środa, 4 września 2019

Proces salezjanów z ks. Michałem Woźnickim

Z wielką przykrością informuję Państwa, że konflikt pomiędzy salezjaninem ks. Michałem Woźnickim a jego przełożonymi, z klasztoru w Poznaniu przy ul. Wronieckiej 9 oraz z Wrocławskiej Inspektorii Towarzystwa Salezjańskiego, relacjonowany w grudniu 2017 r. oraz kilkukrotnie wspominany na internetowym fanpage’u Młota na Posoborowie, dotarł już do … świeckiego sądownictwa.

Od września 2018 r. w świetle prawa kanonicznego o nieszczęsnym duchownym powinno się mówić: „były salezjanin”. Ojciec Michał został bowiem „z powodu uporczywego nieposłuszeństwa prawnym nakazom przełożonych w poważnej materii” z Towarzystwa św. Franciszka Salezego wydalony, co sprawia, że jako kapłan tułacz nie może sprawować sakramentów świętych. Nie ma też prawa do zamieszkiwania na terenie domów zakonnych i parafij swojego dawnego Towarzystwa.

Ponieważ Woźnicki nie podporządkował się wspominanym dekretom, ojcowie salezjanie podali go do sądu, domagając się jego eksmisji oraz zwrotu kwoty, bodajże 3000 zł, bo na tyle oszacowali swoje koszty za miesiące „nielegalnie” spędzone przez ks. Michała w klasztorze przy ul. Wronieckiej 9. Proces przed poznańskim sądem rejonowym rusza 6 września br.

O działalności byłego salezjanina można powiedzieć tylko tyle dobrego, że porzucił celebrację Nowej Mszy na rzecz Mszy w tradycyjnym rycie rzymskim. Tym niemniej odprawia ją zgodnie z własnym widzimisię a nie rubrykami i prawem kanonicznym. Wszyscy zapamiętamy po wsze czasy kuriozalne zupełnie celebracje na pianinie umieszczonym na klatce schodowej poznańskiego klasztoru.

Ks. Woźnicki ma poprawną intuicję, dzięki której rozpoznaje bardzo wiele złych rzeczy we współczesnym Kościele. Równocześnie jednak nie potrafi kierować własnym losem, nie wspominając już o tym, że zupełnie nie nadaje się na duszpasterza najmniejszej choćby grupki wiernych. Przypomnę, że lwia część jego kłopotów wynika z faktu, iż mając zgodę na odprawianie Mszy bez kazania starał się ów zakaz ominąć, nazywając kazanie „ogłoszeniami”. Gdyby w czasach przedsoborowych ks. Michał Woźnicki zachowywał się tak, jak to czyni obecnie, przełożeni znacznie szybciej podjęliby względem niego kroki dyscyplinujące. I nałożyli kary kanoniczne za nieposłuszeństwo. Słuszne kary kanoniczne.

Sprawa ks. Michała Woźnickiego z pewnością bardzo źle służy Tradycji katolickiej w Polsce. Bóg jeden wie, ilu duchownych, zgłaszających swoim przełożonym chęć celebrowania tradycyjnej liturgii rzymskiej, jest wrzucana do worka „OSZOŁOMY” i każde ich dalsze działanie jest odtąd monitorowane pod kątem lojalności i zgodności ze zdrowym rozsądkiem. Patrząc na postawę ks. Michała, widać w niej od początku stawianie się w roli prześladowanego proroka, szukającego konfliktu i pseudomęczeństwa.

Bo zamiast szukać możliwości pozostania we wspólnocie zakonnej i wyłącznego celebrowania tradycyjnej Mszy, wybrał konflikt.

Zamiast szukać wspólnoty tradycjonalistycznej lub bardziej tradycyjnej, która akceptowałaby jego preferencje liturgiczne i postawę teologiczną, wybrał eskalację konfliktu.

Wreszcie, zamiast rozstać się po dżentelmeńsku z byłymi współbraćmi, wybrał zupełnie pozaprawne pozostawanie wśród posoborowych salezjanów.


Bardzo dużo winy ma też grupka "wspierających", czy też może radykalizujących go świeckich, którzy powinni teraz wziąć na utrzymanie osobę księdza Michała. Czy wezmą?

foto: youtube.com

Droga ks. Woźnickiego nie mieści się w żadnej spośród uznanych form tradycjonalizmu katolickiego. W sposób oczywisty nie jest to droga kapłana posługującego się prawem kanonicznym, celebrującego na podstawie „Summorum Pontificum” Ojca Świętego Benedykta XVI.

Ksiądz Michał nie wydaje się być możliwym do zaakceptowania kandydatem na współpracownika FSSPX. Analogicznie, jego postulaty nie mają nic wspólnego ze środowiskami sedewakantystycznymi.

Strzeż nas Boże przed takimi pasterzami. Tradycjonalizm katolicki nie może być utożsamiany z selektywnym przestrzeganiem przepisów prawa kanonicznego, z nieposłuszeństwem i chęcią dyktowania przełożonym, jakie obowiązki mają nam przydzielać, z faktycznym uchylaniem się od pracy duszpasterskiej, której posoborowi duchowni mają znacznie więcej.

Co dalej będzie z księdzem Michałem? Mogę się tylko domyślać. Obawiam się, że zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami nawet nie zacznie szukać biskupa, który raczej z dobroci serca niż przyczyn doktrynalnych przyjąłby go do siebie, dał kącik w domu dla emerytów i … jurysdykcję zwyczajną.

A to oznacza, że pozostanie suspendowanym tułaczem, niegodnie lub nieważnie udzielającym Sakramentów świętych. W praktyce będzie zatem czynił to, czego w teorii najbardziej nie chciałby robić, czyli profanować je. Co za potworny upadek kapłana, dostrzegającego kryzys współczesnego Kościoła.

Kyrie eleison!

Módlmy się za opamiętanie ks. Michała Woźnickiego, za jego kapłaństwo i za wiernych, którzy się pod jego wpływem znaleźli.

niedziela, 30 czerwca 2019

Kuriozalne kazanie na Boże Ciało

Czasem idąc na Tradycyjną Mszę Rzymską trafisz na kuriozalne kazanie. Poczytajcie proszę, co mię spotkało w święto Bożego Ciała ....



Komentując Ewangelię na obchodzone święto celebrant stwierdził, że w dzisiejszych czasach, gdyby człowiek wybierał sobie boga, to z pewnością szukałby takiego, który zaoferuje mu najwięcej. Zwróciłby więc uwagę na "bogów chrześcijańskich" jako bliższych człowiekowi i lepiej go traktujących. Zaś w katolicyźmie odnalazłby Boga, który oddaje się wiernym jako pokarm. Według głoszącego kazanie to jest wyróżnik katolicyzmu od innych wyznań.

Parę słów komentarza.
1. Nie było ani słowa o prawdziwości religii, poprzez którą można zakładać że nie jest ona ludzkim wymysłem (człowiek wymyślający sobie boga to zarzut św. Piusa X przeciwko modernistom zawarty w Pascendi). Prawdziwość religii jest niezbędna, by obietnice z nią związane traktować poważnie. Co byłoby nam po koncepcji wiecznej szczęśliwości w niebie, gdyby P. Jezus nie zmartwychwstał albo ... nie istniał?
2. Nie było ani słowa o "koszcie" wyboru, a przecież Bóg w katolicyźmie dając człowiekowi wszystko, sporo też odeń wymaga. Czyżby i ten kapłan wierzył w "Niebo dla wszystkich"?
3. Wiara w Rzeczywistą Obecność nie wyróżnia katolicyzmu w chrześcijaństwie, skoro podzielają ją i prawosławni i starokatolicy. Pała z ekumenizmu!

Podsumowując te myśli powiedziałbym, że współczesny człowiek wybierając sobie boga patrzy na takiego, co nic nie wymaga a sporo daje. I dlatego tak wielu spośród nas w praktyce tak często wybiera gościa przedstawianego z kozim łbem ...

czwartek, 27 czerwca 2019

św. Pius X miał pochodzenie włoskie

Jakoś do naszego tradiświatka nie dotarły informacje o zorganizowanej 28 czerwca 2013 r. konferencji naukowej wyjaśniającej kwestię genealogii św. Piusa X. Jej gospodarzem było Archiwum Państwowe w Opolu, a okazją – uczczenie 110 rocznicy rozpoczęcia pontyfikatu i stulecia śmierci ostatniego kanonizowanego papieża. Zapoznałem się właśnie z książką zawierającą wygłoszone tam referaty. Pozycja zatytułowana „Genealogia pragnień. Pius X w pamięci ludności Górnego Śląska” ukazała się w 2016 r. i cały czas jest dostępna w księgarni ww. archiwum (koszt książki 60 zł + ok. 5 zł przesyłka).



O domniemaniach na temat polskiego pochodzenia Papieża Sarto pisałem i ja, recenzując książkę p. Tadeusza Kisielewskiego – Pierwszy „polski” papież ?

Czytając „Genealogię pragnień” jestem znacznie lepiej przygotowany merytorycznie do oceny hipotez i wywodów genealogicznych, bowiem poświęciłem kilka ostatnich lat na analogiczne poszukiwania odnoszące się do własnego pochodzenia. W ich świetle mogę przyjąć jako wystarczająco przekonujące dowody poświadczające włoskie korzenie św. Piusa X i odrzucić jako niewiarygodne wszelkie pogłoski o polskich (śląskich) przodkach Ojca Świętego. Włoscy badacze dysponują wywodem przodków męskich Józefa Melchiora Sarto obejmującym przynajmniej jego prapradziadka Anzolo, który przeniósł się do Riese (miejsca urodzin Papieża AD 1835) w 1763 r. Odwołują się do aktów chrztu, zgonu i zawarcia małżeństwa większości członków tej, dość licznej, rodziny. Nie widzę możliwości, by wszystkie one zostały sfałszowane w krótkim czasie, podczas pontyfikatu Piusa X.

Z drugiej strony, pogłoski o polskim pochodzeniu Józefa Melchiora Sarto – gdyby były prawdziwe – dałyby się zweryfikować poprzez inne dokumenty odnoszące się do rodziny Krawców (piszącej się Krawietz lub Krawiec). Nic takiego nie zostało odnalezione w archiwach opolskich ani katowickich.

Plotka najprawdopodobniej ma swe źródło w tłumaczeniu nazwiska Krawiec na Sarto. Zapewne w obu rodzinach powtarzały się te same imiona – Józef i Jan, wszak były to jedne z najpopularniejszych imion w krajach katolickich. Kończmy zatem domniemania o polskości św. Piusa X. Nie ma sensu spierać się z faktami.

p.s. Jeden z referatów zamieszczonych w Genealogii pragnień odnosi się do Jana kard. Puzyny i jego roli podczas konklawe roku Pańskiego 1903. Prof. dr hab. Mirosław Lenart szczegółowo analizuje notatki i pamiętniki Kardynała odnoszące się do ekskluzywy zgłoszonej przeciw kard. Rampolli. Skłaniałbym się do tezy, że to najbardziej wpływowi Polacy (książę kardynał Puzyna i hrabia Agenor Gołuchowski) oraz ich słowiańscy sojusznicy (abp Pragi – kard. Leon Skrbenský) przez całe lata zabiegali, by Franciszek Józef zatwierdził tę decyzję przeciwko hr. Marianowi Rampolli. Zaś wyłaniający się z zapisków Puzyny poziom niechęci do sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej z czasów Leona XIII jest absolutnie wyjątkowy. Nazywa on – na swój prywatny użytek – Rampollę np. „małym człowiekiem” oraz „kreaturą”. Grubsza sprawa ….

środa, 26 czerwca 2019

Posoborowy spacer Bożych Ciał

Bardzo lubię święto Bożego Ciała. Prezentuje ono katolicyzm radosny, prezentujący pozytywne przesłanie, skrzący się pięknem kolorów rozsypywanych kwiatów, napełniający nosy zapachem palonych kadzideł. Idąc przez miasto lub wieś śpiewamy tradycyjne pieśni, bo jakoś tak nie wypada nawet w „zwyczajnej formie rytu rzymskiego” błaznować z gitarami obok kapłana idącego pod baldachimem z Najświętszym Sakramentem w monstrancji. W bardzo wielu parafiach zachowała się nawet jego oktawa, oryginalnie zniesiona w czasach „wczesnego Bugniniego”, czyli za „późnego Piusa XII”. Zatem, Boże Ciało to święto na wskroś tradycyjne jak na posoborowie, nawet jeśli przy tym lub owym ołtarzu jakaś część uczestników kuca zamiast porządnie uklęknąć.

Ale przeglądając tegoroczne obchody Boże Ciała w Polsce trafiłem na coś niekanonicznego – procesję Bożego Ciała zorganizowaną przez duszpasterstwo akademickie dominikanów z Wrocławia. Cała galeria jest dostępna na stronach gosc.pl



Patrząc na te zdjęcia należy zastanowić się, co jest dodatkiem do czego. Niewątpliwymi gwiazdami imprezy są dziewczyny imitujące bielanki. W tak zwanych "moich czasach", gdy wokół księży kręciły się tylko tzw. "oazówki", myśli o porzuceniu celibatu u posoborowego duchowieństwa musiały pojawiać się o wiele rzadziej. Żeby nie było wątpliwości: mnie te dziewczyny i ich stroje NIE GORSZĄ. Tak jak nie gorszą mnie np. tenisistki. Ale proszę przywołać sobie przed oczy obraz dziewczynek w sukienkach komunijnych i porównać go z załączonym. Jedne są ubrane stosownie do okoliczności, drugie - nie.

Oprawa pochodu też ma w sobie posoborowego pseudomistycyzmu. To dlatego wybrano mrok, który romantycznie jest rozświetlany przez świece i żagwie. Muzykę wybija dźwięk bębnów, a intonowane pieśni są dalekie od normy przewidzianej na Boże Ciało.

Jednak najgorzej na imprezie wygląda celebrans. Ma strój niedbały, nikt nad nim nie trzyma baldachimu. A jakby tak za rok w ogóle zrezygnować z jego udziału i przemianować imprezę na Dominikańską Noc Kupały? Czy myślicie, że wiele osób by się zorientowało?

czwartek, 16 maja 2019

Ograniczmy klerykalizm w Polsce

Józef Stalin powiedział kiedyś: "Jedna śmierć to tragedia, a milion umarłych to statystyka". Stąd opowieść odnosząca się do kilku konkretnych osób oddziaływa na widza mocniej niż odwołania do procentów i wnioskowania statystycznego na temat populacji.

Film braci Sekielskich "Tylko nie mów nikomu" pokazuje krzywdę konkretnych dzieci i reakcje na nią po latach ze strony kościelnej biurokracji. To jest w tym materiale najważniejsze, to stanowi o jego sile. Poza scenami konfrontacji ofiar i sprawców nie znajdziemy ma w nim nic specjalnie interesującego i nowego. Niektórzy przestępcy wyrażają werbalnie minimalny żal, inni są nawet tego pozbawieni. Wszystkich łączy jedno: choć od zbrodni minęły całe lata, żaden z nich nie pokusił się o zadośćuczynienie (w jakiejkolwiek formie: pieniężnej, słownej itp.) ofiarom. Pokazuje to również, jak źle jest z ich życiem duchowym, skoro przez tyle lat nie dopełnili warunków prawidłowego przystąpienia do sakramentu pokuty.

Nie pocieszajmy się fałszywie, jakoby problem pedofili w większym stopniu niż księży katolickich dotyczył nauczycieli, rabinów, pastorów itp. itd. Jeden z głównych argumentów apologetyki katolickiej głosi, że obserwator katolików i Kościoła nie wywodzący się z naszego grona powinien dojrzeć w tej wspólnocie, w relacjach opartych na wzajemnym szacunku i miłości, ten jedyny i prawdziwy Kościół, który założył Jezus Chrystus. By to się stało, w Kościele muszą panować znacznie wyższe standardy niż obecnie. Nie powinno być miejsca na wypowiedzi takie jak ta, ks. Adama Jabłońskiego, ciągle jeszcze naczelnego kapelana więziennictwa ….



Tak głęboki kryzys hierarchii kościelnej w Polsce powinien skutkować negatywną oceną zdolności decyzyjnej Episkopatu, zarówno w odniesieniu do organizacji kościelnej, jak i wpływu na całokształt życia publicznego. Obecna formuła relacji państwo – Kościół nie służy optymalnie żadnemu z tych bytów i jeśli nie zostanie teraz zmodyfikowana, to za kilkanaście lat może zostać w całości odrzucona przez zlaicyzowane społeczeństwo. Elity państwowe III RP są fatalne, ale niestety – elity kościelne III RP nie są od nich lepsze. Trzeba wręcz z bólem serca napisać:

do problemu pedofilii i molestowania nieletnich przez duchowieństwo posoborowie polskie podchodziło i podchodzi zgodnie z najgorszymi zasadami korporacyjnej omerty. Skrzywdzeni oraz ich godność i uczucia są zupełnie pomijani, a głównym celem działań jest zachowanie pozorów. Pozoru kontrolowania kryzysu i pozoru walki ze złem.


Zauważmy, że polskie posoborowie identycznie reaguje na wszystkie kryzysy: czy to próbę ujawnienia konfidentów bezpieki, dyskusji na tematy finansowe, czy też łamania celibatu, której najnikczemniejszą formą jest pedofilia. Zawsze też trafiają mu się pośród laikatu jacyś "pożyteczni idioci" nagłaśniający narrację Oblężonej Twierdzy i mianujący wrogami Kościoła i Pana Boga wszystkich, których oburza nadmierna akceptacja (bo to nawet nie jest tolerancja) dla zła. Do tego dołączy chórek pseudoprawicowych cynicznych politykierów i mamy zmontowaną Koalicję pod wezwaniem Świętego Spokoja.

Taka Koalicja może pokrzyczeć, odeprzeć bieżący atak. Uzyskanie zawieszenia broni uznawane jest za sukces, wystarczający nawet jeśli okupiony faktyczną stratą kolejnych setek tysięcy wiernych, którzy rezygnują z praktykowania wiary, a więc w szczególności z coniedzielnego słuchania Mszy Świętej.

Reakcja na kryzysy, zarządzanie wizerunkiem itp. jest oczywiście tylko szczególnym przypadkiem fatalnego zarządzania. A więc braku wyraźnych, wartościowych liderów - biskupów i kardynałów, którzy czuliby się odpowiedzialni za Kościół polski oraz naszą Ojczyznę w perspektywie dłuższej niż kilka najbliższych lat. Wspomniany akapit wyżej Święty Spokój tak jakby nakazywał im troszczyć się wyłącznie o bieżące sprawy materialne, bez jakichkolwiek długofalowych celów (choćby tylko duszpasterskich). Pozornie najlepsi spośród naszych biskupów potrafią całkiem zgrabnie mówić o konieczności zachowania Kościoła dla zachowania polskości, Polski i Europy. Ale już nawet najwięksi optymiści nie podtrzymują myśli kard. Glempa, buńczucznie zapowiadającego 15 lat temu, że Polska "wchodzi" do Unii Europejskiej, by nawracać jej narody.

Problem zachowań pedofilskich z pewnością występuje od zawsze. Jednak szereg wzajemnie wzmacniających się czynników sprawił, że boom na nadużycia seksualne wybuchł dobre 50 lat temu i zdaje się pozostawać nieopanowany aż po dziś dzień.

Rewolucja seksualna roku 1968 była ostatnim etapem zwrotu antropologicznego (rozumianego jako opozycja do postawy teocentrycznej) w cywilizacji europejskiej. Niestety, każdy krok rewolty odbywał się kosztem pozycji i stosunku do Boga. Najwyraźniej człowiek nie może poprzestać na darach ofiarowanych mu przez Stwórcę, ciągle dążąc do zajęcia nienależącego mu się tronu władcy wszechświata.

Płaszczyzna ukształtowana w kulturze masowej i świeckiej miała też swój odpowiednik w teologii. Jest nim rahneryzm, z całym swoim spektrum błedów: od koncepcji „anonimowych chrześcijan” po stosunek do encykliki Humanae Vitae. Ujmując rzecz skrótowo, Rahner i propagujący jego myśl Jan Paweł II zarazili posoborowie herezją powszechnego zbawienia, widocznej choćby w encyklice Redemptor Hominis. Nie ma na świecie drugiej idei tak zniechęcającej do samodyscypliny, przestrzegania zasad moralnych jak przekonanie, że od chwili Wcielenia nie można popełnić grzechu śmiertelnego, a Chrystus pozostaje zjednoczony z każdym człowiekiem.

Przyznam, że tylko w tym układzie odniesienia jestem w stanie pojąć (choć wciąż oczywiście bez akceptacji), czemu papa Wojtyła tak bardzo tolerował nadużycia seksualne duchowieństwa … Tylko będąc głęboko przekonanym, że summa summarum wszyscy za kilkadziesiąt lat spotkają się w niebie, można patrzeć przez palce na krzywdę maluczkich. Wreszcie, tylko porównując te sytuacje do powszechnego piekła Europy, doświadczanego zwłaszcza w okupowanej Polsce podczas II wojny światowej, można je jakkolwiek bagatelizować.

Paradoks polega więc na tym, że Kościół werbalnie walczy z gender, opiera się rewolucji obyczajowej, ale nie dostrzega, jak bardzo jest przez nią zniszczony. I to nie na tylko na płaszczyźnie moralnej, ale co gorsze – ontologicznej. Dopóki tego nie dostrzeże, nie zacznie się oczyszczać i zwalczać zło, czyli wszystkie grzechy główne.

Myślę, że zarówno na świecie jak i w Polsce pokolenia duchowieństwa wychowane na doktrynie Soboru Watykańskiego II i odzwierciedlającej ją Nowej Mszy są stracone. Oni będą do śmierci dreptać w miejscu jak mojżeszowi Żydzi błądzący przez 40 lat po pustyni. Kościół nie zacznie się naprawiać, dopóki oni wszyscy nie wymrą. Pocieszmy się, że wojtylianizm już dogorywa nawet w Polsce i nie wydaje się, by poza sentymentem coś konkretnego po nim pozostało.

Zauważmy, jak głęboki, wielokrotnie się powtarzający, jest dysonans postaw: ci sami biskupi, którzy są tak pobłażliwi względem homoherezji, względem pedofilów w koloratkach, równocześnie tak srogo traktowali i traktują duchownych o przekonaniach tradycyjnych. Do dzisiaj, w 10 lat po Summorum Pontificum korzystanie z prawa do celebrowania Mszy w tradycyjnym rycie rzymskim może być źródłem znacznie większych problemów kapłana niż naruszanie zasady celibatu.

Oczywiście my, tradycjonaliści też mamy „swoich” homoseksualistów i pedofilów, duchownych i świeckich. Za słabo ich zwalczamy. Niejeden skandal na tym tle może, również w Polsce, wybuchnąć. Spróbujmy przejść do podsumowania, łączącego powyżej poruszone wątki.

1. Ujawnianie faktów odnoszących się do pedofilii w polskim Kościele dopiero się rozpoczęło. Wydaje się, że otrzeźwienie części biskupów i innych komentatorów, którzy wycofali się z ataku na Sekielskich, przeprowadzonego w sobotę lub niedzielę, wynika z tego, że przeanalizowali fakty, dowiedzieli się o nowych okolicznościach i wiedzą … jak źle to dopiero będzie.

2. Jak wyjść z bieżącego kryzysu?
Myślę, że najlepszy byłby pełen reset, czyli odwołanie wszystkich biskupów (niewielu żałowałbym) oraz zwolnienie z pracy duchownych zatrudnionych w kuriach. To jedyna szansa na rozbicie lawendowej mafii, tak dobrze chroniącej pedofilów. Jednak na tak wiele nie liczę. Ufam, że zmieni się procedowanie przynajmniej względem ujawnianych i zgłaszanych przypadków pedofilii. Zapewne Franciszek zrobi też jakiś spektakularny ruch i odwoła karnie ze dwóch biskupów, aby wszyscy mieli wrażenie, że coś się dzieje.

3. W reformie i oczyszczeniu polskiego posoborowia bardzo by pomogło przycięcie mu funduszy państwowych. Przepływy pieniężne na rzecz Kościoła są dziś nieracjonalnie wysokie. Czemu państwowe pensje mają np. kapelani szpitalni i więzienni?! Czy obecna formuła katechezy szkolnej nie służy głównie temu, by dać zatrudnienie 30 000 katechetów?! Nadmierne bogactwo nie służy reformom i racjonalizowaniu działalności organizacji. Nadmierne bogactwo Kościoła ściąga natomiast do niego ludzi poszukujących wygodnego życia, którzy sami za wielu talentów nie mają. Te miernoty specjalizują się co najwyżej w blokowaniu karier i awansów ludzi wartościowych, przerastających ich również pod względem moralnym.

4. Programem katolików musi ponownie być hasło św. Piusa X: Omnia instaurare in Christo - Wszystko odnowić w Chrystusie. Bóg w Kościele, w życiu duchownych i świeckich musi wrócić na pierwsze miejsce, a fałszywa religia posoborowa musi obumrzeć.