Długo nie trwała radość związana z podporządkowaniem się ks. Jacka Międlara przełożonym ze Zgromadzenia Misji i jego oddelegowaniem do parafii w Tarnowie. Po niecałym miesiącu pobytu na nowej placówce młody człowiek nie wytrzymał napięcia i wydał bardzo niejasne oświadczenie odnoszące się do swoich dalszych losów.
Samego oświadczenia nie ma sensu szczegółowo komentować. Międlar tak często zmienia zdanie na rozmaite tematy, że coraz trudniej jest go traktować poważnie. Chyba warto jednak skwitować jego postawę i poglądy kilkoma zdaniami.
Dostrzegam u księdza Jacka Międlara wielki dysonans. Z jednej strony to z pewnością zdolny publicysta, którego teksty znamionują sporą erudycję i niezaprzeczalną inteligencję. Z drugiej strony to niedojrzały i pogubiony młody człowiek, którego zachowanie przywodzi na myśl rozkapryszonych gimnazjalistów. Międlar zachowuje się identycznie jak oni: głośno wyraża swoje pragnienia, a gdy ktoś staje na ich drodze, strzela focha i trzaska drzwiami. Nie zna ograniczeń wynikających ze stanu kapłańskiego, do którego należy, czy choćby kultury osobistej.
I właśnie ta mroczna strona cały czas zdaje się rządzić księdzem Jackiem. Nieszczęśnik nie rozumie bowiem istoty katolickiego kapłaństwa ani związanej z nią godności. Nawet jeśli w ramach sankcji związanych z decyzjami przełożonych nie mógłby aktywnie działać społecznie, to łaski Boże wynikające z udzielanych przez niego sakramentów, ze Mszy, spowiedzi, chrztów czy ostatnich namaszczeń byłyby nieporównywalnie większe od działalności społecznej wszystkich narodowców Polski.
A zatem poprzez odejście ze zgromadzenia oo. misjonarzy ks. Międlar dobrowolnie ograniczył swoje możliwości co do czynienia dobra i to w znacznie większym stopniu niż wynikałoby to z decyzji przełożonych. Jest to tylko wierzchołek góry lodowej. Aktualnie Międlar dąży do statusu kapłana - tułacza, nieprzypisanego do żadnej działającej legalnie struktury kanonicznej. Jeśli się szybko nie opamięta, nie będzie mógł odprawiać Mszy ani spowiadać. Nie będzie mógł także kiedykolwiek katechizować ani oczywiście wykładać w seminarium - co ponoć strasznie go frustrowało, a wynikało z decyzji przełożonych.
W świetle obecnej decyzji ks. Jacka Międlara nakładane na niego wcześniej sankcje wydają się po prostu trafne: ten człowiek jest zbyt zaplątany, by być duszpasterzem. Mało tego! Jeśli pycha Międlara będzie się dalej rozwijać, może go doprowadzić do stworzenia struktury schizmatyckiej lub porzucenia kapłaństwa. Ryzyko takiego zgorszenia należy traktować jako poważne.
Kilka tygodni temu dyskutowałem ze zwolennikiem ówczesnej postawy ks. Międlara. Wyraziłem zdanie, iż nakładane nań kary powinien traktować jako błogosławieństwo. Oznaczały one bowiem znaczące zwiększenie czasu, który mógłby poświęcić na samodoskonalenie. Na wyrównanie braków z posoborowego seminarium, nieszczęsnej "księżowskiej zawodówki". Na nauczenie się liturgii przedsoborowej, na uporządkowanie spraw dogmatycznych czy apologetycznych. Na codzienne odprawianie tradycyjnej Mszy i pogłębianie rozumienia, że istotą powołania kapłańskiego jest składanie ofiary. Udział w Ofierze Pana Jezusa ale także ofiarowanie samego siebie Bogu Ojcu. Znam bardzo wielu duchownych, którzy ubolewają, że rozmaite nałożone na nich obowiązki uniemożliwiają im optymalną organizację dnia.
Okazało się, że jest znacznie gorzej. Międlar bardzo źle wykorzystał wakacje, czas owych sankcyj. Z premedytacją łamał zakazy wypowiedzi medialnych, politykował, ekscytował się banalnym procesem, w którym nic złego mu się stać nie mogło. Słowem, gorszył. Od indywidualnej wrażliwości wiernego zależy, które zgorszenie pochodzące od duchownego uznaje za większe: czy dewianta homoseksualnego, czy rozpustnika, czy pijaka, czy butnego pyszałka. Nie rozstrzygam.
Jeszcze jedno. Jeśli jakiś niezbyt bystry chłopaczyna kończy zawodówkę elektryczną, to wie przynajmniej tyle, że nie wolno wkładać palca do kontaktu. Odnosząc tę metaforę do nieszczęsnego księdza Jacka Międlara muszę stwierdzić, że o kapłaństwie wie on jeszcze mniej niż ów hipotetyczny jełop o swoim fachu.
Od 2000 lat znamy sposoby na zmianę świata na lepszy. Po pierwsze, trzeba zacząć od siebie, a nie od innych. Po drugie, modlitwy, postu i jałmużny nigdy nie jest za wiele. Jeśli kiedyś pokonamy mafię gejowską, a nawet i "talmudystów" - cokolwiek by to miało nie znaczyć - to tylko w ten sposób.
Jedyną autentyczną wspólnotą Jezusa Chrystusa i Jego Mistycznym Ciałem był, jest i będzie Kościół katolicki.
środa, 28 września 2016
poniedziałek, 11 lipca 2016
Msza cicha, Msza śpiewana - jak to jest w Polsce ?
Na wartościowej stronie UNACUM.PL pojawiło się niedawno tłumaczenie ciekawego tekstu odnoszącego się do sytuacji amerykańskiego tradycyjnego katolicyzmu pt. Kwestia wszechobecnej Mszy cichej i rzadko odprawianej Mszy śpiewanej.
Jego analizę rozpocznę od uwagi translatorskiej. Używane w języku angielskim wyrażenie "Low Mass" tłumaczone jest na polski zamiennie: "Msza cicha" lub "Msza recytowana". Jest to niepoprawne. Synonimem do "Mszy cichej" jest pojęcie "Msza czytana", podczas gdy "Msza recytowana" - inaczej "Msza dialogowana" to potworek ruchu liturgicznego z I połowy XX wieku, charakteryzujący się tym, że ogół wiernych recytuje na głos kwestie przewidziane dla ministranta w księgach liturgicznych.
Uporządkujmy to zatem: Msza śpiewana – angielskie: High Mass, łacińskie: Missa cantata oraz Msza czytana (cicha) – angielskie: Low Msza, łacińskie: Missa lecta/ Missa secreta. Sam tekst można zaś streścić w następujących punktach:
Polska rzeczywistość jest jednak nieco odmienna. Po pierwsze, wierni zwykle nie mają wyboru między Mszą czytaną a Mszą śpiewaną. Szczerze mówiąc, nie mają żadnego wyboru. Aktualnie jest jedynie ok. 40 miejscowości (wliczając Msze postindultowe oraz kaplice FSSPX), w których jest dostępna cotygodniowa Msza tradycyjna. Wybór zatem niemal wszystkich wiernych, pomijając może mieszkańców Warszawy, Krakowa i Wrocławia oraz okolicznych miejscowości, sprowadza się do alternatywy: „iść albo nie iść”.
Ponieważ w Polsce zatraciliśmy na dziesięciolecia ciągłość celebracyj liturgii klasycznej, to mamy do czynienia raczej z naśladownictwem wzorców tradycjonalistów francuskich i niemieckich niż kontynuacją przedsoborowych zwyczajów polskich. Ubolewam nad tym, mając równocześnie świadomość, iż nie były one w pełni zgodne z rubrykami Mszałów i wytycznymi Stolicy Apostolskiej. Zwykle odprawiano u nas Mszę czytaną, podczas której, przez większość jej trwania śpiewano pieśni wyrażające prawdy wiary katolickiej. Jeśli zajrzycie do starych modlitewników czy śpiewników, znajdziecie tam dziesiątki takich propozycyj. W okresie bożonarodzeniowym śpiewano tak również kolędy. Wszystko to wyjaśnia, czemu nasze stare księgi zawierają tak długie, liczące po kilkanaście zwrotem pieśni. Praktyka Novus Ordo, ale także przywracanego rytu katolickiego niestety ich nie wykorzystuje.
Co do oprawy muzycznej polskich liturgij, to również nie jest najlepiej, choć problemy są zupełnie inne niż u Amerykanów. Nim tradycyjna liturgia zaczęła powracać do polskich kościołów, pojawiły się tu i ówdzie środowiska pasjonatów muzyki dawnej. Mam wielki szacunek dla dorobku Marcina Bornus -Szczycińskiego czy Marcelego Peresa, ale nie uważam, że ich osiągnięcia powinny dominować we współczesnej oprawie tradycyjnej liturgii katolickiej. Ponadto ich uczniowie jakże często są o lata świetle od wyżej wymienionych mistrzów, skutkiem czego wartość artystyczna imitacji muzyki dawnej bywa tu i ówdzie wysoce niezadowalająca. O ile można tolerować, by podczas Festiwalu Muzyki Dawnej w Jarosławiu liturgia była w pewnym sensie dodatkiem do muzyki, to nierzadko uczestnicząc we Mszy trydenckiej w Polsce ma się wrażenie, że to jest stan permanentny. Obserwuję u wielu polskich tradycjonalistów bardzo niepokojącą tendencję. Tak jak w liturgii posoborowej Msza bywa własnością "przewodniczącego liturgii", który staje się swoistym mistrzem ceremonii, to u nas rolę tę przejmują osoby odpowiedzialne za oprawę muzyczną. Bardzo często to one kreują liturgię, w której celebrans jest jakby dodatkiem do niszowego śpiewu. Św. Pius X potępiał tę praktykę w odniesieniu do najpiękniejszych dzieł sakralnych muzyki europejskiej, u nas podobną pozycję zdają się zajmować wielbiciele rekonstrukcyj śpiewu plebejskiego.
Poza ich niszą często jest pustka. Zauważmy, że niedzielna Msza tradycyjna jakże często może być celebrowana tylko w porze obiadowej. Jest to zatem czas nieobecności organistów, pracujących w kościołach od 7 do 13 i powracających na Mszę popołudniową.
Skutkiem tego wszystkiego jest nieobecność organów w bardzo wielu lokalizacjach z Mszą trydencką. Co za paradoks! Nowusowcy rugują je na rzecz gitar, a paleotradycjonaliści zastępują chorałem czy też raczej pseudochorałem pseudogregoriańskim. Wielokrotnie spotkałem się ze zdumieniem i rozczarowaniem wiernych, szukających na tradycyjnej Mszy piękna muzyki liturgicznej i znajdujących te dziadowskie zawodzenia i smędzenia, które powinny mieć miejsce jedynie w klasztorze klauzurowym grupującym przygłuchych fratrów. "Gdzie są organy, gdzie jest chorał gregoriański, taki jaki znamy z płyt kompaktowych?!" - pytają zdezorientowani katolicy wychodzący z Mszy trydenckiej i zbyt często nigdy na nią nie wracający.
Wiem, że w tym momencie krytykuję, być może mocno i brutalnie, ludzi poświęcających swój czas i pieniądze, którzy realizują pasję bycia kantorami i sądzą, że w ten sposób najlepiej jak potrafią służą Bogu. Apeluję jednak i do nich o pokorę, aby zastanowili się, na ile faktycznie przyczyniają się do większej chwały Bożej i zbawiania dusz.
Jakie proponowałbym rozwiązanie? By wbrew wielowiekowemu polskiemu nawykowi mierzyć zamiary na siły. By dostosowywać się do możliwości i rozwijać stopniowo, krok po kroku. Przez setki lat nie mieliśmy znamienitych tradycyj liturgicznych w terenie, poza największymi ośrodkami. Lepiej zatem rozpoczynać celebrację Mszy tradycyjnej od skromnej Mszy cichej, z dwoma ministrantami. I lepiej opłacić profesjonalnego organistę, który po krótkim przyuczeniu zagra i zaśpiewa podstawowe melodie niż snobować się na formowanie zespołu kantorów, którzy udźwigną ciężar obowiązków nakładanych nań przez Mszę śpiewaną. Nie od razu Kraków zbudowano.
Jego analizę rozpocznę od uwagi translatorskiej. Używane w języku angielskim wyrażenie "Low Mass" tłumaczone jest na polski zamiennie: "Msza cicha" lub "Msza recytowana". Jest to niepoprawne. Synonimem do "Mszy cichej" jest pojęcie "Msza czytana", podczas gdy "Msza recytowana" - inaczej "Msza dialogowana" to potworek ruchu liturgicznego z I połowy XX wieku, charakteryzujący się tym, że ogół wiernych recytuje na głos kwestie przewidziane dla ministranta w księgach liturgicznych.
Uporządkujmy to zatem: Msza śpiewana – angielskie: High Mass, łacińskie: Missa cantata oraz Msza czytana (cicha) – angielskie: Low Msza, łacińskie: Missa lecta/ Missa secreta. Sam tekst można zaś streścić w następujących punktach:
1. Uczestnicy i organizatorzy Mszy preferują celebracje Mszy cichej, która trwa krócej i wymaga mniejszych nakładów pracy od przygotowywania Mszy śpiewanej.
2. Nie podejmuje się śpiewania Mszy uroczystej z uwagi na brak kompetentnych kantorów.
3. Ludzie preferują Mszę cichą, gdyż doświadczają poprzez nią bliższego kontaktu z Bogiem.
Polska rzeczywistość jest jednak nieco odmienna. Po pierwsze, wierni zwykle nie mają wyboru między Mszą czytaną a Mszą śpiewaną. Szczerze mówiąc, nie mają żadnego wyboru. Aktualnie jest jedynie ok. 40 miejscowości (wliczając Msze postindultowe oraz kaplice FSSPX), w których jest dostępna cotygodniowa Msza tradycyjna. Wybór zatem niemal wszystkich wiernych, pomijając może mieszkańców Warszawy, Krakowa i Wrocławia oraz okolicznych miejscowości, sprowadza się do alternatywy: „iść albo nie iść”.
Ponieważ w Polsce zatraciliśmy na dziesięciolecia ciągłość celebracyj liturgii klasycznej, to mamy do czynienia raczej z naśladownictwem wzorców tradycjonalistów francuskich i niemieckich niż kontynuacją przedsoborowych zwyczajów polskich. Ubolewam nad tym, mając równocześnie świadomość, iż nie były one w pełni zgodne z rubrykami Mszałów i wytycznymi Stolicy Apostolskiej. Zwykle odprawiano u nas Mszę czytaną, podczas której, przez większość jej trwania śpiewano pieśni wyrażające prawdy wiary katolickiej. Jeśli zajrzycie do starych modlitewników czy śpiewników, znajdziecie tam dziesiątki takich propozycyj. W okresie bożonarodzeniowym śpiewano tak również kolędy. Wszystko to wyjaśnia, czemu nasze stare księgi zawierają tak długie, liczące po kilkanaście zwrotem pieśni. Praktyka Novus Ordo, ale także przywracanego rytu katolickiego niestety ich nie wykorzystuje.
Co do oprawy muzycznej polskich liturgij, to również nie jest najlepiej, choć problemy są zupełnie inne niż u Amerykanów. Nim tradycyjna liturgia zaczęła powracać do polskich kościołów, pojawiły się tu i ówdzie środowiska pasjonatów muzyki dawnej. Mam wielki szacunek dla dorobku Marcina Bornus -Szczycińskiego czy Marcelego Peresa, ale nie uważam, że ich osiągnięcia powinny dominować we współczesnej oprawie tradycyjnej liturgii katolickiej. Ponadto ich uczniowie jakże często są o lata świetle od wyżej wymienionych mistrzów, skutkiem czego wartość artystyczna imitacji muzyki dawnej bywa tu i ówdzie wysoce niezadowalająca. O ile można tolerować, by podczas Festiwalu Muzyki Dawnej w Jarosławiu liturgia była w pewnym sensie dodatkiem do muzyki, to nierzadko uczestnicząc we Mszy trydenckiej w Polsce ma się wrażenie, że to jest stan permanentny. Obserwuję u wielu polskich tradycjonalistów bardzo niepokojącą tendencję. Tak jak w liturgii posoborowej Msza bywa własnością "przewodniczącego liturgii", który staje się swoistym mistrzem ceremonii, to u nas rolę tę przejmują osoby odpowiedzialne za oprawę muzyczną. Bardzo często to one kreują liturgię, w której celebrans jest jakby dodatkiem do niszowego śpiewu. Św. Pius X potępiał tę praktykę w odniesieniu do najpiękniejszych dzieł sakralnych muzyki europejskiej, u nas podobną pozycję zdają się zajmować wielbiciele rekonstrukcyj śpiewu plebejskiego.
Poza ich niszą często jest pustka. Zauważmy, że niedzielna Msza tradycyjna jakże często może być celebrowana tylko w porze obiadowej. Jest to zatem czas nieobecności organistów, pracujących w kościołach od 7 do 13 i powracających na Mszę popołudniową.
Skutkiem tego wszystkiego jest nieobecność organów w bardzo wielu lokalizacjach z Mszą trydencką. Co za paradoks! Nowusowcy rugują je na rzecz gitar, a paleotradycjonaliści zastępują chorałem czy też raczej pseudochorałem pseudogregoriańskim. Wielokrotnie spotkałem się ze zdumieniem i rozczarowaniem wiernych, szukających na tradycyjnej Mszy piękna muzyki liturgicznej i znajdujących te dziadowskie zawodzenia i smędzenia, które powinny mieć miejsce jedynie w klasztorze klauzurowym grupującym przygłuchych fratrów. "Gdzie są organy, gdzie jest chorał gregoriański, taki jaki znamy z płyt kompaktowych?!" - pytają zdezorientowani katolicy wychodzący z Mszy trydenckiej i zbyt często nigdy na nią nie wracający.
Wiem, że w tym momencie krytykuję, być może mocno i brutalnie, ludzi poświęcających swój czas i pieniądze, którzy realizują pasję bycia kantorami i sądzą, że w ten sposób najlepiej jak potrafią służą Bogu. Apeluję jednak i do nich o pokorę, aby zastanowili się, na ile faktycznie przyczyniają się do większej chwały Bożej i zbawiania dusz.
Jakie proponowałbym rozwiązanie? By wbrew wielowiekowemu polskiemu nawykowi mierzyć zamiary na siły. By dostosowywać się do możliwości i rozwijać stopniowo, krok po kroku. Przez setki lat nie mieliśmy znamienitych tradycyj liturgicznych w terenie, poza największymi ośrodkami. Lepiej zatem rozpoczynać celebrację Mszy tradycyjnej od skromnej Mszy cichej, z dwoma ministrantami. I lepiej opłacić profesjonalnego organistę, który po krótkim przyuczeniu zagra i zaśpiewa podstawowe melodie niż snobować się na formowanie zespołu kantorów, którzy udźwigną ciężar obowiązków nakładanych nań przez Mszę śpiewaną. Nie od razu Kraków zbudowano.
środa, 8 czerwca 2016
Na marginesie kanonizacji ojca Stanisława Papczyńskiego MIC
Nie miał szczęścia Ojciec Stanisław Papczyński (+1701) w swej drodze na ołtarze. Choć zmarł w opinii świętości, to pierwsze starania co do jego beatyfikacji napotkały na poważne przeszkody polityczne, spowodowane rozbiorami I Rzeczypospolitej. Zaborcy nie byli zainteresowani upamiętnianiem wybitnych Polaków, spośród których niemal każdy przejawiał też znaczną aktywność w służbie Ojczyźnie. Taki był i Ojciec Stanisław - spowiednik i kapelan wojsk Jana Sobieskiego.
AD 1673 Papczyński założył pierwsze polskie męskie zgromadzenie zakonne - Zgromadzenie Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, którego celami są: szerzenie kultu Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej oraz nabożeństwo wstawiennicze za dusze w czyśćcu cierpiące. Wspomniane wyżej rozbiory oraz zawieruchy masońsko - rewolucyjne XIX wieku niemal doprowadziły do likwidacji zakonu: na początku dwudziestego stulecia funkcjonował już tylko jeden klasztor oo. marianów, w Mariampolu na Suwalszczyźnie, gdzie dożywali swych dni ostatni ojcowie. Poza nim znajdowało się kilku innych członków zakonu, formalnie doń przynależących, lecz niemających faktycznej łączności wspólnotowej. W tych to warunkach doszło do swoistej odnowy zakonu dokonanej przez nowo przyjętych do wspólnoty Litwinów, Jerzego Matulaitisa i Piotra Buczysa.
Brak ciągłości pomiędzy dawnymi a nowymi ojcami marianami oraz całkowita rewizja konstytucyj zakonnych sprawiły, że kongregacja nie zachowała pierwotnego ducha ojca założyciela. Również po dynamicznym wzroście liczebnym zgromadzenia w XX leciu międzywojennym nie przywrócono ani pielęgnacji nabożeństwa za dusze czyśćcowe ani tradycyjnych białych habitów (stąd rozróżnienie między pierwotnymi "białymi marianami" i współczesnymi "czarnymi marianami"). Charakter zakonu pozostał maryjny, aczkolwiek bez zdecydowanego pierwotnego rysu.
Beatyfikacja Jerzego Matulaitisa (1987) utwierdziła go na kolejne długie lata w roli najważniejszej postaci w świadomości współczesnych marianów, tak zwanego "Odnowiciela". Patrząc na niezwykle długą listę Polaków beatyfikowanych i kanonizowanych przez Jana Pawła II nie sposób nie zadać sobie pytania: czemu zabrakło na niej ojca Stanisława Papczyńskiego? Być może najlepszym wyjaśnieniem tego fenomenu będzie informacja, iż jedynym Polakiem (wywodzącym się z Polski, nie ujmuję tu Amerykanów polskiego pochodzenia) pełniącym funkcję generała zakonu za pontyfikatu Jana Pawła II był ks. Adam Boniecki.
Tymczasem ojciec Stanisław Papczyński dołączył wreszcie do grona błogosławionych w 2007 r. Dopiero w tym samym roku zakon marianów po raz pierwszy przetłumaczył na polski wszystkie zachowane pisma Założyciela. (Można się z nimi zapoznać pod tym linkiem). Czy jakikolwiek inny założyciel wspólnoty zakonnej mającej wielowiekową tradycję jest równie nieznany i nieupamiętniany przez własne zgromadzenie?!
Do dziś niewiele się zmieniło. Zauważam z bólem, że podczas franciszkowej kanonizacji niemal nieobecny był ... sam święty Stanisław, taki jakim go znamy. Marianie rozstawieni daleko po kątach, brylował wszędzie kard. Stanisław Dziwisz, mocno akcentujący pochodzenie Papczyńskiego z okolic sądecczyzny, czyli ... swoich własnych terenów.
W ostatnich latach znacząco zwiększa się zainteresowanie pierwotną duchowością mariańską. Niedawno powstała nawet niewielka wspólnota zakonna odwołująca się do dorobku "białych marianów". Wspierajmy ją swoją życzliwością, a zwłaszcza modlitwą.
Ale i na ten temat godzi się napisać kilka słów krytycznych. Do sympatyków wspomnianej grupy zaliczał się zmarły niedawno wizjoner "Adam Człowiek", przedstawiający "odnowę" dokonaną przez Matulaitisa jako jawnie bezprawną i nielegalną. Nie zaliczam się bynajmniej do grona zwolenników owej zmiany, ale przyjmuję do wiadomości fakty i argumenty podawane np. przez ks. Juliana Kałowskiego MIC w tekście pt. Ocena zarzutów przeciwko legalności odnowy zakonu marianów. Gdyby zaś ktoś chciał się zapoznać szczegółowo z historią przebiegu pierwszej próby wskrzeszenia "białych marianów" - siedleckim stowarzyszeniem stanisławitów, polecam tekst o. Józefa Mareckiego. Warto uczyć się na dawnych błędach, by ich ponownie nie popełniać.
Współcześni, czarni marianie są porządnym, zacnym zakonem, który czyni wiele dobra w Polsce i za granicami. My tradycjonaliści, możemy być mu szczególnie wdzięczni za gościnę w Licheniu, jaką okazuje Warsztatom Liturgicznym Ars Celebrandi, największemu tego typu wydarzeniu na świecie. Ufam, że święty Stanisław od Jezusa i Maryi Papczyński przyczyni się do przywrócenia Kościołowi, Polsce i samemu Zakonowi tradycyjnego charyzmatu, jaki sam mu określił. W mariańskiej rodzinie zakonnej jest z pewnością miejsce na białych marianów tradycyjnej obserwancji.
AD 1673 Papczyński założył pierwsze polskie męskie zgromadzenie zakonne - Zgromadzenie Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, którego celami są: szerzenie kultu Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej oraz nabożeństwo wstawiennicze za dusze w czyśćcu cierpiące. Wspomniane wyżej rozbiory oraz zawieruchy masońsko - rewolucyjne XIX wieku niemal doprowadziły do likwidacji zakonu: na początku dwudziestego stulecia funkcjonował już tylko jeden klasztor oo. marianów, w Mariampolu na Suwalszczyźnie, gdzie dożywali swych dni ostatni ojcowie. Poza nim znajdowało się kilku innych członków zakonu, formalnie doń przynależących, lecz niemających faktycznej łączności wspólnotowej. W tych to warunkach doszło do swoistej odnowy zakonu dokonanej przez nowo przyjętych do wspólnoty Litwinów, Jerzego Matulaitisa i Piotra Buczysa.
Brak ciągłości pomiędzy dawnymi a nowymi ojcami marianami oraz całkowita rewizja konstytucyj zakonnych sprawiły, że kongregacja nie zachowała pierwotnego ducha ojca założyciela. Również po dynamicznym wzroście liczebnym zgromadzenia w XX leciu międzywojennym nie przywrócono ani pielęgnacji nabożeństwa za dusze czyśćcowe ani tradycyjnych białych habitów (stąd rozróżnienie między pierwotnymi "białymi marianami" i współczesnymi "czarnymi marianami"). Charakter zakonu pozostał maryjny, aczkolwiek bez zdecydowanego pierwotnego rysu.
Beatyfikacja Jerzego Matulaitisa (1987) utwierdziła go na kolejne długie lata w roli najważniejszej postaci w świadomości współczesnych marianów, tak zwanego "Odnowiciela". Patrząc na niezwykle długą listę Polaków beatyfikowanych i kanonizowanych przez Jana Pawła II nie sposób nie zadać sobie pytania: czemu zabrakło na niej ojca Stanisława Papczyńskiego? Być może najlepszym wyjaśnieniem tego fenomenu będzie informacja, iż jedynym Polakiem (wywodzącym się z Polski, nie ujmuję tu Amerykanów polskiego pochodzenia) pełniącym funkcję generała zakonu za pontyfikatu Jana Pawła II był ks. Adam Boniecki.
Tymczasem ojciec Stanisław Papczyński dołączył wreszcie do grona błogosławionych w 2007 r. Dopiero w tym samym roku zakon marianów po raz pierwszy przetłumaczył na polski wszystkie zachowane pisma Założyciela. (Można się z nimi zapoznać pod tym linkiem). Czy jakikolwiek inny założyciel wspólnoty zakonnej mającej wielowiekową tradycję jest równie nieznany i nieupamiętniany przez własne zgromadzenie?!
Do dziś niewiele się zmieniło. Zauważam z bólem, że podczas franciszkowej kanonizacji niemal nieobecny był ... sam święty Stanisław, taki jakim go znamy. Marianie rozstawieni daleko po kątach, brylował wszędzie kard. Stanisław Dziwisz, mocno akcentujący pochodzenie Papczyńskiego z okolic sądecczyzny, czyli ... swoich własnych terenów.
W ostatnich latach znacząco zwiększa się zainteresowanie pierwotną duchowością mariańską. Niedawno powstała nawet niewielka wspólnota zakonna odwołująca się do dorobku "białych marianów". Wspierajmy ją swoją życzliwością, a zwłaszcza modlitwą.
Ale i na ten temat godzi się napisać kilka słów krytycznych. Do sympatyków wspomnianej grupy zaliczał się zmarły niedawno wizjoner "Adam Człowiek", przedstawiający "odnowę" dokonaną przez Matulaitisa jako jawnie bezprawną i nielegalną. Nie zaliczam się bynajmniej do grona zwolenników owej zmiany, ale przyjmuję do wiadomości fakty i argumenty podawane np. przez ks. Juliana Kałowskiego MIC w tekście pt. Ocena zarzutów przeciwko legalności odnowy zakonu marianów. Gdyby zaś ktoś chciał się zapoznać szczegółowo z historią przebiegu pierwszej próby wskrzeszenia "białych marianów" - siedleckim stowarzyszeniem stanisławitów, polecam tekst o. Józefa Mareckiego. Warto uczyć się na dawnych błędach, by ich ponownie nie popełniać.
Współcześni, czarni marianie są porządnym, zacnym zakonem, który czyni wiele dobra w Polsce i za granicami. My tradycjonaliści, możemy być mu szczególnie wdzięczni za gościnę w Licheniu, jaką okazuje Warsztatom Liturgicznym Ars Celebrandi, największemu tego typu wydarzeniu na świecie. Ufam, że święty Stanisław od Jezusa i Maryi Papczyński przyczyni się do przywrócenia Kościołowi, Polsce i samemu Zakonowi tradycyjnego charyzmatu, jaki sam mu określił. W mariańskiej rodzinie zakonnej jest z pewnością miejsce na białych marianów tradycyjnej obserwancji.
poniedziałek, 6 czerwca 2016
O pewnym tunelu i popisach artystyczno - satanistycznych
Tym razem mój wpis nie dotyczy działalności Kościoła Posoborowego. Ma jednak poważny związek z aktywnością jego "młodszych braci w wierze", czyli satanistów, masonów i ekumenistów.
1 czerwca br. pod szwajcarskimi Alpami otworzono najdłuższy i najgłębiej na świecie położony tunel kolejowy, Gotthard-Basistunnel . Otwarcie inwestycji "uświetniła" impreza kulturalno - rozrywkowa, która miała dość niecodzienny przebieg. Myślę, że uzasadnione są głosy nazywające ją jawnie satanistyczną. Obrazy mówią same za siebie i trudno je inaczej zinterpretować.
W przedstawienie zaangażowano około 600 performerów. Reżyserował je znany niemiecki reżyser Volker Hesse, a na widowni siedzieli tacy prominenci jak Aniela Merkel czy Franciszek Hollande.
Novus Ordo Mundi pokazało swe oblicze.
Dziękuję Kolegom z Forum Krzyż za informacje.
1 czerwca br. pod szwajcarskimi Alpami otworzono najdłuższy i najgłębiej na świecie położony tunel kolejowy, Gotthard-Basistunnel . Otwarcie inwestycji "uświetniła" impreza kulturalno - rozrywkowa, która miała dość niecodzienny przebieg. Myślę, że uzasadnione są głosy nazywające ją jawnie satanistyczną. Obrazy mówią same za siebie i trudno je inaczej zinterpretować.
W przedstawienie zaangażowano około 600 performerów. Reżyserował je znany niemiecki reżyser Volker Hesse, a na widowni siedzieli tacy prominenci jak Aniela Merkel czy Franciszek Hollande.
Novus Ordo Mundi pokazało swe oblicze.
Dziękuję Kolegom z Forum Krzyż za informacje.
piątek, 3 czerwca 2016
Czy jest post w dzisiejsze święto?
Aktualna dyscyplina określa brak postu na dzisiejszą Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Można się do tych norm stosować, podobnie jak do pozostałych rozwiązań zgodnych z posoborowym Kodeksem Prawa Kanonicznego z 1983 r.
Warto jednak wspomnieć, że wcześniejsze regulacje postne w przedmiotowym zakresie były inne. Tylko święta nakazane (i to poza Wielkim Postem) znosiły dyscypliny postne.
Święto NSPJ, kończące zlikwidowaną z inicjatywy Bugniniego przez Ojca Świętego Piusa XII oktawę Bożego Ciała, nie zaliczało się do katalogu świąt nakazanych, nawet i w czasach poprzedzających promulgację Kodeksu Prawa Kanonicznego AD 1917.
Przedsoborowa dyscyplina postna była, patrząc z perspektywy współczesnego człowieka, bardzo rygorystyczna. Można zachęcać wiernych, by dla wzrostu pobożności i umartwienia praktykowali jej poszczególne rozwiązania, a więc post eucharystyczny, suche dnie, wigilie czy Wielki Post.
Fatalna jest sytuacja, w której w Kościele łacińskim są dwa różne zbiory prawa kanonicznego, różne kalendarze liturgiczne i różne okresy liturgiczne. W dodatku dominujący z tych systemów jest bardzo mocno sprotestantyzowany. Nie ma dobrych rozwiązań ani optymistycznych widoków na przyszłość. Obserwacja pokazuje, iż "reforma reformy" zainicjowana przez Ojca Świętego Benedykta XVI poniosła na każdym swym froncie fiasko. Posoborowie nie reformuje się, nie widać w nim żadnych oznak poprawy. Z drugiej strony, przedśmiertelne podrygi tego układu będą jeszcze długo trwały.
Może jednak warto odmówić sobie dziś steka i kawałka kiełbasy w intencji rozwiązania problemu związanego z opisanym tu chaosem? Zachęcam!
Warto jednak wspomnieć, że wcześniejsze regulacje postne w przedmiotowym zakresie były inne. Tylko święta nakazane (i to poza Wielkim Postem) znosiły dyscypliny postne.
Święto NSPJ, kończące zlikwidowaną z inicjatywy Bugniniego przez Ojca Świętego Piusa XII oktawę Bożego Ciała, nie zaliczało się do katalogu świąt nakazanych, nawet i w czasach poprzedzających promulgację Kodeksu Prawa Kanonicznego AD 1917.
Przedsoborowa dyscyplina postna była, patrząc z perspektywy współczesnego człowieka, bardzo rygorystyczna. Można zachęcać wiernych, by dla wzrostu pobożności i umartwienia praktykowali jej poszczególne rozwiązania, a więc post eucharystyczny, suche dnie, wigilie czy Wielki Post.
Fatalna jest sytuacja, w której w Kościele łacińskim są dwa różne zbiory prawa kanonicznego, różne kalendarze liturgiczne i różne okresy liturgiczne. W dodatku dominujący z tych systemów jest bardzo mocno sprotestantyzowany. Nie ma dobrych rozwiązań ani optymistycznych widoków na przyszłość. Obserwacja pokazuje, iż "reforma reformy" zainicjowana przez Ojca Świętego Benedykta XVI poniosła na każdym swym froncie fiasko. Posoborowie nie reformuje się, nie widać w nim żadnych oznak poprawy. Z drugiej strony, przedśmiertelne podrygi tego układu będą jeszcze długo trwały.
Może jednak warto odmówić sobie dziś steka i kawałka kiełbasy w intencji rozwiązania problemu związanego z opisanym tu chaosem? Zachęcam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
