katolicyzmem. Tymczasem kiedyś się dorasta, starsi koledzy wyciągają ich na mecze piłki lub żużla, pokazują koncert Iron Maiden czy Kultu. Albo zabiorą na disco, gdzie jakaś "ruda tańczy jak szalona". Nie oszukujmy się, dla piętnastolatków każda z tych ofert osobno i wszystkie naraz są lepsze od "Bareczki", którą słyszeli już tysiąc razy w swym krótkim życiu. Więc jeszcze tylko, jak mówią posoborowcy "sakrament pożegnania z Kościołem", niegdyś zwany bierzmowaniem i następny raz widzimy się przy chrzcie dziecka, łączonym ze ślubem rodziców. Jak dobrze pójdzie ...

Oczywiście nie wszyscy katolicy porzucają ruchy młodzieżowe. Pozostaje przy nich znikomy odsetek, zazwyczaj osób bardzo nieśmiałych, niezaradnych, zagubionych, samotnych. Wspólnoty są ich całym życiem i będą tego bronić. To być może jedyne grupki społeczno - towarzyskie, gdzie ludzie ci czują się akceptowani. Ale równocześnie zauważmy, że właśnie tak wygląda stereotyp polskiego katolika, jaki mają osoby niereligijne. Ten stereotyp nie jest bezpodstawny, gdyż kształtuje się poprzez lata, począwszy od czasów szkolnych i młodzieżowych.

Do istoty charyzmatyzmu należy również awersja do rozumowego postrzegania wiary. U podstaw fałszywego rozumienia chrześcijaństwa mogą stać różne piękne cytaty: "Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego" (Mt 18,3). Ale piękno dziecięcej postawy nie wynika z braku wiedzy, lecz z zaufania do rodziców, osób starszych ogólniej i ufności w ich słowa! Dziecko jest szczere i otwarte, ono pragnie uczyć się i rozumieć. Trudno zatem o bardziej zakłamane przedstawienie fundamentu swej religijności.

Religijność musi być oparta o rozum, o wnioskowanie logiczne, by była dojrzała i przetrwała próby życia codziennego oraz pokusy. Po to Kościół przez 2000 lat rozwijał i nadal rozwija apologetykę. Ona wyjaśnia nam prawdy wiary. Dlatego też jest niezwykle groźna dla sekt charyzmatycznych, bo błyskawicznie wskazałaby na ich błędy doktrynalne. Przypomnijmy, że ruchy charyzmatyczne wywodzą się z sekt protestanckich , powstały stosunkowo niedawno (nieco ponad 100 lat temu), a do Kościoła przeniknęły w wyniku kontaktów ekumenicznych po Soborze Watykańskim II. Już choćby te fakty wskazują, dlaczego tradycyjnych katolików i charyzmatyków musi dzielić przepaść.

Zresztą, popatrzmy po sobie. Znam bardzo niewielu tradycjonalistów, którzy "płynnie" przeszli od wspólnot posoborowych do "starej szkoły" katolicyzmu. Kojarzę osoby, które miały doświadczenia oazowe, ale się nie skrzywiły i nie popadły w areligijność. Ale większość tradycjonalistów (czyli normalnych katolików) przyjęła tę formę wiary właśnie z pobudek rozumowych. Nawet jeśli żartujemy sobie czasem z naszych braci "mszalistów", to nigdy nie możemy zarzucić, że ich religijność to estetyka niepodparta logiką i intelektem.

Czy zakonnica lub ksiądz może grać dla dzieci na gitarze? Owszem, ale poza liturgią, poza kościołem. Nie miałbym nic przeciwko temu, tak jak nie widzę nic złego w wyjazdach wakacyjnych pod auspicjami parafii. Spotkania te powinny mieć inny charakter niż nauka religii, ale nie mogą zastępować duszpasterstwa opartego o teologię.

Wracając do naszych antybohaterów, czyli łódzkich jezuitów. I wszystkich im podobnych duchownych, którzy wpuścili i wpuszczają do kościołów sekty charyzmatyczne. Czy oni są nieświadomi zagrożeń charyzmatyzmu lub przezeń zdeformowani? To tylko część "sprawców". Myślę, że mogą być jeszcze trzy podstawowe grupy: niespełnieni artyści, którzy wreszcie mogą pełnić rolę animatorów wspólnotowych z przysłowiowymi gitarami w dłoniach; wyrachowani cwaniacy, którzy sami nie są szczególnie pobożni, ale pragną mieć na szybko jakiś efekt duszpasterski bez ciężkiej pracy i modlitwy oraz perfidne typki, które chcą duszpastuchować nieszczególnie rozgarniętym owieczkom. Stereotyp cwanego klechy kiwającego głupich katoli jest dość powszechny wśród antyklerykałów i bynajmniej nie bezpodstawny.

Jednym z "koników" wszelkich wspólnot charyzmatycznych są prywatne objawienia. Im więcej i im bardziej niesamowite, tym lepiej. Nie jest miłą rzeczą czytanie na temat pewnego afrykańskiego kapłana, któremu przez kilka lat przypisywano kilkanaście wskrzeszeń istnień ludzkich czy jakiejś kolumbijskiej stomatolog, którą trafił piorun i przez dwie godziny z niej nie wychodził. Ludzie wierzą w takie bzdury, a rozmaici oszuście sprzedają im je za grube pieniądze. Awersja do myślenia może kosztować całkiem wymierną sumkę. My, tradycjonaliści staramy się piętnować przypadki fałszywego mistycyzmu i pseudocudowności i także przez to mnożymy szeregi naszych wrogów. Ale tak trzeba, bo tylko prawda jest ciekawa.

Nie mam danych, by przesądzać, jakie są źródła łódzkiej recławszczyzny, ale niech każdy, kogo podkusi, by bronić tych posoborowców, dwa razy zastanowi się, czy warto. Charyzmatyzm jest ruchem protestanckim i takim musi pozostać. Nie da się na dłuższą metę pogodzić uniesień uczucia i dominacji doświadczenia religijnego z katolicyzmem.

środa, 8 kwietnia 2015

Putin a poświęcenie Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi

Nie ma sensu, bym dementował żart primaaprilisowy. Spróbuję zdementować, sfalsyfikować inną wiadomość z 2015 r., która w tradiświatku mocno namieszała, choć akurat w Polsce przeszła bez echa.

W styczniu br. pojawił się wywiad ze znanym fatimologiem ojciem Pawłem Kramerem, w którym stwierdził on, iż pan Putin w czasie swojej podróży do Watykanu w listopadzie 2013 poprosił Franciszka o poświęcenie Rosji Maryi i spotkał się z odmową. Gwoli sprawiedliwości podam, że informacja ta zaistniała po polsku, tyle, że opublikowała ją niszowa stronka o niespecjalnej reputacji.

Sądzę, iż ktoś wyprowadził o. Kramera w pole. Między nami mówiąc, to wręcz w dzikie pola.



Wizja Putina proszącego Franciszka o poświęcenie Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi wydaje się absurdalna. Matka Boża domagała się tego aktu podczas objawień fatimskich, bowiem pragnęła wyrzeknięcia się przez Rosję błędów komunizmu oraz nawrócenia jej na wiarę katolicką. Państwo sowiecko - rosyjskie kontrolujące cerkiew prawosławną przez 30 ostatnich lat (licząc od początku "pierestrojki") nie uznało za stosowne, by Kreml odwiedził Jan Paweł II czy Benedykt XVI. Kraj ten opiera się o oligarchię dawnych służb specjalnych, a więc kwintesencję sił dawnego "imperium zła". Bezpośrednie zaplecze prezydenta Rosji niezwłocznie zneutrealizowałoby go, gdyby tylko zaczął przejawiać tendencje katolicyzujące.

Obecna Rosja nie jest krajem prokatolickim. Potwierdza to interwencja na Ukrainie, którą trudno byłoby uznać za wojnę sprawiedliwą. Nie jest ona dokonywana z tolerancją dla struktur Kościoła katolickiego. Zresztą, geopolityka bardzo utrudniałaby to Rosji. Grekokatolicy ukraińscy są zwykle żarliwymi patriotami, często wręcz szowinistami spod znaku UPA. Z kolei łacinnicy mają mocne związki z Polską, krajem i narodem niezbyt zaprzyjaźnionym z putinowcami. Jakiekolwiek zbliżenie "Trzeciego Rzymu" z oryginalnym byłoby zatem połączone z koniecznością otwarcia się na struktury nieprzyjazne, które się aktualnie zwalcza.

W dalszej części swej wypowiedzi o. Kramer mówi o Putinie jako o być może jedynym chrześcijańskim przywódcy na świecie i przeciwstawia go masonom okupującym Watykan. Nie jestem jakimś specjalnym rusofobem, ale niespecjalnie widzę chrystianizację Rosji w obecnych czasach. Owszem, kraj ten walczy z promocją homoseksualizmu i wykonuje pewne gesty prochrześcijańskie, na które nie byłoby stać państw zachodnich, ale trudno też dostrzec jakieś istotne działania poświadczające te słowa. Trochę jak w krajach islamskich kierowanych przez dyktatorów Kadafiego, Husajna, Asada czy Mubaraka: ochraniali chrześcijan zamieszkujących rządzone przez się kraje, ale nazwanie któregokolwiek z nich chrześcijaninem byłoby głębokim nieporozumieniem.

Czy Putin jako przywódca kraju robi wystarczająco dużo, by zwalczyć plagi alkoholizmu i aborcji niszczące jego naród? Nie widzę tu różnicy postaw między nim a "centroprawicą" europejską. Rosja jest lepsza od Zachodu o tyle, iż nie wydaje jawnie środków na promocję dewiacji seksualnych i rozpasania obyczajowego w krajach ościennych. Ale nie dałbym złamanego rubla za to, że nie wspiera niejawnie ww. zjawisk w krajach Europy Zachodniej, by osłabić swoich rywali. Czemu? No bo w wielkiej polityce tak się robi.

Nie nazwę też Rosji krajem chrześcijańskim, pomimo jej stosunku do islamu. Starcie Rosji z islamem to jej konieczność i codzienność. Całe południe Rosji bezpośrednio graniczy z krajami islamskimi i łatwo może stanąć w ogniu.

Warto tu dodać, że o. Kramer od listopada 2013 r. uznaje Franciszka za antypapieża, twierdząc, że rezygnacja Benedykta XVI jako wymuszona jest nieważna. Pisaliśmy o tym na Młocie ponad roku temu.

Ciekawe, że dwukrotnie powtarza się data listopad 2013. Czy o. Kramer nie został przypadkiem "rezygnacjonistą" pod wpływem rewelacyj o prośbie pana Putina odrzuconej przez Franciszka Papieża ?!

Tak, czy owak, uważajmy odtąd na dowolną wypowiedź sygnowaną nazwiskiem ojca Pawła (Paula) Kramera. Dla mnie on przestał być wiarygodny.

środa, 1 kwietnia 2015

Warszawa: indultowe obchody Triduum PRZENIESIONE do FSSPX

Przełożony Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X w Polsce x. Łukasz Weber został bardzo poruszony informacjami o godzinach celebracji Triduum Paschalnego narzuconych Duszpasterstwu Wiernych Tradycji Łacińskiej w Archidiecezji Warszawskiej. Miały one wyglądać w następujący sposób:

2 IV - WIELKI CZWARTEK godz. 22.30
3 IV - WIELKI PIĄTEK godz. 14:00
4 IV - WIELKA SOBOTA: WIGILIA WIELKANOCNA godz. 23:00


To bardzo dobre godziny dla osób pracujących w trybie zmianowym, ale bardzo kłopotliwe dla zwykłych rodzin. – napisał wczoraj X. Weber FSSPX na swoim profilu na Facebooku – Dlatego zaproponowałem duszpasterzowi grupy Ojcu Krzysztofowi Stępowskiemu CSsR, że udostępnię mu kaplicę w domu zakonnym Bractwa przy ul. Garncarskiej 32 w Warszawie w dogodniejszych godzinach, to jest takich, jakie tradycyjnie są wybierane dla wiernych znajdujących się pod naszą opieką. Najlepiej, jakby celebracje trwały równolegle.



Zaproszenie x. Łukasza Webera uzyskało w ciągu godziny ponad 200 fejsbukowych lajków, w związku z czym zostało, z przyczyn duszpasterskich, przyjęte. Porządek nabożeństw przy ul. Garncarskiej 32 w Warszawie znajduje się pod tym linkiem.