niedziela, 24 września 2017

Jaki papież, taki profesor !!

Właśnie podano do publicznej wiadomości, że 11 sierpnia br. grupa prominentnych teologów i szanowanych intelektualistów katolickich przedłożyła Franciszkowi "synowskie napomnienie" w związku z heretyckim rozumieniem małżeństwa, życia moralnego i przyjmowania sakramentów zawartym w adhortacji Amoris laetitia.

Ponieważ dokument spotkał się z milczeniem upomnianego, sygnatariusze zgodzili się upublicznić treść memorandum oraz są otwarci na wsparcie inicjatywy ze strony dalszych intelektualistów katolickich.

Póki co, zebrano już 62 podpisy, nie dostrzegłem wśród nich niestety Polaków. A pisząc dokładniej, jest nazwisko osoby, która ... nigdy nie zaistniała.



Rzeczony magister nigdy nie protestował, gdy w różnych okolicznościach tytułowano go doktorem. Teraz zaś sam przyjął tytuł profesorski i podaje się za byłego profesora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Uzurpacja stopni naukowych zawsze powinna być traktowana skrajnie nagannie, tu zaś dodatkowo kompromituje bardzo ważną i potrzebną inicjatywę teologiczną.

Mam cień nadziei, że osobnik, którego wpis dotyczy, tym razem zachowa się honorowo i wycofa swój podpis spod listy. Że nie będzie kręcił, zrzucał winę na wszystkich dookoła ani udawał, że nic się nie stało.

sobota, 23 września 2017

Efekt ... Benedykta XVI ?!

Zapewne wszyscy pamiętacie entuzjazm polskich katolickich środowisk konserwatywnych, jaki nastał po objęciu Tronu Świętego Piotra przez Ojca Świętego Benedykta XVI. Było to dla nas trochę jak "nowa wiosna Kościoła", o jakiej przez lata trąbiła posoborowa propaganda. Rzeczywiście: coś się zmieniało nie tyle w mentalności i dyscyplinie, co w oczekiwaniach.

Do seminariów trafili młodzi chłopcy, którzy pragnęli być jak Benedykt: chcieli pięknej, czy choćby piękniejszej liturgii, chcieli uporządkowania w Kościele, chcieli chrześcijańskiego braterstwa lub przynajmniej życzliwości i serdeczności, jakie są fundamentami stosunków międzyludzkich w cywilizowanych społecznościach.

Ci dobrzy chłopcy ukończyli seminaria i zostali wyświęceni na kapłanów. I trafili do kościelnej polskiej rzeczywistości.

28 lutego 2013 r. Ojciec Święty Benedykt XVI "dobrowolnie" zakończył pełnienie posługi papieskiej. Z entuzjazmu lat 2005 - 2006 wiele już się wówczas nie ostało, ale ta decyzja była szokiem dla całego Kościoła. Być może najbardziej wstrząsnęła ona owymi młodymi kapłanami i alumnami ostatnich lat seminariów. Być może proste postrzeganie abdykacji Papieża jako dezercji ułatwia im, by w odniesieniu do siebie podjąć decyzję o zawieszeniu sutanny na kołku i przejściu do cywila.



Coraz częściej dowiadujemy się o odejściach z kapłaństwa bardzo młodych stażem prezbiterów. Gdyby pozbierać informacje z całej Polski, ujmując zarówno członków instytutów tradycjonalistycznych jak i kapłanów diecezjalnych (birytualnych oraz konserwatywnych doktrynalnie, choć celebrujących tylko Novus Ordo), okazałoby się, że w dwu - trzech ostatnich latach straciliśmy przynajmniej kilkunastu takich młodych kapłanów.

To jest przerażające.

Zawodzimy na całej linii.

Decyzja o porzuceniu kapłaństwa jest być może trudniejsza od strony ludzkiej niż duchowej. Bo dla nich to także zakwestionowanie prawie całego dotychczasowego dorosłego życia. Przekreślają je i wolą zaczynać od zera.

Te fakty oznaczają, że młodym kapłanom bardzo brakuje zarówno wsparcia modlitewnego jak i zwykłego dobrego słowa. Nie chcę teraz nikogo osądzać, nie chcę ubolewać o braku rozumienia cudu i daru kapłaństwa. Chciałbym po prostu przyczynić się choć w najmniejszym stopniu, aby uratować i zachować posługę choć jednego księdza.

Módlmy się za naszych kapłanów i seminarzystów!!

wtorek, 11 lipca 2017

Jak Bergoglio zwolnił kardynała Müllera

W internecie pojawiła się relacja z rozmowy pomiędzy Franciszkiem a zdymisjonowanym prefektem Kongregacji Nauki Wiary Gerardem Müllerem. Spotkanie miało miejsce 30 czerwca br., w ostatnim dniu pięcioletniej kadencji Kardynała i trwało pięć minut.

Kardynał Müller oczekiwał, że jest wezwany w celu załatwiania spraw bieżących. W związku z powyższym przyszedł z plikiem dokumentów roboczych. Tymczasem argentyński biskup Rzymu miał zadać mu wyłącznie następujące pytania doktrynalne:
1) Czy jesteś za, czy przeciw diakonatowi dla kobiet?
2) Czy jesteś za, czy przeciw uchyleniu obowiązkowego celibatu?
3) Czy jesteś za, czy przeciw kapłaństwu kobiet?
4) Czy zamierzasz bronić treści adhortacji Amoris Laetitia?
5) Czy podtrzymujesz skargę związaną z usunięciem pod koniec 2016 r. trzech duchownych zatrudnionych w Kongregacji Nauki Wiary (jedynym zarzutem względem duchownych miało być to, że wypowiadali się krytycznie o pomysłach Franciszka – przyp. MnP)

Ponieważ kardynał Müller potwierdził, że jest przeciwny zmianom w Kościele łacińskim (pkt 1 – 3), zauważył, że Amoris Laetitia zawiera niejasności wymagające wyjaśnienia oraz nie odciął się od swoich byłych współpracowników, Bergoglio wypowiedział zdanie „Kardynale Müller, nie przedłużam twojej misji w Kongregacji Nauki Wiary” i opuścił pokój.



Nie wiem, czy tak było. Strona onepeterfive.com nie jest portalem plotkarskim i jakkolwiek zaprezentowana scena pasuje bardziej do serialu „Młody Papież”, to świetnie odzwierciedla klimat panujący aktualnie na Watykanie. Każdy dzień przynosi teraz podobne relacje. Tymczasem tej najważniejszej, najbardziej oczekiwanej dymisji wciąż niestety nie ma.

piątek, 7 lipca 2017

X lat Summorum Pontificum

Dokładnie 10 lat temu Ojciec Święty Benedykt XVI wydał motu proprio liberalizujące dostęp do tradycyjnej formy rytu rzymskiego. W zamyśle Papieża dokument miał spełnić dwa główne zadania. Po pierwsze stanowił akt sprawiedliwości dziejowej względem najważniejszej formy liturgicznej chrześcijaństwa zachodniego, która została zniszczona i wypędzona z kościołów katolickich po II soborze watykańskim. Po drugie zaś miał wpłynąć pozytywnie na posoborową formę liturgii Kościoła Rzymskokatolickiego, będącą w najlepszym razie nieudanym eksperymentem niedouczonych biurokratów. Osobiście uważałbym tę opinię o Mszy posoborowej za nazbyt łagodną, przychylając się do zdania, iż mieliśmy do czynienia z celowym działaniem projektowanym i realizowanym przez wrogów wiary katolickiej.



Polska jest krajem, który - w porównaniu do innych - może stanowić pozytywny przykład oddziaływania Summorum Pontificum. Za niecałe dwa tygodnie rozpoczyna się czwarta edycja warsztatów liturgicznych Ars Celebrandi - największych takich spotkań kapłańskich na świecie! Co roku nasz ryt odkrywa wielu nowych księży i rozpoczyna naukę celebracji tradycyjnej Mszy Świętej. Co roku kilku młodych ludzi jest wyświęcanych na kapłanów celebrujących wyłącznie przedsoborową formę Mszy, a kilku lub kilkunastu innych decyduje się, by równolegle z prymicją posoborową odbyć również "prymicję trydencką". Ufam, że odtąd Msza będzie im stale towarzyszyć przez resztę posługi Bogu i Kościołowi.

Równocześnie jednak tradycyjna forma rytu rzymskiego pozostaje absolutnym marginesem polskiej rzeczywistości parafialnej. Z raportu opublikowanego przez Una Voce Polonia wynika, że liczba miejsc z coniedzielną Mszą trydencką odbywających się za zgodą proboszcza i biskupa wzrosła przez tych 10 lat z 5 do 40. Msza jest więc stale obecna zaledwie w 0,39% parafii, w 3,8% dekanatów oraz 63% diecezji. W całym kraju jest 119 wszystkich miejsc (kościołów, kaplic) z regularnymi, rzadszymi celebracjami, podczas gdy w 2007 r. było ich tylko 9.

Powyższe liczby pokazują niestety skalę fiaska doczesnego motu proprio Summorum Pontificum. Odpowiednie struktury kościelne, a więc kurie, seminaria duchowne, konferencje episkopatów, biskupi, kongregacje rzymskie i .... papieże nie zrobili niemal nic przez tę dekadę dla naprawy liturgii. Kilka miesięcy temu publikowaliśmy zestawienie odnoszące się do partycypacji polskich biskupów w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego w latach 2007 – 2017. Polskim liderem zestawienia pozostaje JE biskup Tadeusz Pieronek, niereformowalny przedstawiciel katolewicy, co samo w sobie pokazuje, jak przypadkowa jest powyższa klasyfikacja.

Ogromną zasługą Ojca Świętego Benedykta XVI pozostaje więc tak naprawdę tylko jedno: cofnięcie zgody na prześladowanie tradycjonalistów, jakie miało miejsce w mrocznych czasach Pawła VI i Jana Pawła II. Ale nie powiedziałbym niestety, że ogólna sytuacja kościelna jest dziś lepsza niż 10 lat temu. Największą tragedią tej dekady jest zmiana władzy na Watykanie, skutkująca pełnieniem funkcji Biskupa Rzymu przez argentyńskiego kardynała Jerzego Bergoglio, który przyjął imię Franciszka. Bergoglianie narzucają niezgodną z niezmiennym nauczaniem Kościoła interpretację VI przykazania Bożego, dopuszczającą cudzołożników do "legalnego" przyjmowania Komunii Świętej. W różnych Kościołach partykularnych pojawia się presja na kapłanów niegodzących się na to świętokradztwo. Moderniści przesunęli zatem front destrukcji katolicyzmu daleko na polu doktrynalnym.

Zaś o projektowanej przez Benedykta XVI "reformie reformy" liturgicznej jest cicho. Kapłani celebrujący Mszę w tradycyjnej formie rytu rzymskiego również nie są nią zainteresowani. Ostatnim partyzantem na froncie zdaje się być czcigodny kardynał Robert Sarah, udzielający sporadycznie wypowiedzi podkreślających korzyści z celebracji ad orientem. Równocześnie z kręgów progresywnych pojawiają się postulaty stworzenia nowego, jeszcze bardziej "ekumenicznego" rytu liturgicznego, oczywiście pozostające poza wiedzą i kompetencjami wspomnianego wyżej kardynała prefekta kongregacji Kultu Bożego.

Co będzie działo się w Kościele w najbliższych latach? Tradycyjna forma rytu rzymskiego pozostanie domeną - jak to często jesteśmy nazywani - "hobbystów". Ma to tylko taką zaletę, że nie sądzę, by Franciszek przypuścił atak na treść Mszału Jana XXIII, usiłując go "zreformować". Zresztą wątpię, by decyzja idąca w takim kierunku została wprowadzona w życie. U młodego pokolenia kapłanów i wiernych Mszał Jana XXIII nie jest postrzegany za optymalną formę liturgiczną. Coraz częściej - i bardzo dobrze - sięga się po przykurzone Mszały sprzed 1950 r., czyli sprzed początków destrukcyjnej działalności Hannibala Bugniniego. Wszelkie próby manipulacji przy Mszale z 1962 r. jedynie legitymizowałyby korzystanie z wcześniejszych ksiąg liturgicznych.

środa, 5 lipca 2017

ŁAMIĄCA WIADOMOŚĆ ! (ks.) Jacek Międlar ogłasza

... że niebawem założy katolicką i nacjonalistyczną rodzinę.


Trzeba przewinąć filmik do ok. 22 min. 30 sek.

Jakby chciał pozostać katolikiem, to powinien najpierw przejść laicyzację. Choć w jego przypadku można by również rozważać analizę ważności święceń - czy w ogóle ważnie je przyjął, biorąc pod uwagę ogólną niedojrzałość i rozum. Zauważmy, że dla niego najbliższym synonimem kapłaństwa i wypełniania obowiązków stanu duchownego jest … starokawalerstwo.

Zakon oo. misjonarzy powinien zatem rozważyć zbadanie ważności święceń udzielonych Jackowi, na analogicznej zasadzie, jak bada się niedojrzałość skutkującą nieważnością udzielenia i przyjęcia sakramentu małżeństwa.

Międlar zawsze zachowywał się, jakby chciał być głównie działaczem i trybunem, a nie kapłanem. Pobrzmiewa to w jego kazaniach, w mowach publicznych, w oświadczeniu o odejściu z zakonu i w aktualnych pogadankach. Jeśli nigdy nie rozumiał, czym jest kapłaństwo (także z uwagi na słabość formacji seminaryjnej), to czy mógł je skutecznie przyjąć od biskupa? Mam tu bardzo poważne wątpliwości.

Ale zapewne nikt nie pójdzie tą drogą, bo musieliby się przyznać również do własnych błędów, skutkujących dopuszczeniem do święceń osoby zupełnie do tego nie przygotowanej. No i ktoś musiałby odprawić Msze, za które Jacek "skasował" w życiu intencje mszalne.

Post scriptum

Nie przesłuchaliśmy całości jackowych mądrości, ale jako uzasadnienie decyzji o porzuceniu „starokawalerstwa” padają takie słowa:

"Skarbnik papieża Franciszka gwałcił małe dzieci w katedrze w Australii, a w jego pokoju znaleziono kokainę, alkohol. Przyznał się, że brał udział w orgiach homoseksualnych."

Jak więc widzimy, Jackowi miesza się dość dokładnie sprawa oskarżeń względem kardynała Jerzego Pella z rewelacjami kojarzonymi z sekretarzem kardynała Franciszka Coccopalmerio, niejakim Alojzym Capozzim. Jacek Międlar nie jest jednak mniej upadłym księdzem od pedofilów, których krytykuje. Co najwyżej ciężar jego grzechów osobistych może być szczęśliwie mniejszy. Ale upadli kapłani są jak dwa pejsy jednego Żyda.

piątek, 30 czerwca 2017

Potwór z dziećmi

Choć wykroczymy w ten sposób poza główny obszar zainteresowań bloga, warto byłoby powiedzieć słówko o jednym z najlepszych piłkarzy świata, Cristiano Ronaldo.

Świat obiegła wiadomość, że CR7 ponownie został ojcem, tym razem bliźniąt. Osobnik ten ma ponadto siedmioletniego synka. Dzieci za każdym razem urodziły surogatki, które pozostają anonimowe. Media głównego nurtu mając problem z tą informacją, chyba najczęściej wybierają formułę neutralną pisząc, że „Cristiano Ronaldo pokazał światu bliźniaki”. Tymczasem taka forma powiększania rodziny nie jest dobra ani nawet obojętna. To nienormalność.

Trzeba być POTWOREM, by odmówić własnym dzieciom posiadania matki.
Patrzcie, tak wygląda potwór z dziećmi.




Nie chcę wnikać, jakie są przyczyny nienormalności CR7. Czy przewróciły mu w głowie pieniądze, czy jest kryptohomoseksualistą, czy stało się z nim cokolwiek innego. Cristiano Ronaldo jest wybitnym piłkarzem, nikt mu nie odbiera ani nie odbierze osiągnięć na murawie. Ale na jego pozaboiskowe poczynania po prostu nie chce się patrzeć.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

(ks.) Jacek Międlar rozpoczyna walkę z celibatem

23 maja 2017 r. minęły dwa lata od święceń kapłańskich diakona Jacka Międlara. Przez ten czas sporo się zdarzyło w jego życiu: po pół roku posługi został gwiazdką w środowiskach narodowych, co uderzyło mu tak bardzo do głowy, że już we wrześniu 2016 r. ową posługę zakończył, przechodząc do cywila. Od tego czasu "pan" Jacek stacza się po równi pochyłej, przyjmując status trzecioligowego celebryty.

Nieszczęśnik właśnie rozpoczął nowy etap w życiu, etap walki z doktryną Kościoła katolickiego, umieszczając na portalu youtube paszkwil przeciwko celibatowi. Czego można się dowiedzieć z zaprezentowanej pogadanki?



Jest ona skonstruowana zgodnie z zasadą: "powiem odrobinę prawdy i wiele kłamstw".

W ujęciu Międlara celibat to "jest przypadłość, która pojawiła się w Kościele Zachodnim dopiero w XII wieku". Rzekomo miało go nie być w Kościele pierwotnym, a wszelkie obostrzenia względem łączenia obowiązków kapłańskich i małżeńskich miały zostać wprowadzone w wieku IV, gdy to neoplatonizm i stoicyzm wkradły się do Kościoła i zaczęły wiernym obrzydzać seks. Celibat jest więc owocem błędnej ideologii, niezgodnym z Ewangelią. Według Międlara optymalnie byłoby, gdyby celibat stał się dobrowolną opcją, oczywiście wyłącznie dla księży z inklinacjami starokawalerskimi, a nie homoseksualnymi. Tych ostatnich powinno się wygonić z Kościoła, nawet jeśli po takiej operacji pozostałoby niewielu kapłanów.



Nie bardzo widzę sens, by komentować każde zdanie z wizji "pana" Jacka. Szkoda na to czasu, zwłaszcza, że fakty nie wydają się być szczególnie istotne dla Międlara. Mam wrażenie, że ma on coraz większe parcie na realizację chorej wizji "przywracania Kościoła w ręce chrześcijan". Zapewne będzie to oznaczało, iż zbajeruje jakąś "narodową Karynę", "poślubi" ją i będą razem prowadzić radykalną sektę antykatolicką i witać się w filmikach youtube'owych słowami: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica".

Już teraz zbiera mi się na wymioty na myśl o dalszej karierze Jacka Międlara.

piątek, 26 maja 2017

Nadchodzą święcenia, nadchodzą prymicje !

Rozpoczął się w Polsce czas święceń kapłańskich. Szczególnie cieszą powołania tradycjonalistyczne. Coraz więcej kleryków interesuje się Nadzwyczajną Formą Rytu Rzymskiego i kończy seminaria z pełną umiejętnością celebracji naszej pięknej, łacińskiej Mszy. Wśród nich jest również syn pani premier Beaty Szydło, Tymoteusz.

Już jutro, 27 maja 2017 r., dk. Tymoteusz Szydło zostanie wyświęcony na kapłana rzymskokatolickiego dla diecezji bielsko - żywieckiej. Zaś 4 czerwca, w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, ksiądz Tymoteusz odprawi swoją "trydencką prymicję", w Krakowie w kościele pw. św. Krzyża (godz. 19:15).

A tak mogłaby wyglądać rozmowa jego Mamy z pewną doskonale nam znaną osobistością ...



czwartek, 18 maja 2017

Czy FSSPX popełni samobójstwo?

Im więcej „gestów dobrej woli” wykonuje względem lefebrystów argentyński Biskup Rzymu, tym bardziej jestem zaniepokojony o przyszłość Bractwa św. Piusa X.

Miesiąc temu wielu ludzi dobrej woli ucieszyło się, że Franciszek działa na rzecz uznawania za ważne i niepodważalne małżeństw zawieranych przed kapłanem – członkiem FSSPX, w przypadku których do tej pory można było łatwo uzyskać, z uwagi na brak formy kanonicznej, „rozwód kościelny” przed posoborowym sądem kościelnym. Zgodnie ze wprowadzanym rozstrzygnięciem ordynariusze mają „o ile to możliwe”, delegować kapłana diecezjalnego do odebrania ślubowania składanego zgodnie z tradycyjnym rytem, a poprzedzającego Mszę za nowożeńców odprawianą przez kapłana Bractwa, albo też „udzielać koniecznej władzy kapłanowi Bractwa, który będzie również sprawować Mszę świętą”. Byłoby to zatem tworzenie nowej struktury „indultowej”, adresowanej wyłącznie personalnie do wiernych związanych z FSSPX i równoczesne legalizowanie celebracji Mszy przez kapłanów Bractwa, teoretycznie postrzeganych w świetle prawa kanonicznego jako suspendowanych tułaczy.



Zastanówmy się, co to oznacza. Funkcjonowanie FSSPX opiera się o zasadę jurysdykcji nadzwyczajnej. Jak to działa? Idę na Mszę św. celebrowaną przez członka Bractwa, idę do spowiedzi do duchownego Bractwa, zawieram małżeństwo przed kapłanem Bractwa, gdyż regularna hierarchia – od papieża poprzez biskupa aż po proboszcza – nie tylko nie dostarcza wiernym Sakramentów w ich tradycyjnych rytach ale także: nie naucza prawidłowo wiary katolickiej ani nie walczy z heretyckimi jej wykładniami.

Tę fundamentalną zasadę funkcjonowania Bractwa św. Piusa X może podważyć zaakceptowanie zasad określonych przez Franciszka, a sformułowanych w liście kard. Mullera datowanym na dzień 27 marca 2017 r. Władze FSSPX utrzymują, że stan wyższej konieczności sankcjonujący korzystanie ze środków jurysdykcji nadzwyczajnej nie minął, a jedynie władze oficjalnego Kościoła nie odmawiają już pewnych praw tradycyjnym katolikom. Będą zatem opracowywać formalne wytyczne obowiązujące w tej sprawie wszystkich członków Bractwa. Zauważmy też, że sytuacja związana z jurysdykcją nadzwyczajną jest inaczej określana przez Watykan w odniesieniu do bractwowych małżeństw niż spowiedzi: na „legalną” spowiedź wszyscy księża FSSPX dostali od Franciszka „carte blanche”, w przypadku małżeństw zaś niestosowanie się do wprowadzanych reguł będzie zapewne skutkować dalszym orzekaniem o ich nieważności.

Tymczasem nie czekając na ogłoszenie stanowiska Bractwa oraz wypracowane szczegółowe rozstrzygnięcia grupa wpływowych kapłanów z dystryktu francuskiego (siedmiu dziekanów regionalnych – członków FSSPX oraz trzech opatów wspólnot zakonnych współpracujących z FSSPX) ogłosiła 7 maja br., iż zamierza sabotować Franciszkowe zarządzenia. Nie chcieli oni zwłaszcza dopuścić do sytuacji, w której do kaplic Bractwa udawaliby się delegaci wskazani przez biskupów, a „niemożliwa” byłaby organizacja ślubu i Mszy w kościele podlegającym diecezji. Duchowni zostali zdjęci ze swych stanowisk w Bractwie przez przełożonego dystryktu ks. Krystiana Bouchacourta, który zarzucił im niesubordynację.

Sytuacja jest bardzo delikatna. Z nieznanych mi przyczyn władzom Bractwa św. Piusa X zależy na uregulowaniu statusu kanonicznego z Kościołem Posoborowym rządzonym przez Franciszka. Skutkiem tej polityki biskupa Bernarda Fellay’a jest sprawa niespotykana w całej historii lefebryzmu: FSSPX jest bardzo cichym krytykiem posoborowia, zwłaszcza jeśli porównać je z postawą kard. Rajmunda Burke’a, biskupa Atanazego Schneidera i figur pomniejszych. Co za paradoks: znacząca i cały czas rosnąca liczba tradycyjnych katolików przywiązanych do NFRR w ramach duszpasterstw postindultowych oraz jakiś (w Polsce nie tak mały) odsetek konserwatywnych uczestników Novus Ordo ma – najdelikatniej pisząc – wątpliwości, czy Franciszek jest katolikiem, a równocześnie główni spadkobiercy arcybiskupa Lefebvre’a ewidentnie podążają w przeciwną stronę.

Największym ryzykiem ewentualnego porozumienia z posoborowiem jest dziś sama akceptacja, że ma ono jurysdykcję zwyczajną i może jej udzielać tradycjonalistom. Porozumienie FSSPX z modernistami nie oznacza w praktyce jednostronnego (Watykan uznaje FSSPX), lecz wzajemne uznanie ważności i godności sprawowanych sakramentów. Byłem zwolennikiem takiej ugody w czasach panowania Benedykta XVI, bowiem mogła ona w istotny sposób wesprzeć „reformę reformy liturgicznej”. Dla uzdrowienia całego posoborowia, czy też choćby samego Watykanu, warto było ryzykować swoistym komfortem instytucjonalnym wypracowanym przez prawie 50 lat funkcjonowania tradycjonalistów. Dziś, choć to zaledwie 10 lat później, szansa na poprawę czegokolwiek na Watykanie jest znacznie mniejsza. Teraz to tam znajduje się centrum rewolucji antykatolickiej niszczącej katolicyzm.

Jaki jest sens, by dogadywać się z Franciszkiem w sprawie ważności małżeństw zawieranych przez tradycyjnych katolików, jeśli mają ich obowiązywać uproszczone procedury prowadzące do uznawania małżeństw za nieważnie zawarte, które Bergoglio zawarł w motu proprio „Mitis iudex Dominus Iesus” ?! Czy bp Bernard Fellay zechce narzucić kierowanemu przez siebie Bractwu ponowne dopuszczanie do składania przysiąg małżeńskich osoby z franciszkowym „posoborowym rozwodem”?

Bractwo Kapłańskie św. Piusa X bardzo przysłużyłoby się Kościołowi, gdyby powiedziało teraz do Franciszka: wszelkie negocjacje dotyczące ewentualnej prałatury personalnej zawieszamy do czasu, gdy wycofasz się z adhortacji „Amoris Laetitia”, pozwalającej na przyjmowanie Komunii św. przez osoby trwające w grzechu śmiertelnym oraz „Mitis iudex Dominus Iesus”, upraszczającej uzyskanie „rozwodu kościelnego”.

Większy byłby pożytek z takiego postawienia sprawy niż z legalizowania FSSPX przez modernistycznych okupantów Watykanu.

sobota, 13 maja 2017

Fatima: orędzie po mistrzowsku zignorowane

Nie spodziewałem się niczego dobrego po wizycie Franciszka Papieża w Fatimie. To znaczy: ani poświęcenia Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi ani – przynajmniej – podjęcia działań na rzecz upowszechnienia nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca, stanowiących wynagrodzenie za bluźnierstwa i obelgi przeciwko Matce Bożej.



Niestety, nie zawiodłem się na Franciszku. Wygłosił on absolutnie nijakie przemówienie, pomijające wszystkie najważniejsze kwestie związane z objawieniami maryjnymi w Fatimie. Nie ma więc nic podkreślającego dramatyczne wezwanie do nawrócenia, nic o możliwości i godziwości nałożenia na świat kary boskiej, nic na temat konieczności podejmowania wyrzeczeń czy ofiarowania cierpień w intencji nawrócenia grzeszników. Nie ma nic o szczególnych przymiotach Dzieci Fatimskich – Hiacynty i Franciszka, których Bergoglio ponoć kanonizował. Wreszcie – nie ma nic o modlitwie różańcowej, do której nawoływała Matka Boża.

Co argentyński Biskup Rzymu uznał zaś za godne szczególnej uwagi? Przeczytajmy:
W swoich „Wspomnieniach” (III, n. 6) Siostra Łucja oddała głos Hiacyncie, dopiero co obdarzonej wizją: „Czy nie widzisz dróg, ścieżek i pól, pełnych ludzi, którzy płaczą z głodu, bo nie mają nic do jedzenia? A Ojciec Święty modli się w kościele przed Niepokalanym Sercem Maryi i razem z nim modli się bardzo dużo ludzi”. Dziękuję wam, bracia i siostry, że mi towarzyszycie! Nie mogłem tutaj nie przybyć, aby oddać cześć Maryi Pannie i Jej powierzyć Jej synów i córki. Pod Jej płaszczem nie zagubią się; z Jej ramion przyjdzie nadzieja i pokój, których potrzebują i o który błagam dla wszystkich moich braci w chrzcie i w człowieczeństwie, a zwłaszcza dla chorych i niepełnosprawnych, więźniów i bezrobotnych, ubogich i opuszczonych.
Można więc powiedzieć: wielki jubileusz fatimski odbył się, bo musiał; a Franciszek uczestniczył w nim, bo musiał. Tak jak musiałby zapewne pojechać na setne urodziny nielubianej ciotki, której nigdy nie mógł wybaczyć, że go targała za ucho, złapawszy na popalaniu papierosów z chuliganami w bramie. Ale teraz może zająć się tym, co lubi i co najważniejsze: pomocą dla uchodźców w Europie, interkomunią z protestantami czy potępianiem integryzmu.

sobota, 1 kwietnia 2017

Nowe plany Papieża Franciszka!

Jak twierdzą wtajemniczeni, ich drogi po raz pierwszy miały skrzyżować się w Filadelfii w 2015 r. Trochę zatem trwało ustalenie zasad współpracy, ale to już pewne: papież Franciszek wyruszy jesienią w trasę koncertową z metalowym zespołem Ghost, na prawach równorzędnego głównego wokalisty!



Od lat działam w polskich pismach, zinach i blogach heavymetalowych. Za pośrednictwem znajomych muzyków z tej niszy udało mi się przekazać Franciszkowi prośbę o wywiad. Wczoraj wieczorem zadzwonił w tej sprawie. Cała rozmowa będzie niebawem dostępna na kanale PEREŁ METALU, ale myślę, że kilka fragmentów może być również ciekawych dla czytelników Młota na posoborowie.

"Dobry wieczór, tu papież Franciszek!"

Dobry wieczór Franciszku! Bardzo się cieszę, że wkraczasz na niszę muzyki rockowej i metalowej. Co Cię do tego skłoniło?

"Oczywiście nowa ewangelizacja. Trzeba nieść nowe idee tam, gdzie ludzie ich potrzebują. Dostałem raporty od ONZ i Unii Europejskiej. Muzyki metalowej słuchają zazwyczaj homofobi, biali szowiniści, rasiści, a więc ludzie przeciwni uchodźcom. Trzeba ich nawracać!"

A dlaczego wybierasz Ghost?

"GHOST! Co za wspaniała nazwa! Religia polega na wierze w duchy. Ja bardzo mocno wierzę w Ducha Soboru Watykańskiego II, bardzo szybko okazało się, że artyści związani z Ghost wierzą w tego samego ducha. Ponadto zabawna koincydencja: wokalista Ghost występuje pod pseudonimem Papa Emeritus. Znowu trafiam na papieża - emeryta, co za szczęście! Aby pasować do tej konwencji, przybieram pseudonim Unholy Father (gromki śmiech).

Czy nie boisz się posądzeń o satanizm?

"Satanizm? Lucyfer to anioł światła. Jak ktoś wierzy w anioły, to znaczy, że wierzy też w Boga. Zresztą założę się o moją tiarę, że większość konserwatywnych katoli prywatnie nazywa mnie ojcem nieświętym. Chcę im pokazać, że też mają trochę racji"

Czy wytrzymasz całą trasę koncertową? Czy to odpowiednie dla osób w Twoim wieku?

"Pierwsze gwiazdy tej muzyki, a więc Black Sabbath, Deep Purple czy Led Zeppelin to niemal moi rówieśnicy. Jak mówił Lemmy z Motorhead: "jeśli uważasz, że jesteś za stary na rock'n'rolla, to faktycznie tak musi być!"

I tego się trzymajmy! Dziękuję za wywiad !!

wtorek, 7 marca 2017

35 lat od Deklaracji monachijskiej

25 lutego 1982 r. wietnamski arcybiskup Piotr Marcin Ngô Đình Thục podczas celebracji Mszy pontyfikalnej w Monachium ogłosił wakat Stolicy Piotrowej, wskazując na błędy doktrynalne religii posoborowej wynikające z: modernizmu, fałszywego ekumenizmu, kultu człowieka, wolności religijnej i braku potępiania przez posoborową hierarchię osób prezentujących nauczanie niezgodne z tradycyjną doktryną Kościoła katolickiego. Zdaniem Arcybiskupa zachodziła sprzeczność między pozornie dobrym stanem Kościoła kierowanego przez Jana Pawła II, cieszącym się wielką liczbą wiernych, uczestniczących w Nowej Mszy oraz korzystających z Nowych Sakramentów, a faktycznym stanem wiary na świecie. Arcybiskup Thuc uważał, że posoborowa protestantyzacja Kościoła, widoczna zwłaszcza w Novus Ordo, nie może podobać się Bogu.



Trudno zakwestionować obserwacje, które stoją u podstaw stanowiska, jakie przyjął wietnamski hierarcha. Mogę raczej powiedzieć, że są one dziś znacznie bardziej aktualne i prawdziwe. Stan Kościoła posoborowego jest obecnie bez porównania gorszy niż AD 1982. Nikt już dziś nie bredzi o "nowej wiośnie Kościoła", wszyscy dostrzegają wszechogarniający kryzys, w jakim ów się pogrąża. Ciężko byłoby dostrzec dobrą kondycję posoborowia w jakimkolwiek jego aspekcie. Zwłaszcza, że lider wspólnoty znany pod imieniem Franciszka spędza większość czasu na demolowaniu i szkalowaniu katolicyzmu oraz podkopywaniu resztek fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej.

Paweł VI zmasakrował liturgię i rozpoczął destrukcję dogmatyki. Jan Paweł II dzielnie mu sekundował w obu tych obszarach, lecz przynajmniej stworzył tradycjonalistyczny skansen relatywnie wolny od większości chorób współczesnego Kościoła. Franciszek może poszerzyć ów oficjalny rezerwat o Bractwo św. Piusa X, ale równocześnie dokonuje destrukcji moralności katolickiej, w praktyce unieważniając nauczanie o małżeństwie oraz wykreślając szóste i dziewiąte przykazania Boże. W ten sposób wszystkie zarzuty arcybiskupa Thuca wypowiedziane w 1982 r., zostały ostatecznie zmaterializowane.

Jak doskonale pamiętamy, Ojciec Święty Benedykt XVI chciał naprawić posoborowie. Liczył, że nominalne równouprawnienie tradycyjnej Mszy z NOMem, zmiany wizerunkowe oraz rozmaite, powoli, lecz systematycznie wprowadzane korekty doktrynalne dadzą dobre efekty. Niestety, jego dobroć i dobrotliwość były bez skrupułów wykorzystywane przez karierowiczów i wrogów.

Jak to się skończyło? Karierowicze obciążali szefa odpowiedzialnością za swoją niekompetencje (np. sprawa "negacjonisty" holocaustu, biskupa Williamsona), a wrogowie nie ustawali w knowaniach. Niejasna i niewyjaśniona sprawa rezygnacji Papieża pokazuje poprzez owoce ich działań, kto był skuteczniejszy.

"Reforma reformy liturgicznej" była martwa niestety jeszcze za czasów panowania Benedykta XVI. Powiedzmy zresztą szczerze: papieżowi zabrakło w tej sprawie konsekwencji. Wydał prawo, ale sam nie odprawił publicznie Mszy w rycie klasycznym. Nie awansował w hierarchii wyłącznie duchownych celebrujących w obu formach rytu rzymskiego. Nie zsyłał wrogów swoich reform do Ketchikan na Alasce i w inne równie malownicze miejsca.

Wniosek stąd jest brutalny: miejscem posoborowia jest śmietnik i może je tam wysłać jedynie papież - zdeterminowany, mądry i ... bezwzględny. Sobór watykański II to dziś przeżytek i dobrze, że wymarło lub wymiera dziś pokolenie hierarchów emocjonalnie przywiązanych do owej hucpy. To być może nasza jedyna szansa.

W dzisiejszych czasach widać, że tradycyjni katolicy mają alternatywę pomiędzy przeczekaniem Franciszka, a hipotezami sedewakantystycznymi (sedewakantyzmem oraz sedeprywacjonizmem). Na dłuższą metę nie da się już stosować podejścia indultowego lub lefebrystycznego, polegającego na tolerowaniu modernistycznej hierarchii. Religie posoborowa i katolicka mają coraz mniej punktów wspólnych. Arcybiskup Lefebvre zdefiniował postawę, której zasadniczo trzyma się do dziś FSSPX, ufając, że czas kryzysu Kościoła będzie relatywnie krótki.

Podstawowym problemem praktycznym związanym z hipotezą sedewakantystyczną arcybiskupa Thuca jest niemożność powrotu prawowitej hierarchii katolickiej na Watykan. Sedewakantyści twierdzą: nie ma papieża od dziesięcioleci, nie żyją już kardynałowie mianowani przez prawowitych papieży, zatem nie da się wyjść z tej sytuacji, no chyba, że w jakiś cudowny sposób. Sedewakantyzm mógłby być traktowany jako akceptowalna hipoteza teologiczna tylko w czasach ostatecznych, w przededniu końca świata.

Nie dziwmy się zatem, że w rozmaitych kręgach konserwatywnych są aż tak popularne rozmaite prywatne objawienia, sugerujące jakoby ów koniec świata był już bardzo nieodległy. Myślę, że nie powinniśmy dawać im wiary i czynić z nich części światopoglądu. Każdy katolik powinien żyć tak, jakby jego koniec świata - koniec życia ziemskiego - miał nastąpić za chwilę.

Z uwagi na wszystkie przedłożone powyżej argumenty powstrzymuję się - póki co - przed uznaniem wakatu Stolicy Piotrowej. Ale doskonale rozumiem i nie ośmielam się potępiać tych, którzy wysnuwają już dziś bardziej radykalne wnioski. Nie zdziwię się, jeśli za kilka lat liderami nowej fali sedewakantyzmu będą prominentni hierarchowie dzisiejszej frakcji konserwatywnej Kościoła Posoborowego, związani z Nadzwyczajną Formą Rytu Rzymskiego (przychylni Mszy trydenckiej).

Zaczęliśmy od Arcybiskupa Piotra Marcina Ngô Đình Thụca i na nim skończmy. Uważam, że niezależnie od rozmaitych poważnych błędów, jakie wietnamski hierarcha popełniał (np. deklarując sedewakantyzm i wycofując się z tego, czy też udzielając święceń biskupich zdecydowanie zbyt wielkiej liczbie kandydatów, także ... starokatolików), należy mu się wielka wdzięczność i szacunek za podejmowane starania na rzecz uratowania katolicyzmu, za walkę z modernistami na miarę swej wiedzy i posiadanych - jakże skromnych - zasobów. Katolicyzm jest religią, w której przede wszystkim oceniamy intencje.

Bóg zapłać!

poniedziałek, 20 lutego 2017

Którzy biskupi odprawiają Mszę w Polsce po Summorum Pontificum ?

Strona Unacum.pl umieściła zestawienie dotyczące uczestnictwa biskupów rzymskokatolickich we Mszach celebrowanych w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego w latach 2007 – 2017. Biegnie już dziesiąty rok od wejścia w życie Summorum Pontificum, statystyki jednak dalekie od imponujących.

Pozwolę sobie pominąć samo uczestnictwo we Mszy, choćby i połączone z udzieleniem sakramentu bierzmowania. Wyliczmy, ilu biskupów zechciało nauczyć się naszego rytu i w nim celebrować!

Po razie uczynili to: kard. Rajmund Burke (USA/ Zakon Maltański/ Guam), bp Wacław Depo, bp Albin Małysiak (R+I+P), bp Grzegorz Balcerek, abp Józef Życiński (R+I+P), bp Andrzej Dziuba, abp Marian Gołębiewski, bp Paweł Cieślik oraz hierarchowie celebrujący podczas tradycjonalistycznego Iuventutem 2016, imprezy towarzyszącej wycieczce Franciszka do Polski: abp Dawid Macaire O.P. (Martynika); bp Marek Aillet (Francja); bp Dominik Rey (Francja); abp Diarmuid Martin (Irlandia) oraz bp Robert J. McManus (USA). I wszyscy oni zajmują ex aequo medalową trzecią pozycję.

Srebrny medal i drugie miejsce należy do JE bpa Tadeusza Pieronka, który odprawił Mszę trydencką aż dwa razy, raz udzielając sakramentu bierzmowania, raz udzielając święceń kapłańskich. Nie jest to oczywiście winą Biskupa Tadeusza, że wyświęcony przez niego kapłan (pierwszy kapłan wyświęcony w Polsce, w Kosciele katolickim, od czasu posoborowej rewolucji) nie pełni już swoich funkcyj oraz można o nim mówić wyłącznie w pejoratywach. Tak wyszło.

Wreszcie, złoty medal za sześć celebracyj w KRR przynależy się czcigodnemu Biskupowi Atanazemu Schneiderowi z Kazachstanu. Czy trzeba coś dodawać do tej wyliczanki?



Może tylko to, że poza klasyfikacją znaleźli się biskupi celebrujący w Polsce w ostatniej dekadzie, lecz niekorzystający z Summorum Pontificum Ojca Świętego Benedykta XVI. Mam tu na myśli Ich Ekscelencje: Bernarda Fellay’a, Alfonsa de Galarreta, Bernarda Tissiera de Mallerais oraz Ryszarda Williamsona i Donalda Sanborna. Gdyby ich sklasyfikować, każdy z nich walczyłby z Msgr. Schneiderem o palmę pierwszeństwa.

Swój szyderczo – cyniczny wpis zakończę pytaniem do Czytelników: a może ktoś z Państwa zechciałby „sklasyfikować” ww. biskupów? Czy nie pominąłem aby jakiegoś nazwiska?

niedziela, 5 lutego 2017

Recenzja: Antonio Socci - Ostatnie proroctwo

Antonio Socci - Ostatnie proroctwo

List do papieża Franciszka w Kościele w czasach ostatecznych

W styczniu bieżącego roku ukazała się po polsku kolejna książka Antoniego Socciego poświęcona aktualnym stadiom kryzysu Kościoła. Tłumaczem dzieła jest znany i ceniony duchowny, ks. Robert Skrzypczak, co może być dodatkowym atutem dla osób nieprzekonanych do antyfranciszkowych tez włoskiego dziennikarza.



Publikacja dzieli się na dwie części. Pierwsza zawiera przegląd proroctw zapowiadających kryzys Kościoła: Fatima, orędzia Marii Valtorty, La Salette, objawienia ks. Bosco, wizje Anny Katarzyny Emmerich, proroctwo św. Malachiasza. Mają one rozmaity ciężar gatunkowy i różny status w Kościele. Na przykład, wizje Valtorty nigdy nie zostały oficjalnie zaakceptowane przez Święte Oficjum. Można więc powiedzieć, że Socci pozostaje wierny swojej metodologii, katolika zwracającego baczną uwagę na wszelkie możliwe "głosy z nieba". Szczęśliwie nie wspomina natomiast Gospy z Medjugorje, której niegdyś był gorącym zwolennikiem.

Część drugą książki zgodnie z jej podtytułem stanowi list skierowany do Franciszka. Jest to rozbudowane upomnienie braterskie, odnoszące się do skutków płynących dla wiernych i dla Kościoła ze sposobu funkcjonowania Argentyńczyka i głównych idej jego administracji. Szczególny nacisk został położony na wydarzenia najnowsze, a więc lewacki ekologizm (encyklika oraz kuriozalne show, jakie pokazano na fasadzie bazyliki św. Piotra wieczorem 8 grudnia 2015 r.), walkę z fundamentalizmem chrześcijańskim, walkę z nierozerwalnością małżeństwa - motu proprio Mitis Iudex Dominus Iesus i motu proprio Mitis et misericors Iesus, atak na zakon Franciszkanów Niepokalanej, utwierdzanie w błędach zwolenników herezji Lutra, legitymizację reżymu braci Castro podczas wyjazdu na Kubę, sprzyjanie najeżdzającemu Bliski Wschód i Europę radykalnemu islamowi.

Książka została ukończona 26 grudnia 2015 r., nie ma w niej zatem odniesień do najnowszych osiągnięć Okupanta Rzymu, związanych z ogłoszoną 8 kwietnia 2016 r. adhortacją Amoris Laetitia czy z agresją przeciwko Suwerennemu Zakonowi Maltańskiemu.

Czy książka jest warta zakupu? Osoby mocno zainteresowane problematyką pontyfikcji Franciszka z pewnością nie będą zawiedzione argumentacją Antoniego Socciego. Ale przyjęta konwencja nie pozwoliła, by którykolwiek z tematów potraktować wyczerpująco; są one jakby sygnalizowane. Tak postępowalibyśmy, gdybyśmy rozmawiali w cztery oczy z Franciszkiem na każdy ze wskazanych tematów: obie strony znają fakty, a konserwatywny rozmówca pokazuje posoborowcowi jego błędy i nieścisłości logiczne. Zatem umiarkowanie pozytywnie oceniam przydatność "Ostatniego proroctwa" jako książki, za pomocą której chcielibyśmy dać punkt oparcia przeciętnemu, zdezorientowanemu Franciszkiem katolikowi. Taki czytelnik znacznie bardziej skorzysta z lektury znacznie bardziej kompletnych dzieł Antoniego Socciego - "Czwartej tajemnicy fatimskiej" lub "Czy to naprawdę Franciszek?".

Zaryzykuję nawet tezę, że przeciętnego katolika może odstraszyć zawarte w części pierwszej książki wyliczanie rozmaitych objawień prywatnych, na które powołuje się włoski publicysta. I ja stoję na stanowisku, że nadmierne przywiązanie do rozmaitych "głosów z niebios" to wada, a nie zaleta współczesnego nurtu konserwatywnego katolicyzmu. Co za dużo, to niezdrowo. Zastanówcie się zatem, czy potrzebujecie tej książki. A już na pewno nie kupujcie jej na prezent dla osoby umiarkowanie zorientowanej w kryzysie współczesnego Kościoła.

wtorek, 31 stycznia 2017

List otwarty amerykańskich tradycjonalistów do prezydenta Donalda Trumpa

Kilka dni temu grupka znanych amerykańskich konserwatystów i katolików - wśród nich m.in. publikowany wielokrotnie w Polsce (m.in.: Zawsze Wierni, Rzeczpospolita) Christopher A. Ferrara oraz Michael J. Matt (naczelny pisma Remnant) - napisała list otwarty do Prezydenta USA Donalda Trumpa z prośbą o zbadania, jakie działania podejmowała poprzednia administracja względem Watykanu, Ojca Świętego Benedykta XVI, czy przyczyniła się do jego abdykacji oraz czy nie wpływała na wynik konklawe 2013.



Wszystkie te pytania i wątki są bardzo zbieżne z hipotezą postawioną przeze mnie na blogu w grudniu 2016 r. według której Barrack Obama oraz Hillary Clinton obalili konserwatywnego papieża Benedykta XVI i zastąpili go swoją marionetką. Amerykanie, podobnie jak i niżej podpisany, nie opierają się o twarde dowody. Bo tych nie ma. Ale jest sporo rozmaitych przesłanek, drobnych śladów w wikileaks i wszystko to układa się w bardzo logiczną i spójną całość.

Jednak nie napiszę "great minds think alike" - "tęgie umysły rozumują podobnie", bowiem uważam formułę listu otwartego za bardzo nieszczęśliwą dla przedmiotowej sprawy. Czy tu potrzebny jest rozgłos?! Czy ktoś faktycznie chciałby ujawnienia Białej Księgi działań, które doprowadziły do abdykacji Benedykta XVI? Chyba znacznie ważniejszymi rzeczami jest odwrócenie akcji, czyli doprowadzenie do opuszczenia Watykanu przez jego aktualnego okupanta oraz wybór na Biskupa Rzymu kardynała, który przynajmniej byłby katolikiem.

Mam zatem nadzieję, że służby prasowe Donalda Trumpa (gdyby ktoś je kiedyś zapytał o ów list otwarty) odpowiedzą, że do prezydenta wpływa dziennie kilkaset rozmaitych petycyj, które są uważnie czytane i rozpatrywane. I że żadnej oficjalnej odpowiedzi w tej kwestii się nie przewiduje.

O sprawie listu do prezydenta Trumpa poinformowała dzisiejsza strona www dziennika "Rzeczpospolita" w bardzo ciekawym tekście red. Huberta Kozieła pt. "Czy tajne służby dokonały puczu w Watykanie w 2013 roku?" Jest parę pobocznych wątków, trzeba to wszystko przeczytać!