środa, 4 września 2019

Proces salezjanów z ks. Michałem Woźnickim

Z wielką przykrością informuję Państwa, że konflikt pomiędzy salezjaninem ks. Michałem Woźnickim a jego przełożonymi, z klasztoru w Poznaniu przy ul. Wronieckiej 9 oraz z Wrocławskiej Inspektorii Towarzystwa Salezjańskiego, relacjonowany w grudniu 2017 r. oraz kilkukrotnie wspominany na internetowym fanpage’u Młota na Posoborowie, dotarł już do … świeckiego sądownictwa.

Od września 2018 r. w świetle prawa kanonicznego o nieszczęsnym duchownym powinno się mówić: „były salezjanin”. Ojciec Michał został bowiem „z powodu uporczywego nieposłuszeństwa prawnym nakazom przełożonych w poważnej materii” z Towarzystwa św. Franciszka Salezego wydalony, co sprawia, że jako kapłan tułacz nie może sprawować sakramentów świętych. Nie ma też prawa do zamieszkiwania na terenie domów zakonnych i parafij swojego dawnego Towarzystwa.

Ponieważ Woźnicki nie podporządkował się wspominanym dekretom, ojcowie salezjanie podali go do sądu, domagając się jego eksmisji oraz zwrotu kwoty, bodajże 3000 zł, bo na tyle oszacowali swoje koszty za miesiące „nielegalnie” spędzone przez ks. Michała w klasztorze przy ul. Wronieckiej 9. Proces przed poznańskim sądem rejonowym rusza 6 września br.

O działalności byłego salezjanina można powiedzieć tylko tyle dobrego, że porzucił celebrację Nowej Mszy na rzecz Mszy w tradycyjnym rycie rzymskim. Tym niemniej odprawia ją zgodnie z własnym widzimisię a nie rubrykami i prawem kanonicznym. Wszyscy zapamiętamy po wsze czasy kuriozalne zupełnie celebracje na pianinie umieszczonym na klatce schodowej poznańskiego klasztoru.

Ks. Woźnicki ma poprawną intuicję, dzięki której rozpoznaje bardzo wiele złych rzeczy we współczesnym Kościele. Równocześnie jednak nie potrafi kierować własnym losem, nie wspominając już o tym, że zupełnie nie nadaje się na duszpasterza najmniejszej choćby grupki wiernych. Przypomnę, że lwia część jego kłopotów wynika z faktu, iż mając zgodę na odprawianie Mszy bez kazania starał się ów zakaz ominąć, nazywając kazanie „ogłoszeniami”. Gdyby w czasach przedsoborowych ks. Michał Woźnicki zachowywał się tak, jak to czyni obecnie, przełożeni znacznie szybciej podjęliby względem niego kroki dyscyplinujące. I nałożyli kary kanoniczne za nieposłuszeństwo. Słuszne kary kanoniczne.

Sprawa ks. Michała Woźnickiego z pewnością bardzo źle służy Tradycji katolickiej w Polsce. Bóg jeden wie, ilu duchownych, zgłaszających swoim przełożonym chęć celebrowania tradycyjnej liturgii rzymskiej, jest wrzucana do worka „OSZOŁOMY” i każde ich dalsze działanie jest odtąd monitorowane pod kątem lojalności i zgodności ze zdrowym rozsądkiem. Patrząc na postawę ks. Michała, widać w niej od początku stawianie się w roli prześladowanego proroka, szukającego konfliktu i pseudomęczeństwa.

Bo zamiast szukać możliwości pozostania we wspólnocie zakonnej i wyłącznego celebrowania tradycyjnej Mszy, wybrał konflikt.

Zamiast szukać wspólnoty tradycjonalistycznej lub bardziej tradycyjnej, która akceptowałaby jego preferencje liturgiczne i postawę teologiczną, wybrał eskalację konfliktu.

Wreszcie, zamiast rozstać się po dżentelmeńsku z byłymi współbraćmi, wybrał zupełnie pozaprawne pozostawanie wśród posoborowych salezjanów.


Bardzo dużo winy ma też grupka "wspierających", czy też może radykalizujących go świeckich, którzy powinni teraz wziąć na utrzymanie osobę księdza Michała. Czy wezmą?

foto: youtube.com

Droga ks. Woźnickiego nie mieści się w żadnej spośród uznanych form tradycjonalizmu katolickiego. W sposób oczywisty nie jest to droga kapłana posługującego się prawem kanonicznym, celebrującego na podstawie „Summorum Pontificum” Ojca Świętego Benedykta XVI.

Ksiądz Michał nie wydaje się być możliwym do zaakceptowania kandydatem na współpracownika FSSPX. Analogicznie, jego postulaty nie mają nic wspólnego ze środowiskami sedewakantystycznymi.

Strzeż nas Boże przed takimi pasterzami. Tradycjonalizm katolicki nie może być utożsamiany z selektywnym przestrzeganiem przepisów prawa kanonicznego, z nieposłuszeństwem i chęcią dyktowania przełożonym, jakie obowiązki mają nam przydzielać, z faktycznym uchylaniem się od pracy duszpasterskiej, której posoborowi duchowni mają znacznie więcej.

Co dalej będzie z księdzem Michałem? Mogę się tylko domyślać. Obawiam się, że zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami nawet nie zacznie szukać biskupa, który raczej z dobroci serca niż przyczyn doktrynalnych przyjąłby go do siebie, dał kącik w domu dla emerytów i … jurysdykcję zwyczajną.

A to oznacza, że pozostanie suspendowanym tułaczem, niegodnie lub nieważnie udzielającym Sakramentów świętych. W praktyce będzie zatem czynił to, czego w teorii najbardziej nie chciałby robić, czyli profanować je. Co za potworny upadek kapłana, dostrzegającego kryzys współczesnego Kościoła.

Kyrie eleison!

Módlmy się za opamiętanie ks. Michała Woźnickiego, za jego kapłaństwo i za wiernych, którzy się pod jego wpływem znaleźli.

niedziela, 30 czerwca 2019

Kuriozalne kazanie na Boże Ciało

Czasem idąc na Tradycyjną Mszę Rzymską trafisz na kuriozalne kazanie. Poczytajcie proszę, co mię spotkało w święto Bożego Ciała ....



Komentując Ewangelię na obchodzone święto celebrant stwierdził, że w dzisiejszych czasach, gdyby człowiek wybierał sobie boga, to z pewnością szukałby takiego, który zaoferuje mu najwięcej. Zwróciłby więc uwagę na "bogów chrześcijańskich" jako bliższych człowiekowi i lepiej go traktujących. Zaś w katolicyźmie odnalazłby Boga, który oddaje się wiernym jako pokarm. Według głoszącego kazanie to jest wyróżnik katolicyzmu od innych wyznań.

Parę słów komentarza.
1. Nie było ani słowa o prawdziwości religii, poprzez którą można zakładać że nie jest ona ludzkim wymysłem (człowiek wymyślający sobie boga to zarzut św. Piusa X przeciwko modernistom zawarty w Pascendi). Prawdziwość religii jest niezbędna, by obietnice z nią związane traktować poważnie. Co byłoby nam po koncepcji wiecznej szczęśliwości w niebie, gdyby P. Jezus nie zmartwychwstał albo ... nie istniał?
2. Nie było ani słowa o "koszcie" wyboru, a przecież Bóg w katolicyźmie dając człowiekowi wszystko, sporo też odeń wymaga. Czyżby i ten kapłan wierzył w "Niebo dla wszystkich"?
3. Wiara w Rzeczywistą Obecność nie wyróżnia katolicyzmu w chrześcijaństwie, skoro podzielają ją i prawosławni i starokatolicy. Pała z ekumenizmu!

Podsumowując te myśli powiedziałbym, że współczesny człowiek wybierając sobie boga patrzy na takiego, co nic nie wymaga a sporo daje. I dlatego tak wielu spośród nas w praktyce tak często wybiera gościa przedstawianego z kozim łbem ...

czwartek, 27 czerwca 2019

św. Pius X miał pochodzenie włoskie

Jakoś do naszego tradiświatka nie dotarły informacje o zorganizowanej 28 czerwca 2013 r. konferencji naukowej wyjaśniającej kwestię genealogii św. Piusa X. Jej gospodarzem było Archiwum Państwowe w Opolu, a okazją – uczczenie 110 rocznicy rozpoczęcia pontyfikatu i stulecia śmierci ostatniego kanonizowanego papieża. Zapoznałem się właśnie z książką zawierającą wygłoszone tam referaty. Pozycja zatytułowana „Genealogia pragnień. Pius X w pamięci ludności Górnego Śląska” ukazała się w 2016 r. i cały czas jest dostępna w księgarni ww. archiwum (koszt książki 60 zł + ok. 5 zł przesyłka).



O domniemaniach na temat polskiego pochodzenia Papieża Sarto pisałem i ja, recenzując książkę p. Tadeusza Kisielewskiego – Pierwszy „polski” papież ?

Czytając „Genealogię pragnień” jestem znacznie lepiej przygotowany merytorycznie do oceny hipotez i wywodów genealogicznych, bowiem poświęciłem kilka ostatnich lat na analogiczne poszukiwania odnoszące się do własnego pochodzenia. W ich świetle mogę przyjąć jako wystarczająco przekonujące dowody poświadczające włoskie korzenie św. Piusa X i odrzucić jako niewiarygodne wszelkie pogłoski o polskich (śląskich) przodkach Ojca Świętego. Włoscy badacze dysponują wywodem przodków męskich Józefa Melchiora Sarto obejmującym przynajmniej jego prapradziadka Anzolo, który przeniósł się do Riese (miejsca urodzin Papieża AD 1835) w 1763 r. Odwołują się do aktów chrztu, zgonu i zawarcia małżeństwa większości członków tej, dość licznej, rodziny. Nie widzę możliwości, by wszystkie one zostały sfałszowane w krótkim czasie, podczas pontyfikatu Piusa X.

Z drugiej strony, pogłoski o polskim pochodzeniu Józefa Melchiora Sarto – gdyby były prawdziwe – dałyby się zweryfikować poprzez inne dokumenty odnoszące się do rodziny Krawców (piszącej się Krawietz lub Krawiec). Nic takiego nie zostało odnalezione w archiwach opolskich ani katowickich.

Plotka najprawdopodobniej ma swe źródło w tłumaczeniu nazwiska Krawiec na Sarto. Zapewne w obu rodzinach powtarzały się te same imiona – Józef i Jan, wszak były to jedne z najpopularniejszych imion w krajach katolickich. Kończmy zatem domniemania o polskości św. Piusa X. Nie ma sensu spierać się z faktami.

p.s. Jeden z referatów zamieszczonych w Genealogii pragnień odnosi się do Jana kard. Puzyny i jego roli podczas konklawe roku Pańskiego 1903. Prof. dr hab. Mirosław Lenart szczegółowo analizuje notatki i pamiętniki Kardynała odnoszące się do ekskluzywy zgłoszonej przeciw kard. Rampolli. Skłaniałbym się do tezy, że to najbardziej wpływowi Polacy (książę kardynał Puzyna i hrabia Agenor Gołuchowski) oraz ich słowiańscy sojusznicy (abp Pragi – kard. Leon Skrbenský) przez całe lata zabiegali, by Franciszek Józef zatwierdził tę decyzję przeciwko hr. Marianowi Rampolli. Zaś wyłaniający się z zapisków Puzyny poziom niechęci do sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej z czasów Leona XIII jest absolutnie wyjątkowy. Nazywa on – na swój prywatny użytek – Rampollę np. „małym człowiekiem” oraz „kreaturą”. Grubsza sprawa ….

środa, 26 czerwca 2019

Posoborowy spacer Bożych Ciał

Bardzo lubię święto Bożego Ciała. Prezentuje ono katolicyzm radosny, prezentujący pozytywne przesłanie, skrzący się pięknem kolorów rozsypywanych kwiatów, napełniający nosy zapachem palonych kadzideł. Idąc przez miasto lub wieś śpiewamy tradycyjne pieśni, bo jakoś tak nie wypada nawet w „zwyczajnej formie rytu rzymskiego” błaznować z gitarami obok kapłana idącego pod baldachimem z Najświętszym Sakramentem w monstrancji. W bardzo wielu parafiach zachowała się nawet jego oktawa, oryginalnie zniesiona w czasach „wczesnego Bugniniego”, czyli za „późnego Piusa XII”. Zatem, Boże Ciało to święto na wskroś tradycyjne jak na posoborowie, nawet jeśli przy tym lub owym ołtarzu jakaś część uczestników kuca zamiast porządnie uklęknąć.

Ale przeglądając tegoroczne obchody Boże Ciała w Polsce trafiłem na coś niekanonicznego – procesję Bożego Ciała zorganizowaną przez duszpasterstwo akademickie dominikanów z Wrocławia. Cała galeria jest dostępna na stronach gosc.pl



Patrząc na te zdjęcia należy zastanowić się, co jest dodatkiem do czego. Niewątpliwymi gwiazdami imprezy są dziewczyny imitujące bielanki. W tak zwanych "moich czasach", gdy wokół księży kręciły się tylko tzw. "oazówki", myśli o porzuceniu celibatu u posoborowego duchowieństwa musiały pojawiać się o wiele rzadziej. Żeby nie było wątpliwości: mnie te dziewczyny i ich stroje NIE GORSZĄ. Tak jak nie gorszą mnie np. tenisistki. Ale proszę przywołać sobie przed oczy obraz dziewczynek w sukienkach komunijnych i porównać go z załączonym. Jedne są ubrane stosownie do okoliczności, drugie - nie.

Oprawa pochodu też ma w sobie posoborowego pseudomistycyzmu. To dlatego wybrano mrok, który romantycznie jest rozświetlany przez świece i żagwie. Muzykę wybija dźwięk bębnów, a intonowane pieśni są dalekie od normy przewidzianej na Boże Ciało.

Jednak najgorzej na imprezie wygląda celebrans. Ma strój niedbały, nikt nad nim nie trzyma baldachimu. A jakby tak za rok w ogóle zrezygnować z jego udziału i przemianować imprezę na Dominikańską Noc Kupały? Czy myślicie, że wiele osób by się zorientowało?

czwartek, 16 maja 2019

Ograniczmy klerykalizm w Polsce

Józef Stalin powiedział kiedyś: "Jedna śmierć to tragedia, a milion umarłych to statystyka". Stąd opowieść odnosząca się do kilku konkretnych osób oddziaływa na widza mocniej niż odwołania do procentów i wnioskowania statystycznego na temat populacji.

Film braci Sekielskich "Tylko nie mów nikomu" pokazuje krzywdę konkretnych dzieci i reakcje na nią po latach ze strony kościelnej biurokracji. To jest w tym materiale najważniejsze, to stanowi o jego sile. Poza scenami konfrontacji ofiar i sprawców nie znajdziemy ma w nim nic specjalnie interesującego i nowego. Niektórzy przestępcy wyrażają werbalnie minimalny żal, inni są nawet tego pozbawieni. Wszystkich łączy jedno: choć od zbrodni minęły całe lata, żaden z nich nie pokusił się o zadośćuczynienie (w jakiejkolwiek formie: pieniężnej, słownej itp.) ofiarom. Pokazuje to również, jak źle jest z ich życiem duchowym, skoro przez tyle lat nie dopełnili warunków prawidłowego przystąpienia do sakramentu pokuty.

Nie pocieszajmy się fałszywie, jakoby problem pedofili w większym stopniu niż księży katolickich dotyczył nauczycieli, rabinów, pastorów itp. itd. Jeden z głównych argumentów apologetyki katolickiej głosi, że obserwator katolików i Kościoła nie wywodzący się z naszego grona powinien dojrzeć w tej wspólnocie, w relacjach opartych na wzajemnym szacunku i miłości, ten jedyny i prawdziwy Kościół, który założył Jezus Chrystus. By to się stało, w Kościele muszą panować znacznie wyższe standardy niż obecnie. Nie powinno być miejsca na wypowiedzi takie jak ta, ks. Adama Jabłońskiego, ciągle jeszcze naczelnego kapelana więziennictwa ….



Tak głęboki kryzys hierarchii kościelnej w Polsce powinien skutkować negatywną oceną zdolności decyzyjnej Episkopatu, zarówno w odniesieniu do organizacji kościelnej, jak i wpływu na całokształt życia publicznego. Obecna formuła relacji państwo – Kościół nie służy optymalnie żadnemu z tych bytów i jeśli nie zostanie teraz zmodyfikowana, to za kilkanaście lat może zostać w całości odrzucona przez zlaicyzowane społeczeństwo. Elity państwowe III RP są fatalne, ale niestety – elity kościelne III RP nie są od nich lepsze. Trzeba wręcz z bólem serca napisać:

do problemu pedofilii i molestowania nieletnich przez duchowieństwo posoborowie polskie podchodziło i podchodzi zgodnie z najgorszymi zasadami korporacyjnej omerty. Skrzywdzeni oraz ich godność i uczucia są zupełnie pomijani, a głównym celem działań jest zachowanie pozorów. Pozoru kontrolowania kryzysu i pozoru walki ze złem.


Zauważmy, że polskie posoborowie identycznie reaguje na wszystkie kryzysy: czy to próbę ujawnienia konfidentów bezpieki, dyskusji na tematy finansowe, czy też łamania celibatu, której najnikczemniejszą formą jest pedofilia. Zawsze też trafiają mu się pośród laikatu jacyś "pożyteczni idioci" nagłaśniający narrację Oblężonej Twierdzy i mianujący wrogami Kościoła i Pana Boga wszystkich, których oburza nadmierna akceptacja (bo to nawet nie jest tolerancja) dla zła. Do tego dołączy chórek pseudoprawicowych cynicznych politykierów i mamy zmontowaną Koalicję pod wezwaniem Świętego Spokoja.

Taka Koalicja może pokrzyczeć, odeprzeć bieżący atak. Uzyskanie zawieszenia broni uznawane jest za sukces, wystarczający nawet jeśli okupiony faktyczną stratą kolejnych setek tysięcy wiernych, którzy rezygnują z praktykowania wiary, a więc w szczególności z coniedzielnego słuchania Mszy Świętej.

Reakcja na kryzysy, zarządzanie wizerunkiem itp. jest oczywiście tylko szczególnym przypadkiem fatalnego zarządzania. A więc braku wyraźnych, wartościowych liderów - biskupów i kardynałów, którzy czuliby się odpowiedzialni za Kościół polski oraz naszą Ojczyznę w perspektywie dłuższej niż kilka najbliższych lat. Wspomniany akapit wyżej Święty Spokój tak jakby nakazywał im troszczyć się wyłącznie o bieżące sprawy materialne, bez jakichkolwiek długofalowych celów (choćby tylko duszpasterskich). Pozornie najlepsi spośród naszych biskupów potrafią całkiem zgrabnie mówić o konieczności zachowania Kościoła dla zachowania polskości, Polski i Europy. Ale już nawet najwięksi optymiści nie podtrzymują myśli kard. Glempa, buńczucznie zapowiadającego 15 lat temu, że Polska "wchodzi" do Unii Europejskiej, by nawracać jej narody.

Problem zachowań pedofilskich z pewnością występuje od zawsze. Jednak szereg wzajemnie wzmacniających się czynników sprawił, że boom na nadużycia seksualne wybuchł dobre 50 lat temu i zdaje się pozostawać nieopanowany aż po dziś dzień.

Rewolucja seksualna roku 1968 była ostatnim etapem zwrotu antropologicznego (rozumianego jako opozycja do postawy teocentrycznej) w cywilizacji europejskiej. Niestety, każdy krok rewolty odbywał się kosztem pozycji i stosunku do Boga. Najwyraźniej człowiek nie może poprzestać na darach ofiarowanych mu przez Stwórcę, ciągle dążąc do zajęcia nienależącego mu się tronu władcy wszechświata.

Płaszczyzna ukształtowana w kulturze masowej i świeckiej miała też swój odpowiednik w teologii. Jest nim rahneryzm, z całym swoim spektrum błedów: od koncepcji „anonimowych chrześcijan” po stosunek do encykliki Humanae Vitae. Ujmując rzecz skrótowo, Rahner i propagujący jego myśl Jan Paweł II zarazili posoborowie herezją powszechnego zbawienia, widocznej choćby w encyklice Redemptor Hominis. Nie ma na świecie drugiej idei tak zniechęcającej do samodyscypliny, przestrzegania zasad moralnych jak przekonanie, że od chwili Wcielenia nie można popełnić grzechu śmiertelnego, a Chrystus pozostaje zjednoczony z każdym człowiekiem.

Przyznam, że tylko w tym układzie odniesienia jestem w stanie pojąć (choć wciąż oczywiście bez akceptacji), czemu papa Wojtyła tak bardzo tolerował nadużycia seksualne duchowieństwa … Tylko będąc głęboko przekonanym, że summa summarum wszyscy za kilkadziesiąt lat spotkają się w niebie, można patrzeć przez palce na krzywdę maluczkich. Wreszcie, tylko porównując te sytuacje do powszechnego piekła Europy, doświadczanego zwłaszcza w okupowanej Polsce podczas II wojny światowej, można je jakkolwiek bagatelizować.

Paradoks polega więc na tym, że Kościół werbalnie walczy z gender, opiera się rewolucji obyczajowej, ale nie dostrzega, jak bardzo jest przez nią zniszczony. I to nie na tylko na płaszczyźnie moralnej, ale co gorsze – ontologicznej. Dopóki tego nie dostrzeże, nie zacznie się oczyszczać i zwalczać zło, czyli wszystkie grzechy główne.

Myślę, że zarówno na świecie jak i w Polsce pokolenia duchowieństwa wychowane na doktrynie Soboru Watykańskiego II i odzwierciedlającej ją Nowej Mszy są stracone. Oni będą do śmierci dreptać w miejscu jak mojżeszowi Żydzi błądzący przez 40 lat po pustyni. Kościół nie zacznie się naprawiać, dopóki oni wszyscy nie wymrą. Pocieszmy się, że wojtylianizm już dogorywa nawet w Polsce i nie wydaje się, by poza sentymentem coś konkretnego po nim pozostało.

Zauważmy, jak głęboki, wielokrotnie się powtarzający, jest dysonans postaw: ci sami biskupi, którzy są tak pobłażliwi względem homoherezji, względem pedofilów w koloratkach, równocześnie tak srogo traktowali i traktują duchownych o przekonaniach tradycyjnych. Do dzisiaj, w 10 lat po Summorum Pontificum korzystanie z prawa do celebrowania Mszy w tradycyjnym rycie rzymskim może być źródłem znacznie większych problemów kapłana niż naruszanie zasady celibatu.

Oczywiście my, tradycjonaliści też mamy „swoich” homoseksualistów i pedofilów, duchownych i świeckich. Za słabo ich zwalczamy. Niejeden skandal na tym tle może, również w Polsce, wybuchnąć. Spróbujmy przejść do podsumowania, łączącego powyżej poruszone wątki.

1. Ujawnianie faktów odnoszących się do pedofilii w polskim Kościele dopiero się rozpoczęło. Wydaje się, że otrzeźwienie części biskupów i innych komentatorów, którzy wycofali się z ataku na Sekielskich, przeprowadzonego w sobotę lub niedzielę, wynika z tego, że przeanalizowali fakty, dowiedzieli się o nowych okolicznościach i wiedzą … jak źle to dopiero będzie.

2. Jak wyjść z bieżącego kryzysu?
Myślę, że najlepszy byłby pełen reset, czyli odwołanie wszystkich biskupów (niewielu żałowałbym) oraz zwolnienie z pracy duchownych zatrudnionych w kuriach. To jedyna szansa na rozbicie lawendowej mafii, tak dobrze chroniącej pedofilów. Jednak na tak wiele nie liczę. Ufam, że zmieni się procedowanie przynajmniej względem ujawnianych i zgłaszanych przypadków pedofilii. Zapewne Franciszek zrobi też jakiś spektakularny ruch i odwoła karnie ze dwóch biskupów, aby wszyscy mieli wrażenie, że coś się dzieje.

3. W reformie i oczyszczeniu polskiego posoborowia bardzo by pomogło przycięcie mu funduszy państwowych. Przepływy pieniężne na rzecz Kościoła są dziś nieracjonalnie wysokie. Czemu państwowe pensje mają np. kapelani szpitalni i więzienni?! Czy obecna formuła katechezy szkolnej nie służy głównie temu, by dać zatrudnienie 30 000 katechetów?! Nadmierne bogactwo nie służy reformom i racjonalizowaniu działalności organizacji. Nadmierne bogactwo Kościoła ściąga natomiast do niego ludzi poszukujących wygodnego życia, którzy sami za wielu talentów nie mają. Te miernoty specjalizują się co najwyżej w blokowaniu karier i awansów ludzi wartościowych, przerastających ich również pod względem moralnym.

4. Programem katolików musi ponownie być hasło św. Piusa X: Omnia instaurare in Christo - Wszystko odnowić w Chrystusie. Bóg w Kościele, w życiu duchownych i świeckich musi wrócić na pierwsze miejsce, a fałszywa religia posoborowa musi obumrzeć.

wtorek, 16 kwietnia 2019

O odbudowie Notre Dame

Rozmaite "prawackie" durnie czepiają się p. Andrzeja Dudy za to, że napisał zdanie:

jestem przekonany, że odbudowa Katedry może stać się symbolem odbudowy Europy. Odbudowy Europy na jej prawdziwym, historycznym, judeo-chrześcijańskim fundamencie.




Tymczasem Prezydent ma rację: skoro można zdobyć punkty u Żydów a także ... zasłonić się nimi przed oskarżeniami o fundamentalizm chrześcijański, to czemu tego NIE zrobić?

Zwłaszcza, że w Europie, a we Francji szczególnie!, oba nasze wyznania i ich symbole są ciągle wściekle atakowane przez koalicję bezbożników i islamistów. Ta koalicja puszcza z dymem kolejne nasze kościoły i synagogi, bezcześci cmentarze. Jesteśmy z Żydami naturalnymi sojusznikami w walce o przetrwanie, czy się to komu podoba, czy nie.

Znacznie bardziej obawiam się, że restauracja katedry Notre Dame będzie przeprowadzona w duchu międzyreligijnym. Że państwo francuskie, które jest od ponad stu lat właścicielem (choć lepiej napisać, że okupantem i administratorem) kościoła przemyci do jej wnętrza masońską symbolikę w postaci jakichś "kaplic zadumy". I jestem pewien, że przy podjęciu takiej próby, nie zostałaby ona raczej storpedowana ani przez archidiecezję paryską ani przez Watykan.

Cała nadzieja w prywatnym, chrześcijańskim kapitale, który powinien być znacznie większy niż państwowe dotacje (informacje za Twitterem

Dwóch francuskich miliarderów, François Pinault i Bernard Arnault, deklaruje 100 i 200 mln € na odbudowę Notre-Dame. Dla porównania obecne prace konserwatorskie to 165 mln € rozłożone na 30 lat, głównie prywatny mecenat z USA. Właściciel katedry czyli państwo daje 2 mln rocznie.


i choćby dlatego powinien mieć znacznie większy wpływ na to, jak się odbuduje Notre Dame.

środa, 13 marca 2019

Kogo dziś najbardziej brakuje w Kościele?

13 marca. Z czym nam się może kojarzyć ta data?

Obchodzimy dziś rocznicę wyboru antypapieża ... Wiktora IV w 1138 r. i rozpoczęcia przezeń okupacji biskupstwa Rzymu. Był on swoistym "następcą" antypapieża Anakleta II, funkcjonującego od rP 1130.



W opozycji do schizmy niezłomnie trwał wielki katolicki święty - Bernard z Clairvaux. Na początku "antypontyfikatu" Wiktora zdołał on przekonać antypapieża do zakończenia uzurpacji i podporządkowania się prawowitemu zwierzchnikowi Kościoła, wygnanemu Innocentemu II. Stało się to już w dniu 29 maja 1138 r., co zakończyło okres prawie dziesięcioletniej schizmy, w której uczestniczyła również ówczesna Polska.

Jasno to pokazuje, że dla obalenia antypapieża nie są niezbędne czołgi i pułki wojska. Potrzebne jest wielki święty, jego autorytet, inteligencja i wiele modlitwy.

Tego wszystkiego sobie, Państwu i Kościołowi dziś życzę!

wtorek, 5 lutego 2019

Wiosna

WIOSNA stosunków ;) posoborowo - islamskich wywołała w redakcji Młota jednoznaczne skojarzenia. A u Państwa?

poniedziałek, 21 stycznia 2019

ś.p. Komisja "Ecclesia Dei"

Biskup Rzymu Franciszek ogłosił właśnie list apostolski w formie motu proprio o Komisji Pontyfikalnej „Ecclesia Dei”. Dokument ten likwiduje Komisję Ecclesia Dei. By to uzasadnić Franciszek odnosi się do motu proprio Ecclesia Dei adflicta Jana Pawła II z 2 lipca 1988 r., wskazującego, że główną przyczyną powołania Komisji jest „ruch arcybiskupa Marcelego Lefebvre’a” i „nielegalnych święceniach biskupich”, udzielonych przezeń 30 czerwca 1988.



Następnie Franciszek referuje zmiany dokonane przez Ojca Świętego Benedykta XVI dokumentami Summorum Pontificum z 7 lipca 2007 r. oraz Ecclesiae Unitatem z 2 lipca 2009 r. , wskazujące, że nowe zadania Komisji są związane z wiernymi świeckimi i duchownymi przywiązanymi do „nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego”. Podkreśla też, że już drugi z wymienionych listów apostolskich wiązał Komisję z Kongregacją Nauki Wiary.

To jest punktem wyjścia do wyjaśnienia wprowadzanego rozwiązania, zważając na propozycję Kongregacji Nauki Wiary z 15 listopada 2017 r. aby to ona była podmiotem właściwym do reprezentowania Watykanu w dialogu doktrynalnym z Bractwem św. Piusa X. Propozycja ta została zaakceptowana przez Franciszka i można powiedzieć, że od 2018 r. jest realizowana przez KNW.

Franciszek stwierdza, że w 30 lat po powołaniu Komisji Pontyfikalnej Ecclesia Dei jej cele i problematyka działania, pierwotnie zdefiniowane przez Jana Pawła II, mają głównie charakter doktrynalny, a zatem będą dla całego Kościoła lepiej widoczne, jeśli zajmie się nimi Kongregacja Nauki Wiary. Natomiast instytuty religijne przywiązane do nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego, mają dziś własne, stabilne życie. Powierza zatem KNW zadania realizowane przez Komisję Ecclesia Dei z dniem 19 stycznia 2019 r.

Nie sądzę, aby wprowadzenie tego rozwiązania przyspieszyło dialog doktrynalny z lefebrystami. Kto normalny podpisze jakiekolwiek porozumienie z Franciszkiem po tym, jak potraktował on Franciszkanów Niepokalanej?

Natomiast mam wątpliwości, czy jest to preludium do zniesienia Summorum Pontificum, przyznającego każdemu kapłanowi prawo do celebracji w tradycyjnej formie rytu rzymskiego. Przyzwyczailiśmy się do mówienia, że Paweł VI nie zniósł legalnie prawa do odprawiania łacińskiej Mszy trydenckiej i sądzę, że bardzo wielu przekonanych do niej kapłanów młodego pokolenia pozostałoby przy jej odprawianiu.

Ale Summorum Pontificum stwierdzało również, że Komisja Ecclesia Dei wykonuje władzę Stolicy Apostolskiej czuwając nad wprowadzaniem w życie przepisów ułatwiających wiernym korzystanie z dostępu do tradycyjnej liturgii. Jeśli biskup ordynariusz odmawiał stabilnej grupie katolików prawa do uczestnictwa w Mszy trydenckiej, pisało się do Komisji Ecclesia Dei i zwykle uzyskiwało od niej pomoc. Czy Kongregacja Nauki Wiary będzie równie pomocna w tych kwestiach, pokaże czas.

Nadto Komisja była adresatem pism proszących o wykładnię problemów liturgicznych lub doktrynalnych wiążących się z celebracją tradycyjnej liturgii rzymskiej. Nie traktowaliśmy niekiedy tych odpowiedzi śmiertelnie poważnie, śmiejąc się, że o treści pisma decyduje to, który kapłan przystawia pieczątkę, ale należy docenić pozytywną rolę Ecclesia Dei także w tym obszarze. To właśnie Komisja przyczyniła się do rozszerzenia się w ostatnich dwu – trzech latach celebracji obrzędów Wielkiego Tygodnia sprzed deform Hannibala Bugniniego i Piusa XII. Trudno powiedzieć, aby wynikało to z przepisów prawa, ale … było!

Jak będzie reagować Kongregacja Nauki Wiary na pisma zawierające skargi na biskupów łamiących Summorum Pontificum, nie wiadomo.

Czy włączy się Kongregację Kultu Bożego do odpowiedzi na zapytania dotyczące tradycyjnej liturgii katolickiej, nie wiadomo.

Jeśli miałbym wskazać jakiś pozytyw wynikający dla nas z decyzji Biskupa Rzymu, wskazałbym na zmniejszenie ryzyka modyfikacji Mszału Jana XXIII, do którego co bardziej gorliwi chcieli dołączyć nowych świętych, nowe prefacje, nowy kalendarz liturgiczny itp. itd.

Podsumowując, stwierdzić należy, że decyzja Franciszka z pewnością nie ułatwi życia wiernym przywiązanym do rytu tradycyjnego. Ale czy można się po nim było spodziewać czegokolwiek innego?

środa, 16 stycznia 2019

Minuta ciszy

Czy zastanawiali się kiedyś Państwo nad tym zwyczajem?

Oto komentarz do niego z katolickiego gazety zatytułowanej "Głos mazowiecki", z 4 lutego 1938 r. Sądzę, że wyliczenie 15 lat ww. zwyczaju wskazuje na jego źródło w minutach ciszy po zamordowaniu Prezydenta Rzplitej p. Gabrjela Narutowicza.

Przepraszam za skany niskiej jakości.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

O tym, jak Ksiądz Michał spotkał .... Amerykanina

Szczęść Boże wszystkim w nowym roku Pańskim!

"Młot na posoborowie" przez długie tygodnie nie był aktualizowany, ale pogłoski o jego zejściu należy uznać za przedwczesne. Zacznijmy zatem nowy rok 2019 z wysokiego "C"!! Odwiedźmy wirtualnie w Poznaniu księdza Michała Woźnickiego.



Z wielką satysfakcją napiszę, że znajduję Księdza Michała w formie intelektualnej lepszej niż kiedykolwiek wcześniej. Ma zdecydowane poglądy na temat kryzysu Kościoła, ale bez fałszywego radykalizmu. Zachowuje też elastyczność i szacunek dla poglądów odrobinę odmiennych od jego własnych, co wcale nie jest normą wśród tradycjonalistów.

Pogadanka stanowi w znacznej mierze relację ze spotkania z ks. Józefem Pfeifferem, rektorem seminarium współpracowników biskupa Ryszarda Williamsona skupionych w "Resistance". Rozmowa między duchownymi ma dwie płaszczyzny: teologiczną - gdzie można mówić o wspólnym stanowisku - oraz naukową. Ksiądz Pfeiffer okazuje się być bezkompromisowym zwolennikiem kreacjonizmu zakładającego, że wiek Ziemi wynosi kilka tysięcy lat oraz przeciwnikiem ... teorii heliocentrycznej.



Ksiądz Woźnicki przyjmuje te rewelacje z godnością gospodarza, który stara się nie uchybić gościowi w grzeczności. Ale wystarczają mu one, by wyrobić sobie zdanie o "Resistance", skoro takie poglądy są tam tolerowane i nagradzane.

A może rzeczywiście Ziemia jest płaska i znajduje się w centrum Wszechświata? Jeśli ktoś z Państwa ma dowody świadczące za prawdziwością tej tezy, proszę o ich wpisanie w komentarzach.

wtorek, 23 października 2018

„Epoka Antychrysta” - słaba powieść Pawła Lisickiego

Na naszej dzielnicy redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, pan Paweł Lisicki cieszy się wielkim szacunkiem. Książce publicystycznej „Dżihad i samozagłada Zachodu” przyznałem swego czasu tytuł książki roku 2015, a i złego słowa nie napisałem na temat publikacji o Lutrze („Luter – ciemna strona rewolucji"), częściowo przeciwstawiając ją niezbyt rzetelnemu filmowi Grzegorza Brauna poświęconemu słynnemu „enerdowskiemu” herezjarsze.

Tymczasem książka fabularna „Epoka Antychrysta” jest po prostu rozczarowaniem. Nie potrafię wymienić jej żadnej mocnej strony. Teoretycznie akcja powieści rozpoczyna się w 2217 r., ale pomijając kilkukrotne wspomnienie robotów, jest to świat niemal nieróżniący się od nas otaczającego. Autor wykazał się sporym optymizmem zakładając, że od rewolucji Pawła VI i Franciszka do epoki Antychrysta dzieli nas jeszcze 200 lat, 200 lat ciągłego „umiarkowanego postępu”. Nowy papież nadchodzi po epoce bodajże siedmiu kolejnych Franciszków i przyjmuje imię Judasza. Jaki ma program, nie zdradzę, nie chcąc spojlerować.

Różne nawiązania oraz szpile wbijane w aktualnego, rzeczywistego okupanta Watykanu, Jerzego Bergoglio, bywają zabawne. Nieco gorzej jest z konwencją zastosowanych żartów z lewactwa, bo znamy je z wielu innych dzieł. Nic oryginalnego.

Ale najgorzej jest z kwintesencją, istotą powieści, czyli fabułą. Przez pierwszych kilkadziesiąt stron nic się nie dzieje. Mamy narracyjny opis tego niezbyt przekonywającego 23 wieku. Później dochodzi do zawiązania akcji, ale nieproporcjonalnie szybko się ona załamuje. Wreszcie – zakończenie. Do bólu banalne. Autor wybrał jedną spośród kilku alternatyw, których spodziewałem się sięgając po książkę. Dodajmy, że nawet okładka jest słaba. Byłaby o wiele ciekawsza, gdyby przedstawiała książkowe wyobrażenie papieża Judasza – starszego pana w szortach, białych trampkach i tęczowej piusce.



„Epoka Antychrysta” nie jest publikacją dla miłośników klasycznych thrillerów, dobrze skonstruowanych powieści „w starym stylu”. Od strony ideologicznej nie jest też książką dla tradycjonalistów, którzy nie znajdą w niej nic odkrywczego. Ale może ona spodobać się współczesnym konsumentom publikacyj postmodernistycznych. Może też otworzyć im oczy, do czego prowadzi kościół pseudokatolicki prowadzony przez rewolucjonistów.

Czekam na kolejną porcję publicystyki Pawła Lisickiego. „Epoce Antychrysta” daję mocne 2 na 10.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Maryla Rodowicz i … tygodnik katolicki

W 2016 r. reżymowa pieśniarka Maryla Rodowicz rozstała się z facetem, z którym żyła 30 lat. Andrzej Dużyński się nazywa. Nawiązując do tej sytuacji tygodnik „Dobry Tydzień” opublikował informację o piosenkarce, obrazując, jak zmieniła się po rozstaniu z Andrzejem Dużyńskim. Rodowicz i jej mąż rozstali się po 30 latach w 2016 roku. Dla wielu fanów był to absolutny szok – nie było wcześniej żadnych doniesień o kryzysie w ich małżeństwie. W katolickim tygodniku czytamy, że Rodowicz w trakcie tego trudnego momentu w życiu, zbliżyła się do Kościoła: żarliwie się modliła, a Eucharystia – zdaniem dziennikarzy „Dobrego Tygodnia” – przynosiła jej ukojenie.



Tekst zdumiał Rodowiczównę, która napisała w dniu 22 sierpnia:

OSWIADCZENIE. Przeczytalam ze zdumieniem przedruk z Dobrego Tygodnia na temat moich kontaktow z Kosciolem otoz nieprawda jest ze od momentu mojego rozstania z mezem zyskalam wsparcie Ducha Swietego i zblizylam sie do Kosciola I tego typu brednie, ze udzial w Eucharystii przynosi mi ukojenie Ze duzo tez rozmawiam z zaprzyjaznionym ksiedzem . Moje ostatnie bliskie kontakty z Kosciolem mialam w wieku 8 lat, kiedy sypalam kwiatki na procesji. A wszystko opatrzone koszmarnym niekorzystnym zdjeciem . Jestescie wstretni . Maryla Rodowicz


Dziś zaś wszystkie antyklerykalne i lewicowe bęcwały relacjonują ten konflikt, oto wybór najwyżej pozycjonowanych linków w google:

NaTemat: Maryla Rodowicz ostro o Kościele. Post na Facebooku | naTemat.pl

Pudelek: Maryla Rodowicz ostro o Kościele: "Ostatnie bliskie kontakty miałam w wieku ośmiu lat.

Pikio: Maryla Rodowicz nie wytrzymała! Piekielnie ostro o polskim Kościele

Plotek - Maryla Rodowicz oburzona po przeczytaniu artykułu w tygodniku katolickim. "Jesteście wstrętni"



Nie od rzeczy będzie zatem napisać, że DOBRY TYDZIEŃ nie jest żadnym katolickim tygodnikiem !!

Tytuł należy do NIEMIECKIEGO wydawnictwa Bauer, które ma w swojej ofercie jeszcze takie periodyki jak Bravo, Bravo Girl, Twoje imperium, Życie na gorąco czy Twój styl. Panowie kojarzą z pewnością również były, jeszcze bardziej katolicki, tytuł Bauera „Twój weekend”.

Kilka miesięcy temu można było się dziwić, po co takie wydawnictwo rozszerza swoje portfolio o „pierwszy w Polsce tygodnik dla kobiet, które cenią wartości rodzinne, patriotyczne i katolickie. Czytelniczki interesują się życiem polskich gwiazd, szukają także tradycyjnych, praktycznych porad. W rozbudowanych materiałach prezentowane są znane postacie szczególnie ceniące tradycyjne wartości.”

Teraz już wiemy. Bauerowi chodzi o przedstawienie pism katolickich jako kłamliwych, a katolików jako durni, którzy we wszystko uwierzą. Ktoś z tym coś powinien zrobić ... Może KAI, może KEP ??

czwartek, 12 lipca 2018

Nowi przełożeni generalni FSSPX i FSSP

W ostatnich dniach odbyły się wybory władz w dwóch największych i najważniejszych tradycyjnych zgromadzeniach kapłańskich, czyli w Bractwie św. Piusa X oraz w Bractwie św. Piotra.

Miła i ważna dla nas informacja napłynęła z FSSP, gdyż nowym generałem instytutu został nasz rodak ks. Andrzej Komorowski.



Ufam, że przyczyni się to do zwiększenia obecności Bractwa w Polsce. Póki co większość Polaków należących do FSSP pełni posługę poza granicami ojczyzny. Przydałoby się odwrócić ten trend oraz zainstalować przynajmniej jeden nowy dom zgromadzenia w naszym kraju.

Natomiast nowym przełożonym Bractwa św. Piusa X został ks. Dawid Pagliarani, który od 2012 r. pełni funkcję rektora seminarium Matki Bożej Współodkupicielki w La Reja (Argentyna).

Do tej pory osoba ks. Pagliaraniego nie była szczególnie dobrze znana w Europie. Można zatem powiedzieć o nim niewiele. Z pewnością cieszy się zaufaniem ustępującego przełożonego FSSPX, JE biskupa Bernarda Fellay’a. Nadto można sądzić, iż wybór ten ma umocnić poprawne relacje Bractwa z Watykanem. Kardynał Bergoglio, zanim przeniósł się w 2013 r. z Buenos Aires do Rzymu, utrzymywał niezłe relacje z miejscowymi piusowcami.



Obu czcigodnych księży, Andrzeja Komorowskiego i Dawida Pagliaraniego oraz kierowane przez nich wspólnoty kapłańskie polecajmy opiece Niepokalanej.

wtorek, 19 czerwca 2018

Kiedyś to było ...

Jak pamiętamy, koncepcji trenera drużyny Senegalu najbardziej zaszkodził młody rezerwowy Cracovii Kraków. Tym razem polska drużyna musi sobie poradzić w inny sposób.

sobota, 19 maja 2018

Kto chroni pedofilów w Chile, czyli Cygan (tzn. Rom) zawinił, kowali wieszają …

Cały świat obiega informacja, że w związku z gigantyczną aferą pedofilską wszyscy biskupi chilijscy złożyli dymisję na ręce Franciszka. Kiepsko poinformowani dziennikarze tacy jak niejaki Tomasz Krzyżak będą to uznawać za kontynuację przez Franciszki polityki „zero tolerancji dla pedofilii”, którą wprowadził i egzekwował Ojciec Święty Benedykt XVI.

Jest oczywiście zupełnie inaczej.

Ogólne zasady „walki” Franciszka z pedofilią opisałem trzy lata temu w tekście „Franciszka Papieża walka z homobiskupami” i pozostaje on niestety aktualny.

Bergoglio NIE WALCZY z pedofilią w Kościele Posoborowym.
Bergoglio czasem udaje, że zwalcza tę plagę, jeśli jest mu to wygodne.

Wspomniany wyżej red. Krzyżak nie wspomniał o najważniejszem. Sprawa ks. Ferdynanda Karadimy była marginalizowana i mataczona nie przez wszystkich biskupów Chile, lecz w szczególności przez bpa Jana Barrosa, którego w 2015 r. awansował na ordynariusza diecezji Osorno nie kto inny jak Franciszek Papież.

Od tego czasu istnieje twarda opozycja chilijskiego episkopatu przeciwko argentyńskiemu Biskupowi Rzymu. Chilijczycy próbowali zablokować tę nominację, niestety bezskutecznie! Bergoglio okazuje się niezłomnym obrońcą obrońcy pedofila. Nawet podczas styczniowej wycieczki do Chile odrzucał wszelkie oskarżenia kierowane względem Barrosa, nazywając je oszczerstwami. Dlaczego? Nie wiadomo.

Jedno jest pewne: w związku z aferą pedofilską w Chile pierwszą osobą, która powinna odejść ze stanowiska i przeprosić za wszelkie krętactwa oraz niegodne słowa wypowiadane pod adresem ofiar pedofilii jest … Franciszek.





Postscriptum

A tak przy okazji …. Zastanówmy się ćwiczebnie, co by się stało, gdyby Bergoglio stanął przed koniecznością wymiany polskiego episkopatu. Z satysfakcją mogę powiedzieć, że zapewne nie znalazłby w Polsce wystarczająco dużo dublerów, zgodnych ze swoją linią.

Mogłby zostawić Rysia, mógłby przywrócić do obowiązków Pieronka, a nawet … Paetza.

Mógłby awansować rozmaitych Grzegorzów Kramerów, Wojciechów Lemańskich, Ludwików Wiśniewskich, Pawłów Gużyńskich itp. itd.

Ufam jednak, że wciąż nie zapełniłby nimi vacatów. Trzeba by sięgnąć po głębsze rezerwy, takie jak laicyzowani Tadeusz Bartoś czy … Roman Kotliński oraz pomoc ekumeniczną - „biskupa” Szymona Niemca. Z tego wszystkiego dałoby się zmontować bergogliański Episkopat Polski ….

niedziela, 6 maja 2018

Żółta kartka za intencję Mszy

Cieszę się niezmiernie za każdym razem, gdy słyszę, że pojawia się nowe miejsce, w którym celebrowana będzie Msza w tradycyjnej formie rytu rzymskiego. Patrzę na takie inicjatywy z życzliwością, ale i wyrozumiałością dla wszelkich ewentualnych drobnych niedociągnięć i potknięć. Jednak czasem ktoś przyłoży na dzień dobry z tak grubej rury, że trzeba od razu brać go "na obserwację". Za dużo bowiem mamy w polskim tradycjonaliźmie dziwactw wynikających z braku elementarnej wiedzy i / lub zaburzeń osobowości.

Dziś na tę listę trafia inicjatywa, która o poranku była uprzejma opublikować na swojej stronie fejsbukowej wpis, którego część prezentuję Państwu poniżej w formie printscreenu. Informuje on o odprawieniu Mszy Świętej celebrowanej



Wpis ten udostępniłem z krótkim komentarzem krytycznym na FB. Być może po tej i innych niepochlebnych reakcjach ktoś się opamiętał i usunął, co napisał. Ale nie można wykluczyć, że np. organizatorzy Mszy w ww. miejscu będą w niewłaściwy sposób interpretować zalecenie dotyczące zwyczaju nakrywania głowy przez kobiety uczestniczące w liturgii, zniechęcając zainteresowane panie i siejąc zgorszenie. Zgodnie z aktualnym prawem kościelnym nie ma bowiem nakazu, by kobiety uczestniczyły we Mszy w nakryciu głowy, zwłaszcza w tzw. mantylce.

Ufam, że ta żółta kartka wystarczy.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Co słychać na Targach Książki Posoborowej?

Tradycyjnie, jak co roku, odwiedziłem Targi Książki Katolickiej. Przedstawiane oferty są coraz szersze i bogatsze, ale niestety utwierdza się komercyjny charakter imprezy, który kłóci się z jej zakładaną specjalizacją. Na targach książki katolickiej jest bowiem coraz mniej pozycyj stricte religijnych. Czy polskie chrześcijaństwo osiągnęło już taki poziom obrzędowości, że dla większości społeczeństwa staje się wyborem i identyfikacją kulturową?

Spójrzmy na listę laureatów XXIV edycji Targów.

Laureatem Nagrody Głównej został historyk i sowietolog prof. Andrzej Nowak, a Małego FENIKSA przyznano Katolickiej Agencji Informacyjnej. W związku ze stuleciem odzyskania niepodległości uhonorowano też Muzeum Niepodległości w Warszawie oraz Katolicki Uniwersytet Lubelski.


Już same kategorie nagród pokazują, jak mało istotne na targach są zagadnienia takie jak dogmatyka oraz liturgika. Nawet wydawnictwa posiadające wartościowe pozycje w ww. zakresach (np. Wydawnictwo Diecezjalne Sandomierz) nie przywożą swojej pełnej oferty do Warszawy. Nieźle prezentują się natomiast biblistyka oraz duchowość chrześcijańska. Coraz ważniejszą rolę odgrywa muzyka, najbliższa mi ze wszystkich sztuk, ale niekoniecznie akcentowany jest jej wymiar kościelno – liturgiczny.

Podobnie jak w poprzednich latach, na Targach zabrakło wydawnictwa Te Deum , a skromny wybór jego propozycyj znalazł się jedynie na stoisku Capital. Nieliczne „tradycjonalizujące” książki znalazły się w ofercie np. Polonia Christiana oraz Multibook (drogi, ale bardzo porządny i solidny reprint modlitewnika ks. Józefa Stedmana Wydawnictwa Prohibita), zaś do mainstreamu przedostaje się bardzo przez nas ceniony duszpasterz abp Fulton Sheen).

Mają swoją niszę dzieła poświęcone Janowi Pawłowi II. Franciszek swojej się nie dorobi. I chyba nikt nad tym faktem nie ubolewa. W zastępstwie ww. promowani są, nadmiernie do przedstawianej wartości intelektualnej, polscy jeźdźcy bergogliańskiej apokalipsy – Kramer i Ryś. Dobrze, że są tylko dwaj na cały kraj.

Nie za wiele się pisze i wydaje na tematy intronizacyjne. Propagatorzy tych wątpliwych teoryj teologicznych (np. pp. Krajscy oraz Dybowski) jednak niestety obciążają „naszą”, konserwatywną i tradycjonalistyczną odmianę katolicyzmu. Cieszy zmniejszenie (względem poprzedniej edycji targów) popularności pseudoteologicznej literatury skandalizująco – szurowskiej promującej niezatwierdzone objawienia prywatne, opowieści egzorcystów itp. itd.

Ale oba te obszary istnieją w polskim katolicyźmie, rozwijają się i nie spotykają z odpowiednią, krytyczną reakcją ze strony hierarchicznego Kościoła.

W trakcie półtoragodzinnej wizyty na Targach z pewnością nie dostrzegłem wielu wartościowych i ciekawych lektur. Spośród książek, które widziałem, wyróżnię moim prywatnym Feniksem propozycję Wydawnictwa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II pn. „Boże, ku wspomożeniu memu wejrzyj. Godzinki staropolskie” w opracowaniu Anny Gąsior i ks. Janusza Królikowskiego.



Tyle uwag o tegorocznej edycji imprezy. Jakie będą przyszłoroczne, jubileuszowe XXV Targi Książki Katolickiej? Chyba można już teraz w ciemno obstawić u bukmachera, że nie będzie na nich Te Deum.

sobota, 31 marca 2018

Barabasz

Znalazłem w internecie bardzo trafny obrazek. Myślę, że wymaga pewnego komentarza i dopowiedzenia.



Najprawdopodobniej Barabasz nie był zwykłym kryminalistą. Był raczej powstańcem, który chciał wyzwolić Izrael spod panowania Rzymian.

W ówczesnej tradycji żydowskiej było bardzo wiele sekt. Religia objawiona przez Boga Mojżeszowi wcale nie była jedyną formą - jak byśmy to dziś napisali - "judaizmu".

Jezus został po swym krótkim tryumfie odrzucony przez większość Żydów właśnie dlatego, że nie chciał budować ziemskiego królestwa. Oni czekali na mesjasza, który da im władzę doczesną. Nie tylko usunie Rzymian, ale i zapewni panowanie nad resztą świata. Tak wielu interpretowało obietnicę daną Abrahamowi i proroctwa Starego Testamentu.

Niezależnie od tego, jak się ma (np. genetycznie) współczesny naród żydowski do tego istniejącego 2000 lat temu, można powiedzieć, że to oczekiwanie i dążenie do supremacji nad światem, jest nierozerwalnie związane z judaizmem, takim jakiego go znamy z czasów współegzystencji z chrześcijaństwem.

Wyznawcy judaizmu wciąż czekają na mesjasza, wywodzącego się z nurtu, w którym 2000 lat temu funckjonował Barabasz. Dla nich wybór z Wielkiego Piątku pozostaje wciąż aktualny.

środa, 21 marca 2018

Zamieszanie z Księdzem Profesorem Edwardem Stańkiem

Jednym z głośniejszych, dyskutowanych tematów jest kazanie wygłoszone w dniu 25 lutego 2018 r. w Krakowie przez Księdza Profesora Edwarda Stańka, znanego i cenionego teologa oraz byłego rektora miejscowego seminarium duchownego.

Kluczowy fragment kazania został skopiowany ze strony źródłowej kjb.pl (na której jest już niedostępny) i umieszczony w internecie:



Osoby preferujące słowo pisane mogą skorzystać z notatki zamieszczonej na pch24.pl:

Papież Franciszek na wysokim świeczniku, będąc pod presją układów, wyraźnie odchodzi od Jezusa w dwu punktach: błędnie interpretuje Jego miłosierdzie.

W imię miłosierdzia wzywa parafie i diecezje aby otwarły drzwi dla wyznawców islamu. Jako religia są oni wrogo nastawieni do Ewangelii i Kościoła. W wojnach religijnych zamordowali miliony. A my, Polacy, wspominając zwycięstwo nad ich wojskami pod Wiedniem, lepiej niż inni rozumiemy, że o dialogu z nimi nie ma mowy. Miłosierdzie możemy okazać tym wyznawcom islamu, którzy umierają z głodu lub pragnienia. Drzwi diecezji i parafii mogą być otwarte tylko dla wierzących w Jezusa Chrystusa.

Drugim punktem błędnie rozumianego miłosierdzia jest otwieranie drzwi do Eucharystii, pokarmu świętego, dla ludzi, którzy wybierają grzech jako swój świat. Oni mogą mieć dostęp do Eucharystii o ile się nawrócą i odpokutują swój grzech. Kto wie czym jest świętość Komunii Świętej ten woli przed świętym Chlebem zgiąć kolana i bić się w piersi: „bądź miłościw mnie grzesznemu”, niż wyciągać rękę lub język, aby spożyć święty Chleb. Dla nieświętych jest to pokarm zabójczy, bo jest świętokradztwem. Dopuszczenie w Kościele ludzi nieświętych do świętości to profanacja sakramentów.

Czym się kieruje papież? Nie wiem. Jaki jest cel jego wypowiedzi? Też nie wiem. Wiem, jak te wypowiedzi są wykorzystywane w mediach nastawionych na niszczenie Jezusa i Jego Kościoła. Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego mogę zawsze prosić Boga, bo szczęśliwa śmierć to wielka łaska.


Arcybiskup Metropolita krakowski Marek Jędraszewski wydał oświadczenie, stwierdzając że: Z ogromnym bólem i żalem przyjąłem wiadomość o słowach, jakie pod adresem Ojca Świętego Franciszka wypowiedział niedawno ks. prof. Edward Staniek podczas homilii w kościele sióstr felicjanek w Krakowie. Tę sprawę poruszyłem podczas osobistej z nim rozmowy.

Można tylko ubolewać, że ani Arcybiskup ani nikt inny spośród polskiego posoborowia nie był w stanie powiedzieć nic poza słowami oburzenia i dystansowania się od wypowiedzi ks. prof. Stańka. Nie zajęto się tym, czy ks. Staniek trafnie ocenia Franciszka ani czy jego dalsze wnioski szczegółowe są poprawne.

Natomiast rozmaite środowiska konserwatywne - tak jak wspomniany portal PCh24 - zdają się z kolei w pełni aprobować tok myślenia znanego krakowskiego teologa. Pozwolę sobie zatem podzielić się z Państwem pewnymi wątpliwościami, jakie we mnie wzbudziła wypowiedź ks. Edwarda Stańka.

1) Sprawy otwierania Europy na islam i dopuszczania cudzołożników do Komunii Św. są zupełnie różnego kalibru. Od strony duchowej można znaleźć znacznie więcej problemów wynikających z tzw. dialogu międzyreligijnego (oraz dialogu ekumenicznego), na które - do tej pory - polscy teologowie zamykali oczy, nie chcąc (nie potrafiąc?) krytykować polityki Jana Pawła II. Wpuszczanie pseudouchodźców do Europy to głupota i akt samobójczy, ale nie należy mu nadawać wymiaru teologicznego. Wymiar teologiczny miało na przykład umycie przez Franciszka nóg muzułmance w Wielki Czwartek 2013 r., czy też ma coroczne obchodzenie przez polskie posoborowie Dnia Islamu.

Kapłan głoszący kazanie powinien pozostawać przy problemach teologicznych generowanych przez Franciszka. Jest ich wystarczająco dużo!

2) W sprawie wydania adhortacji Amoris Laetitia i narzucania przez Franciszka jej heretyckiej interpretacji Kościołowi i katolikom - pełna zgoda. Dla porządku przypomnę tylko, że uważam konsekwencje adhortacji za znacznie poważniejsze.

3) Mam poważne wątpliwości co do poprawności logicznej dalszego rozumowania Księdza Profesora. Powiedział on: modlę się albo o mądrość i zmianę poglądów dla Franciszka albo o jego szybkie odejście do Domu Ojca.

Ostatnio za często używa się nieprecyzyjnego zwrotu „odejście do domu Ojca”, stanowiącego synonim zbawienia. Tymczasem zbawienie jest nagrodą dla tych, którzy umierają w stanie łaski uświęcającej. Zakładając, że Franciszek popełnia poważne błędy doktrynalne, należy uznać, że wyłączają go one ze wspólnoty wierzących. Jeśli ks. Staniek ma rację i Bergoglio nie uczestniczy w autorytecie Pana Jezusa z uwagi na te błędy, to równocześnie znajduje się w grzechu śmiertelnym. Przyjęcie innego założenia w świetle wielu upomnień, publicznego wytykania błędów Biskupowi Rzymu, protestów konserwatywnych katolików etc. byłoby … bergoglianizmem, czyli identycznym rozdzieleniem czynu i jego konsekwencji, jakiego pseudoliberałowie dopuszczają w przypadku cudzołóstwa i pozostawania w stanie grzechu śmiertelnego.

Teologia Amoris Laetitia głosi, jakoby w niektórych przypadkach czyny obiektywnie i niepodważalnie grzeszne (grzech to świadoma i dobrowolna decyzja człowieka) nie zrywały stanu łaski uświęcającej. Równie złą teologią byłoby twierdzenie, iż papież może równocześnie: utracić autorytet w związku z głoszonymi błędami doktrynalnymi i zachowywać łaskę uświęcającą! Przestępstwa przeciwko religii i jedności Kościoła są przecież jednymi z najcięższych grzechów, jakie można popełnić.

Oczywiście każdy człowiek może nawrócić się nawet w ostatniej sekundzie życia, ale nie należy takiej ewentualności zakładać jako domyślnej. Mówi się raczej: „jakie życie, taka śmierć”, sugerując, że ludzkie wybory są spójne przez większą część życia, a zwłaszcza jego najistotniejsze lata.

4) Nie można ludziom życzyć śmierci, nawet jeśli dopowiada się, że oznaczałaby ona zbawienie. Myślę, że Polacy są zgodni co do tej kwestii. Życie jest zbyt wielką wartością, abyśmy komukolwiek życzyli rychłego przejścia z doczesności do wieczności. Nie życzymy tego nigdy wprost nawet poważnie cierpiącym, nieuleczalnie chorym osobom! Przez te słowa kazanie ks. Stańka będzie zapewne opacznie rozumiane, a jego treść odrzucana przez przeciętnych Polaków. Nadto Franciszkowi zaś nie tylko można, ale wręcz należy życzyć emerytury, czyli rychłej rezygnacji z funkcji Biskupa Rzymu. Dzięki której mógłby przez ostatnie lata życia nawrócić się i pokutować za zło wyrządzone Kościołowi. Przynajmniej dostałby tę szansę!

5) Jeśli zaś Ksiądz Profesor musiał już stawiać alternatywę, w której rozważał śmierć Franciszka, to powinien ją umieścić w kontekście fragmentu Ewangelii o zgorszeniu maluczkich. „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze.” Słowa te pasowałyby do rozważanego przypadku, choć przedstawienie ich na kazaniu, słuchanym przez przeciętną parafialną wspólnotę mogłoby być szokiem dla wielu słuchaczy.

6) Kazanie powinno wyjaśniać – akurat niedawno na ten temat pisałem – Ewangelię i lekcję przypadającą na dany dzień, odnosić ją do życia wiernych. Zbyt wysoki i wysublimowany poziom teologiczny kazania może być barierą nie do pokonania dla przeciętnego słuchacza. Stąd, uwzględniając wszelkie przedstawione powyżej okoliczności, uważam, że tematyka kazania ks. Stańka została wybrana ryzykownie. Raz na jakiś czas dobrze jest wstrząsnąć wiernymi, czy nawet ogólnopolską opinią publiczną. Oby jednak ks. Staniek nie zyskiwał zbyt wielu naśladowców, jeszcze bardziej nieprecyzyjnych niż on sam!