poniedziałek, 11 lipca 2016

Msza cicha, Msza śpiewana - jak to jest w Polsce ?

Na wartościowej stronie UNACUM.PL pojawiło się niedawno tłumaczenie ciekawego tekstu odnoszącego się do sytuacji amerykańskiego tradycyjnego katolicyzmu pt. Kwestia wszechobecnej Mszy cichej i rzadko odprawianej Mszy śpiewanej.

Jego analizę rozpocznę od uwagi translatorskiej. Używane w języku angielskim wyrażenie "Low Mass" tłumaczone jest na polski zamiennie: "Msza cicha" lub "Msza recytowana". Jest to niepoprawne. Synonimem do "Mszy cichej" jest pojęcie "Msza czytana", podczas gdy "Msza recytowana" - inaczej "Msza dialogowana" to potworek ruchu liturgicznego z I połowy XX wieku, charakteryzujący się tym, że ogół wiernych recytuje na głos kwestie przewidziane dla ministranta w księgach liturgicznych.

Uporządkujmy to zatem: Msza śpiewana – angielskie: High Mass, łacińskie: Missa cantata oraz Msza czytana (cicha) – angielskie: Low Msza, łacińskie: Missa lecta/ Missa secreta. Sam tekst można zaś streścić w następujących punktach:

1. Uczestnicy i organizatorzy Mszy preferują celebracje Mszy cichej, która trwa krócej i wymaga mniejszych nakładów pracy od przygotowywania Mszy śpiewanej.
2. Nie podejmuje się śpiewania Mszy uroczystej z uwagi na brak kompetentnych kantorów.
3. Ludzie preferują Mszę cichą, gdyż doświadczają poprzez nią bliższego kontaktu z Bogiem.


Polska rzeczywistość jest jednak nieco odmienna. Po pierwsze, wierni zwykle nie mają wyboru między Mszą czytaną a Mszą śpiewaną. Szczerze mówiąc, nie mają żadnego wyboru. Aktualnie jest jedynie ok. 40 miejscowości (wliczając Msze postindultowe oraz kaplice FSSPX), w których jest dostępna cotygodniowa Msza tradycyjna. Wybór zatem niemal wszystkich wiernych, pomijając może mieszkańców Warszawy, Krakowa i Wrocławia oraz okolicznych miejscowości, sprowadza się do alternatywy: „iść albo nie iść”.

Ponieważ w Polsce zatraciliśmy na dziesięciolecia ciągłość celebracyj liturgii klasycznej, to mamy do czynienia raczej z naśladownictwem wzorców tradycjonalistów francuskich i niemieckich niż kontynuacją przedsoborowych zwyczajów polskich. Ubolewam nad tym, mając równocześnie świadomość, iż nie były one w pełni zgodne z rubrykami Mszałów i wytycznymi Stolicy Apostolskiej. Zwykle odprawiano u nas Mszę czytaną, podczas której, przez większość jej trwania śpiewano pieśni wyrażające prawdy wiary katolickiej. Jeśli zajrzycie do starych modlitewników czy śpiewników, znajdziecie tam dziesiątki takich propozycyj. W okresie bożonarodzeniowym śpiewano tak również kolędy. Wszystko to wyjaśnia, czemu nasze stare księgi zawierają tak długie, liczące po kilkanaście zwrotem pieśni. Praktyka Novus Ordo, ale także przywracanego rytu katolickiego niestety ich nie wykorzystuje.

Co do oprawy muzycznej polskich liturgij, to również nie jest najlepiej, choć problemy są zupełnie inne niż u Amerykanów. Nim tradycyjna liturgia zaczęła powracać do polskich kościołów, pojawiły się tu i ówdzie środowiska pasjonatów muzyki dawnej. Mam wielki szacunek dla dorobku Marcina Bornus -Szczycińskiego czy Marcelego Peresa, ale nie uważam, że ich osiągnięcia powinny dominować we współczesnej oprawie tradycyjnej liturgii katolickiej. Ponadto ich uczniowie jakże często są o lata świetle od wyżej wymienionych mistrzów, skutkiem czego wartość artystyczna imitacji muzyki dawnej bywa tu i ówdzie wysoce niezadowalająca. O ile można tolerować, by podczas Festiwalu Muzyki Dawnej w Jarosławiu liturgia była w pewnym sensie dodatkiem do muzyki, to nierzadko uczestnicząc we Mszy trydenckiej w Polsce ma się wrażenie, że to jest stan permanentny. Obserwuję u wielu polskich tradycjonalistów bardzo niepokojącą tendencję. Tak jak w liturgii posoborowej Msza bywa własnością "przewodniczącego liturgii", który staje się swoistym mistrzem ceremonii, to u nas rolę tę przejmują osoby odpowiedzialne za oprawę muzyczną. Bardzo często to one kreują liturgię, w której celebrans jest jakby dodatkiem do niszowego śpiewu. Św. Pius X potępiał tę praktykę w odniesieniu do najpiękniejszych dzieł sakralnych muzyki europejskiej, u nas podobną pozycję zdają się zajmować wielbiciele rekonstrukcyj śpiewu plebejskiego.

Poza ich niszą często jest pustka. Zauważmy, że niedzielna Msza tradycyjna jakże często może być celebrowana tylko w porze obiadowej. Jest to zatem czas nieobecności organistów, pracujących w kościołach od 7 do 13 i powracających na Mszę popołudniową.

Skutkiem tego wszystkiego jest nieobecność organów w bardzo wielu lokalizacjach z Mszą trydencką. Co za paradoks! Nowusowcy rugują je na rzecz gitar, a paleotradycjonaliści zastępują chorałem czy też raczej pseudochorałem pseudogregoriańskim. Wielokrotnie spotkałem się ze zdumieniem i rozczarowaniem wiernych, szukających na tradycyjnej Mszy piękna muzyki liturgicznej i znajdujących te dziadowskie zawodzenia i smędzenia, które powinny mieć miejsce jedynie w klasztorze klauzurowym grupującym przygłuchych fratrów. "Gdzie są organy, gdzie jest chorał gregoriański, taki jaki znamy z płyt kompaktowych?!" - pytają zdezorientowani katolicy wychodzący z Mszy trydenckiej i zbyt często nigdy na nią nie wracający.

Wiem, że w tym momencie krytykuję, być może mocno i brutalnie, ludzi poświęcających swój czas i pieniądze, którzy realizują pasję bycia kantorami i sądzą, że w ten sposób najlepiej jak potrafią służą Bogu. Apeluję jednak i do nich o pokorę, aby zastanowili się, na ile faktycznie przyczyniają się do większej chwały Bożej i zbawiania dusz.

Jakie proponowałbym rozwiązanie? By wbrew wielowiekowemu polskiemu nawykowi mierzyć zamiary na siły. By dostosowywać się do możliwości i rozwijać stopniowo, krok po kroku. Przez setki lat nie mieliśmy znamienitych tradycyj liturgicznych w terenie, poza największymi ośrodkami. Lepiej zatem rozpoczynać celebrację Mszy tradycyjnej od skromnej Mszy cichej, z dwoma ministrantami. I lepiej opłacić profesjonalnego organistę, który po krótkim przyuczeniu zagra i zaśpiewa podstawowe melodie niż snobować się na formowanie zespołu kantorów, którzy udźwigną ciężar obowiązków nakładanych nań przez Mszę śpiewaną. Nie od razu Kraków zbudowano.

środa, 8 czerwca 2016

Na marginesie kanonizacji ojca Stanisława Papczyńskiego MIC

Nie miał szczęścia Ojciec Stanisław Papczyński (+1701) w swej drodze na ołtarze. Choć zmarł w opinii świętości, to pierwsze starania co do jego beatyfikacji napotkały na poważne przeszkody polityczne, spowodowane rozbiorami I Rzeczypospolitej. Zaborcy nie byli zainteresowani upamiętnianiem wybitnych Polaków, spośród których niemal każdy przejawiał też znaczną aktywność w służbie Ojczyźnie. Taki był i Ojciec Stanisław - spowiednik i kapelan wojsk Jana Sobieskiego.



AD 1673 Papczyński założył pierwsze polskie męskie zgromadzenie zakonne - Zgromadzenie Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, którego celami są: szerzenie kultu Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej oraz nabożeństwo wstawiennicze za dusze w czyśćcu cierpiące. Wspomniane wyżej rozbiory oraz zawieruchy masońsko - rewolucyjne XIX wieku niemal doprowadziły do likwidacji zakonu: na początku dwudziestego stulecia funkcjonował już tylko jeden klasztor oo. marianów, w Mariampolu na Suwalszczyźnie, gdzie dożywali swych dni ostatni ojcowie. Poza nim znajdowało się kilku innych członków zakonu, formalnie doń przynależących, lecz niemających faktycznej łączności wspólnotowej. W tych to warunkach doszło do swoistej odnowy zakonu dokonanej przez nowo przyjętych do wspólnoty Litwinów, Jerzego Matulaitisa i Piotra Buczysa.

Brak ciągłości pomiędzy dawnymi a nowymi ojcami marianami oraz całkowita rewizja konstytucyj zakonnych sprawiły, że kongregacja nie zachowała pierwotnego ducha ojca założyciela. Również po dynamicznym wzroście liczebnym zgromadzenia w XX leciu międzywojennym nie przywrócono ani pielęgnacji nabożeństwa za dusze czyśćcowe ani tradycyjnych białych habitów (stąd rozróżnienie między pierwotnymi "białymi marianami" i współczesnymi "czarnymi marianami"). Charakter zakonu pozostał maryjny, aczkolwiek bez zdecydowanego pierwotnego rysu.

Beatyfikacja Jerzego Matulaitisa (1987) utwierdziła go na kolejne długie lata w roli najważniejszej postaci w świadomości współczesnych marianów, tak zwanego "Odnowiciela". Patrząc na niezwykle długą listę Polaków beatyfikowanych i kanonizowanych przez Jana Pawła II nie sposób nie zadać sobie pytania: czemu zabrakło na niej ojca Stanisława Papczyńskiego? Być może najlepszym wyjaśnieniem tego fenomenu będzie informacja, iż jedynym Polakiem (wywodzącym się z Polski, nie ujmuję tu Amerykanów polskiego pochodzenia) pełniącym funkcję generała zakonu za pontyfikatu Jana Pawła II był ks. Adam Boniecki.

Tymczasem ojciec Stanisław Papczyński dołączył wreszcie do grona błogosławionych w 2007 r. Dopiero w tym samym roku zakon marianów po raz pierwszy przetłumaczył na polski wszystkie zachowane pisma Założyciela. (Można się z nimi zapoznać pod tym linkiem). Czy jakikolwiek inny założyciel wspólnoty zakonnej mającej wielowiekową tradycję jest równie nieznany i nieupamiętniany przez własne zgromadzenie?!

Do dziś niewiele się zmieniło. Zauważam z bólem, że podczas franciszkowej kanonizacji niemal nieobecny był ... sam święty Stanisław, taki jakim go znamy. Marianie rozstawieni daleko po kątach, brylował wszędzie kard. Stanisław Dziwisz, mocno akcentujący pochodzenie Papczyńskiego z okolic sądecczyzny, czyli ... swoich własnych terenów.

W ostatnich latach znacząco zwiększa się zainteresowanie pierwotną duchowością mariańską. Niedawno powstała nawet niewielka wspólnota zakonna odwołująca się do dorobku "białych marianów". Wspierajmy ją swoją życzliwością, a zwłaszcza modlitwą.

Ale i na ten temat godzi się napisać kilka słów krytycznych. Do sympatyków wspomnianej grupy zaliczał się zmarły niedawno wizjoner "Adam Człowiek", przedstawiający "odnowę" dokonaną przez Matulaitisa jako jawnie bezprawną i nielegalną. Nie zaliczam się bynajmniej do grona zwolenników owej zmiany, ale przyjmuję do wiadomości fakty i argumenty podawane np. przez ks. Juliana Kałowskiego MIC w tekście pt. Ocena zarzutów przeciwko legalności odnowy zakonu marianów. Gdyby zaś ktoś chciał się zapoznać szczegółowo z historią przebiegu pierwszej próby wskrzeszenia "białych marianów" - siedleckim stowarzyszeniem stanisławitów, polecam tekst o. Józefa Mareckiego. Warto uczyć się na dawnych błędach, by ich ponownie nie popełniać.

Współcześni, czarni marianie są porządnym, zacnym zakonem, który czyni wiele dobra w Polsce i za granicami. My tradycjonaliści, możemy być mu szczególnie wdzięczni za gościnę w Licheniu, jaką okazuje Warsztatom Liturgicznym Ars Celebrandi, największemu tego typu wydarzeniu na świecie. Ufam, że święty Stanisław od Jezusa i Maryi Papczyński przyczyni się do przywrócenia Kościołowi, Polsce i samemu Zakonowi tradycyjnego charyzmatu, jaki sam mu określił. W mariańskiej rodzinie zakonnej jest z pewnością miejsce na białych marianów tradycyjnej obserwancji.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

O pewnym tunelu i popisach artystyczno - satanistycznych

Tym razem mój wpis nie dotyczy działalności Kościoła Posoborowego. Ma jednak poważny związek z aktywnością jego "młodszych braci w wierze", czyli satanistów, masonów i ekumenistów.

1 czerwca br. pod szwajcarskimi Alpami otworzono najdłuższy i najgłębiej na świecie położony tunel kolejowy, Gotthard-Basistunnel . Otwarcie inwestycji "uświetniła" impreza kulturalno - rozrywkowa, która miała dość niecodzienny przebieg. Myślę, że uzasadnione są głosy nazywające ją jawnie satanistyczną. Obrazy mówią same za siebie i trudno je inaczej zinterpretować.



W przedstawienie zaangażowano około 600 performerów. Reżyserował je znany niemiecki reżyser Volker Hesse, a na widowni siedzieli tacy prominenci jak Aniela Merkel czy Franciszek Hollande.

Novus Ordo Mundi pokazało swe oblicze.

Dziękuję Kolegom z Forum Krzyż za informacje.

piątek, 3 czerwca 2016

Czy jest post w dzisiejsze święto?

Aktualna dyscyplina określa brak postu na dzisiejszą Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Można się do tych norm stosować, podobnie jak do pozostałych rozwiązań zgodnych z posoborowym Kodeksem Prawa Kanonicznego z 1983 r.

Warto jednak wspomnieć, że wcześniejsze regulacje postne w przedmiotowym zakresie były inne. Tylko święta nakazane (i to poza Wielkim Postem) znosiły dyscypliny postne.

Święto NSPJ, kończące zlikwidowaną z inicjatywy Bugniniego przez Ojca Świętego Piusa XII oktawę Bożego Ciała, nie zaliczało się do katalogu świąt nakazanych, nawet i w czasach poprzedzających promulgację Kodeksu Prawa Kanonicznego AD 1917.

Przedsoborowa dyscyplina postna była, patrząc z perspektywy współczesnego człowieka, bardzo rygorystyczna. Można zachęcać wiernych, by dla wzrostu pobożności i umartwienia praktykowali jej poszczególne rozwiązania, a więc post eucharystyczny, suche dnie, wigilie czy Wielki Post.



Fatalna jest sytuacja, w której w Kościele łacińskim są dwa różne zbiory prawa kanonicznego, różne kalendarze liturgiczne i różne okresy liturgiczne. W dodatku dominujący z tych systemów jest bardzo mocno sprotestantyzowany. Nie ma dobrych rozwiązań ani optymistycznych widoków na przyszłość. Obserwacja pokazuje, iż "reforma reformy" zainicjowana przez Ojca Świętego Benedykta XVI poniosła na każdym swym froncie fiasko. Posoborowie nie reformuje się, nie widać w nim żadnych oznak poprawy. Z drugiej strony, przedśmiertelne podrygi tego układu będą jeszcze długo trwały.

Może jednak warto odmówić sobie dziś steka i kawałka kiełbasy w intencji rozwiązania problemu związanego z opisanym tu chaosem? Zachęcam!

środa, 25 maja 2016

Wincenty Łaszewski - Nadchodzi kres. Mistyczne wizje końca świata

Najkrótszą recenzję dzieła można zawrzeć w jednym zdaniu: "to jest bardzo szkodliwa i niebezpieczna książka".

Łaszewski niby pisze książkę religijną, niby teologiczną, ale efektem jego pracy jest coś pomiędzy thrillerem a horrorem klasy B. Całość została nieźle napisana, zawiera wiele sugestywnych opisów. Jest mnóstwo manipulacyj i półprawd. Nie jest to zatem książka łatwa do konfrontacji dla przypadkowego czytelnika, zwłaszcza jest nim średnio zorientowany w niuansach teologii, poszukujący katolik. Do takich osób adresuję mój wpis, ufając, że okaże się choć trochę pomocny.



Autor zaczyna od wyliczenia całej litanii fałszywych i niedoszłych końców świata, wraz z datami, kiedy miały się one wydarzyć. Przeciwstawia im "swoje", niebiańskie wizje apokalipsy, które owych dat nie zawierają. Podaje fakty naukowe, odnoszące się do wzrostu aktywności wulkanów. Przemilcza efekt cieplarniany i mniemane podnoszenie się wody oceanów, bo to przeczyłoby jego narracji: "Bóg w Starym Testamencie obiecał, że nie spuści więcej potopu na Ziemię, ale inne dopusty może zarządzić". Następnie atakuje nas masowością objawień we współczesnym świecie: "Według Le Monde w samych tylko latach 1976 - 1986 Matka Najświętsza objawiła się dwadzieścia jeden tysięcy razy". Ale referowanie ich treści zaczyna - by uwiarygodnić swoje stanowisko - od faktycznie wypełnionych dziś proroctw z XVII wieku z Quito w Ekwadorze. Jest z nimi niemało problemów, sygnalizowanych przeze mnie jakiś czas temu Warto podkreślić, że Łaszewski relacjonuje te wydarzenia bez użycia w cytacie słowa "masoneria" i innych wyrażeń niepasujących do wieku siedemnastego. Pozostaje na wyższym, bezpieczniejszym poziomie ogólności. Czy to świadczy, że korzystał z innych źródeł na temat objawień Matki Bożej w Quito? Nie. Nie ma bowiem żadnych źródeł pisemnych na temat treści powyższych objawień sprzed lat 30-tych XX wieku. Nie mamy powodów, by wątpić, że dawno temu w Ameryce Łacińskiej żyła świątobliwa mistyczka, ale też nie mamy żadnych świadectw choćby z drugiej ręki, co konkretnie miałaby usłyszeć od Matki Bożej. Słowem, można zakwestionować pierwszą sztuczkę zastosowaną przez Wincentego Łaszewskiego.

Co kilkadziesiąt stron czytamy w tej książce cytat ze słów papieża Urbana VIII (+1644): "W przypadkach związanych z objawieniami prywatnymi lepiej jest wierzyć, niż nie wierzyć, ponieważ jeśli wierzycie, a rzecz okaże się fałszywa, otrzymacie wszelkie błogosławieństwa, tak jakby były one prawdziwe. Uwierzyliście bowiem, że są one prawdziwe." Pod koniec książki (str. 304) znajdziemy dopisek: "Przypisane papieżowi słowa nie są jednak nigdzie źródłowo udokumentowane. Należałoby je raczej uznać za wyraz sensus fidei - dowód powszechnej intuicji cechującej lud Boży." Czyli papież powiedział, ale nie powiedział. A Łaszewski uznał tę wypowiedź za reprezentatywną dla całego ludu Bożego. Jakby to skomentował Stanisław Bareja słowami wielokrotnie powtarzanymi w serialu "Zmiennicy": "kłamstwo jest wykładnikiem prawdy."

Pomiędzy tymi cytatami pojawiają się jak w kalejdoskopie relacje z całego świata, z wieku XIX i XX, dotyczące objawień maryjnych (ponoć 99% objawień prywatnych to manifestacje Matki Bożej) - zatwierdzonych i niezatwierdzonych, trwających i zakończonych, przebadanych i wciąż weryfikowanych. Przypomnijmy sobie podaną liczbę 21 000 takich zdarzeń z jednej tylko dekady i porównajmy je do liczby bodajże ... 2 objawień, określanych przez Łaszewskiego jako zdemaskowane przez Kościół jako fałszywe. Te liczby robią wrażenie, nawet jeśli dostrzeżemy, że pośród wiarygodnych podaje on Medjugorje, Garabandal, a nawet polską Oławę!

Jak mają się dalej toczyć wydarzenia? Czytamy o tym na stronie 91. Najpierw ma być czas herezji, kryzysu Kościoła i cywilizacji. Po nim ma być wielkie ostrzeżenie - znaki. Następnie nadejdzie czas oczyszczenia, a po nim zatryumfuje Boża Sprawiedliwość, co niekoniecznie musi oznaczać koniec świata. Książka w zasadzie pomija zrelacjonowanie punktu pierwszego, jakże istotnego z punktu widzenia tradycjonalistów. Łaszewski może 10 razy napisać o panoszących się herezjach w Kościele, o masonach oraz o odejściach z kapłaństwa (i tu pojawia się pytanie, jak "zgubiły się" literki "MIC", które nosił dwadzieścia kilka lat temu za nazwiskiem ...), ale nie piśnie słówkiem, by wskazać na współczesne źródła i znamiona tego kryzysu. Dowiemy się co najwyżej, że Leon XIII miał w 1884 r. miał wizję rozmowy Boga z szatanem, z której wynikło przyzwolenie Boga na większą aktywność diabła ukierunkowaną na zniszczenie Kościoła. Dowiemy się, że w ślad za tą wizją Papież ułożył modlitwę - egzorcyzm i polecił odmawiać go po każdej Mszy świętej, co zarzucono pod koniec lat 60-tych XX wieku. Ale w książce nie ma nawet jednego zdania krytycznego względem posoborowej rzeczywistości i narzuconych nam deform! Nie ma choćby zdania krytyki równie "radykalnej" jak u tradycjonalistów z Christianitas. Całość jest poświęcana dwóm kwestiom: znakom nadejścia apokalipsy i rozmaitym relacjom jej możliwego przebiegu.

Tymczasem najważniejsze dla wiernych jest rozpoznanie herezyj i nieulegnięcie im! Jeśli zachowasz wiarę w czasie wielkiego odstępstwa, to nie ma znaczenia, kiedy umrzesz; byle byś umarł w stanie łaski uświęcającej. Ta podstawowa prawda wiary katolickiej jest zupełnie niewidoczna w recenzowanej książce, rzekomo katolickiej, wydanej przez rzekomo katolickie wydawnictwo Fronda. Zauważmy, że zapowiadany także w szeregu objawień streszczanych w książce kryzys Kościoła ma mieć charakter totalny. Nie chcę wartościować i dociekać, czy ów zapowiadany stan już trwa, czy też dopiero - za przyczyną Franciszka Papieża - nadchodzi. Dość, że wiele środowisk tradycjonalistycznych także poprzez prywatne objawienia maryjne uzasadnia swoją postawę i opór względem modernistycznej hierarchii. U Łaszewskiego jest inaczej - zawsze pisze on o konieczności posłuszeństwa biskupom, choćby dwa zdania dalej referował słowa Matki Bożej z japońskiej miejscowości Akita: "Dzieło szatana przeniknie nawet do Kościoła w taki sposób, że kardynałowie wystąpią przeciwko kardynałom, biskupi przeciwko biskupom. Kapłani, którzy Mnie czczą, będą pogardzani i wystąpią przeciwko nim ich współbracia. Kościoły i ołtarze zostaną splądrowane, Kościół będzie pełen tych, którzy akceptują kompromisy. Z powodu działania szatana wielu kapłanów i poświęconych dusz porzuci swe powołanie". Logiczny wniosek jest taki, że skoro wierni zawsze mają iść za swoimi duszpasterzami, to także i wtedy, gdy będą oni występować przeciw pobożnym współbraciom i pogardzać nimi! Opór tradycjonalistów względem biskupów i papieży Kościoła posoborowego miałby umocowanie w objawieniach prywatnych, o ile nie można by ich zdemaskować jako szatańskiego mamienia. Gdyby natomiast szczegółowe badanie treści objawień wskazywało, że do jakichś zachowań nawołuje diabeł przebrany za Matkę Bożą, to oczywiście byłby to bardzo silny argument przeciwko owym postawom. Ta prosta reguła wyjaśnia nasz sceptycyzm względem niezweryfikowanych objawień prywatnych, w ślad za zasadami Soboru Laterańskiego i Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1917 r. według których za nagłaśnianie takich objawień groziła nawet ekskomunika. Nawiasem pisząc, i Łaszewski wspomina o owej zmianie perspektywy władz kościelnych względem objawień. Pisze o tym na stronach 309 - 312, plagiatując 1:1 tekst p. Piotra Kołodzieja.

W książce Łaszewskiego wielokrotnie pojawiają się pojęcia takie jak "pokuta", "nawrócenie" czy "ofiarowanie za grzeszników". Można powiedzieć, że z tego pojawiania się niewiele wynika. Są niczym motyw anioła w popkulturze: w umiarkowany sposób wskazują na Boga czy na konieczność podjęcia jakichś działań. Kluczowym terminem są natomiast "trzy dni ciemności", czas kiedy należy pozostawać w domu, modlić się przy świecy i prosić Boga o miłosierdzie. Im poświęcona jest niemal połowa książki.

"74 wizjonerów, 10 porad jak przetrwać w czasach ostatecznych, 8 niezbędnych rzeczy na czas Apokalipsy, 7 porad jak żyć i 6 wskazówek jak się modlić!" - jakie dobre hasło reklamowe. Szkoda, że jego autor marnuje się w teologii. Z takim zmysłem marketingowym mógłby sprzedawać proszki do prania czy środki na zaparcie. Może one by nie pomogły tak, jak w reklamie. Ale przynajmniej nie zaszkodziłyby życiu duchowemu nabywców. Tymczasem praktyczne porady Łaszewskiego na apokalipsę zaszkodzić duszom mogą.

Przeczytajcie sami ten bełkot: "Wciąż jeszcze mamy czas, by przygotować się na godzinę ciemności. Nie możemy już uniemożliwić ataku sił ciemności, możemy go jednak osłabić. W jaki sposób? Odpowiedź jest krótka: należy zrobić jak najwięcej z tego, co radzą głosy z Nieba. Jedna z wizjonerek przytacza słowa Maryi: "Powiedziała, że jeśli świat zrobi to, o co Bóg prosi, wszystko będzie dobrze"." Na pierwszy rzut oka porady, jak żyć w czasach przedostatecznych, w pełni oddają nauczanie Kościoła. 1. Nawrócenie. 2. Łaska 3. Wiara 4. Pokuta 5. Ubóstwo 6. Wynagrodzenie 7. Posłuszeństwo Kościołowi. Niestety, zamiast katechizmowego nauczania na te tematy, Autor prezentuje własne definicje, zupełnie niegodne osoby posiadającej doktorat z teologii, choćby i posoborowej.
Nawrócenie: "odwróćmy się od szatana, a zwróćmy do Boga." "Nie wierzmy w obietnice szatana, odrzućmy jego wartości i pokusy. Zapragnijmy być blisko Boga".
Łaska: "Żyjmy w stanie łaski, czyli uznajmy nawrócenie za "stałą" naszego życia, a nie "chwilę", po której wszystko powraca do stanu poprzedniego. Trwanie w łasce to zabieranie pola szatanowi. Łaska ma cechy "promieniotwórcze": z łatwością poszerza ona kręg niedostępny dla demonów.
Wiara: "Nauczmy się żyć wiarą: pamiętać o Bogu, ufać Mu, być pewnym Jego miłości, nie myśleć o sobie, ale o bliźnim i kochać go, bo kocha go Bóg. To bardzo trudne, ale na tym polega naśladowanie Boga".

Tyle paplaniny, a ani słowa o tym, co naprawdę ważne: o porzuceniu grzechów śmiertelnych i trwaniu w łasce uświęcającej. Nota bene: stan łaski uświęcającej nie sprawia, że człowiek nie podlega dręczeniu przez demony, czego dowodem życiorysy największych świętych Kościoła.

Wypowiadając się w spoganionym świecie, formułując swe myśli do zagubionych być może katolików, nie wolno pozwalać sobie na zwroty nieprecyzyjne. Iluzoryczne odwrócenie od szatana, usta pełne werbalnej ufności Bogu i nadziei na Jego łaskę, to atrybuty protestanckich, ewangelikalnych "born again Christians". Wszyscy ci ludzie mogą równocześnie i obiektywnie pozostawać przez lata w grzechu śmiertelnym, na przykład związanym z przebytym rozwodem i trwaniem w nowym związku. Mogą utwierdzać się w grzechu poprzez świętokradcze spowiedzi i bezprawne (albo i "franciszkowe") przystępowanie do Komunii Świętej. Takich ludzi w praktyce bierze także i na swoje sumienie Wincenty Łaszewski.

Rady dotyczące modlitwy są mniej kontrowersyjne: Odmawiajmy codziennie różaniec. Przyjmijmy szkaplerz. Zawierzmy się Maryi. Adorujmy Najświętszy Sakrament. Jak najczęściej starajmy się uczestniczyć we Mszy Świętej i godnie przyjmować Komunię Świętą. Wzywajmy pomocy Maryi.

Odloty nasilają się przy sporządzaniu "Niezbędnika na apokalipsę". Wprawdzie Łaszewski pisze, że to nie amulety, ale sensu nijakiego nie mają jego rady. Na czele listy, zatem najważniejsza, gromnica. "Ma być tylko jedna i zwykłej wielkości, bowiem Bóg zapowiedział, że taka wystarczy". W moim domu jest kilka gromnic, także pozostałe po nieżyjących członkach rodziny. Mam nadzieję, że nadmiar świec woskowych w domu nie sprawi, że zostaniemy skreśleni z automatu jako niedowiarkowie. "W blasku poświęconej świecy mamy przede wszystkim czytać i rozważać Pismo Święte, by tym samym znaleźć się w kręgu łaski i przywoływać Moc, Mądrość i Opatrzność Bożą". Na liście są również: modlitewnik, lektury duchowe, poświęcony obraz, różaniec, woda święcona i .... pożywienie.

No i wreszcie: "Jak przetrwać w czasach ostatecznych". Dowiadujemy się, że w owych czasie nie wolno wyglądać na zewnątrz domów ani tym bardziej z nich wychodzić. Gdy nastanie czas grozy nie wolno też nikogo wpuszczać do środka. Można to robić tylko wcześniej. Nie wyjaśniono wszakoż w książce, od kiedy konkretnie nie wolno otwierać drzwi na zewnątrz czy wychodzić z domów. To bardzo istotna nieścisłość, w zasadzie dyskwalifikująca porady, gdyby je potraktować serio. Dziesiątki prywatnych objawień dotyczące owego czasu są nie do końca spójne, nieprecyzyjne. Czy rzeczywiście pochodzą od Maryi i od Boga? Nie rozumiem też, czemu Bóg miałby karać śmiercią za akty miłosierdzia, jakimi byłoby wpuszczanie do domu ludzi proszących o ratunek. To założenie jest sprzeczne z istotą naszej religii, wprost z zapisami Ewangelii. Jak widać, objawienia reklamowane przez Łaszewskiego są bardzo niebezpieczne dla sumień osób je czytających. Czy zwłaszcza w czas apokalipsy nie powinniśmy ratować bliźnich, choćby i kosztem życia doczesnego? " Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich"

Rozważałem dotąd treść "porad" z punktu widzenia ludzi pobożnych, pragnących zaufać treściom, które czytają. Ale zastanówmy się, jak wpłynie lektura książki Łaszewskiego na osoby dość sceptyczne religijnie, na przykład młodzież po posoborowej katechizacji i sakramencie pożegnania z Kościołem, niegdyś zwanym bierzmowaniem. Ludzie ci mogą raczej utwierdzić się w przekonaniu, że w chrześcijaństwie promuje się obskurantyzm, że cwaniaczki wciskają kit durniom, że nikt poważny w to nie wierzy, ale "jedziemy, bo ciemny lud to kupi". Sam mam zresztą podobne wrażenie co do intencyj Autora i nieraz sugerowałem w tym wpisie, że Łaszewski celowo napisał książkę, która będzie się nieźle sprzedawać. Napiszę to jednak także expressis verbis, by nie było niedomówień.

Na koniec zreferujmy jeszcze wizję "Nowego Kościoła", który według Autora nastanie po czasie oczyszczenia. Ma to być bowiem kościół objawieniowy, zastępujący Kościół instytucjonalny, który "w pewnym sensie zawiódł". Ów kościół ma się opierać na doświadczeniu Boga, na nurcie "bardziej subiektywnym albo charyzmatycznym". Ma to być epoka Ducha Świętego. Najzabawniejsze jest zaś to, że owa era być może będzie trwała bardzo krótko, dwadzieścia lub sto lat. A potem według Łaszewskiego znów ludzie utorują drogę szatanowi, by powrócił na świat. Autor po prostu pada ofiarą dywagacji nad zapisami głośnych, lecz wzajemnie sprzecznych i wykluczających się objawień prywatnych. Jak się to ma choćby do objawień, które miał Leon XIII, według których diabłu jednorazowo przyzwolono, by poszalał przez stulecie?

Zalecam bardzo wielką wstrzemięźliwość względem wszelkich objawień prywatnych. Jeśli Kościół je zatwierdził i zinstytucjonalizował, jak np. objawienia związane z Najświętszym Sercem Pana Jezusa, różańcem czy szkaplerzem, to możemy być pewni ich poprawności teologicznej. W czasach zamętu teologicznego, wobec braku faktycznego nadzoru przez ustanowioną hierarchię nad treściami teologicznymi, bezwartościowych pieczątek z imprimatur, należy być bardzo ostrożnym względem wysypu nieautoryzowanych przesłań "z nieba". Zaryzykowałbym tezę, że większość spośród masy współczesnych objawień maryjnych to projekcje pobożnych umysłów. Ludzie słyszą, że jest tyle takich zdarzeń i wmawiają je sobie. To jest najdelikatniejsze wytłumaczenie także dla jakże nam doskwierających wizjonerek od księdza Natanka czy księdza Kiersztyna.

Najlepsze, co możemy zrobić, to przeczekiwać czas współczesnego zamętu teologicznego opierając się o tradycyjną doktrynę Kościoła. W niej mamy wszystkie środki i łaski konieczne i niezbędne do zbawienia.