Na ekrany kin wchodzi nowy film "Małgośki" Szumowskiej. Ponieważ obraz zbiera nagrody, jest głośny, modny, obecny w mediach, etcetera, to i ja o nim słówko napiszę. Dzieło zatytułowane "W imię" już na wstępie odbiera premię, bo za głównego bohatera ma kapłana homoseksualistę. Ten fakt sam w sobie powoduje, że jedni ów film promują, a drudzy - wręcz przeciwnie.
Druga z wymienionych recenzji jest wręcz nadkompletna, bowiem streszcza całe dziełko. Z jednej strony można uznać ją za wystarczającą, bo informacja o scenie przedstawiającej kopulujących facetów dostatecznie zniechęca do wytworu pani Małgośki & co. Z drugiej strony, podejście do homoseksualizmu (zwłaszcza wśród duchowieństwa) i popkultury zaprezentowane przez recenzenta "Polonia Christiana 24" pozostawia nas bezbronnymi względem tych zagadnień. Pozostaje w świadomości społecznej jedna narracja na ten temat - właśnie taka jak w "GW" i w filmie "W imię". Nawet jeśli deklarowanie pociągu do własnej płci jest teraz częstsze, bo modne, to stłuczenie termometru nie spowoduje, że gorączka minie. Tymczasem problem homoseksualizmu oraz jego specyficznej odmiany, pedofilji w duchowieństwie polskiem istnieje. Głośna sprawa byłego nuncjusza apostolskiego na Dominikanie Józefa Wesołowskiego jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Zdziwilibyśmy się wszyscy, jak potężna jest podstawa tejże góry ...
Ponieważ filmu nie widziałem i żadną miarą nie zachęcam Państwa do zainwestowania weń dwu godzin i kilkudziesięciu złotych, chciałbym ostrożnie nachylić się nad twórcami omawianego dzieła. Zaobserwowałem tu bowiem ciekawe zależności, rzadkie nawet jak na branżę "rozrywkową". Scenarzystami są Małgorzata Szumowska i Michał Englert a główne role grają: Andrzej Chyra, Mateusz Kościukiewicz i Maja Ostaszewska. Pomijając Chyrę pozostałych można traktować jako jedną wielką rodzinę. Pierwszym mężem Szumowskiej był Englert, a aktualnym jest Kościukiewicz. W międzyczasie "tfurczyni" dorobiła się też potomka z montażystą Jackiem Drosią. Z kolei aktualną konkubentką Englerta jest Ostaszewska. Dodajmy jeszcze, iż zarówno Szumowska jak i Englert pochodzą z rodzin mocno umocowanych w branży filmowej, co zapewne ma niebagatelne znaczenie dla zdolności do pozyskiwania funduszy na film, także z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Nie sprawdzamy, czy ów nepotyzm przekłada się na walory artystyczne, ale można sobie poczytać, co widzowie sądzą o grającym tu z poświęceniem Kościukiewiczu.
Współcześni twórcy jakże często głoszą, iż nie da się uciec od swoich pragnień i należy dać im dojść do głosu. W ten właśnie sposób promowany jest przez nich - jako coś normalnego - homoseksualizm. Nie dają jednak żadnej recepty, które skrywane pragnienia należy ujawniać i realizować. Czy wszystkie ? Gdyby tak było, należałoby tolerować każde zachowanie, także pedofilskie, rasistowskie czy antysemickie. Równocześnie takie podejście do natury człowieka należałoby określić mianem antychrześcijańskiego. Kościół bowiem głosi, iż natura człowieka jest zraniona przez grzech. Definiuje złe czyny i zachęca do walki z nimi. Daje środki ku temu oraz obiecuje nagrodę. A co pozytywnego mogą zaoferować światu antychrześcijanie ?
wtorek, 24 września 2013
czwartek, 19 września 2013
Ponownie udostępniamy dzieło xiędza Nojszewskiego
Jakiś czas temu znikła z sieci strona internetowa, na której zamieszczono elektroniczną wersję Liturgji rzymskiej xiędza Antoniego Nojszewskiego. Być może ten liczący sobie 100 lat wykład nie ujmuje wszystkich ustaleń historyków liturgji katolickiej, ale dzieło wciąż ujmuje swoją przejrzystością i prostotą.
Na portalu Nowego Ruchu Liturgicznego rekomendowano je w następujący sposób:
Nie jestem orłem w dziedzinie projektów internetowych, ale potrafiłem przejrzeć zgromadzone na dysku skany, włączyć je do jednego archiwum plików i wrzucić na darmowy serwer. Teraz każdy może sobie ściągnąć "Liturgję rzymską" x. Nojszewskiego, która jest dostępna TUTAJ.
Byłoby mi bardzo miło, gdyby ktoś z Państwa udostępnił tę książkę zainteresowanym w jeszcze dogodniejszy sposób.
AKTUALIZACJA:
Pojawiły się pliki pdf zawierające treść książki x. Nojszewskiego: LINK1 oraz LINK2
Dziękuję :)
Na portalu Nowego Ruchu Liturgicznego rekomendowano je w następujący sposób:
Pod adresem: liturgiaxnojszewski.harbuz.pl dostępna jest (w formie elektronicznej) książka "Liturgia rzymska" x. kan. Antoniego Nojszewskiego, profesora liturgii w lubelskim seminarium duchownym. Stanowi ona niezwykle bogate źródło wiedzy o liturgii Kościoła. O dziele tym tak wypowiadał się biskup Niedziałkowski: "Styl jest piękny, zupełnie odpowiedni do wzniosłej treści, którą traktuje. Cechują go głównie prostota i słodycz, chociaż się spotyka ustępy prawdziwie wspaniałe. Autor szczęśliwy ma dar opanowywania uwagi. Czytając jego książkę, doznaje się dziwnego zaciekawienia, które - w miarę czytania - coraz bardziej wzrasta i nie opuszcza czytelnika aż do końca. [...]. Radzę też duchownym i świeckim katolikom by korzystali z pracy ks. Nojszewskiego, w której on zebrał słodycz z najlepszych liturgicznych pisarzy dawnych i współczesnych".
Nie jestem orłem w dziedzinie projektów internetowych, ale potrafiłem przejrzeć zgromadzone na dysku skany, włączyć je do jednego archiwum plików i wrzucić na darmowy serwer. Teraz każdy może sobie ściągnąć "Liturgję rzymską" x. Nojszewskiego, która jest dostępna TUTAJ.
Byłoby mi bardzo miło, gdyby ktoś z Państwa udostępnił tę książkę zainteresowanym w jeszcze dogodniejszy sposób.
AKTUALIZACJA:
Pojawiły się pliki pdf zawierające treść książki x. Nojszewskiego: LINK1 oraz LINK2
Dziękuję :)
poniedziałek, 16 września 2013
Powściągliwość zalecam ....
Od ponad dwu i pół roku słyszymy w internecie pogłoski o chęci utworzenia polskiego, tradycyjnego instytutu kapłańskiego. Pomysł jest oczywiście trafny, inicjatywa zbożna, ale obawiam się, że wiele wody upłynie w Odrze i Zbruczu nim idea ta się zmaterjalizuje.
Wczoraj sporo tradycjonalistycznych stron błyskawicznie udostępniło nowe doniesienia w tej sprawie, jakie pojawiły się na forum krzyż. Wskazywałyby one na znaczne zaawansowanie w realizacji projektu.
(Dodajmy dla porządku, iż inicjatorem powołania bractwa jest łódzki kapłan, ks. Marek Kaczmarek, który pełni funkcję duszpasterza środowiska Tradycji łacińskiej w Łodzi).
Oddajmy głos internaucie o nicku Szturmowiec:
Nowe informacje w sprawie są następujące:
1. projekt konstytucji zgromadzenia trafił w ręce ks. kard. Hoyosa, byłego przewodniczącego Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, który aktualnie studiuje go celem naniesienia ewentualnych poprawek,
2. ks. Kardynał zamierza następnie przedłożyć dokument Ojcu Świętemu,
3. istnieje zatem szansa, że Ojciec Święty podpisze go, powołując tym samym polskie tradycyjne bractwo kapłańskie na prawie papieskim! (..) (..)
Ponadto,
1. cała sprawa znajduje się pod swoistym patronatem pewnego rzymskiego prałata -- przyjaciela ks. kard. Hoyosa -- który pilotuje ją na Wzgórzu Watykańskim,
2. środowisko Tradycji łacińskiej w Łodzi, na czele z ks. Kaczmarkiem, otrzymało ustne błogosławieństwo od ks. Kardynała,
3. w pierwszą niedzielę października, a zatem w wigilię Matki Bożej Różańcowej, łódzkie środowisko tradycyjne będzie przeżywać piątą rocznicę rozpoczęcia przez ks. Kaczmarka regularnego celebrowania Mszy św. w klasycznym rycie rzymskim -- obchody te uświetni obecność na ołtarzu relikwii św. Pawła Apostoła oraz św. Piusa X, papieża i wyznawcy, które w ostatnim czasie zostały podarowane ks. Kaczmarkowi.
Tyle pan Szturmowiec. Na ekranie komputera wygląda to całkiem nieźle, ale dla tak zwanych "insajderów" nius ma strukturę znaną ogółowi Polaków z wiadomości przekazywanych niegdyś przez Radio Erewań. Z pewnych przyczyn nie będę dekomponował całej tej historji na czynniki pierwsze, ale należy mieć rezerwę do koncepcji, która była już bez sukcesu prezentowana w Polsce jako stowarzyszenie życia apostolskiego na prawie diecezjalnem. Czy może udać się załatwić sprawę „wyżej”, skoro nie udało się „niżej” ? Czemu instytut z założenia birytualny miałby zatwierdzić u Ojca Świętego i zainstalować przy komisji Ecclesia Dei poza jakimikolwiek procedurami emerytowany kardynał? Dokąd instytut miałby być skierowany ?
Dodajmy, że za inicjatywą nie stoi do dziś żadna zwarta terytorialnie struktura nieformalna, dysponująca choćby kilkoma kapłanami i prowadząca już regularną pracę duszpasterską w wypracowywanym przez siebie charyzmacie. Mamy do czynienia z tzw. pobożnymi życzeniami.
Marzenia są rzeczą piękną i niezbędną każdemu człowiekowi. Ale marzyciel nie osiągnie swego celu, jeśli nie będzie dobrym organizatorem, praktykiem i pragmatykiem. Osiąganie marzeń opiera się o pracę, nie tylko o samą modlitwę.
Struktury powinny rozwijać się organicznie. Niech więc środowisko łódzkie i jego duszpasterz najpierw obudzą się z letargu, jakim jest pięć lat jednej na tydzień tradycyjnej Mszy w niemal milionowem mieście, celebrowanej przez jednego, tego samego kapłana dla niewzrastającej specjalnie grupy wiernych.
Wczoraj sporo tradycjonalistycznych stron błyskawicznie udostępniło nowe doniesienia w tej sprawie, jakie pojawiły się na forum krzyż. Wskazywałyby one na znaczne zaawansowanie w realizacji projektu.
(Dodajmy dla porządku, iż inicjatorem powołania bractwa jest łódzki kapłan, ks. Marek Kaczmarek, który pełni funkcję duszpasterza środowiska Tradycji łacińskiej w Łodzi).
Oddajmy głos internaucie o nicku Szturmowiec:
Nowe informacje w sprawie są następujące:
1. projekt konstytucji zgromadzenia trafił w ręce ks. kard. Hoyosa, byłego przewodniczącego Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, który aktualnie studiuje go celem naniesienia ewentualnych poprawek,
2. ks. Kardynał zamierza następnie przedłożyć dokument Ojcu Świętemu,
3. istnieje zatem szansa, że Ojciec Święty podpisze go, powołując tym samym polskie tradycyjne bractwo kapłańskie na prawie papieskim! (..) (..)
Ponadto,
1. cała sprawa znajduje się pod swoistym patronatem pewnego rzymskiego prałata -- przyjaciela ks. kard. Hoyosa -- który pilotuje ją na Wzgórzu Watykańskim,
2. środowisko Tradycji łacińskiej w Łodzi, na czele z ks. Kaczmarkiem, otrzymało ustne błogosławieństwo od ks. Kardynała,
3. w pierwszą niedzielę października, a zatem w wigilię Matki Bożej Różańcowej, łódzkie środowisko tradycyjne będzie przeżywać piątą rocznicę rozpoczęcia przez ks. Kaczmarka regularnego celebrowania Mszy św. w klasycznym rycie rzymskim -- obchody te uświetni obecność na ołtarzu relikwii św. Pawła Apostoła oraz św. Piusa X, papieża i wyznawcy, które w ostatnim czasie zostały podarowane ks. Kaczmarkowi.
Tyle pan Szturmowiec. Na ekranie komputera wygląda to całkiem nieźle, ale dla tak zwanych "insajderów" nius ma strukturę znaną ogółowi Polaków z wiadomości przekazywanych niegdyś przez Radio Erewań. Z pewnych przyczyn nie będę dekomponował całej tej historji na czynniki pierwsze, ale należy mieć rezerwę do koncepcji, która była już bez sukcesu prezentowana w Polsce jako stowarzyszenie życia apostolskiego na prawie diecezjalnem. Czy może udać się załatwić sprawę „wyżej”, skoro nie udało się „niżej” ? Czemu instytut z założenia birytualny miałby zatwierdzić u Ojca Świętego i zainstalować przy komisji Ecclesia Dei poza jakimikolwiek procedurami emerytowany kardynał? Dokąd instytut miałby być skierowany ?
Dodajmy, że za inicjatywą nie stoi do dziś żadna zwarta terytorialnie struktura nieformalna, dysponująca choćby kilkoma kapłanami i prowadząca już regularną pracę duszpasterską w wypracowywanym przez siebie charyzmacie. Mamy do czynienia z tzw. pobożnymi życzeniami.
Marzenia są rzeczą piękną i niezbędną każdemu człowiekowi. Ale marzyciel nie osiągnie swego celu, jeśli nie będzie dobrym organizatorem, praktykiem i pragmatykiem. Osiąganie marzeń opiera się o pracę, nie tylko o samą modlitwę.
Struktury powinny rozwijać się organicznie. Niech więc środowisko łódzkie i jego duszpasterz najpierw obudzą się z letargu, jakim jest pięć lat jednej na tydzień tradycyjnej Mszy w niemal milionowem mieście, celebrowanej przez jednego, tego samego kapłana dla niewzrastającej specjalnie grupy wiernych.
czwartek, 5 września 2013
Przypadki Jacka Stasiaka, biznesmena i księdza
Tego lata nie mamy w Polsce szczególnych problemów ani z osami ani z komarami. Wysypało natomiast buntującymi się duchownymi, aspirującymi do miana medialnych celebrytów. Oto obok Wojciecha Lemańskiego i Krzysztofa Mądela TJ gwiazdorzy sobie w najlepsze podłódzki człowiek interesu Jacek Stasiak.
Ów przedsiębiorczy mężczyzna już od dekady prowadzi fundację pn. "Ekumeniczne Centrum Dialogu Religii i Kultur" , którą założył wespół z pastorem luterańskim Mieczysławem Cieślarem. Fundacja ta najprzód przejęła od ewangelików augsburgskich kościół w Aleksandrowie Łódzkim ("kościół św. Stanisława Kostki"), by remontować i użytkować go, a potem rozwinęła swe skrzydła na niwach edukacyjnej, czytelniczej, tudzież gastronomicznej. Sukcesy te nie wynikają wyłącznie z talentów Stasiaka, lecz są również pochodną jego sojuszu z władzami Aleksandrowa, jednymi z najhojniejszych sponsorów restauracji poluterańskiej świątyni.
W czasach, gdy metropolitą łódzkim był abp Władysław Ziółek, sprawę podległości Jacka Stasiaka (być może zapomniałem napisać, że jest on również księdzem rzymskokatolickim) odpowiednim władzom i strukturom kościelnym udawało się odsuwać na dalszy plan. Zapewne bohater naszej opowieści stawiał komu trzeba flaszkę i pod jej wpływem przymykało się czujne oko zwierzchności, umożliwiając panu księdzu dalsze prace biznesowo - duszpasterskie. Zakazy i ostrzeżenia względem jego działalności pojawiały się i znikały. Jednak coś się musiało w łódzkiej kurji zmienić wraz z nastaniem nowego gospodarza, JE abp. Marka Jędraszewskiego: ponownie zakazano Stasiakowi odprawiania Mszy u św. Stanisława Kostki oraz (sic!) ... zbierania na tacę, a gdy się ostatecznie nie podporządkował woli ordynarjusza, ten nałożył nań suspensę.
Przyzwyczailiśmy się wszyscy, iż massmedia krytykują stereotyp księdza - bogatego grubasa jeżdzącego mercedesem, zblatowanego z władzuchną i troszczącego się głównie o kasę. Tyle, że jeśli mają przed oczyma niemal idealną personifikację swoich uprzedzeń, to dziwnie nie zauważają tych przywar, stają się wręcz stronnikami ich posesjonata. Ślepota dotyka najtęższe głowy dziennikarstwa polskojęzycznego - samego Tomasza Lisa i Gazetę Wyborczą. Jest też dla nas niezłym barometrem: skoro oni kogoś czy coś popierają, to my spokojnie możemy ustawiać się na kontrze do danego zjawiska. Dopiero po paru tygodniach podłódzkich awantur ocykają się coponiektórzy redaktorzy przewodnich mediów narodu i w tym stanie pomiędzy snem a jawą dostrzegają, iż nazbyt łatwo kreują bohaterów: "Odnoszę wrażenie, że dla mediów wystarczy dziś wejść w konflikt z biskupem i ostro go atakować, by stać się bohaterem" - mówi do GW ks. Andrzej Luter.
Zaś dla nas, tradycyjnych katolików, sprawa pozostaje łatwa do oceny. Duchowny nie powinien zajmować się przedewszystkiem sprawami materjalnemi. Jeśli przez lata bez zgód wymaganych przez prawo kanoniczne prowadził działalność gospodarczą, to nic nie usprawiedliwia uchybień ze strony jego i ordynarjusza: porządek prawny powinien zostać przywrócony. Ksiądz Arcybiskup Jędraszewski słusznie czyni, że konsekwentnie pokazuje Jackowi Stasiakowi dwie alternatywy: albo będziesz kapłanem podlegającym takim prawom jak pozostali księża albo zostaniesz wydalony ze stanu duchownego. Podtrzymywanie prowizorek nie służy w szczególności zdezorientowanym katolikom z Aleksandrowa Łódzkiego. On sam być może dąży do drugiego z rozwiązań, bowiem straszy biskupa sądem świeckim. Zobaczymy, jak sobie poradzi, gdy za jakiś czas zmienią się władze miejskie i zakręcą kurek z pieniędzmi ...
Ów przedsiębiorczy mężczyzna już od dekady prowadzi fundację pn. "Ekumeniczne Centrum Dialogu Religii i Kultur" , którą założył wespół z pastorem luterańskim Mieczysławem Cieślarem. Fundacja ta najprzód przejęła od ewangelików augsburgskich kościół w Aleksandrowie Łódzkim ("kościół św. Stanisława Kostki"), by remontować i użytkować go, a potem rozwinęła swe skrzydła na niwach edukacyjnej, czytelniczej, tudzież gastronomicznej. Sukcesy te nie wynikają wyłącznie z talentów Stasiaka, lecz są również pochodną jego sojuszu z władzami Aleksandrowa, jednymi z najhojniejszych sponsorów restauracji poluterańskiej świątyni.
W czasach, gdy metropolitą łódzkim był abp Władysław Ziółek, sprawę podległości Jacka Stasiaka (być może zapomniałem napisać, że jest on również księdzem rzymskokatolickim) odpowiednim władzom i strukturom kościelnym udawało się odsuwać na dalszy plan. Zapewne bohater naszej opowieści stawiał komu trzeba flaszkę i pod jej wpływem przymykało się czujne oko zwierzchności, umożliwiając panu księdzu dalsze prace biznesowo - duszpasterskie. Zakazy i ostrzeżenia względem jego działalności pojawiały się i znikały. Jednak coś się musiało w łódzkiej kurji zmienić wraz z nastaniem nowego gospodarza, JE abp. Marka Jędraszewskiego: ponownie zakazano Stasiakowi odprawiania Mszy u św. Stanisława Kostki oraz (sic!) ... zbierania na tacę, a gdy się ostatecznie nie podporządkował woli ordynarjusza, ten nałożył nań suspensę.
Przyzwyczailiśmy się wszyscy, iż massmedia krytykują stereotyp księdza - bogatego grubasa jeżdzącego mercedesem, zblatowanego z władzuchną i troszczącego się głównie o kasę. Tyle, że jeśli mają przed oczyma niemal idealną personifikację swoich uprzedzeń, to dziwnie nie zauważają tych przywar, stają się wręcz stronnikami ich posesjonata. Ślepota dotyka najtęższe głowy dziennikarstwa polskojęzycznego - samego Tomasza Lisa i Gazetę Wyborczą. Jest też dla nas niezłym barometrem: skoro oni kogoś czy coś popierają, to my spokojnie możemy ustawiać się na kontrze do danego zjawiska. Dopiero po paru tygodniach podłódzkich awantur ocykają się coponiektórzy redaktorzy przewodnich mediów narodu i w tym stanie pomiędzy snem a jawą dostrzegają, iż nazbyt łatwo kreują bohaterów: "Odnoszę wrażenie, że dla mediów wystarczy dziś wejść w konflikt z biskupem i ostro go atakować, by stać się bohaterem" - mówi do GW ks. Andrzej Luter.
Zaś dla nas, tradycyjnych katolików, sprawa pozostaje łatwa do oceny. Duchowny nie powinien zajmować się przedewszystkiem sprawami materjalnemi. Jeśli przez lata bez zgód wymaganych przez prawo kanoniczne prowadził działalność gospodarczą, to nic nie usprawiedliwia uchybień ze strony jego i ordynarjusza: porządek prawny powinien zostać przywrócony. Ksiądz Arcybiskup Jędraszewski słusznie czyni, że konsekwentnie pokazuje Jackowi Stasiakowi dwie alternatywy: albo będziesz kapłanem podlegającym takim prawom jak pozostali księża albo zostaniesz wydalony ze stanu duchownego. Podtrzymywanie prowizorek nie służy w szczególności zdezorientowanym katolikom z Aleksandrowa Łódzkiego. On sam być może dąży do drugiego z rozwiązań, bowiem straszy biskupa sądem świeckim. Zobaczymy, jak sobie poradzi, gdy za jakiś czas zmienią się władze miejskie i zakręcą kurek z pieniędzmi ...
sobota, 17 sierpnia 2013
Ciemna strona "Religii rocka"
W związku z awanturą z opracowaniami x. Przemysława Sawy na temat zagrożeń duchowych, zawierających miedzy innemi listę zespołów satanistycznych temat ten ponownie stał się modny. Portal "Fronda" zamieścił wywiad z dr. Sławomirem Hawryszczukiem, autorem książki pt. „Religia rocka”. Rozmowę przeczytałem z zainteresowaniem, mając nieco zastrzeżeń do podejścia zaprezentowanego przez Autora np. względem umieszczania w piosenkach przekazów możliwych do usłyszenia jedynie przy wstecznym odtworzeniu nagrania i postarałem się o "Religię rocka". Na jej okładce krótka notatka: Sławomir Hawryszczuk – z wykształcenia filozof i teolog, kompozytor, poeta …. Słowem, człowiek renesansu.
Hmmmm … Obawiam się ludzi nazbyt wszechstronnych. Niestety, często od interdyscyplinarności do dyletanctwa jest tylko jeden krok. Są dziedziny, w których oczytanie, a wiec zapoznanie się z wieloma opracowaniami, nigdy nie da takiej wiedzy jak analiza źródeł. Mam tu na myśli znajomość tematu na poziomie ogólnym; nie na szczegółowym, na którym trzeba pracować na źródłach.
Książkę zdobi podtytuł "ciemna strona muzyki rozrywkowej", a wszystko to jest opisywane na niemal 250 stronach. Hawryszczuk ma ambicję, by naświetlać dość gruntownie opisywane tematy, dlatego rozpoczyna dziełko od przebieżki po całej historji muzyki, począwszy od Mezopotamji, poprzez muzykę średniowiecza, aż po czasy współczesne. Analogicznie jest z kolejnemi rozdziałami. Te wprowadzenia są takie sobie: ignorantowi nie rozjaśnią w głowie z uwagi na szereg nic mu nie mówiących nazwisk, terminów i hermetyczny język, a osoba przynajmniej „średnio zaawansowana” będzie znała z innych źródeł lepsze wyjaśnienia problemów. Niestety też od samego początku mieszają się w książce tezy z faktami a prawda z fałszem. Autor pisze wszystko, co wie, ale nie wie wszystkiego, co pisze.
Rozdział 1 - Początki przemysłu muzyki rozrywkowej - zawiera streszczenie dokumentów masońskich z wieków XVIII i XIX, wytycznych Kominternu sprzed II wojny światowej, wszystkich postulujących dokonanie przewrotu kulturowego oraz opis egzorcyzmu dokonanego AD 1950 przez kalifornijskiego ... pastora, podczas którego zły duch miał zapowiedzieć, że diabły zawładną młodzieżą Ameryki. Niestety, w tym samym rozdziale wydaje się, że diabły kierują też Hawryszczukiem, bo ów wymienia jako prekursorów hard rocka zespół The Beatles, zaś wśród pierwszej fali tej muzyki wskazuje niejakiego Petera Townhauda z grupy The Moods. Ani piszący tę recenzję ani google nie znają ani takiej grupy ani tego muzyka, występuje on jedynie w polskojęzycznych opracowaniach rozmaitych Sawów i Hawryszczuków, którym zapewne chodzi o muzyka The Who Pete'a Townsenda, biseksualistę, komunistę i propagatora rozmaitych "mądrości" dalekowschodnich.
Rozdział 2 traktuje o zachowaniach gwiazd muzyki rozrywkowej. Ot, taka kompilacja skandali, jaką można przeczytać na jakimś internetowym "pudelku". Nie czuję się szczególnym ekspertem od tej części książki i przeczytałem ją dość pobieżnie. Ale jeśli Autor pisze, że muzycy z grupy Kiss "na koncertach dawali cyrkowe popisy seksualne", to chyba nadmiernie zaufał jakimś protestanckim fantastom z USA lub coś niedokładnie przetłumaczył z angielskiego na polski. Na innych stronach książki pada proste wytłumaczenie, czemu "artyści" tak lubią skandalizować: bo to zapewnia im rozgłos. A czemu lubimy czytać o wynaturzeniach i grzechach ?! Czy to nie bardziej naturalne wytłumaczenie problemu niż notoryczne poszukiwanie masonów, iluminatów i tym podobnych ?
Jakieś 10 spośród 40 stron Rozdziału 3 - Okultyzm, magia, satanizm - ukryte oblicze rocka jest poświęconych powiązaniom masońskim kompozytorów klasycznych - Mozarta, Sibeliusa, Beethovena, Legrosa, Liszta, Verdiego i innych. Dowiadujemy się, że "współcześni kompozytorzy związani z kołami iluminatów to między innymi Szwed Jens Johansson i Fin Joonas Kokkonen. Obaj w 1984 roku uczestniczyli w koncercie zorganizowanym na 60-lecie Wielkiej Loży Finlandii". Ciekawe, czy Autor ma świadomość, że drugi z wymienionych był onego czasu jednym z czołowych fińskich kompozytorów, kimś o randze Pendereckiego czy Góreckiego w Polsce, a pierwszy z wymienionych - dwudziestolatkiem, który w zasadzie nie rozpoczął wówczas jeszcze kariery najsłynniejszego klawiszowca na scenach heavy metalowych ? Zapewne nie, po prostu przepisał skądś oba te nazwiska i zrobił z Jensa wiodącego skandynawskiego kompozytora.
Polscy masoni w muzyce to m.in. Karol Kurpiński, Michał Kleofas Ogiński i być może także Chopin. Po wymienieniu tych nazwisk pędzimy dalej, czytając o sataniźmie, Aleisterze Crowley'u i Antonie La Vey'u.
Dla Autora może to być najważniejszy rozdział, skoro główną tezą jego dzieła jest, iż przemysł związany ze współczesną muzyką rozrywkową, a zwłaszcza rockową, może być skonstruowany celowo, aby osiągnąć demoralizację człowieka Zachodu. Myślę, że teza ta jest mocno przesadzona i nieprecyzyjna. W XXI wieku dobitnie widać, iż system demokratyczny krajów cywilizacji zachodniej stanowi spreparowaną fasadę, za którą kryją się faktycznie rządzący. Kręgom tym może zależeć, aby sterowane masy były niewykształcone i niemoralne, bo takimi ludźmi się łatwiej steruje. Równocześnie, rola „autorytetów moralnych”, a więc aktorów, muzyków i literatów legitymizujących ten układ jest nie do przecenienia, a rewersem tej umowy jest dyktatura „praw autorskich” uprzywilejowująca przedstawicieli i reprezentantów wyżej wymienionych zawodów. Można też sądzić, że wielu ludzi, być może więcej niż we wcześniejszych stuleciach, podpisuje pakt z diabłem w celu osiągnięcia korzyści doczesnych. Nie lekceważę zatem zjawisk opisanych przez Hawryszczuka, lecz chciałbym nadać im właściwą proporcję, istotnie różną od przedstawianej tu karykatury. Muzyka rockowa nigdy nie była, nie jest i nie będzie głównem złem tego świata.
Analizy dra Hawryszczuka rozpoczynają się od czegoś, co budzi grozę – opisu płyty Beatlesów z 1968 r. pt. … Devil's White Album. Grozę budzi w szczególności skrajna niekompetencja Autora, który powtarza tę nazwę na str. 91 i 92. Dla niezorientowanych: odnośna płyta ma tytuł „The Beatles” i najczęściej mówi się o niej jako o „White Album”, „Białej Płycie”, z uwagi na kolor okładki. Dodanie do niej jeszcze diabła to jak zacytowanie nonsensopedii w pracy doktorskiej. Nie potrzeba wiele wysiłku w czasach google, by cytat z wypowiedzi Lennona (Chrześcijaństwo zniknie straci swą moc, rozpadnie się. Nie muszę się nad tym zastanawiać. Mam słuszność i historia przyzna to. Już teraz jesteśmy bardziej popularni niż Jezus Chrystus. Zastanawiam się, kto zniknie pierwszy, Rock and roll czy chrześcijaństwo. ) poprawnie zlokalizować w czasie, tj. datować go na 4 marca 1966, a nie rok 1968, jak czyni Hawryszczuk.
Reszta rozdziału to ponowne jedno-, dwuzdaniowe przeskakiwanie z zespołu na zespół, z nurtu na nurt, by pokazać, jak wiele współczesnych teledysków, piosenek etc. jest nasyconych symboliką masońską, okultystyczną, satanistyczną. Wszystko to bez ładu i składu, bo raz pisze w miarę z sensem o współczesnym blackmetalowcu Nergalu, choć na stronie wcześniejszej (s. 94) palnął: „Członkowie hardrockowego zespołu Deep Purple podczas koncertów demonstrowali przenoszenie przedmiotów siłą myśli”. Przeczytałem w życiu wiele bzdur na temat muzyki rockowej, ale ta jest chyba największa.
Oczywiście krytyka Nergala i jego Behemotha powinna być znacznie bardziej pogłębiona, ale na to nie stać Hawryszczuka. Dla niego wszystkie współczesne nurty muzyczne zdają się być równie złe, przez co nie pisze tego, co w tym rozdziale powinien był zawrzeć. Choćby o fascynacjach okultystycznych lidera Theriona, skądinąd znakomitego kompozytora Christofera Johnssona, który korzysta z tekstów pisanych m.in. w języku enochiańskim przez Thomasa Karlssona i uczestniczy w kierowanym przezeń zakonie Dragon Rouge. Organizacja ta jest ponoć najdynamiczniej rozwijającym się stowarzyszeniem praktyków czarnej magji w Europie Środkowej i Północnej i mówi się, iż właśnie do niej należy m.in. „jasełkowy satanista” „jasełkowego księdza” Adama Bonieckiego.
Zostawiamy znaną tylko naszemu Autorowi organizację „Garry Funkell”, która rzekomo „obrała sobie za cel promowanie artystów, których twórczość była nasycona ideologią okultyzmu i wątkami satanistycznymi” i pomniejsze bzdury i kierujemy się do Rozdziału 4 – Backward Masking Process w muzyce rozrywkowej. Chodzi tu o umieszczanie w nagraniach wmiksowanych przesłań, które słychać jedynie wtedy, gdy się puści taśmę w przeciwnym kierunku. Domniemania te były bardzo częste jakieś 30 lat temu, gdy nie było łatwo odtworzyć nagrania od tyłu. Dziś każdy może to zrobić z plikiem muzycznym, używając oprogramowania umieszczonego w komputerze osobistym klasy PC. U autorów plagiatujących lub bezmyślnie przepisujących prace fundamentalistów protestanckich „badających” podówczas rocka do tematu tego wciąż przywiązuje się niesamowitą wagę, w ogóle nie zastanawiając się, czemu proceder ten miał występować od lat 60-tych po 80-te XX wieku. W pułapkę tę wpadł również Sławomir Hawryszczuk.
Wmiksowywanie jakichś nieczytelnych „od przodu” treści do nagrań jest dostrzegalne. Równocześnie mnóstwo treści antychrześcijańskich czy demoralizujących prezentowanych jest jawnie, stając się nawet przyczyną czyjejś sławy. Po cóż więc, na skalę wręcz masową, mieliby producenci nagrań stosować backward masking ? Większość przykładów w omawianym zakresie, prezentowanych przez Hawryszczuka, które miałem okazję odsłuchać w internecie, wydaje się być przynajmniej naciąganych.
Znaczna część tego rozdziału znów powraca do tematyki okultyzmu i satanizmu w hard rocku. Ponownie pojawiają się tu „zapożyczenia” z innych, analogicznych dziełek amerykańskich, którym bezkrytycznie ufa Autor. Stąd takie passusy: „Na jednym z przyjęć dla brytyjskich dziennikarzy Black Sabbath odprawił fragment czarnej mszy, demonstrując zebranym ofiarowanie Szatanowi młodej dziewczyny, Zespół nie ukrywał, że przed każdym koncertem uczestniczy w takim obrządku, posiłkując się niewinnością rzeczywistej dziewicy, którą ofiarowuje Szatanowi na ołtarzu skropionym krwią koguta”. Po takiej bzdurze oskarżenie Ozzy'ego Osbourne'a o mordowanie kotów podczas koncertów (s. 122) to pikuś.
Patrząc na skalę niekompetencji Autora można się wręcz zastanawiać, czy Sławomir Hawryszczuk nie jest jakimś kryptosatanistą, który zamiast zająć się tematem i ogarnąć w nim rzeczy istotne, a więc fascynacje okultyzmem np. Geezera Butlera (Black Sabbath), Ritchiego Blackmore'a (Deep Purple oraz Rainbow), a zwłaszcza Jimmy'ego Page'a (Led Zeppelin) nie pisze na te tematy za wiele konkretnego, a szczątkowe informacje prawdziwe poświęcone Sabbs czy Zeps toną w powodzi rzeczy zupełnie nieistotnych tudzież nieprawdziwych. Książka jest w swej całości kompromitacją i jej wybrane fragmenty mogą stanowić znakomity argument, iż wszelka krytyka współczesnej muzyki rozrywkowej może być czyniona tylko przez osobę niespełna rozumu.
Wracamy do książki, a konkretnie do Rozdziału 5 – Związki artystów z ideologią New Age. W zasadzie mamy w nim mniej więcej to samo, co we wcześniejszych partjach książki: jako takie wprowadzenie w problematykę, mnóstwo informacji o rozmaitych twórcach i skoki tematyczne: New Age właściwy, problem niezidentyfikowanych obiektów latających czy kościoła wyznawców Elvisa Presley'a.
Wbrew tytułowi książki, dwa ostatnie rozdziały poświęcone są subkulturze techno. Przy ich tworzeniu Autor nie korzystał z niewiele wartych opracowań amerykańskich protestantów, lecz głównie z prac polskich socjologów i kulturoznawców. Nie ma tu list groźnych didżejów i tym podobnych rewelacyj. Te rytmy są jednak jeszcze większym problemem, problemem świata, w którym człowiek staje się coraz mniej istotnym dodatkiem do komputerów. I chyba rozdziały te można ocenić najlepiej, choć również mogłyby być bardziej pogłębione.
W Polsce, przynajmniej od początku lat 80-tych XX wieku muzyka rockowa, była raczej szkołą samodzielnego myślenia niż buntu przeciw społeczeństwu i jego zasadom. Była kontestacją władzy cywilnej, w niewielki sposób krytykującą religię i władze duchowne. Gdy w latach 90-tych oddała pola z jednej strony rodzimemu disco – polo, z drugiej strony – zagranicznej muzyce pop, promowanej przez nowopowstałe media z obcym kapitałem, pozostała niszą, do której ściągali i wciąż ściągają nonkonformiści. Taka jest moja podstawowa diagnoza subkultur najszerzej pojętego rocka w Polsce. Oczywiście, i my mamy własnych satanistów i okultystów, ludzi promujących niemoralność. Ale – ponieważ cała scena rockowa jest relatywnie niewielka, to zbyt częste pisanie o niektórych spośród nich (np. o moim antyulubieńcu, Romanie Kostrzewskim) może być właśnie tą formą promocji, poprzez którą zdobędą większy wpływ na młodzież i społeczeństwo. Niekiedy najskuteczniej jest walczyć ze złem, pomijając w mediach jego obecność. Nieprzypadkowo nasze treści, treści konserwatywno – katolickie – są tak często pomijane przez mainstreamowe media. Uczmy się czegoś od naszych wrogów !
Hmmmm … Obawiam się ludzi nazbyt wszechstronnych. Niestety, często od interdyscyplinarności do dyletanctwa jest tylko jeden krok. Są dziedziny, w których oczytanie, a wiec zapoznanie się z wieloma opracowaniami, nigdy nie da takiej wiedzy jak analiza źródeł. Mam tu na myśli znajomość tematu na poziomie ogólnym; nie na szczegółowym, na którym trzeba pracować na źródłach.
Książkę zdobi podtytuł "ciemna strona muzyki rozrywkowej", a wszystko to jest opisywane na niemal 250 stronach. Hawryszczuk ma ambicję, by naświetlać dość gruntownie opisywane tematy, dlatego rozpoczyna dziełko od przebieżki po całej historji muzyki, począwszy od Mezopotamji, poprzez muzykę średniowiecza, aż po czasy współczesne. Analogicznie jest z kolejnemi rozdziałami. Te wprowadzenia są takie sobie: ignorantowi nie rozjaśnią w głowie z uwagi na szereg nic mu nie mówiących nazwisk, terminów i hermetyczny język, a osoba przynajmniej „średnio zaawansowana” będzie znała z innych źródeł lepsze wyjaśnienia problemów. Niestety też od samego początku mieszają się w książce tezy z faktami a prawda z fałszem. Autor pisze wszystko, co wie, ale nie wie wszystkiego, co pisze.
Rozdział 1 - Początki przemysłu muzyki rozrywkowej - zawiera streszczenie dokumentów masońskich z wieków XVIII i XIX, wytycznych Kominternu sprzed II wojny światowej, wszystkich postulujących dokonanie przewrotu kulturowego oraz opis egzorcyzmu dokonanego AD 1950 przez kalifornijskiego ... pastora, podczas którego zły duch miał zapowiedzieć, że diabły zawładną młodzieżą Ameryki. Niestety, w tym samym rozdziale wydaje się, że diabły kierują też Hawryszczukiem, bo ów wymienia jako prekursorów hard rocka zespół The Beatles, zaś wśród pierwszej fali tej muzyki wskazuje niejakiego Petera Townhauda z grupy The Moods. Ani piszący tę recenzję ani google nie znają ani takiej grupy ani tego muzyka, występuje on jedynie w polskojęzycznych opracowaniach rozmaitych Sawów i Hawryszczuków, którym zapewne chodzi o muzyka The Who Pete'a Townsenda, biseksualistę, komunistę i propagatora rozmaitych "mądrości" dalekowschodnich.
Rozdział 2 traktuje o zachowaniach gwiazd muzyki rozrywkowej. Ot, taka kompilacja skandali, jaką można przeczytać na jakimś internetowym "pudelku". Nie czuję się szczególnym ekspertem od tej części książki i przeczytałem ją dość pobieżnie. Ale jeśli Autor pisze, że muzycy z grupy Kiss "na koncertach dawali cyrkowe popisy seksualne", to chyba nadmiernie zaufał jakimś protestanckim fantastom z USA lub coś niedokładnie przetłumaczył z angielskiego na polski. Na innych stronach książki pada proste wytłumaczenie, czemu "artyści" tak lubią skandalizować: bo to zapewnia im rozgłos. A czemu lubimy czytać o wynaturzeniach i grzechach ?! Czy to nie bardziej naturalne wytłumaczenie problemu niż notoryczne poszukiwanie masonów, iluminatów i tym podobnych ?
Jakieś 10 spośród 40 stron Rozdziału 3 - Okultyzm, magia, satanizm - ukryte oblicze rocka jest poświęconych powiązaniom masońskim kompozytorów klasycznych - Mozarta, Sibeliusa, Beethovena, Legrosa, Liszta, Verdiego i innych. Dowiadujemy się, że "współcześni kompozytorzy związani z kołami iluminatów to między innymi Szwed Jens Johansson i Fin Joonas Kokkonen. Obaj w 1984 roku uczestniczyli w koncercie zorganizowanym na 60-lecie Wielkiej Loży Finlandii". Ciekawe, czy Autor ma świadomość, że drugi z wymienionych był onego czasu jednym z czołowych fińskich kompozytorów, kimś o randze Pendereckiego czy Góreckiego w Polsce, a pierwszy z wymienionych - dwudziestolatkiem, który w zasadzie nie rozpoczął wówczas jeszcze kariery najsłynniejszego klawiszowca na scenach heavy metalowych ? Zapewne nie, po prostu przepisał skądś oba te nazwiska i zrobił z Jensa wiodącego skandynawskiego kompozytora.
Polscy masoni w muzyce to m.in. Karol Kurpiński, Michał Kleofas Ogiński i być może także Chopin. Po wymienieniu tych nazwisk pędzimy dalej, czytając o sataniźmie, Aleisterze Crowley'u i Antonie La Vey'u.
Dla Autora może to być najważniejszy rozdział, skoro główną tezą jego dzieła jest, iż przemysł związany ze współczesną muzyką rozrywkową, a zwłaszcza rockową, może być skonstruowany celowo, aby osiągnąć demoralizację człowieka Zachodu. Myślę, że teza ta jest mocno przesadzona i nieprecyzyjna. W XXI wieku dobitnie widać, iż system demokratyczny krajów cywilizacji zachodniej stanowi spreparowaną fasadę, za którą kryją się faktycznie rządzący. Kręgom tym może zależeć, aby sterowane masy były niewykształcone i niemoralne, bo takimi ludźmi się łatwiej steruje. Równocześnie, rola „autorytetów moralnych”, a więc aktorów, muzyków i literatów legitymizujących ten układ jest nie do przecenienia, a rewersem tej umowy jest dyktatura „praw autorskich” uprzywilejowująca przedstawicieli i reprezentantów wyżej wymienionych zawodów. Można też sądzić, że wielu ludzi, być może więcej niż we wcześniejszych stuleciach, podpisuje pakt z diabłem w celu osiągnięcia korzyści doczesnych. Nie lekceważę zatem zjawisk opisanych przez Hawryszczuka, lecz chciałbym nadać im właściwą proporcję, istotnie różną od przedstawianej tu karykatury. Muzyka rockowa nigdy nie była, nie jest i nie będzie głównem złem tego świata.
Analizy dra Hawryszczuka rozpoczynają się od czegoś, co budzi grozę – opisu płyty Beatlesów z 1968 r. pt. … Devil's White Album. Grozę budzi w szczególności skrajna niekompetencja Autora, który powtarza tę nazwę na str. 91 i 92. Dla niezorientowanych: odnośna płyta ma tytuł „The Beatles” i najczęściej mówi się o niej jako o „White Album”, „Białej Płycie”, z uwagi na kolor okładki. Dodanie do niej jeszcze diabła to jak zacytowanie nonsensopedii w pracy doktorskiej. Nie potrzeba wiele wysiłku w czasach google, by cytat z wypowiedzi Lennona (Chrześcijaństwo zniknie straci swą moc, rozpadnie się. Nie muszę się nad tym zastanawiać. Mam słuszność i historia przyzna to. Już teraz jesteśmy bardziej popularni niż Jezus Chrystus. Zastanawiam się, kto zniknie pierwszy, Rock and roll czy chrześcijaństwo. ) poprawnie zlokalizować w czasie, tj. datować go na 4 marca 1966, a nie rok 1968, jak czyni Hawryszczuk.
Reszta rozdziału to ponowne jedno-, dwuzdaniowe przeskakiwanie z zespołu na zespół, z nurtu na nurt, by pokazać, jak wiele współczesnych teledysków, piosenek etc. jest nasyconych symboliką masońską, okultystyczną, satanistyczną. Wszystko to bez ładu i składu, bo raz pisze w miarę z sensem o współczesnym blackmetalowcu Nergalu, choć na stronie wcześniejszej (s. 94) palnął: „Członkowie hardrockowego zespołu Deep Purple podczas koncertów demonstrowali przenoszenie przedmiotów siłą myśli”. Przeczytałem w życiu wiele bzdur na temat muzyki rockowej, ale ta jest chyba największa.
Oczywiście krytyka Nergala i jego Behemotha powinna być znacznie bardziej pogłębiona, ale na to nie stać Hawryszczuka. Dla niego wszystkie współczesne nurty muzyczne zdają się być równie złe, przez co nie pisze tego, co w tym rozdziale powinien był zawrzeć. Choćby o fascynacjach okultystycznych lidera Theriona, skądinąd znakomitego kompozytora Christofera Johnssona, który korzysta z tekstów pisanych m.in. w języku enochiańskim przez Thomasa Karlssona i uczestniczy w kierowanym przezeń zakonie Dragon Rouge. Organizacja ta jest ponoć najdynamiczniej rozwijającym się stowarzyszeniem praktyków czarnej magji w Europie Środkowej i Północnej i mówi się, iż właśnie do niej należy m.in. „jasełkowy satanista” „jasełkowego księdza” Adama Bonieckiego.
Zostawiamy znaną tylko naszemu Autorowi organizację „Garry Funkell”, która rzekomo „obrała sobie za cel promowanie artystów, których twórczość była nasycona ideologią okultyzmu i wątkami satanistycznymi” i pomniejsze bzdury i kierujemy się do Rozdziału 4 – Backward Masking Process w muzyce rozrywkowej. Chodzi tu o umieszczanie w nagraniach wmiksowanych przesłań, które słychać jedynie wtedy, gdy się puści taśmę w przeciwnym kierunku. Domniemania te były bardzo częste jakieś 30 lat temu, gdy nie było łatwo odtworzyć nagrania od tyłu. Dziś każdy może to zrobić z plikiem muzycznym, używając oprogramowania umieszczonego w komputerze osobistym klasy PC. U autorów plagiatujących lub bezmyślnie przepisujących prace fundamentalistów protestanckich „badających” podówczas rocka do tematu tego wciąż przywiązuje się niesamowitą wagę, w ogóle nie zastanawiając się, czemu proceder ten miał występować od lat 60-tych po 80-te XX wieku. W pułapkę tę wpadł również Sławomir Hawryszczuk.
Wmiksowywanie jakichś nieczytelnych „od przodu” treści do nagrań jest dostrzegalne. Równocześnie mnóstwo treści antychrześcijańskich czy demoralizujących prezentowanych jest jawnie, stając się nawet przyczyną czyjejś sławy. Po cóż więc, na skalę wręcz masową, mieliby producenci nagrań stosować backward masking ? Większość przykładów w omawianym zakresie, prezentowanych przez Hawryszczuka, które miałem okazję odsłuchać w internecie, wydaje się być przynajmniej naciąganych.
Znaczna część tego rozdziału znów powraca do tematyki okultyzmu i satanizmu w hard rocku. Ponownie pojawiają się tu „zapożyczenia” z innych, analogicznych dziełek amerykańskich, którym bezkrytycznie ufa Autor. Stąd takie passusy: „Na jednym z przyjęć dla brytyjskich dziennikarzy Black Sabbath odprawił fragment czarnej mszy, demonstrując zebranym ofiarowanie Szatanowi młodej dziewczyny, Zespół nie ukrywał, że przed każdym koncertem uczestniczy w takim obrządku, posiłkując się niewinnością rzeczywistej dziewicy, którą ofiarowuje Szatanowi na ołtarzu skropionym krwią koguta”. Po takiej bzdurze oskarżenie Ozzy'ego Osbourne'a o mordowanie kotów podczas koncertów (s. 122) to pikuś.
Patrząc na skalę niekompetencji Autora można się wręcz zastanawiać, czy Sławomir Hawryszczuk nie jest jakimś kryptosatanistą, który zamiast zająć się tematem i ogarnąć w nim rzeczy istotne, a więc fascynacje okultyzmem np. Geezera Butlera (Black Sabbath), Ritchiego Blackmore'a (Deep Purple oraz Rainbow), a zwłaszcza Jimmy'ego Page'a (Led Zeppelin) nie pisze na te tematy za wiele konkretnego, a szczątkowe informacje prawdziwe poświęcone Sabbs czy Zeps toną w powodzi rzeczy zupełnie nieistotnych tudzież nieprawdziwych. Książka jest w swej całości kompromitacją i jej wybrane fragmenty mogą stanowić znakomity argument, iż wszelka krytyka współczesnej muzyki rozrywkowej może być czyniona tylko przez osobę niespełna rozumu.
Wracamy do książki, a konkretnie do Rozdziału 5 – Związki artystów z ideologią New Age. W zasadzie mamy w nim mniej więcej to samo, co we wcześniejszych partjach książki: jako takie wprowadzenie w problematykę, mnóstwo informacji o rozmaitych twórcach i skoki tematyczne: New Age właściwy, problem niezidentyfikowanych obiektów latających czy kościoła wyznawców Elvisa Presley'a.
Wbrew tytułowi książki, dwa ostatnie rozdziały poświęcone są subkulturze techno. Przy ich tworzeniu Autor nie korzystał z niewiele wartych opracowań amerykańskich protestantów, lecz głównie z prac polskich socjologów i kulturoznawców. Nie ma tu list groźnych didżejów i tym podobnych rewelacyj. Te rytmy są jednak jeszcze większym problemem, problemem świata, w którym człowiek staje się coraz mniej istotnym dodatkiem do komputerów. I chyba rozdziały te można ocenić najlepiej, choć również mogłyby być bardziej pogłębione.
W Polsce, przynajmniej od początku lat 80-tych XX wieku muzyka rockowa, była raczej szkołą samodzielnego myślenia niż buntu przeciw społeczeństwu i jego zasadom. Była kontestacją władzy cywilnej, w niewielki sposób krytykującą religię i władze duchowne. Gdy w latach 90-tych oddała pola z jednej strony rodzimemu disco – polo, z drugiej strony – zagranicznej muzyce pop, promowanej przez nowopowstałe media z obcym kapitałem, pozostała niszą, do której ściągali i wciąż ściągają nonkonformiści. Taka jest moja podstawowa diagnoza subkultur najszerzej pojętego rocka w Polsce. Oczywiście, i my mamy własnych satanistów i okultystów, ludzi promujących niemoralność. Ale – ponieważ cała scena rockowa jest relatywnie niewielka, to zbyt częste pisanie o niektórych spośród nich (np. o moim antyulubieńcu, Romanie Kostrzewskim) może być właśnie tą formą promocji, poprzez którą zdobędą większy wpływ na młodzież i społeczeństwo. Niekiedy najskuteczniej jest walczyć ze złem, pomijając w mediach jego obecność. Nieprzypadkowo nasze treści, treści konserwatywno – katolickie – są tak często pomijane przez mainstreamowe media. Uczmy się czegoś od naszych wrogów !
Subskrybuj:
Posty (Atom)

