Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polemika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polemika. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 marca 2012

O „żołnierzach wyklętych” i nie tylko

W ostatnich tygodniach kilkukrotnie mieliśmy okazję, by przeczytać poglądy prof. Adama Wielomskiego na kwestję „żołnierzy wyklętych”. Na łamach Tygodnika Siedleckiego padły takie słowa:

W moim przekonaniu był czas, gdy można było złożyć broń: było to zaraz po zakończeniu wojny. Jednak kierownictwa organizacji podziemnych trzymały podkomendnych w przekonaniu, że III wojna światowa wybuchnie lada chwila, choć wiedziały, że Zachód dał Stalinowi Europę Wschodnią na wyłączność. Już w roku 1946 było jasne, że wysiłek zbrojny nawet i stu tysięcy żołnierzy (a „wyklętych” było kilka czy kilkanaście tysięcy) niczego nie zmieni; co najwyżej wywoła rzeź, w większości zresztą ich samych.
W zdecydowanej większości „wyklęci” byli ludźmi, którzy nie mając wiedzy co do wydarzeń na świecie, przegapili moment złożenia broni i w przytłaczającej większości wypadków, nie z własnej woli, zostali wmanewrowani w sytuację bez wyjścia. Rozumiem, że nie mogli ufać nowemu systemowi, szczególnie, że pewna część żołnierzy podziemia prawicowego była represjonowana, ale przecież ponad 90% przetrwała stalinizm i dożyła często sędziwego wieku, jak choćby zmarły niedawno Michał Issajewicz „Miś”, uczestnik zamachu na Kutscherę, szefa warszawskiej SS.
Co więcej, o czym się już nie mówi, aby nie psuć martyrologicznego obrazu, większość „żołnierzy wyklętych” podejmowała próby poddania się, ale zaczęli to czynić, gdy nowa władza umocniła się i nie chciała już z nimi pertraktować.
Żołnierze "wyklęci" są raczej żołnierzami "zdesperowanymi". Popełnili błąd polityczny, który stał się ich błędem życiowym i dlatego po 1946 r. nie walczyli już o „wolną Polską”, ale o biologiczne przetrwanie.

O ile do tej pory niektórych publicystów portalu konserwatyzm.prl można było traktować jako patriotów tzw. Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, tekst ten cofa się do czasów bierutowskich. Myślę, że na fali odwilży po 1956 r. nie byłoby potrzeby, by tak łgać na temat amnestji z 22 lutego 1947 r. i jej skutków dla osób ujawniających się. Wykonanie ustawy zostało bowiem powierzone Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, które po przesłuchaniu 75 000 amnestjonowanych podzieliło ich na dwie grupy: zwerbowanych konfidentów i uwięzionych. Represje rozciągnięto na rodziny i kolegów wyżej wymienionych. Na przełomie lat 40-tych i 50-tych XX wieku w więzieniach i obozach pracy „władza ludowa” przetrzymywała blisko ćwierć miliona Polaków. W tym samym czasie zamordowano kilkanaście tysięcy ludzi, profilowo pokrywających się z „żołnierzami wyklętymi”.


Władza sowiecka dobierała sobie kolaborantów. Niektórzy ludzie o poglądach jakkolwiek prawicowych (piszę to zastrzeżenie, gdyż mam wielkie wątpliwości, czy np. nacjonalistów słusznie kwalifikuje się do miana prawicy) mogli dostąpić tego wątpliwego zaszczytu, który był im oferowany, o ile byli użyteczni dla systemu. Na tej zasadzie ocalił życie np. Bolesław Piasecki. Ale czy to czyni z niego polityka realnego ? Jakkolwiek pozwolono mu stworzyć autonomiczną strukturę, która w swoim czasie dysponowała sporemi środkami finansowemi, to jego wpływ polityczny na państwo był znikomy. Gdyby „Pax” sprzeciwił się władzy, zostałby w 24 godziny zneutralizowany. Opisując tę personę godzi się jeszcze wspomnieć dwa wątki. Pierwszym jest działanie na szkodę Kościoła katolickiego (tygodnik „Dziś i jutro” znajdował się na przedsoborowym indeksie, a sam Bolesław uniknął ekskomuniki wskutek działań biskupa Michała Klepacza, desygnowanego przez władze PRL na stanowisko przewodniczącego KEPu w czasie uwięzienia prymasa Stefana kard. Wyszyńskiego) a drugim – wydanie przez aresztowanego Piaseckiego NKWD i bezpiece informacyj o wszystkich kolegach i współpracownikach.

Większość polskich żołnierzy AK, NSZ, BCh i pomniejszych organizacyj militarnych w praktyce przynajmniej otarła się o wybór życiowy identyczny, jaki był udziałem żydowskich powstańców w gettcie warszawskim. Mieli możliwość wyboru, czy zginą z bronią w ręku czy dadzą się zaszczuć jak bezbronne zwierzęta. Gdy kończyła się wojna światowa zostawali w lasach bądź tam udawali się, by choćby tymczasowo chronić swe życie, by walczyć z grupami pospolitych kryminalistów, którzy stanowiąc filary władzy ludowej rabowali miejscową ludność i szerzyli bezprawie. Trudno w takich warunkach przegapić szansę, o jakiej pisze prof. Wielomski, a jakiej faktycznie nie było.

„Żołnierze wyklęci” byli również na swój sposób podobni do dwu innych formacyj czczonych przez Kontrrewolucję: do wandejskich szuanów i do meksykańskich cristeros. Nie byłbym w stanie uzasadnić odmiennego stanowiska do wyżej wymienionych grup, tj. czczenia jednych i piętnowania drugich. Tu nie ma miejsca na elastyczność i rozciągliwość konserwatyzmu. Pozostaje zakłamanie lub schizofrenia.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Czy odstawić do lamusa św. Tomasza z Akwinu ?

… pyta jeden z najbarwniejszych tradycjonalistów polskich pan Piotr Koc … i odpowiada, że jakkolwiek sam św. Tomasz miał rację, to „Filozofia tomistyczna to pod względem naukowym kompletnie anachroniczny zabytek dawno minionej epoki – tomizm jest dziedziną odtwórstwa historycznego a nie filozofii” . Posiłkuje się przy okazji arcyciekawem podejściem x dr. Grygiela, zastanawiającego się nad relacją fizyki do teologji.


Doskonale rozumiem te pokusy. Sam im również podlegam jako zainteresowany teologją przedstawiciel innych nauk pomocniczych. Wielokroć na tym blogu posiłkowałem się teorją organizacji i zarządzania, by wskazać na niewłaściwość działalności posoborowej i uważam te rozważania, np. odnośnie do ekumenizmu (akukumenizmu) za celne i trudne do obalenia. Gdyby posoborowie funkcjonowało sprawnie i skutecznie, mógłbym popaść w błąd naturalizmu, a więc postrzegania Kościoła wyłącznie jako organizacji, zapominając o jego nadprzyrodzonym charakterze i pochodzeniu. Na szczęście jednak dla mnie współczesny Kościół działa wyjątkowo zgodnie z prawem Koźmińskiego „każda organizacja funkcjonuje tak źle, jak jest to tylko możliwe”. Póki co, jestem bezpieczny, więc mogę zająć się pokusami dotykającemi moich bliźnich.

Wiemy, że nasza religja jest niesprzeczna z nauką, a zatem możemy korzystać ze wszelkich współczesnych osiągnięć myśli i techniki, by wyjaśniać nurtujące nas kwestje. Ale możliwość rewizji dotychczasowych założeń teologji jest bardzo ograniczona, obowiązują nas nie tylko dogmaty i ich interpretacja, ale również całość dotychczasowego nauczania o charakterze nieomylnem. Tem różni się teologja od np. geologji czy astronomji, w których jedno odkrycie może być – nomen omen – przewrotem kopernikańskim.

Zatem metodologja nauk pomocniczych może być przydatna tam, gdzie podejście klasyczne nie opisuje rzeczywistości w sposób zadowalający. Dla przykładu: wiele twierdzeń interpretujemy w sposób odbiegający od literalnego rozumienia ich treści. Zdanie „poza Kościołem nie ma zbawienia” nie jest interpretowane poprawnie przez feeneyistów, wykluczających możliwość zbawienia u osób nieochrzczonych wodą. Być może da się ten dogmat zapisać w języku naturalnym w sposób bardziej ścisły i jednoznaczny korzystając z operacyj logicznych w modelach którejś z logik nieklasycznych.

Nie możemy też zapominać, że przydatność nowych metod i technologij ograniczona jest do bardzo zaawansowanych zagadnień. Metodyka św. Tomasza ma poważny problem z inteligencją pozaziemską i może dać nam błędne rozwiązania, ale pamiętajmy, że póki co nie spotykamy codziennie kosmitów. Natomiast codziennie dokonywamy wyborów etycznych rozstrzyganych całkiem dobrze przez klasyczną logikę dwuwartościową. Podstawowe problemy 99 % wiernych zamykają się w Ewangelji, dekalogu i przykazaniach kościelnych. To są problemy duszpasterskie, któremi zajmował się w swoim czasie Sobór Watykański II i nic nie pomagając Kościołowi, pogłębił jego kryzys. Analogicznie, właściciel zwykłego zieleniaka nie musi inwestować setek tysięcy złotych w system wspomagania decyzyj opierający się na logice parakonsystentnej, a więc funkcjonujący w warunkach niepełnej informacji i dużej niepewności co do oczekiwań konsumenta. Nie udawajmy, że musimy strzelać z armaty do wróbla. Ani nie udawajmy, jak nauczyciel plastyki czy przysposobienia obronnego w gimnazjum, że ich przedmiot jest dla uczniów najważniejszy.

Uważajmy także, by pod płaszczykiem nowoczesnej nauki nie wprowadzała się herezja. Posoborowi pasjonaci współczesnej filozofji są ostatnimi osobami, po których spodziewałbym się znajomości i aplikacji jakiejkolwiek wewnętrznie spójnej logiki. Poheglowskie sieroty pseudohumanistyczne stanowią regres a nie progres względem filozofji realistycznej takiej jak tomizm.

Podsummowując, tak jak Pan Piotr słusznie piętnuje utożsamianie katolicyzmu z koronkami i pomponami, tak ja dorzucam do tej myśli przestrogę przed teologicznem gadżeciarstwem. Aby Kościół przetrwał i rozwijał się w XXI wieku, doprawdy nie musi aplikować do katechizmu codziennego wiernych aplikacji mechaniki kwantowej tudzież modelu atomu. Natomiast niech katoliccy uczeni zajmują się tą problematyką z pożytkiem dla wiedzy, Kościoła i samych siebie.

środa, 18 stycznia 2012

Piotruś … ksiądz

Bractwo św. Piotra ma środowiskową ksywę „Piotrusie”. Ukazuje ona, że FSSP jest zasadniczo niegroźne dla modernistów i znajduje się na obrzeżach najszerzej pojętych ruchów mających na celu uzdrowienie Kościoła. Jakkolwiek bardzo wielu członków Bractwa zachowuje i wyznaje doktrynę integryzmu katolickiego, to zdolność bojowa całości jest bardzo niska. No chyba, że użyjemy definicji Stefana Kisielewskiego: „bojowy, to taki, który bardzo się boi”.

Od pewnego czasu jest w sieci blog jednego z członków Bractwa, x. dr. Wojciecha Grygiela. Trzeba zająć się nim ponownie (por. „Polska bieda” ), ponieważ tamtejszy gospodarz ogłosił ostatnio manifest:

„jestem chyba jedyną osobą, która otwarcie i publicznie punktuje SSPX, stąd całe odium na mnie”
.

Owo "odium" pojawiło się w komentarzach pod jedną notką, wskazując po raz kolejny, że x. Grygiel ma istotne kłopoty z percepcją otaczającej go rzeczywistości. Kiedyś sądził, że „Oda do pałkarza wiadomego Bractwa” jest o nim , , potem, że jemu nadane zostało pseudo „młot na posoborowie”, a ostatnio uznał Kronikę Novus Ordo za ekspozyturę lefebrystów.





Motyw Bractwa św. Piusa X jest faktycznie najczęstszym w twórczości blogowej x. Grygiela. Na 12 wpisów wg stanu na dzień dzisiejszy, tematykę tę porusza 4 spośród nich. Przyjrzyjmy się bliżej temu „punktowaniu”:

1. ZAGADNIENIE WARUNKÓW BRZEGOWYCH

Tytułowe warunki brzegowe odnoszą się do zaistnienia w Kościele Posoborowym stanu wyższej konieczności, dyspensującego od posłuszeństwa Stolicy Apostolskiej. X. Grygiel nie podziela tego poglądu, ale nie prezentuje swojego stanowiska, bo jego „wyłuszczenie znacznie przekracza objętościową przyzwoitość eseju. Nie burzy to jednak intelektualnej harmonii tak, jak pytanie o legalność funkcjonowania apostolatów Bractwa św. Piusa X na terenie diecezji bez misji kanonicznej, udzielonej przez lokalnego ordynariusza, a nie przywoźnego purpurata.” Albo x. Grygiel nie wie, co znaczy ten termin albo nazywa w ten sposób z nieznanych nam przyczyn kard. Dziwisza. Nie wiem, co gorsze. To znaczy, wiem, ale nie powiem – zupełnie jak x. Grygiel.

Kluczem do oceny FSSPX jest stwierdzenie lub niestwierdzenie istnienia kryzysu Kościoła usprawiedliwiającego działanie w wyższej konieczności. Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. jest w tym zakresie znacznie bardziej liberalny niż KPK 1917, a pod jego reżymem Bractwu jest o wiele łatwiej uzasadnić swoje postępowanie, bo wystarcza do tego subiektywne przekonanie duchownych i oddających się ich opiece wiernych.

Czy stan wyższej konieczności istnieje np. w archidiecezji krakowskiej, jeśli jej biskup toleruje na swoim terenie dwóch piotrusiów, a wszystkich innych duchownych skutecznie zniechęca do celebrowania Mszy w klasycznym rycie rzymskim ?!

2. POD OSŁONĄ PREAMBUŁY

Są to rozważania x. Grygiela na temat możliwego statusu kanonicznego FSSPX po osiągnięciu porozumienia z Watykanem. Można je traktować jako wyważanie otwartych drzwi, albowiem kwestja skutecznej egzempcji od lat zaprząta głowy osób dopuszczających porozumienie.

3. MAM GARAŻ, ALE SIĘ W NIM NIE MODLĘ

Tego bełkotu nawet się nie da streścić. Pośmialiśmy się raz i wystarczy.

4. O TRADSACH, KTÓRZY WOLĄ BYĆ NAUCZANI PRZEZ TUŁACZY

To z kolei parafraza listu nadesłanego do Kroniki Novus Ordo Xiądz Grygiel przypomina, że członkowie FSSPX są tułaczami. Tradycjonaliści korzystający z ich posługi nie są lepsi niż bohaterowie Kroniki Nowej Ordy, bo też łamią prawo kanoniczne. Szkoda, że niektórzy nie widzą różnicy między działaniem wynikającem z lenistwa i niedouczenia a chęcią niesienia wiernym posługi duszpasterskiej.

I to jest wszystko. Z wielkiej chmury mały deszcz. Xiądz Doktor tak się przyzwyczaił do posoborowego ględzenia w stylu wspominanych w Obłudniku Powszechnym „teologów wieku XX”, że nie jest w stanie (choć najwyraźniej chce) podjąć polemiki zrozumiałej przez stronę posługującą się filozofją realistyczną. Przekazuje jedynie swoje uczucia względem Bractwa, co jednak nie może zastąpić dyskusji.

A przecież nie wszystko wszędzie i zawsze w FSSPX jest idealne. Krytyka może mu pomagać, nawet jeśli znajdą się tu i ówdzie „pałkarze Bractwa” odrzucający każdą formę i treść polemiki. W swoim czasie dyskutowałem z jednym z kapłanów FSSPX nt. kanonizacyj i jakkolwiek był to twardy, męski spór, to tuszę, że przyniósł dobre owoce. Również od kapłana Bractwa św. Piotra mam prawo oczekiwać, aby nie był piotrusiem czy też wręcz … Piotrusiem Panem.

sobota, 12 listopada 2011

W odpowiedzi Szczepanowi Twardochowi

Z ogromnem zdumieniem przeczytałem wypowiedź Szczepana Twardocha na temat nagrody i osoby Józefa Mackiewicza pt. "Mackiewicz jako atrapa".


Czytamy w niej m.in.:
Józef Mackiewicz jest dla mnie jednym z najważniejszych pisarzy XX wieku. A jednocześnie, nie znam innego pisarza, na którym dokonano by takiego gwałtu, jak na Mackiewiczu.

Gwałtem tym jest potoczne odczytanie Mackiewicza, chociaż trudno tutaj w zasadzie mówić o czytaniu, bo z powodów, o których napiszę zaraz, pozwalam sobie sądzić, że mało kto w ogóle zmierzył się z lekturą. (..)

Skoro więc środowiska lewicowo-liberalne przekreśliły Mackiewicza za jego bezkompromisowy antykomunizm, to prawica za ten antykomunizm go pokochała, zgodnie z infantylną zasadą, że pokocha każdego antybohatera łamów "Gazety Wyborczej".

Zaś podsummowaniem są słowa:

"I dlatego przekonany jestem, że prawdziwy, z krwi i kości Józef Mackiewicz, gdyby w jakimś wehikule przeniósł się w nasze czasy, nie mógłby otrzymać nagrody swojego imienia, będącej w dużej części emanacją postawy, którą próbowałem tu scharakteryzować."

Ponieważ nagrody przyznaje Kapituła, uważam te słowa za atak w szczególności na Kapitulę składającą się z wielu zacnych i zasłużonych ludzi. Stanisław Michalkiewicz, Rafał Ziemkiewicz, Jacek Bartyzel, Włodzimierz Odojewski, Jacek Trznadel, Marek Nowakowski oraz pozostali jej członkowie w niczem nie zasłużyli sobie, aby potraktować ich jak grupę pętaków operujących stereotypami. Nie są to ludzie, którzy rozumują wyłącznie na opak Gazecie Wyborczej.

Jakkolwiek można wskazać, że osoba i twórczość tegorocznego laureata jest bardzo niemackiewiczowska, to nie przekreśla ona dekady funkcjonowania Nagrody w życiu literackiem i publicznem. Twardoch tworzy iluzję, jakoby kapitułą kierowało prymitywne niepodległościowe, poakowskie pisiactwo i dzielnie z tą iluzją walczy. Sam wyróżniłbym Nagrodą im. Mackiewicza raczej Twardocha niż Wojciecha Wencla, ale i Wencel, prócz poglądów, swój wysoki poziom zachowuje i reprezentuje.

Pozwolę sobie również nie zgodzić się z pewnemi tezami Twardocha odnoszącemi się do twórczości Józefa Mackiewicza.

1. "W skrajnych rejestrach brzmi publicystyka Mackiewicza z lat siedemdziesiątych, kiedy pisarz komunistów widział już wszędzie od Watykanu po Waszyngton, co kiedy spojrzeć chłodno wydaje się raczej obsesją, niż trzeźwą analizą".

Bynajmniej. Ówczesny świat tak bardzo poszedł w lewo, iż wymagał radykalnej oceny. Publikacje na tematy kościelne (W cieniu krzyża - 1972 oraz Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy - 1975) są bardzo cenne, zwłaszcza że miały charakter pionierski, jeśli chodzi o napisane w języku polskim. Jako wieloletni miłośnik twórczości Józefa Mackiewicza i tradycjonalista katolicki znalazłbym w nich pewną liczbę nieścisłości, błędów i niesprawiedliwych ugólnień, ale przenigdy nie nazwałbym tez tych obsesją. Jeśli Twardoch nie czuje problemów związanych z posoborowemi dziejami
Kościoła w ujęciu Mackiewicza, to powinien zaczerpnąć z innych książek wiedzy na te tematy i wtedy doceniłby pionierski charakter prac Ptasznika z Wilna.

2. "Twórczość Józefa Mackiewicza nie mieści się w panującym dziś modelu polskości etnicznej, na rzecz uhonorowania której maszerował dziś w Warszawie Marsz Niepodległości i który to model panuje na polskiej prawicy niepodzielnie. Nie mieścił się zresztą Mackiewicz w tym nurcie już przed wojną, skoro Wilno uważał za własność wilnian, nie zaś za miasto polskie czy litewskie."

Zawsze byłem i jestem jaknajdalszy od nacjonalizmu, traktując go jako bękarta rewolucji francuskiej i zapewne dzięki temu, jako monarchiście, miłośnikowi i patrjocie Wielkiego Xięstwa Litewskiego, było mi szczególnie blisko do Józefa
Mackiewicza, krajowców, tudzież żubrów wileńskich. Nie rozumiem wszakże, czemu Twardoch próbuje do swojej wizji śląskości przypiąć ... Józefa Mackiewicza: "przede wszystkim jestem Ślązakiem, który próbuje zdefiniować siebie, własną nienarodową tożsamość poza tą fałszywą dychotomią narodowych polskości i niemieckości - i między innymi z tego powodu tak bliski jest mi Mackiewicz, bo wizja Górnego Śląska, która wydaje mi się być słuszna, Górnego Śląska, którego współgospodarzami, a nie tylko niewygodnymi sublokatorami mogliby być Ślązacy, jest bliska wizji Wileńszczyzny przedwojennych krajowców, na których oskarżenia o zdradę padały równie często, jak często dziś zwolenników śląskiej odrębności oskarża się wśród stu innych inwektyw, o bycie "pseudo-volksdeutschami"". Proszę spróbować zrozumieć, że o ile państwo polskie można zorganizować autonomicznie i przyznać Śląskowi autonomję (czemu sprzyjałbym), to i wówczas sytuacja jego będzie nieporównywalna względem Wielkiego Xięstwa Litewskiego - osobnego wielonarodowego społeczeństwa, którego znaczna część się spolonizowała dzięki sile naszej kultury. Zastanówmy się, czy aby śląskość promowana przez Twardocha nie próbowała zerwać z polskością, owym pięknym i atrakcyjnym naskórkiem pojawiającym się na kresach wschodnich na tkance litewskiej, ruskiej, białoruskiej i ukraińskiej.

Wniosek mój jest następujący: Twardoch w jednym tekście dokonuje zupełnie niemackiewiczowskiego ataku na polską prawicę, pragnąc ją utożsamiać z pewnymi strukturami nacjonalistycznemi i "niepodległościowemi" oraz z drugiej strony, przemyca tezę o Józefie Mackiewiczu jako możliwym patronie Ruchu Autonomji Śląska. Niech Czytelnicy sobie sami odpowiedzą, czy to uczciwa postawa intelektualna.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Czy Franciszek Kucharczak to dzielny gość ?


„Gość Niedzielny” to ciekawy tytuł na polskim rynku czasopism. Ma za sobą osiemdziesiąt lat ciekawej historii, w której wątki niezbyt chwalebne (np. osoba założyciela - przyszłego biskupa Teodora Kubiny) przeplatają się z osobami i zdarzeniami godnymi najwyższego szacunku (kolejnym red. naczelnym był przyszły biskup Józef Gawlina). Obecnie „Gość Niedzielny” jest jednym z najpoczytniejszych polskich tygodników, rywalizującym ze wspominanym w poprzedniej notce „Uważam Rze” oraz „Polityką” o miano najpopularniejszego lubczasopisma. Chyba wszyscy katolicy kibicowali „Gościowi” parę lat temu, gdy tygodnik został oskarżony przez niejaką Alicję Tysiąc, której państwo polskie nie dało zabić dziecka i jeszcze musiało za to zapłacić odszkodowanie. Osobiście z niesmakiem przyjąłem ugodę pisma z wyżej wymienioną, w wyniku której cofnięto skargę kasacyjną od wyroku nakazującego wypłatę 30 000 zł, uzyskując jedynie odstąpienie od konieczności przeproszenia feministki za tych kilka słów prawdy pod jej adresem.

Jednym z najdobitniejszych głosów „GN” w sprawie Tysiąc był red. Franciszek Kucharczak. Jest on zapewne dla wielu czytelników tego tygodnika wabikiem i wykładnikiem jego linji – tak jak Rafał Ziemkiewicz w „Rzepie” czy Janusz Korwin Mikke w „Najwyższym Czasie!”. Niestety p. Kucharczak jest uprzejmy systematycznie pisać nieprawdę na temat tradycjonalizmu katolickiego. W najświeższym swoim felietonie poświęconym osobie ks. Piotra Natanka był (nie)uprzejmy porównywać go do Arcybiskupa Marcelego Lefebvre’a.

Musimy trzymać się skały Piotra i złączonych z nim biskupów, a nie choćby najładniejszych oderwanych kamieni. Takim luźnym kamieniem był abp Lefèbvre, który przed laty zerwał jedność z Kościołem i założył schizmatycką wspólnotę. I oto ks. Natanek idzie jego drogą, sądząc zapewne, że tak przysłuży się Kościołowi. Ale tak się Kościół kaleczy. Nie scala się rozbiciem, nie łączy rozdarciem.

Gdyby abp Lefèbvre swoją gorliwość połączył z posłuszeństwem, Bóg wyprowadziłby z tego dobro. A tak zbuntowany duchowny stworzył koczującą na obrzeżach Kościoła grupę rozdrażnionych ludzi, upatrujących istotę wiary w utrwalonej na wieki formie.


Tekst ten brzmi, jakby powstał w najciemniejszych czasach posoborowej dominacji. Kucharczak nie zauważa, że czasy się zmieniają. Nie dość, że Kościół Jana Pawła II nigdy nie ogłosił, iż wierni i kapłani związani z Arcybiskupem tworzą „schizmatycką wspólnotę”, to przecież całkiem niedawno Ojciec Święty Benedykt XVI stwierdził uchylenie ekskomunik ciążących na biskupach Bractwa Św. Piusa X. Hierarchom tym nie przyznano żadnych oficjalnych funkcyj i tytułów, ale w mocy pozostaje dawna decyzja papieskiej komisji Ecclesia Dei pozwalająca katolikom korzystać z posługi sakramentalnej członków FSSPX.

Franciszek Kucharczak może być zdziwiony, jeśli zapozna się z faktami świadczącymi, iż cały katolicki ruch związany z Nadzwyczajną Formą Rytu Rzymskiego mniej lub bardziej utożsamia się z walką Arcybiskupa Marcelego Lefebvre’a i uważa za jego duchowe dzieci. Postępują tak nie tylko osoby związane z Bractwem Św. Piusa X, ale także Instytut Dobrego Pasterza, znaczna część Bractwa Św. Piotra oraz rzesze zwykłych kapłanów diecezjalnych i wiernych, którzy nie poznaliby nigdy Tradycji katolickiej bez osoby Arcybiskupa i jego apostolatu. Ponieważ jedno zdjęcie znaczy więcej niż tysiąc (nomen omen) słów, zamieszczę tu linka do obrazka ze święceń w IBP.

Oto zakrystia w kościele pw. św. Eligiusza w Bordeaux, a purpuratami przymierzającymi się do popularnego „niedźwiadka” są miejscowy ordynariusz, Jan Piotr kard. Ricard i emerytowany kurialista Dariusz kard. Castrillon Hoyos. Jak widać nie przeszkadza im zupełnie portret Arcybiskupa Lefebvre’a, który znajdziemy po lewej stronie zdjęcia. Kardynałowie nie wyglądają na "koczujących na obrzeżach Kościoła"!


Antylefebrystowskie zaślepienie p. Kucharczaka odbiera mu znaczną część wiarygodności. Bowiem w sprawie tej to on stał się „Alicjem Tysiącem”, sługą fałszu, bo nawet nie półprawdy. Mam nadzieję, że to tylko tymczasowe i redaktor okaże się być dzielnym człowiekiem; gościem, który w świetle faktów zmienia zdanie i odtąd konsekwentnie nie powtarza kłamstw. Bo przecież nikt z nas tradycjonalistów nie wymaga, by pokochał Arcybiskupa Lefebvre’a i jego dzieło. Niech po prostu przestanie mijać się z prawdą na ten temat!

"Uważam Rze": słaby tekst o egzorcystach

Po znakomitym początku tygodnik „Uważam Rze” równa do szeregu, czyli zjeżdża w dół. W numerze 27 lubczasopisma znalazł się tekst p. Mariusza Majewskiego pt. „Popyt na przeganianie demonów”. Tekst zajmuje cztery strony, z których nad dwoma pierwszemi dominuje mroczne zdjęcie, najpewniej przedstawiające attykę na kolumnadzie Berniniego na rzymskim Placu św. Piotra. Czytelnicy nie ponieśliby wielkiej straty, gdyby pozostałe dwie strony gazety zajmowało inne równie piękne i ciekawe zdjęcie, zajmujące powierzchnię papieru w 4/5 . Ale jest na nim tekst i zamiast kontemplować fotografję, postaram się streścić i opatrzyć komentarzem myśli p. Majewskiego.


Pozytywem wynikającym z samego tekstu jest zaświadczenie przed dużą grupą ludzi, że istnieje zło osobowe oraz że łatwo jest uledz mu poprzez zainteresowanie się praktykami okultystycznemi, takiemi jak: ezoteryka, wróżbiarstwo, spirytyzm. Niestety, inne myśli autora są płytsze. Niemal połowę artykułu zajmuje laurka ku czci … Jana Pawła II, którego rzekomo szczególnie boją się demony i wyznają to podczas egzorcyzmów. Polski papież miał też walnie przyczynić się do upadku komunizmu, najpewniej wspieranego przez diabły. Do zdania tego nie przeprowadzono dowodu, co chyba szczególnie nie dziwi. Czemu jednak poza tekstami hagiograficznymi ku czci Jana Pawła II coraz powszechniej odchodzi się od głoszenia tezy o upadku komunizmu na rzecz opisywania transformacji ustrojowej, zaplanowanej przez Sowietów i przeprowadzonej z powodzeniem ?

Równocześnie autor z jednej strony mówi o renesansie posługi egzorcystów, a z drugiej strony przemilcza statystyki. Dekadę temu, a więc w okresie ewidentnego i przemożnego wpływu Jana Pawła II na polski Kościół, w naszych diecezjach było ustanowionych zaledwie kilku egzorcystów. Sytuacja ta zmieniła się raptownie w ostatnich latach: teraz bywa ich od jednego do kilku w każdej diecezji. Zatem trudno tu szukać zasług Jana Pawła II …

Ostatnia kwestia. Dziennikarz forum rebelya.pl chętnie cytuje o. Gabriela Amortha, gdy ten dywaguje o szatanie bojącym się Jana Pawła II, ale kompletnie przemilcza opinję nestora światowych egzorcystów na temat rytuału egzorcyzmów zatwierdzonego AD 1999 r. Tymczasem o. Amorth skwitował go takiemi słowy:

długo oczekiwany rytuał okazał się farsą. Niewiarygodną przeszkodą, która może nam uniemożliwić działanie przeciwko demonom.


Czy konserwatywny, świecki tygodnik musi publikować pobieżne i słabe teksty bezkrytycznych wojtyljanistów ??