piątek, 28 sierpnia 2015

Proces Józefa Wesołowskiego przeprowadzony i zakończony

Dwa i pół miesiąca temu słyszeliśmy o odroczeniu procesu byłego nuncjusza apostolskiej na Dominikanie Józefa Wesołowskiego z uwagi na jego zły stan zdrowia. Dziś można powiedzieć, że wszystko to jest już nieaktualne; proces Wesołowskiego został błyskawicznie przeprowadzony i zakończony.

Dodajmy też, że proces ten z całą pewnością był sprawiedliwy i miłosierny.

Co się stało?

Po prostu, Józef Wesołowski zmarł i trafił przed oblicze Boga, który osądził jego duszę i sumienie.



Przez ludzi takich jak ów były arcybiskup - pedofilów w sutannach - wstydziłem się, że jestem katolikiem. Wstyd związany z Wesołowskim był tym większy, że osobnik ten urodził się w Polsce i choć posiadał obywatelstwo watykańskie, w mediach był przedstawiany jako Polak.

Nie czuję do zmarłego nienawiści ale też nie namawiam do modlitwy w jego intencji. Przyznam, że zawsze irytują mnie publicznie ogłaszane modlitwy za zmarłych zbrodniarzy, bandytów i nikczemników. Mam często wrażenie, iż takie inicjatywy zbyt często przynajmniej ocierają się o faryzeizm: „jaki to jestem doskonały, że modlę się za duszę Xa”. A czy wszyscy ci ludzie modlą się wystarczająco dużo za dusze własnych bliskich, żywych i zmarłych?

wtorek, 18 sierpnia 2015

Internetowy paszkwil na Bractwo Św. Piusa X

Czytelnicy „Młota” wiedzą, że blog ten pozostaje w swych sądach niezależny: czasem pochwali tzw. liberała lub rzekomego „kryptomodernistę”, a wielokroć strzela argumentami przeciw tradycjonalistom, zasłużonym działaczom i organizacjom. Równocześnie służy dyskusjom pomiędzy katolikami i unika przedstawiania poglądów piszącego te słowa bloggera jako prawdy objawionej i nieomylnej.

Pozostając w streszczonej powyżej konwencji zajmiemy się cyklem składającym się z aż 22 wpisów opublikowanych na blogu W OBRONIE TRADYCJI I WIARY poświęconych Bractwu św. Piusa X. Nie wiem, kto jest autorem powyższego opracowania. Są nimi anonimowi „teologowie ze stopniami naukowymi w dziedzinie teologii i innych nauk humanistycznych, z wieloletnią praktyką dydaktyczną oraz samodzielnymi publikacjami naukowymi w kraju i zagranicą.” Osoby te uznają V2 i starają się działać zgodnie z hermeneutyką ciągłości. Słowem: jest to jakieś „konserwatywne posoborowie”.

POSŁUSZEŃSTWO OCHRONĄ PRZED SZATANEM
Część 1
Część 2
Te dwa wpisy streszczają rozumowanie Autora, żyjącego w świecie alternatywy rozłącznej: albo posłuszeństwo Kościołowi albo posłuszeństwo szatanowi. Jednak dalsze wpisy nie będą spójne z powyższymi, co skrupulatnie odnotujemy.

DRĘCZENIE DEMONICZNE PO MSZACH TRYDENCKICH W BRACTWIE
Część 3
Część 4
Wbrew pozorom ów ustopniowany i utytułowany naukowo Anonim pisze swój tekst na poważnie. Argumentem przeciw całemu FSSPX jest to, że rzekomo zachęca do chodzenia na Msze celebrowane przez kapłanów FSSPX nie kto inny, jak bohater „Młota na posoborowie” .. brat biskup Stanisław Sawicki, a osoba zachęcana rzekomo cierpi na jakieś dręczenia demoniczne. Anonimowy-co-najmniej-doktór-teologii wywodzi stąd, że za dręczenia odpowiadają kontakty z Bractwem św. Piusa X. Tekst uzupełniają pomówienia już całkiem bezosobowe, sugerujące, iż takich przypadków jest więcej.



STATUS KANONICZNY BRACTWA A „NIEREGULARNOŚĆ KANONICZNA”
Część 5

Autor ma problem. Z jednej strony stwierdza, że oddzielenie od Kościoła prowadzi do schizmy i herezyj, co było udziałem starokatolików czy marjawitów. Z drugiej strony oznajmia, że FSSPX nie popadło jeszcze w błędy po 40 latach swojego istnienia. Z trzeciej strony sugeruje, że teologia Bractwa odnośnie do Soboru Watykańskiego II i kilku innych kwestyj jest niepoprawna. Z czwartej wreszcie strony przyznaje, iż aktualny status kanoniczny Piusowców jest niejasny z uwagi na nieprecyzyjność posoborowego prawa kanonicznego i chaos kierowania Kościołem.

Część 6

Rozwija się tu myśl, iż kapłani należący do Bractwa są suspendowani i nie pełnią w Kościele żadnej uprawnionej posługi.
Część 7
Święcenia w FSSPX są ważne, ale niegodziwe.
Część 8

Bardzo ważny wpis, bo pokazuje, że Autor nie wie, o czym pisze. Otóż według niego członkowie FSSPX nie kwestionują „ani swojej nieregularności kanonicznej ani też suspensy”. I dalej:
„Własny status kanoniczny bywa raczej w Bractwie przemilczany aniżeli wiernym wyjawiany, a odpowiedź przy konkretnych pytaniach brzmi mniej więcej następująco: „Tak, to prawda, ale obecny kryzys Kościoła zezwala na stosowanie takich nadzwyczajnych środków jak wieloletnie trwanie w nieregularności i suspensie po to, by Kościół mógł dzięki nam przetrwać”. Przez niektórych przedstawicieli i zwolenników Bractwa z punktu widzenia prawa kanonicznego kwestionowana także bywa decyzja Pawła VI o zasuspendowaniu abp. Lefebvra (chodzi o rzekome błędy proceduralne) jak i decyzja Jana Pawła II o ekskomunice (rozróżnienie między schizmą a aktem schizmatyckim). Niektórzy obrońcy Bractwa dochodzą przeto do wniosku, iż decyzje te były niezgodne z prawem kanonicznym, niesprawiedliwe i dlatego nie należy się do nich stosować lub nimi przejmować. Te wysoce specjalistyczne wywody oraz odnoszące się do nich kontrargumenty przedstawicieli Rzymu pozostawimy w tym miejscu specjalistom uwzględniając wszakże fakt, iż nawet najbardziej wysublimowana linia obrony zawodzi, jeśli wiary nie chce dać jej sąd, w tym wypadku papież.”


Ten człowiek po prostu nie rozumie, że źródłem kryzysu Kościoła są decyzje papieży. Rozumiem, że można było mieć takie zdanie w czasach Benedykta XVI (sam uważałem wówczas, że przyjęcie statusu kanonicznego przez FSSPX byłoby korzystne), ale żeby być tak ślepym dziś, w czasach Franciszka?! Prócz tego, nie można patrzeć na funkcjonowanie w Kościele w oderwaniu od norm dogmatycznych i prawno-kanonicznych narzucanych przez posoborowie. Ale na te tematy będzie jeszcze okazja, by się wypowiedzieć.

Tajemniczy „Obrońca-tradycji-i-wiary” chyba myśli, że cały spór między tradycjonalistami a posoborowiem rozbija się o Mszę i ogólnie pojętą estetykę. Siedząc w Polsce nie wyobraża sobie, jakie były i są realia Europy Zachodniej, gdzie powstało FSSPX. Przeciętny katolik nie ma pojęcia, jak kute są posoborowe kadry. Dowiadujemy się czasem, iż „zbyt konserwatywni klerycy są wydalani”. „50 lat Wiosny Kościoła” spowodowało w Irlandii, że wystarcza jej już tylko jedno seminarium, z którego można wylecieć za klęczenie podczas Przeistoczenia. Niemożliwe? Wywiad z warmińskim biurokratą Józefem Górzyńskim wskazuje, iż ci ludzie mogą stawiać rzekomą jedność znaków liturgicznych ponad prawo kanoniczne.

Na zakończenie wpisu Autor przypisuje ogółowi tradycjonalistów pogląd o nieistnieniu ziemskiego Kościoła. W istocie stanowisko takie zajmuje mikroskopijna grupa wariatów, przed reprezentacją których w swoim czasie ostrzegaliśmy.

Część 9
Nasz domorosły ekspert stwierdza, że grzeszą śmiertelnie zarówno kapłani FSSPX jak i wierni, którzy z ich posługi korzystają. Brakuje mu elementarnego rozróżnienia. Być może na świecie są diecezje na tyle katolickie, iż na ich terenie absolutnie nie ma żadnej konieczności funkcjonowania równoległego, „na dziko” Bractwa św. Piusa X. Tam każdy wierny ma w zasięgu części dnia drogi kapłanów odprawiających tradycyjną Mszę i głoszących katolicką doktrynę nieobciążoną posoborowymi błędami. Zgodziłbym się, że w takim przypadku każdy wierny mógłby iść po prostu do swojej (lub sąsiedniej) parafii, a nie powinien tułać się do kaplicy nieregularnego kanonicznie kapłana. Taki przypadek może mieć miejsce np. na Ceylonie u kard. Malcolma Ranjitha. Tyle, że z tego co mi wiadomo, kardynał Ranjith utrzymuje ścisłe kontakty z Bractwem i bynajmniej nie traktuje jego kapłanów jako nieregularnych kanonicznie.

Część 10
Co pisze nasz Bredzisław?
Zważywszy na fakt, iż w wielu krajach świata postanowienia Summorum Pontificum nie są realizowane, a msze posoborowe cechują nadużycia i skandale liturgiczne, toteż założyć trzeba, iż wierny pragnący obcować z Mszą Wszechczasów, do której przynajmniej od Summorum Pontificum ma prawo, a w której uczestniczyć gdzie indziej nie może, uczestnicząc we mszy w Bractwie nie grzeszy ciężko, chociaż powiedzieć nie można, iż nie grzeszy on wcale. Dlaczego zatem grzeszy w ogóle? Ponieważ korzystając z posługi nieregularnie wyświęconych i zasuspendowanych księży przyczynia się do rozbicia widzialnego Kościoła, a opuszczając struktury posłuszeństwa otwiera się na działania złego.


Tej argumentacji nawet nie warto komentować.

Część 11
Tu dowiadujemy się, że wspólnota wiernych związanych z FSSPX stanowi znikomy promil względem posoborowia.

Część 12
Wpis ten można streścić w dwu zdaniach:
Jeśli założymy, iż Bractwo rzeczywiście służyć by miało odnowie Kościoła, to standardy moralne w Bractwie musiałyby być dużo wyższe aniżeli gdzie indziej. (..) Niestety ani sprawiedliwość Bractwa ani stosunki wzajemne jego członków nie górują nad średnią światową.


Odpowiedzieć na to można:
1. FSSPX jest dziś jedną ze struktur, być może największą i najsilniejszą, które służą przetrwaniu Kościoła katolickiego. Nie ma sensu twierdzenie przeciwne niektórych tradycjonalistów: „Poza FSSPX nie ma zbawienia”. Bractwo jest strukturą czasu wojny domowej wewnątrz Kościoła; formacją samoobrony. Wszyscy doskonale wiemy, że w czasie takich działań dochodzi do nieodpowiednich czynów także po stronie niewinnej: zarówno powstańcy wandejscy jak i Polacy z Wołynia mają na koncie trochę działań odwetowych. Możemy więc sobie wyobrazić, że identycznie jest w wojnie prowadzonej przez Piusowców przeciw modernistom.
2. Autor w żaden sposób nie dowodzi, iż sprawiedliwość w FSSPX jest na poziomie znacząco niższym niż pośród reszty Kościoła.


Część 13

Dowiadujemy się, iż „Na podstawie obserwacji 10 kapłanów i ok. 50 wiernych pewnej prowincji Bractwa stwierdzić można, iż cechuje ich:
(a) Apokaliptyczna i manichejska wizja rzeczywistości.
(b) Skrupulantyzm i lęki.
(c) Brak ducha misyjnego i zasklepianie się wśród swoich.
(d) Agresja względem Kościoła hierarchicznego.
(e) Podwójna moralność oraz nieuporządkowane życie osobiste.
(f) Teologiczne „natręctwo myśli”.”
W następnych częściach opracowania dowiemy się, co poeta miał na myśli.



Część 14 i Część 15 wskazują, że jednak poeta za wiele nie miał na myśli. Uogólnienia względem całego FSSPX Autora paszkwilu należy uznać jako krzywdzące i kłamliwe. Znając osobiście na przestrzeni kilkunastu lat przynajmniej analogiczną do „próbkowanej” populację, tj. 10 kapłanów i 50 wiernych, żadną miarą nie mogę potwierdzić istnienia ww. problemów. Być może byłbym w stanie wskazać jakiegoś jednego kapłana czy kilku wiernych mających jakieś problemy ze sferą paszkwilowaną w poszczególnych punktach. Ale pomyślcie o znanych Wam członkach Bractwa św. Piusa X:
Czy x. Anzelm Ettelt ma manichejską wizję rzeczywistości?
Czy x. Eryk Jacqmin był przepełniony skrupulantyzmem?
Czy x. Janowi Jenkinsowi brakuje ducha misyjnego?
Czy x. Werner Boesiger jest jakoś szczególnie agresywny względem posoborowia?
Czy x. Konstantyn Najmowicz wygląda na zakładnika swoich stypendiodawców?
Czy x. Karol Stehlin każdą swą wypowiedź sprowadzał do kryzysu Kościoła i Soboru?

Oto kilka przykładów szczegółowych paszkwilanta, cytaty dosłowne:
Księża boją się ludzi, zwłaszcza kobiet, a przede wszystkim siebie na wzajem, bo jeden na drugiego może donieść do przełożonych. Lęk przed życiem i jego wyzwaniami cechuje także wiernych FSSPX, którzy mimo to spodziewają się odmiany swego losu za pośrednictwem jakiejś tradycjonalistycznej, nie charyzmatycznej tym razem, różdżki.

Niestety niektórych księży Bractwa charakteryzuje tak daleko posunięty brak staranności w odprawianiu Mszy Trydenckiej i dbałości o oprawę liturgiczną, która udziela się także ministrantom i wiernym, iż każe on zastanawiać się nad tym, czy FSSPX rzeczywiście o ocalenie Mszy Wszechczasów chodzi. Ponieważ wspomniani księża ci są bywają regularnie wizytowani przez swoich przełożonych, toteż założyć trzeba, iż ten poziom liturgiczny daleki od staranności i przestrzegania liturgicznych przepisów uchodzi w Bractwie za normalny. Zastanawia też brak wyczucia piękna. Zważając na fakt, iż to wierni finansują Bractwo, to zdawać by się mogło, iż mają oni prawo do pięknych wnętrz, pięknej liturgii i godnych kościołów, o ile jest to oczywiście w danym wypadku możliwe.

Podobnie jak w strukturach Opus Dei w Bractwie napotkać można mocno szemranych biznesmenów zakładających, iż samo uczestnictwo w Mszy Trydenckiej FSSPX, jako „wiary prawdziwej”, zapewni im odpuszczenie grzechów oraz powodzenie finansowe, tym bardziej, gdy łożą tam hojnie na tacę. Niestety Bractwo nie wyprowadza swoich sponsorów z tego błędu i nie podaje, że liczy się przede wszystkim dusza, a nie grzeszne życie i płynące z niego grzeszne dochody. Niektórzy wierni Bractwa żyją w konkubinatach, inni w związkach niesakramentalnych, inni jeszcze oddają się różnym nałogom.


WĄTPLIWE NAUKI BRACTWA: INTENCJONALNOŚĆ SZAFARZA SAKRAMENTU I ZALECENIE NIEUCZESTNICTWA W NOWEJ MSZY

Część 16
Wpis zaczyna się nietypowo, bo od zdania: Nie ulega wątpliwości, iż w niektórych krajach jedynymi miejscami, w których wierni mogą napotkać jako taki przekaz nauki katolickiej są kaplice i kościoły Bractwa. Tylko tam bowiem mówi się o prawdziwości wiary Katolickiej, o konieczności sakramentów, o grzechu, czyśćcu i piekle etc.

Jego reszta dotyczy korelacji pomiędzy ważnością Nowej Mszy a intencją jej celebransa. Wprawdzie Autor wpisu mówi ogólnie o sakramentach, ale przeniesienie akcentu jest mu konieczne dla całego wywodu. My, tradycjonaliści nie rozważamy intencji tak szczegółowo przy chrzcie, pokucie czy bierzmowaniu, jak względem samego Novus Ordo. Dlaczego? Gdyż sakramenty są zazwyczaj celebrowane mniej więcej zgodnie z księgami liturgicznymi. Nie słyszałem, by posoborowie celebrowało chrzest na podobieństwo konkursu skoków do basenu, czy by bierzmowanie przeradzało się w masowe policzkowanie wiernych, jak na ringu sportów walki. Tymczasem wielokroć Nowa Msza odbiega wizualnie tak bardzo od swoich ksiąg liturgicznych, że należy zastanowić się, czy wykonujący obrządek faktycznie miał na myśli przedłożenie Bogu Ojcu Ofiary Przebłagalnej. Mało tego: większość posoborowych ksiąg liturgicznych jest w bardzo istotnym zakresie niezgodna z edycjami łacińskimi Pawła VI czy Jana Pawła II, co do których zakłada się ważność. Przykładowo: większość języków popularnych zawiera błąd w słowach Przeistoczenia. Piusowcy opisują to na swojej stronie internetowej , ale w Polsce za wiele o tym nie mówią, bo problem ten Bogu dzięki naszego katolicyzmu nie dotyczy.

Argumentacja zawarta w Części 17 jest dramatycznie słaba:

Idąc tokiem argumentacji Bractwa brak odpowiedniej intencji wewnętrznej zarzucić można by absolutnie każdemu księdzu na przestrzeni wieków, także temu, który odprawiał lub odprawia Mszę Trydencką. Podczas tej ostatniej możliwość ukrycia swojej wewnętrznej intencji jest dużo większa aniżeli we Mszy Novus Ordo, gdyż podczas Tridentiny ksiądz stoi tyłem do ludu, cicho i po łacinie wypowiada słowa konsekracji, a jego gesty są dla wiernych niewidoczne. Natomiast ksiądz dokonujący Przeistoczenia na mszy posoborowej na widoku publicznym musi dużo bardziej starać się o to, by przynajmniej sprawiać wrażenie posiadania właściwej intencji.


Zarzut braku intencji w odniesieniu do tradycyjnej Mszy można podnosić w przypadku istotnych odstępstw od Mszału; jeśli kapłan zasadniczo jest mu wierny, to zakładamy, że ma intecję tożsamą z intencją Kościoła. Co zaś można powiedzieć o intencji człowieka przebranego za klauna, który jest otoczony przez dzieci w strojach karnawałowych – że odniosę się do wcale nierzadkiego klasyka ze stron typu Kronika Novus Ordo? Co można ogólnie powiedzieć o zachodnioeuropejskich Nowusach, które są celebrowane w celu utwierdzania wiernych w błędzie, iż wszyscy zostaną zbawieni?!

Problem intencji i rozumienia ceremonii jest bardzo poważny. Czy nie zastanawiało Państwa, czemu posoborowa młodzież nawet w Polsce balansuje często na granicy profanacji podczas Nowusów, skoro ci sami ludzie potrafią godnie przeżywać nabożeństwo Drogi Krzyżowej? To wynika właśnie z błędnego rozumienia istoty Mszy Świętej: nikt ich nigdy nie nauczył, że jest ona uobecnieniem Ofiary Krzyżowej Pana Jezusa.

Błędy i brak logiki Autora wpisu wynikają z jego niewielkiej orientacji w realiach zachodnioeuropejskiego posoborowia. Ten człowiek zapewne nie widział nigdy żadnego NOMu w Hiszpanii, Niemczech czy Francji.

Część 18 to w znacznej części powtórzenie katolickiej nauki o intencji szafarza sakramentu, do czego dokłada się wspomniane powyżej niezrozumienie przez Autora natury współczesnego kryzysu Kościoła. Nie trzeba być lefebrystą, by dostrzegać, że znaczna część Mszy Kościoła Posoborowego jest nieważna. Piszę to ja, który od wielu lat nie jestem związany z Bractwem i w żaden sposób nie identyfikuję się z linią teologiczną FSSPX. Zdanie to w oparciu o własne obserwacje ma zapewne znaczna część świadomych tradycjonalistów, zwłaszcza z krajów o szczególnie zaawansowanej „odnowie posoborowej”.

Część 19 stanowi kolejne smutne poświadczenie całkowitego braku orientacji Autora w poglądach tradycjonalistów katolickich. Gość robi zarzut względem FSSPX za to, że odradza wiernym uczestnictwa w Novus Ordo. Biedak nie wie, że identyczną linię doktrynalną głosi działający pod auspicjami komisji Ecclesia Dei Instytut Dobrego Pasterza, a pozostałe wspólnoty postindultowe w praktyce zalecają to samo.

Przedstawione są też argumenty za ważnością Novus Ordo, takie z dolnej półki:

1. Nie byłoby profanacji Najświętszego Sakramentu w Polsce i na świecie przez opętanych, satanistów lub innych, gdyby Pana Jezusa pod sakramentalną postacią w tych hostiach nie było. Opętani mają bowiem bardzo dobre wyczucie rzeczy świętych, tyle że odwrotne. Zatem im więcej jest w czymś świętości, tym bardziej jej nienawidzą i tym bardziej ich od niej odrzuca.
2. Nie byłoby polityki różnych episkopatów (np. w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii) i części duchowieństwa dążącej do redukcji odprawianych Mszy Świętych poprzez uniemożliwianie odprawiania codziennej mszy księżom emerytom czy innym księżom, poprzez zalecanie koncelebry i redukowanie tzw. mszy prywatnych (tj. odprawianych bez ludu) oraz zwiększenie tzw. Liturgii Słowa Bożego prowadzonych przez świeckich, głównie asystentki pastoralne, kosztem Mszy Świętych, gdyby Przeistoczenie nie miało miejsca, a wszystkie te msze, w których czasami nikt albo mało kto z wiernych uczestniczy, były nieważne.


Cóż można powiedzieć … Tonący brzytwy się chwyta … Dalej jest jeszcze gorzej:

Zalecenie Bractwa unikania sakramentów w oficjalnym Kościele przypomina nieco identyczne porady potępionych wielokrotnie Jansenistów, którzy stawiając na niegodność człowieka względem Bożej łaski zalecali czasowe nieprzystępowanie do sakramentów po to, by się w grzechu jeszcze bardziej pogrążyć i tym samym łaskę mocniej odczuć. Rzadkość przystępowania do sakramentów w XVII, XVIII i XIX wieku ogółu wiernych, aż do działań papieża św. Piusa X, a właściwie do Soboru Watykańskiego II brała się właśnie z tych błędnych przekonań. Wierni bojąc się przystąpić do komunii niegodnie lub zakładając, iż nie są w stanie wskrzesić w sobie wystarczającego żalu za grzechy, do Eucharystii i spowiedzi nie przystępowali w ogóle lub czynili to bardzo rzadko.

Opadła maska zatroskanego, konserwatywnego katolika i pojawiła się twarz piewcy osiągnięć posoborowia. Omawiana część kończy się szeregiem kłamstw, od utożsamiania środowisk sedewakantystycznych z FSSPX, po sugestię, którą pozwolę sobie zacytować:

Od strony praktyczno-materialnej odwodzenie katolików od zwykłych posoborowych mszy poprzez sugerowanie ich nieważności służy poprostu pozyskiwaniu nowych członków oraz ich zasobów finansowych, natomiast od strony moralnej stanowi narażanie ich na grzech i wzmożone ataki złego.


Co za skrajny brak logiki! Przecież antynowusowa argumentacja FSSPX w szczególności prowadzi do rozwoju grup tradycjonalistów uczestniczących w duszpasterstwach aprobowanych na szczeblach diecezjalnych. A z nich pieniądze nie idą do Menzingen, nawet na świętych Piotra i Pawła.

WAŻNOŚĆ SPOWIEDZI W FSSPX

Część 20

Przedstawiona analiza wydawałaby się słuszna, ale czemu Autor pominął kanon 1335 KPK?

Jeżeli cenzura zabrania sprawowania sakramentów lub sakramentaliów albo podejmowania aktów rządzenia, zakaz zostaje zawieszony, ilekroć jest to konieczne do udzielenia posługi wiernym znajdującym się w niebezpieczeństwie śmierci; jeśli cenzura wiążąca mocą samego prawa nie została deklarowana, zakaz ulega ponadto zawieszeniu, ilekroć wierny prosi o sakrament lub sakramentalia bądź o akt rządzenia; wolno zaś o to prosić z jakiejkolwiek słusznej przyczyny.


Załóżmy, że kapłani należący do FSSPX są suspendowani. Nie mają jednak dokumentów z imiennymi suspensami. Każdy wierny przekonany np. do tezy, iż jest kryzys Kościoła, może zatem skorzystać z posługi kapłanów Bractwa św. Piusa X i prosić ich o wyspowiadanie. Tak głosi Kodeks Prawa Kanonicznego.

(W dalszej części wpisu jest bardzo dyskusyjna teza: gdyby ktoś wyspowiadał się u człowieka przebranego za księdza, który w rzeczywistości księdzem by nie był, a penitent by o tym nie wiedział. Mimo to, na skutek zasady Ecclesia supplet, penitent otrzymałby w tym jednym wypadku ważne rozgrzeszenie. Młota na posoborowie przekonuje w tej sprawie argumentacja Dextimusa).

Część 21 stanowi powtarzanie dawnej mantry przez naszego posoborowca. Cóż tu komentować? Odwołać się mogę tylko do swojego przykładu. Od lat nie korzystam ze spowiedzi w FSSPX, ale czynię tak z wygody. Jeślibym jednak zaczął notorycznie spotykać spowiedników działających jak automaty, tj. sekundowa nauka po wyznaniu grzechów i udzielenie absolucji z automatu, bez wnikania w istotne okoliczności przedstawiane przez penitenta, to oczywiście powrócę do spowiedników z Bractwa Św. Piusa X.

Część 22 to podsumowanie, zawierające oczywiście negatywną rekomendację do słuchania Mszy Świętej u Piusowców. Autor poleca uczestnictwo we Mszach celebrowanych przez członków wspólnot Ecclesia Dei lub na mocy Summorum Pontificum. Używa tu formy „za zgodą ordynariuszy miejsca czyli biskupów”, która była prawidłowa w czasach indultów Jana Pawła II. To może drobny szczegół, ale wiele mówiący o dezorientacji piszącego paszkwil przeciwko Piusowcom.

Jak podsumować tego kuriozalnego gniota? Jak zrobić to w miarę kulturalnie? Nie jest łatwo. Jeśli ktoś jest ze starej gwardii tradsowskiej, to pamięta trzy klasyczne opracowania problemu. Jedno popełnił biskup Zygmunt Pawłowicz („Lefebvre i lefebryści”), drugie ksiądz Stanisław Grzechowiak („Ruch arcybiskupa Lefebvre 'a”), a trzecie – Życie Warszawy

Naszemu Anonimowi merytorycznie jest najbliżej do poziomu .. Życia Warszawy. Aż się dziwię, że zwrot „lasandryści” ani razu nie pojawił się w żadnej z 22 części tekstu. No bo mamy tu głównie ploteczki i uogólnienia, do tego kompletny brak wiedzy o pozostałych strukturach tradycjonalistycznych, sporadyczne odniesienia do oficjalnych wypowiedzi członków FSSPX, mierne umiejętności w zakresie interpretacji kodeksu prawa kanonicznego. Nad tekstem uniosi się smrodek posłuszeństwa "Duchowi Soboru", który zasadniczo znikł z Kościoła dziesięć lat temu. Truizmem jest ustalenie, iż tekst nie przedstawia analizy krytycznej tych obszarów działalności Bractwa, które faktycznie są problematyczne. Ot choćby ślubów, przy których asystują kapłani FSSPX. W Polsce sprawa ta stała się bardzo delikatna, odkąd ze dwie pary skorzystały z możliwości uzyskania biskupiego orzeczenia o nieważnie zawartym małżeństwie z uwagi na brak jurysdykcji, zgody proboszcza na ślub poza parafią itp. Kapłani Bractwa starają się odtąd przekonać wiernych do ślubów z asystą kapłanów, których umocowania nie da się podważyć w celu wyłudzenia tzw. „katolickiego rozwodu”.

Przez parę lat regularnie korzystałem z opieki duchowej i sakramentalnej kapłanów Bractwa Świętego Piusa X. Kilka dni temu minęło piętnaście lat od mojej pierwszej wizyty w Przeoracie FSSPX przy ul. Garncarskiej w Warszawie. Wspominam dobrze lub bardzo dobrze wszystkich kapłanów, których dane mi było tam spotkać. Aktualnie mam Mszę i inne sakramenty bliżej domu i u Piusowców pojawiam się sporadycznie. Nikomu nie odradzam korzystania z posługi kapłanów Tradycji katolickiej nieposiadających jurysdykcji zwyczajnej, w tym w szczególności członków FSSPX. Wszystkim rekomenduje indywidualną ocenę księży oraz wspólnot, które się wokół nich gromadzą. Zapewne także i w FSSPX można spotkać złych pasterzy. Ale proporcje z pewnością są zupełnie inne, niż napisał ów anonimowy paszwilant.

Swoją drogą, zupełnie się nie dziwię, że autor tej kuriozalnej krytyki Bractwa Świętego Piusa X postanowił pozostać anonimowy.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Problem z procedurą zapłodnienia in vitro

Bezkompromisowi katolicy zwykli stawiać na tym samym poziomie istotności konieczność wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji jak i delegalizację dopuszczalności procedur pozwalających na poczęcie człowieka poza organizmem matki, w szklanej próbówce, a więc "in vitro". Czy słusznie?

Trzy są w polskiem prawie przypadki dopuszczające do legalnej terminacji ciąży:
1. "ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej";
2. "badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu";
3. "zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego"* (np. kazirodztwo, gwałt).

Punkty nr 2 i 3 powinny być z ustawodawstwa skreślone, podczas gdy nr 1 w mojem odczuciu mógłby pozostać w odniesieniu do życia ciężarnej. Warto tu dodać, iż doprowadzenie do obumarcia dziecka bywa zazwyczaj skutkiem prowadzonej terapji, nie jest zaś samo w sobie metodą ratującą jego matkę (zagadnienia ciąży pozamacicznej i podobnych nie będę tu rozpatrywał, bo text poświęcony jest procedurze in vitro).



Sprzeciw Kościoła katolickiego względem dopuszczalności przerywania ciąży wynika z przekonania, iż od momentu zapłodnienia mamy do czynienia z nowem życiem ludzkiem, osobą, której prawa nie mogą być naruszane przez osoby trzecie, nawet przez matkę. Podstawą rozumowania jest zatem biologja, której ustalenia są aplikowane w nauczaniu moralnem i bioetycznem.

Katolicka (posoborowa) krytyka metod in vitro zazwyczaj koncentruje się na problemie powoływania do życia "nadliczbowych" zarodków, a więc istnień ludzkich. Są one niszczone lub przechowywane przez wiele lat w ciekłym azocie. W oparciu o wątpliwe moralnie i naukowo kryterja jest dokonywana ich selekcja. Embriony posiadające cechy pożądane przez zamawiających (np. płeć) mają szansę na rozwój, a pozostałe są bez sądu skazywane na karę śmierci. Podnosi się również godność osoby ludzkiej. W ocenie katolickiej bioetyki uznaje się za niedopuszczalne doprowadzanie do poczęcia istot ludzkich poza aktem małżeńskim, a więc m.in. poprzez procedury in vitro i sztucznej inseminacji.

Mam wątpliwości, czy jest to wyczerpujące i prawidłowe opisanie problemu in vitro. Należy postawić sobie kluczowe pytanie, co jest złego w in vitro? Czy optymalizacja tej metody sprawiająca, że żaden zarodek nie powstawałby "niepotrzebnie", nie byłby uśmiercany, lecz każdy trafiałby do łona matki, może spowodować wycofanie zastrzeżeń Kościoła ?

Z całą pewnością inaczej ocenialibyśmy wówczas tę procedurę z punktu widzenia etyki. Uwikłanie w in vitro nie wiązałoby się z łamaniem piątego przykazania "nie zabijaj". Wspomniany powyżej argument związany z godnością powstającego życia można uznać za religijny, związany z konkretnym światopoglądem i systemem etycznym. Podnoszący go nie wskazują, iż jest on wystarczającym, by zakazać procedur zapłodnienia in vitro. Etyka świecka lub choćby tylko niekatolicka nie muszą podzielać personalistycznego stanowiska Kościoła co do "argumentu godnościowego".

Ustalenie to nie wyczerpuje złożoności problemu. Godność osoby ludzkiej to istotny argument, ale pochodzi on z posoborowego arsenału. Antropocentryzm tego podejścia sprawia, iż nie postrzegamy procedur in vitro jako naruszających prerogatywy Stwórcy. Bowiem to Bóg powołuje nowe życie ludzkie i obdarza je duszą. Ludzie w białych kitlach starają się na Nim wymusić akt stworzenia, a mam wrażenie, że Kościół Posoborowy przemilcza się to zagadnienie. Nie jest to szczególnie dziwne, zważywszy, że ten sam Kościół walnie się przyczynił do detronizacji Boga we współczesnych, niegdyś katolickich społeczeństwach. Niemniej komisja bioetyczna KEP, sekretariat KEP czy Rada Stała Episkopatu powinni wskazywać, iż metody zapłodnienia in vitro łamią pierwsze przykazanie: "nie będziesz miał bogów cudzych przedemną".

Grzechy przeciwko pierwszemu przykazaniu Dekalogu mają pewną specyficzną cechę: zazwyczaj ich popełnianie pozostaje w sferze prywatnej. Prawo świeckie nie jest właściwe do penalizowania grzechów odnoszących się do pierwszej tablicy danej Mojżeszowi, na której widniały punkty od pierwszego do trzeciego.
Nie będziesz miał bogów cudzych przedmną.
Nie będziesz wzywał imienia Boga twego nadaremno.
Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.

Prawo świeckie może i powinno wspierać społeczność w wypełnianiu tych przykazań, bowiem w ten sposób państwo wspierałoby Kościół w misji prowadzenia ludzi do zbawienia. Państwo może zatem zakazywać obecności fałszywych kultów w przestrzeni publicznej, handlu w niedzielę czy bluźnierstw. Można również wprowadzić całkowity zakaz dopuszczalności procedur zapłodnienia in vitro. Ale w moim odczuciu ich dopuszczenie, przy zagwarantowaniu pełnej i faktycznej ochrony wszystkich powstających zarodków ludzkich oraz zakazie finansowania tych działań z budżetu państwa byłoby kompromisowem minimum, które katolicy mogą wspierać bez zaciągania grzechu śmiertelnego.

Odnosząc to do sytuacji politycznej w Polsce: będąc członkiem parlamentu zagłosowałbym z przekonania za zakazem dopuszczalności procedur in vitro. Nie tylko z przyczyn religijnych, ale także z uwagi na niską skuteczność opisywanych procedur i ich wielkie, przemilczane ryzyko. Ingerencje genetyczne, wszelkie manipulacje przy powstawaniu życia mogą być bardzo groźne dla ludzkości.

Ale nie miałbym też oporów moralnych przed wsparciem projektu zgłaszanego niegdyś przez Jarosława Gowina, który (na ile znam jego zapisy) byłby zgodny z zawartą w Konstytucji RP zasadą pełnej obrony życia ludzkiego. Jak rozumiem, takie stanowisko prezentuje też Prezydent Rzeczypospolitej pan Andrzej Duda.

Apeluję do wspomnianych na początku tekstu bezkompromisowych katolików o powstrzymanie się od wykluczania z Kościoła p. Andrzeja Dudy i zrównywania jego poglądu ze stanowiskiem zwolenników prawa aktualnie przegłosowanego przez Sejm RP i podpisanego przez p. Bronisława Komorowskiego. Nieuczciwość w dyskusji nie przystoi zwłaszcza nam. No chyba, że my nie chcemy dyskutować na żaden ważny temat i wystarczą pyskówki o to, czy celebrans ma na kazanie zdejmować ornat czy może w nim pozostać (dla tradsów), tudzież: czemu nie wolno krytykować księdza Bashabory (dla charyzmatyków).

piątek, 31 lipca 2015

Książka Roku 2015: "Dżihad i samozagłada Zachodu" Pawła Lisickiego

Wprawdzie za nami dopiero siedem miesięcy bieżącego roku, ale już dziś pozwolę sobie nadać najnowszej publikacji Pawła Lisickiego miano Książki Roku 2015. Każdy dzień przynosi nam nowe wieści na temat inwazji islamu na Europę. Wizja kalifatów "Al - Berlin" i "Al - Paris" staje się coraz bliższa rzeczywistości, ale nic nie jest przecież przesądzone. Nie ma najmniejszego powodu, by poddać się fałszywemu determinizmowi dziejowemu i czekać na zagładę naszej cywilizacji. Ale ocalenie jej wymaga poznania własnych słabości i wyeliminowania ich. Wartość dzieła „Dżihad i samozagłada Zachodu" wynika z jego nowatorstwa, jeśli chodzi o polską publicystykę oraz z faktu, że dzisiejsza Polska dopiero styka się z agresywnym islamem. Nasze społeczeństwo nie jest jeszcze ogłupione polityczną poprawnością jego dotyczącą i przejawia zdrowe odruchy względem nadchodzącego zagrożenia. Na zakończenie niniejszej recenzji wymienię najistotniejsze obszary tematyczne, które nie zostały niestety poruszone przez Autora.



Książka Pawła Lisickiego dzieli się na dwie główne części. Pierwsza jest poświęcona wyjaśnieniu źródeł t.zw. dialogu chrześcijańsko - islamskiego i stanowi porównawczą analizę cywilizacyjną tych dwu światów. Już od pierwszych stron widać, że Lisicki postanowił nie brać jeńców. Pierwszą skrytykowaną postacią jest Franciszek. Spotykamy się z tym posoborowym papieżem w Błękitnym Meczecie w Konstantynopolu, gdzie ów modli się z muftim Stambułu. Pan mufti pięknie wyjaśnia, jak łagodny i pokojowy jest islam i odtąd Franciszek będzie piętnował bezdominacyjny fundamentalizm religijny. Tak jakby fundamentalizmy chrześcijański i islamski były sobie równe, choć jeden sprowadza się do modlitw przed klinikami aborcyjnymi, a drugi do mordowania Bogu ducha winnych ludzi na całym świecie. Franciszek sądzi, że poznał lepiej autentyczny islam od wszystkich abdullahów z Państwa Islamskiego i im podobnych szaleńców.

Następna scenka. Watykan, Wielka Sobota roku Pańskiego 2008. Ojciec Święty Benedykt XVI chrzci wyznającego dotąd islam dziennikarza Magdiego Allama. Poważne organizacje muzułmańskie mówią o prowokacji, bezimienni fundamentaliści grożą śmiercią nowoochrzczonemu, policja włoska nie lekceważy gróźb i przyznaje mu ochronę, jaką mają świadkowie koronni, a watykańscy urzędnicy średniego szczebla trzęsą się ze strachu i piszą, że nie mieli wrogich intencyj względem islamu. Kardynał Tauran, przewodniczący papieskiej rady ds. dialogu międzyreligijnego, wyznaje, iż nie wie, w jaki sposób Magdi znalazł się pomiędzy katechumenami. Sam Allam pyta, czy rzeczywiście można nazywać islam religią pokoju i dialogu, skoro konwersja jednego człowieka na chrześcijaństwo powoduje reperkusje nieporównywalnie większe niż tysiące transferów w odwrotnym kierunku. Allam opuścił Kościół Posoborowy w 2013 r. gdyż ów w jego przekonaniu legitymizował islam jako prawdziwą religię i Allaha jako prawdziwego Boga.

Skąd wzięło się to nowe podejście do islamu? Głównym winnym jest tu Sobór Watykański II. W interesującej nas problematyce najbardziej szkodliwe okazują się być trzy dokumenty: Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium, Deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich Nostra aetate i Deklaracja o wolności religijnej Dignitatis humanae. Lisicki piętnuje ich oderwanie od rzeczywistości i błędy teologiczne. Na str. 124 możemy przeczytać: "Teksty dotyczące innych religii sformułowane są w taki sposób, że można odnieść wrażenie, jakby zdaniem ojców soboru Chrystus już wszystkich zbawił. Jakby automatycznie niejako każdy pojedynczy człowiek został wykupiony z grzechu pierworodnego i żył już, choćby o tym nie wiedział, w stanie zbawienia". Rzeczywiście, podsumowanie to dotyka kwintesencji rahneryzmu, nowej teologii Kościoła Posoborowego. Ale my tradycjonaliści zwykle dostrzegamy tę herezję expressis verbis raczej dopiero w encyklice Jana Pawła II "Redemptor hominis" niż w dokumentach samego soboru.

Jeśli chodzi o dialog katolicko - islamski, jest u Lisickiego jeden nie do końca negatywny bohater. To Benedykt XVI. Autor docenia go za podjęcie próby dokonania analizy krytycznej islamu, ale równocześnie dostrzega niekonsekwencję czynów i wycofanie się po awanturze wywołanej t.zw. wykładem ratyzbońskim, podczas którego Papież analizował dialog cesarza bizantyńskiego Michała Manuela Paleologa z Abu Muhammadem ibn Hazmem.

Parę lat temu napisałem, że oceniam Sobór Watykański II jako przeżytek, którego wskazówki duszpasterskie są dziś po prostu nieaktualne i nie należy się nimi specjalnie zajmować. Paweł Lisicki nie formułuje żadnych ocen ogólnych V2, ale z książki o dżihadzie jednoznacznie wyłania się obraz V2 jako szaleństwa. Zauważmy też jedno: 50 lat temu islam nie był żadnym zagrożeniem dla Zachodu. Europejczycy i Amerykanie w pełni kontrolowali politycznie Bliski Wschód i dość skromnie wydzielali szejkom petrodolary. Sytuacja zmienia się dynamicznie, ale naprawdę źle dzieje się dopiero od kilkunastu ostatnich lat.

Druga część książki jest poświęcona analizie islamu. Autor streszcza jego zawartość i dokonuje analizy porównawczej głównych idej Biblii i Koranu, postaci proroka Mahometa, a także analizy naukowej obu ksiąg, stosunku Koranu do Jezusa Chrystusa oraz Najświętszej Maryi Panny. Dość powiedzieć, że podług islamu "autentyczny Jezus" cytowany w Koranie potępia koncepcję Trójcy Świętej. Z kolei podnoszony przez posoborowców argument, jakoby islam czcił Maryję, jest z gruntu fałszywy: Mahomet nazywa Jezusa prorokiem i "synem Maryi", bo odmawia Mu boskości. Należy założyć, że ta część książki obarczona jest jakimiś błędami, które byłyby oczywiste dla bardziej wnikliwych badaczy islamu. Jednak daje nam ogólne pojęcie religioznawcze i cywilizacyjne, niezbędne w czasach narastającej konfrontacji.

Co jeszcze można by zarzucić publikacji Pawła Lisickiego ? Pierwsza część książki może być za trudna w lekturze dla osób bez przygotowania bądź zacięcia teologicznego. Nawet duchowieństwo posoborowe (a może zwłaszcza ono) będzie miało kłopot ze zrozumieniem, czemu krytyka Soboru, Pawła VI, Jana Pawła II czy Franciszka jest aż tak bezkompromisowa. Myślę jednak, że każdy średnio rozgarnięty czytelnik tej książki zrozumie, jak niemądrym czynem było ucałowanie Koranu przez Jana Pawła II , jakie są jego skutki propagandowe po dziś dzień.

Jeśli w tytule książki mamy „Zachód”, to dobrze byłoby szerzej odnieść się też do postawy państw wolnego niegdyś świata względem islamu. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że 15 lat wojny z terroryzmem coraz bardziej wzmacnia mahometan. Terroryści jak byli, tak są, ale relacje sił oraz inicjatywa są coraz bardziej sprzyjające dla naszych wrogów. Bardzo chętnie przeczytałbym też analizę politologiczną i makroekonomiczną, która wyjaśniłaby, w jaki sposób powstało bogactwo krajów Bliskiego Wschodu. Czemu i jak dokonały one akumulacji kapitału, dlaczego światowe koncerny naftowe ani zachodni doradcy nie sprowadzili ich do poziomu neokolonialnego. Wreszcie - co jest najsłabszym punktem tych państw i gospodarek, a zarazem naszą nadzieją na ich destabilizację i załamanie.

A może takie książki, komplementarne względem pracy Pawła Lisickiego, istnieją i Czytelnicy niniejszego wpisu zechcą je zarekomendować, wpisując stosowne komentarze? Pod wpływem lektury "Dżihadu" uświadomiłem sobie, jak niewiele wiem o islamie i najwyższy czas to zmienić!

środa, 22 lipca 2015

"Księża patrioci" na dziesięciolecie "Polski Ludowej"

Wszyscy w miarę świadomi polscy katolicy starszej daty wiedzą, że na początku tzw. prlu funkcjonowały struktury "księży patriotów", czyli kolaborantów, współpracowników polskojęzycznych okupantów spod znaku sierpa i młota. Wyobrażamy sobie, że "patrioci" donosili na "niepatriotów", którzy mieli szpiegować na rzecz faszysty Piusa XII, reakcyjnego rządu londyńskiego, band leśnych i Stanów Zjednoczonych. Tak było lub nie było, bowiem przypadek każdego człowieka jest indywidualny. Z całą pewnością "księża patrioci" prowadzili prace duszpasterskie legitymizujące komunistyczny rząd warszawski. Ich liczba wynosiła ok. 10 % duchowieństwa, mieli więc znaczącą siłę oddziaływania. Współdziałali z tubami propagandowymi czerwonych, należącymi do Stowarzyszenia PAX. Alternatywą dla ich propagandy nie były pisma kościelne, gdyż podlegały one cenzurze państwowej i nie mogły prowadzić polemik merytorycznych z tezami "patriotów". Ludzie wiedzieli jak jest i aż do 1989 r. byli znacznie bardziej odporni na manipulacje informacją w massmediach.



Jak wyglądały teksty "księży patriotów" ? Było to pokazywanie pozytywnych stron "Polski Ludowej", jej osiągnięć. Kształtowanie lojalnych obywateli, którzy mogli pozostawać katolikami. Katolikami pomijającymi takie zagadnienia jak np. procesy biskupa Czesława Kaczmarka czy księży kurii krakowskiej , terror stalinowsko - bierutowski i całą rzeczywistość niezgodną z katolicką nauką społeczną. "Księża patrioci" chwalili jakieś cząstkowe osiągnięcia "Polski Ludowej", ale robili to raczej dyskretnie. Ich dzisiejszy wariant, znany nam z "Gazety Wyborczej" czy "Tygodnika Powszechnego" posuwa się dziś znacznie dalej w zachwytach nad nowoczesnością, europejskością i postępem.



Zeskanowałem Państwu książeczkę pt. "Kazania na dziesięciolecie Polski Ludowej", wydaną AD 1954 przez PAX w ... Stalinogrodzie i zachęcam do zapoznania się z prekursorami drogi jedynego i niepowtarzalnego Kazimierza Sowy (i przyjaciół jego: Adama Bonieckiego, Pawła Gużyńskiego czy Wojciecha Lemańskiego). Ku przestrodze !