Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 sierpnia 2012

Hiena atakuje cmentarz

W mojej letniskowej miejscowości zawrzało. Miejscowy proboszcz poobklejał niemal pół cmentarza nalepkami o treści: „Miejsce nieopłacone przeznaczone do likwidacji. Prosimy o kontakt z kancelarią parafialną do końca 2012 r.”. Ci, którzy się skontaktują, słyszą, że wymagana jest opłata 600 zł za 20 lat dalszego istnienia grobu, ale można też płacić rokrocznie po 30 zł.


Proboszczowe nalepki grożą likwidacją grobów nieopłaconych. Stanowisko to jest sprzeczne z ustawą o cmentarzach i chowaniu zmarłych, której art. 7 stanowi:

1.Grób nie może być użyty do ponownego chowania przed upływem lat 20.
2.Po upływie lat 20 ponowne użycie grobu do chowania nie może nastąpić, jeżeli jakakolwiek osoba zgłosi zastrzeżenie przeciw temu i uiści opłatę, przewidzianą za pochowanie zwłok. Zastrzeżenie to ma skutek na dalszych lat 20 i może być odnowione.
3.Przepisy ust. 1 i 2 nie mają zastosowania do pochowania zwłok w grobach murowanych, przeznaczonych do pomieszczenia zwłok więcej niż jednej osoby.
4.Dozwolone są umowy, przedłużające termin, przed upływem którego nie wolno użyć grobu do ponownego pochowania.

Czyli: po 20 latach od pochówku można zlikwidować co najwyżej grób ziemny, ale nigdy – murowanego. Na cmentarzach warszawskich, na Powązkach i na Bródnie mówi się o wieczystem użytkowaniu grobów murowanych, które jest odnawiane co 99 lat. Proboszcz zdaje się o tem wiedzieć, bowiem w regulaminie cmentarza wprowadził zapis odnoszący się jedynie do możliwości likwidacji grobów ziemnych, nigdy murowanych. Ustęp 2 art. 7 jest bowiem neutralizowany przez ustęp 3 tego samego artykułu.

Grobami opiekuje się najstarsze pokolenie mieszkańców. Często na rodzinę przypada do dziesięciu grobów przodków, wliczając w to osoby z linij bocznych, siostry i braci babć i dziadków, którzy nie pozostawili po sobie potomstwa. Miejsca doczesnego spoczynku zmarłych są zadbane, bowiem w zeszłej dekadzie poprzedni proboszcz uporządkował i zlikwidował te groby ziemne, któremi nikt się nie opiekował. Cmentarz nie cierpi na problem braku miejsca na nowe nagrobki – jest go wystarczająco dużo na dającą się przewidzieć przyszłość okolicy. Warto też dodać, iż parafja nie boryka się z żadnemi istotnemi problemami finansowemi ani nie prowadzi aktualnie inwestycyj. Słowem – akcja ma wszelkie znamiona ordynarnego „skoku na kasę”: obklejono 300 grobów, nawet jeśli tylko za 50 wierni zapłacą, to da zysk 30 000 zł. A może być on większy, bowiem przeciętna osoba opiekująca się grobami nie zna prawa powszechnego ani swoich uprawnień, ma także (wciąż jeszcze …) jakieś zaufanie do ludzi Kościoła.

Ale długofalowe skutki akcji będą z pewnością opłakane. Ludzi oburza skok na kasę, który nie ma usprawiedliwienia sytuacją bieżącą parafji. To nie jest racjonalizacja zarządzania finansami lokalnego Kościoła, lecz akt jego arogancji. Pomysł ten z pewnością uderzy też w cześć i szacunek dla zmarłych. Wprawdzie nie wierzę, by proboszcz zniszczył jakikolwiek grób, który jest pod czyjąś stałą opieką, ale dostarczył on też znakomitego argumentu zwolennikom kremacji zwłok i dokładania urn do istniejących grobów, zamiast stawiania nowych pomników.

Ciekaw też jestem, jak pomysł przełoży się na liczbę osób chodzących co niedzielę do kościoła, na wysokość cotygodniowej tacy, tudzież ilość wypominków zgłoszonych w oktawie Wszystkich Świętych ….

Mimo wszystko mam nadzieję: że opisana tu hiena to wyjątek, a nie reguła we współczesnem polskiem posoborowiu …

niedziela, 1 kwietnia 2012

Kolejne posiedzenie Komisji Wspólnej Przedstawicieli Rządu RP i Konferencji Episkopatu Polski

Wobec fiaska rozmów przeprowadzonych w dniu 15 marca, w dwa tygodnie później - 30 marca br. odbyło się kolejne posiedzenie komisji wspólnej rządu i episkopatu. Gospodarzem spotkania była strona rządowa, a główny temat rozmów stanowiła dyskusja nad dalszą przyszłością funduszu kościelnego.

Minister Michał Boni przeprosił stronę kościelną za niekonsultowane z nią jednostronne wypowiedzi sugerujące likwidację funduszu. W istocie decyzje w tej sprawie nie zostały podjęte i możliwe jest przyjęcie innego rozwiązania, oznaczającego znaczne zwiększenie dofinansowania funduszu. Minister Boni zaprezentował dokument pt. „Dla dobra Polski i Kościoła” stanowiący podstawę projektowanego ogólnopolskiego systemu emerytalnego oraz poprosił przedstawicieli Kościoła o pogłębioną refleksję oraz poparcie propozycji.

Rząd premiera Tuska doceniając sprawność funkcjonowania Kościoła w Polsce postanowił skopiować obowiązujący w nim model zarządzania i dla dobra społeczeństwa upowszechnić go. Zgodnie z kanonami 401 par. 1 oraz 538 par. 3 Kodeksu Prawa Kanonicznego biskupi i proboszczowie rzymskokatoliccy po ukończeniu 75 roku życia proszą swoich przełożonych (odpowiednio: papieża lub biskupa ordynariusza) o przeniesienie do stanu emerytalnego, a zwierzchnik – przyjmuje prośbę lub odwleka ją w czasie o kilka lat. W myśl propozycji min. Boniego systemem tym zostaliby objęci niezależnie od płci i wyznania wszyscy obywatele RP. Po ukończeniu 75 lat pisaliby oni podanie do wojewody o zgodę na przejście na emeryturę. Osoby piastujące stanowiska kierownicze wnioskowałyby o to do Prezydenta RP.

- Porzućmy wiek emerytalny 65 lat, przestańmy kłócić się o 67 lat. Naśladujmy Kościół katolicki, w którym pracuje się przynajmniej do 75 roku życia. Wykorzystajmy doświadczenie naszych rodaków – apelował minister Boni.


Współprzewodniczący komisji ze strony kościelnej arcybiskup Sławoj Leszek Głódź poprosił o oszacowanie wzrostu dopłaty do funduszu kościelnego oraz o doprecyzowanie, czy po wprowadzeniu reformy płatnikiem emerytur pozostałby ZUS, czy obowiązek ten spadłby w całości na kurie biskupie. Minister Boni obiecał przedstawić dokładne wyliczenia podczas kolejnego posiedzenia Komisji, zaplanowanego na 12 kwietnia 2012 r.

wtorek, 20 marca 2012

O „żołnierzach wyklętych” i nie tylko

W ostatnich tygodniach kilkukrotnie mieliśmy okazję, by przeczytać poglądy prof. Adama Wielomskiego na kwestję „żołnierzy wyklętych”. Na łamach Tygodnika Siedleckiego padły takie słowa:

W moim przekonaniu był czas, gdy można było złożyć broń: było to zaraz po zakończeniu wojny. Jednak kierownictwa organizacji podziemnych trzymały podkomendnych w przekonaniu, że III wojna światowa wybuchnie lada chwila, choć wiedziały, że Zachód dał Stalinowi Europę Wschodnią na wyłączność. Już w roku 1946 było jasne, że wysiłek zbrojny nawet i stu tysięcy żołnierzy (a „wyklętych” było kilka czy kilkanaście tysięcy) niczego nie zmieni; co najwyżej wywoła rzeź, w większości zresztą ich samych.
W zdecydowanej większości „wyklęci” byli ludźmi, którzy nie mając wiedzy co do wydarzeń na świecie, przegapili moment złożenia broni i w przytłaczającej większości wypadków, nie z własnej woli, zostali wmanewrowani w sytuację bez wyjścia. Rozumiem, że nie mogli ufać nowemu systemowi, szczególnie, że pewna część żołnierzy podziemia prawicowego była represjonowana, ale przecież ponad 90% przetrwała stalinizm i dożyła często sędziwego wieku, jak choćby zmarły niedawno Michał Issajewicz „Miś”, uczestnik zamachu na Kutscherę, szefa warszawskiej SS.
Co więcej, o czym się już nie mówi, aby nie psuć martyrologicznego obrazu, większość „żołnierzy wyklętych” podejmowała próby poddania się, ale zaczęli to czynić, gdy nowa władza umocniła się i nie chciała już z nimi pertraktować.
Żołnierze "wyklęci" są raczej żołnierzami "zdesperowanymi". Popełnili błąd polityczny, który stał się ich błędem życiowym i dlatego po 1946 r. nie walczyli już o „wolną Polską”, ale o biologiczne przetrwanie.

O ile do tej pory niektórych publicystów portalu konserwatyzm.prl można było traktować jako patriotów tzw. Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, tekst ten cofa się do czasów bierutowskich. Myślę, że na fali odwilży po 1956 r. nie byłoby potrzeby, by tak łgać na temat amnestji z 22 lutego 1947 r. i jej skutków dla osób ujawniających się. Wykonanie ustawy zostało bowiem powierzone Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, które po przesłuchaniu 75 000 amnestjonowanych podzieliło ich na dwie grupy: zwerbowanych konfidentów i uwięzionych. Represje rozciągnięto na rodziny i kolegów wyżej wymienionych. Na przełomie lat 40-tych i 50-tych XX wieku w więzieniach i obozach pracy „władza ludowa” przetrzymywała blisko ćwierć miliona Polaków. W tym samym czasie zamordowano kilkanaście tysięcy ludzi, profilowo pokrywających się z „żołnierzami wyklętymi”.


Władza sowiecka dobierała sobie kolaborantów. Niektórzy ludzie o poglądach jakkolwiek prawicowych (piszę to zastrzeżenie, gdyż mam wielkie wątpliwości, czy np. nacjonalistów słusznie kwalifikuje się do miana prawicy) mogli dostąpić tego wątpliwego zaszczytu, który był im oferowany, o ile byli użyteczni dla systemu. Na tej zasadzie ocalił życie np. Bolesław Piasecki. Ale czy to czyni z niego polityka realnego ? Jakkolwiek pozwolono mu stworzyć autonomiczną strukturę, która w swoim czasie dysponowała sporemi środkami finansowemi, to jego wpływ polityczny na państwo był znikomy. Gdyby „Pax” sprzeciwił się władzy, zostałby w 24 godziny zneutralizowany. Opisując tę personę godzi się jeszcze wspomnieć dwa wątki. Pierwszym jest działanie na szkodę Kościoła katolickiego (tygodnik „Dziś i jutro” znajdował się na przedsoborowym indeksie, a sam Bolesław uniknął ekskomuniki wskutek działań biskupa Michała Klepacza, desygnowanego przez władze PRL na stanowisko przewodniczącego KEPu w czasie uwięzienia prymasa Stefana kard. Wyszyńskiego) a drugim – wydanie przez aresztowanego Piaseckiego NKWD i bezpiece informacyj o wszystkich kolegach i współpracownikach.

Większość polskich żołnierzy AK, NSZ, BCh i pomniejszych organizacyj militarnych w praktyce przynajmniej otarła się o wybór życiowy identyczny, jaki był udziałem żydowskich powstańców w gettcie warszawskim. Mieli możliwość wyboru, czy zginą z bronią w ręku czy dadzą się zaszczuć jak bezbronne zwierzęta. Gdy kończyła się wojna światowa zostawali w lasach bądź tam udawali się, by choćby tymczasowo chronić swe życie, by walczyć z grupami pospolitych kryminalistów, którzy stanowiąc filary władzy ludowej rabowali miejscową ludność i szerzyli bezprawie. Trudno w takich warunkach przegapić szansę, o jakiej pisze prof. Wielomski, a jakiej faktycznie nie było.

„Żołnierze wyklęci” byli również na swój sposób podobni do dwu innych formacyj czczonych przez Kontrrewolucję: do wandejskich szuanów i do meksykańskich cristeros. Nie byłbym w stanie uzasadnić odmiennego stanowiska do wyżej wymienionych grup, tj. czczenia jednych i piętnowania drugich. Tu nie ma miejsca na elastyczność i rozciągliwość konserwatyzmu. Pozostaje zakłamanie lub schizofrenia.

piątek, 6 stycznia 2012

Trzej Królowie i ekonomatołki

Przez cały rok próbowałem znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienia dla tezy, według której (vide: wpis sprzed roku ) kolejny świąteczny dzień będzie kosztować Polskę kilka miliardów złotych. Nie znalazłem żadnych rzetelnych badań na ten temat. Okazało się, że metodologja dla tego szacunku jest bardzo kulawa:

Jeśli podzielimy sumę naszego PKB przez liczbę dni roboczych to jeden wolny dzień kosztuje nas 6,666 mld zł, czyli 0,4% PKB

Niesamowita jest bezczelność ludzi wypowiadających te banialuki. Po pierwsze, święto Trzech Króli zostało zamienione za dziwaczny przepis nakazujący oddawać pracownikom wolne dnie za święta państwowe przypadające w soboty. Więc wychodzi mniej więcej „jeden dzień za jeden” każdego roku. Po drugie zaś, o dodatkowym faktycznym koszcie można mówić w szczególności dla podmiotów pracujących na 100 % mocy produkcyjnych. One faktycznie muszą albo zmniejszyć produkcję (i zysk) albo płacić pracownikom za nadgodziny (lub pracę w święto – w przypadku podmiotów pracujących w trybie ciągłym).

Ale w tym roku o sprawie jest nieco ciszej niż przed dwunastoma miesiącami. Może dlatego, że mamy rok przestępny, a zatem obciążenie Trzema Królami bilansuje się poprzez 29 lutego ?! Chyba jednak nie o to chodzi, tzn. ogłupienie społeczeństwa akurat na tym odcinku nie załapało; ludzie polubili tzw. orszaki, jakie są organizowane w miastach; są wdzięczni rządzącym za decyzję wydaną z własnej inicjatywy. Słowem – można spijać miód ze słupków procentowanych poparcia i chwilowo nie trzeba atakować polskiego klerykalizmu.


Pytanie o koszt święta Trzech Króli powinno uświadamiać nam, że można by coś zrobić dla kraju i ograniczyć długość weekendu majowego likwidując obligatoryjny charakter święta 1 maja. Zlikwidujmy je i zobaczmy, czy i ile zyska nasza gospodarka ! Spróbuję zainteresować tematem zaprzyjaźnionych parlamentarzystów – może na początku kadencji odważą się na próbę likwidacji pierwszomajowych złogów po PRL-u ?

Idźmy dalej. Czemu patrzeć na pojedyńcze święta a pomijać wolne soboty ? Wszak jest ich w roku ok. 52, a więc pięć razy więcej niż „zwykłych” świąt państwowych przypadających corocznie od poniedziałku do piątku. Czy rzeczywiście 5 wolnych sobót odpracowanych w „czynie społecznym” załatwiłoby problem tegorocznego deficytu budżetowego Rzeczypospolitej (prawie 35 mld zł) ? Czy likwidacja wolnych sobót zwiększyłaby PKP Polski o jakieś 20 % (52*0,4 %) ? Jestem przekonany, że gdyby było to takie trywialne, to ktoś na pewno zgłosiłby takie pomysły.

„Jakaś” zależność między liczbą dni wolnych a poziomem PKB na pewno istnieje. Ale na pewno nie jest ona liniowa, jak próbują nas przekonywać ekonomatołki. Jutro będę kontynuował ten temat i zajmę się samą ideą „wolnych sobót”.

czwartek, 15 grudnia 2011

Polityka personalna Benedykta XVI w Polsce

Struktury Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce obejmują 14 archidiecezyj, 27 diecezyj oraz ordynarjat polowy Wojska Polskiego. Według stanu na dzień dzisiejszy, dokładnie po połowie zwierzchników tych jednostek administracji kościelnej mianowali Jana Pawła II i Benedykt XVI. Spójrzmy zatem na nominatów Ojca Świętego oraz jego politykę kadrową.

By ją zrozumieć, wróćmy na chwilę do roku 1992. Wtedy to wprowadzono aktualny podział administracyjny diecezyj bullą z 25 marca pn. Totus Tuus Poloniae Populus, która doprowadziła do zmniejszenia wielkości diecezyj i zakończyła proces dopasowywania ich do aktualnych granic państwowych. Proces ten trwał od 1972 r., kiedy to Paweł VI reaktywował i utworzył diecezje na tzw. ziemiach odzyskanych, zaś AD 1991 Jan Paweł II podniósł do wyższej rangi administracje apostolskie części pozostających pod obcemi okupacjami archidiecezyj: lwowskiej (Lubaczów), wileńskiej (Białystok) oraz diecezji pińskiej (Drohiczyn). Mówi się złośliwie i zapewne nie bez racji, że w następstwie Totus Tuus Poloniae Populus ordynarjuszami zostali wszyscy lepsi koledzy ówczesnego nuncjusza i obecnego prymasa Korony abp. Józefa Kowalczyka (ur. 1938). Pokolenie to zaczęło osiągać wiek emerytalny ok. 2004 r. (m.in. sławetny bp. Alojzy Orszulik), zaś obecnie wykruszają się jego ostatni przedstawiciele: najmłodszemu z grupy bp. Andrzejowi Suskiemu z Torunia pozostało do kanonicznego wieku przejścia w stan spoczynku 5 lat. Ta zależność pokoleniowa zdeterminowała, iż podczas zaledwie 6 lat pontyfikatu Benedykta XVI nominował on już 20 ordynarjuszów; 3 szefów diecezyj (Jan Wieczorek z Gliwic oraz jedyni dwaj arcybiskupi mianowani jeszcze w czasach PRLu: Stanisław Nowak – Częstochowa, Władysław Ziółek – Łódź) przekroczyło wiek emerytalny a w ciągu trzech najbliższych lat stanie się to w 4 dalszych diecezjach.


Niestety, nic nie wskazuje, by Benedykt XVI wprowadzał nową jakość do polskiego Kościoła. Karty rozdawane przez lata abp. Józefa Kowalczyka oraz kard. Stanisława Dziwisza wciąż są w grze. A nawet więcej: wciąż pełnią rolę atutów. Oto lista metropolitów mianowanych przez Benedykta XVI: 2005 - Stanisław Dziwisz; 2006: Edward Ozorowski, Wojciech Ziemba; 2007: Kazimierz Nycz; 2008: Sławoj Leszek Głódź; 2009: Andrzej Dzięga; 2010: Józef Kowalczyk; 2011: Wiktor Skworc, Stanisław Budzik. Lepiej jej nie komentować, zwłaszcza trzech ostatnich nazwisk …

Nie spodziewajmy się zatem kontrrewolucji w najbliższych latach, bowiem nic jej nie zapowiada. Monopolu „minionej epoki” (hm, minionej ??) nie przełamano. Także, a może w szczególności pod względem medialnym. Wciąż w mediach brylują te same nazwiska: bp Pieronek, bp Gocłowski, kard. Dziwisz… Dopiero ostatnio usłyszeliśmy kilka ciekawych i kontrowersyjnych wypowiedzi bp. Meringa, lecz jest to chyba jedynie wyjątek potwierdzający regułę.

Oczywiście, że wśród biskupów wskazywanych przez Benedykta XVI są dobrzy duszpasterze i organizatorzy. O wielu włodarzach naszych diecezyj można mówić wyłącznie dobrze, np. o abp. Henryku Hoserze czy czy bp. Wacławie Depie. Ale żaden z nich, choćby na lokalną skalę, nie jest w stanie stawić czoła problemom wiary, religijności i polskości trapiących nas na początku XXI wieku.

Pozostaje jeszcze odpowiedź na pytanie, czy to wina Papieża, czy też kadry, jaką ma do dyspozycji ? Skłaniałbym się ku drugiej opcji odpowiedzi. Patrząc na polski Kościół nie ma alternatyw personalnych. Ścieżki karjer promowały pewien dość podobny typ kapłanów – wiernych „duchowi Soboru Watykańskiego II” i bezbarwnych. Nikt inny nie ma doświadczenia w zarządzaniu czemkolwiek. Patrząc z tradycjonalistycznej perspektywy dostrzegłbym w całej Polsce co najwyżej kilku (!!) proboszczów, którzy z własnej woli wprowadzają w swoich parafjach Motu Proprio Summorum Pontificum, a więc Mszę w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. I tyleż samo kapłanów posiadających stopnie i tytuły naukowe jawnie wspierających linję pontyfikatu Ojca Świętego. Mamy zatem ok. 10 oficerów średniego szczebla i jakąś setkę, może dwie, trzy szeregowców, zaś po stronie „wojtyljanistycznej” pozostaje armia licząca ok. 28 000 duchownych. Dlatego jeszcze zapewne długo poczekamy na swojego kard. Malcolma Ranjitha czy bp. Atanazego Schneidera.

Zeszłoroczne wybory ujawniły znaczącą popularność najbardziej prymitywnego antyklerykalizmu w polskiem społeczeństwie. O ile ilość przygłupów i kanalij wspierających tzw. Ruch Palikota osiągnęła chyba swoje maximum, to najbliższe lata mogą mu przynieść istotną pożywkę jakościową. Otóż w Polsce nie ujawniono jak dotąd żadnych istotnych skandali pedofilskich z udziałem duchownych. To wszystko jest jeszcze przed nami. Z pewnością tak zaprawiony w bojach gracz jak abp Kowalczyk jest gwarantem marginalizacji tego ryzyka. Ale nie łudźmy się, choćby z przyczyn ilościowych, skandale takie zostaną ujawnione prędzej czy później. Przez lata, według ponurego dowcipu, największą karą za akt pedofilski było w Polsce … przeniesienie na Inną parafję. Być może aktualny skład kadrowy polskiego episkopatu jest dostosowany do tego ryzyka. Cokolwiek by nie mówić o ekipie Jana Pawła II, byli to mistrzowie w zamiataniu takich spraw pod dywan. I o tem Benedykt XVI również wie doskonale.

sobota, 5 listopada 2011

Słabe teksty na tematy religijne w „Uważam Rze”

Nie chciałbym, aby zabrzmiało to generalizowanie, albowiem każdy numer tygodnika rządzi się swojemi prawami. Ale ostatnio nie mam powodów do zachwytów nad tekstami nt. chrześcijaństwa drukowanemi w moim ulubionym „Uważam Rze”. Bieżący numer zawiera aż trzy teksty religijne i chyba najkrótszem podsummowaniem może być zdanie, że najlepszym z nich jest artykół red. Czaczkowskiej.

Ta znana zwolenniczka „kościoła otwartego” napisała tekst o nierozkładających się przez wieki ciałach niektórych świętych. Ciekawie, nie za długo, odwołując się do przykładów osób, które wszyscy przynajmniej „średniozaawansowani” katolicy powinni znać (np. św. o. Pio, św. Jan od Krzyża, św. Andrzej Bobola). Na przeciwległym biegunie artykół x. Roberta Skrzypczaka, o którym wystarczająco dużo mówią pierwsze zdania:

„Habemus Papam. Carolum Sanctae Romanae Ecclesiae Cardinalem Wojtyła!” – to obwieszczenie konklawe stało się jednym z najbardziej znamiennych zdarzeń historii XX w. Jakże trafna okazała się uwaga amerykańskiego kardynała z Chicago Johna Patricka Cody’ego wyrażona wobec dziennikarza „L’Osservatore Romano” w 1978 r.: „To będzie największy papież wszech czasów”.


Całość jest typową wojtyljańską agitką, w której pozytywnymi bohaterami są prominentni posoborowcy: Henryk de Lubac czy Franciszek König. Tekst zawiera szczegółową relację z konklawe, podczas którego kard. Wojtyła został wybrany na Jana Pawła II. Niestety, x. Skrzypczak ani nie podaje źródła swoich bardzo szczegółowych rewelacyj: wskazuje na „dziennik pisany przez jednego z elektorów”, ale nie precyzuje, przez którego. Oczywiście nawet nie piśnie słowa, że sekrety konklawe obwarowane są ekskomuniką zaciąganą przez tego z kardynałów, który ujawni konkretne szczegóły głosowania. Zaś cytuje dane podawane już AD 1983 przez dwóch zachodnich pisarzy Thomasa i Morgana-Wittsa w książce pt. ,,The Pontiff”. No i co ja mam myśleć o całości dziełka, a ??

Nie spodobał mi się również tekst Łukasza Adamskiego „Dlaczego musimy bronić Kościoła” Słuszność poglądów autora to za mało, by tekst można było rekomendować. Adamski to oczywiście „nasz człowiek”, szczery konserwatysta i katolik. Tyle, że brak mu jeszcze zdolności do syntezy faktów. Różne ciekawostki, które umieszcza, w nic się nie układają. Są raczej kontrowane przez inne myśli, dla których nie przedstawiono dowodów. Wymieńmy je:

1.Sukces palikotyzmu nie urodził się na pustyni, lecz jest oparty na budowanej w massmediach od wielu lat atmosferze akceptacji i wsparcia dla każdego pojawiającego się bluźnierstwa. Niestety myśl ta jest dyskontowana przez tezę, jakoby istniała korelacja pomiędzy ostatniem uniewinnieniem Nergala a dość powszechnem głosowaniem młodych ludzi na palikotów. Skąd ten wniosek panie redaktorze?

2.Błędy w komunikacji i relacjach pomiędzy wiernymi a klerem są jedną z głównych przyczyn sukcesu palikotów. Prawda. Ale po co pisać, że w Polsce są jacyś savonarole odstraszający młodych od Kościoła ?

3.Passus o niemożności traktowania jako alternatyw: obecności krzyża w życiu publicznem (przyjmijmy je jako: 1) bądź jego nieobecności (0) nie został zdyskontowany dopełnieniem, iż neutralność światopoglądowa zakłada implicite dopisanie i zniwelowanie wartości (-1), a więc ... odwróconego krzyża. Neutralność bez tego nie istnieje ! Jej częścią musi być w Europie postawa antychrześcijańska.

Adamski w irytujący sposób utożsamia Kościół i chrześcijaństwo. To oczywiście jest prawdą z punktu widzenia teologicznego, ale trudno uznać to podejście za poprawne w analizach socjologicznych, w których utożsamia się zbiór 1 mld ludzi ze zbiorem 2 mld ludzi. Tytuł „Dlaczego musimy bronić Kościoła” jest niezbyt odzwierciedlany przez treść, która odnosi się do obrony chrześcijaństwa. Ostatnia myśl wypowiedzi Adamskiego brzmi: „Chrześcijaństwo i tak przetrwa, bowiem jest dziś najszybciej rozwijającą się religią na świecie. Nie oznacza to jednak, że Europa musi pozostać jej skansenem”. Tyle, że może, proszę Szanownego Autora, nawet tym skansenem nie być....

Na szczęście w „Uważam Rze” poruszane są też inne zagadnienia. Polecam znakomity temat numeru, poświęcony zbrodni wołyńskiej. Jeszcze do 6 XI mogą Państwo zakupić ten numer w kioskach!

poniedziałek, 31 października 2011

Dziś halloween !!

Nie widzę sensu w przeszczepianiu do nas niepolskich zwyczajów takich jak walentynki (14 lutego) czy halloween (31 października). Mamy swoje święta i tradycje, które jakoś dotrwały do XXI wieku, więc pielęgnujmy je, topiąc marzannę, szukając kwiatu paproci czy kolędując z wizerunkami śmierci, turonia lub innego diabła.


Jednak pewna tegoroczna reakcja na halloween widoczna m.in. na facebook'u wydaje się być nietrafna i głęboko przesadzona: "Jestem chrześcijaninem, nie obchodzę halloween" - głosi zajawka tzw. wydarzenia, na które i mię zapraszano.

Spośród argumentów tam zaprezentowanych:
1) Obyczaje związane z Halloween ukazują zniekształcony obraz świata duchowego.
...
2) Obyczaje związane z Halloween stanowią nierzadko zagrożenie duchowe; nie trzeba bezpośrednio oddawać czci szatanowi, aby zapraszać go do swojego życia. Nie trzeba wierzyć w piekło, żeby się do niego dostać.

3) Obyczaje związane z Halloween zastępują atmosferę zadumy w którą wprowadza nas Kościół, oraz wypierają inicjatywy o charakterze wychowawczym (Np. konkursy na najlepszą dynię, zamiast wycieczki na cmentarz i ogarnięcia kilku zaniedbanych grobów..)

przemawia do mnie ostatni: przebieranki za wampiry i dynie na halloween same w sobie są znacznie dalsze od kultu szatana niż słowiańskie i bałtyckie dziady, podczas których przyzywano dusze zmarłych i karmiono je odrobiną pokarmu. Gdyby ktoś chciał dziś upowszechniać te gusła w Polsce, należałoby zaprotestować. Bowiem obrzęd dziadów jest kultywowany przez środowiska tzw. rodzimowieców, a więc pogan.

Etykietowanie każdej nowinki jako ataku na chrześcijaństwo nie wydaje się być dziś skuteczne. Zwłaszcza w bieżącym roku, którego swoistą gwiazdą jest x. Natanek mówiący sporo mądrych rzeczy o zagrożeniach duchowych, ale i sprowadzający rzecz do absurdu w sławetnem kazaniu o żelu na włosach, lakierze do paznokci i pokemonach. Jeśli chcemy skutecznie bronić się przed inwazją halloween, nie możemy z miejsca sprawiać, że 70% ludzi uzna nasz sprzeciw za natankizm.

Chyba najlepiej odpychać dzieci od halloween mówiąc im, że radosny charakter marszów i fest nie licuje z powagą nadchodzących zaduszek, zaś po cukierki będą mogły pochodzić jako kolędnicy już za dwa miesiące. Wbrew pozorom rozumowania dorosłych, do dzieci często najłatwiej trafiają argumenty logiczne...

poniedziałek, 17 października 2011

Lutrzykom nie pasuje x. Piotr Skarga !!

Jak informuje dzisiejsza „Rzepa” „Kościół” luterański kontestuje uchwałę Sejmu Rzeczypospolitej ustanawiającą rok 2012 rokiem xiędza Piotra Skargi. Oto treść uchwały z 16 IX 2011 ...

„Która jest pierwsza i zasłużeńsza Matka, jak Ojczyzna, która jest gniazdem wszystkich matek i powinowactw waszych i komorą dóbr waszych wszystkich. (…) Oną miłując, sami siebie miłujecie” — ksiądz Piotr Skarga

W czterechsetną rocznicę śmierci Piotra Skargi, który dzielnie, słowem i czynem, zabiegał o szacunek dla Ojczyzny i lepszy byt dla rodaków, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, w uznaniu Jego zasług, postanawia oddać hołd Piotrowi Skardze.

Piotr Skarga, właściwie Piotr Powęski (1536—1612), był pisarzem, teologiem, jezuitą i kaznodzieją. Posiadał wielki talent krasomówczy, potrafił zdobyć posłuch wśród ludzi wszystkich stanów, słuchali go nawet królowie. Zapisał się na kartach historii jako czołowy polski przedstawiciel kontrreformacji, filantrop oraz Ten, który w trosce o Ojczyznę miał odwagę nazwać po imieniu największe polskie przywary. Nawoływał do zmian postaw rządzących, do reform, by nie doprowadzić Rzeczypospolitej do upadku.

Zdolności pisarskie Piotra Skargi oraz Jego kunszt zostały docenione przez innych artystów. Dzieło hagiograficzne „Żywoty świętych” Adam Mickiewicz nazwał najpoetyczniejszym ze wszystkich, które w języku polskim kiedykolwiek były napisane, a wizerunek Skargi proroka utrwalił Jan Matejko w znanym obrazie „Kazanie Skargi”.

Poza działalnością pisarską i kaznodziejską Piotr Skarga zajmował się wszechstronną działalnością filantropijną, zakładając m.in. Bractwo Miłosierdzia, Bank Pobożny i Skrzynkę św. Mikołaja.

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, przekonany o szczególnym znaczeniu dorobku Skargi jako jednego z najwybitniejszych polskich twórców epoki renesansu, ogłasza rok 2012 Rokiem księdza Piotra Skargi




A oto odpór lutrzyków:

„Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.” (Art. 25 ust. 2 Konstytucji RP)

Synod Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP wraz z całym środowiskiem ewangelickim w naszym kraju wyrażają zaniepokojenie decyzją Sejmu RP o ogłoszeniu roku 2012 rokiem ks. Piotra Skargi.

Ks. Piotr Skarga był postacią publiczną, propaństwową. Bardzo dyskusyjne jest jednak jego wyobrażenie państwa - całkowicie niepasujące do współczesnej rzeczywistości i trudno określić, jakie wartości miałyby upamiętniać obchody tego roku. Trudno uznać za usprawiedliwione niektóre decyzje i działania ks. Skargi w odniesieniu do polityki wyznaniowej i polityki państwa. Ks. Skarga stanowczo opowiadał się za państwem jednowyznaniowym i wszelkie powodzenie naszego kraju widział w konsekwentnym realizowaniu tej idei, sprzecznej z polityką jagiellońską, w świecie której się wychował.

Nie jest zrozumiałe, dlaczego Sejm RP uznał za warte promocji dokonania tej postaci. Działań ks. Skargi nie sposób uznać za akceptowalne dla współczesnego myślenia o kształcie państwa. Są one zrozumiałe z perspektywy historycznej, rywalizacji Kościołów i rozumienia koncepcji stosunków Państwo - Kościół czterysta lat temu. Obecnie są one anachronizmem, choć mającym niekiedy swoje współczesne konsekwencje. Waśnie wyznaniowe i religijne dotyczą, niestety, i naszych czasów. Czy jednak przez swoją decyzję Sejm Rzeczypospolitej Polskiej - najważniejszy organ Państwa nie opowiedział się po stronie niedemokratycznej i kłócącej się ze współczesnością koncepcji postrzegania spraw religijnych?

Warto przypomnieć, że w burzliwej atmosferze wystąpień i tumultów wyznaniowych ks. Skarga działał radykalnie i stał się w pamięci historycznej postacią znaczącą, ale wspominaną przez różne kręgi wyznaniowe odmiennie. Swoją decyzją Sejm RP przypomina osobę bardzo kontrowersyjną i idee, które powinny być obce nowoczesnemu społeczeństwu. Decyzja ta jest dla nas niezrozumiała, zarówno w wymiarze neutralności państwa, jak i deklarowanego przez niektórych posłów otwarcia na inicjatywy ekumeniczne.

Parę słów komentarza.

1. Trudno o większą nietolerancję religijną, niż zaprezentowana przez kacerzy. Oto bowiem jedynym argumentem przeciw uczczeniu x. Skargi jest to, że był czołową postacią kontrreformacji! Zaś argumentem za tem świadczącym ma być zasada wolności religijnej wpisana w Konstytucję Rzplitej. Czy zatem dla równowagi powinniśmy przemilczać wszelkich działaczy i zwolenników reformacji w Polsce, a więc Mikołaja Reja, Andrzeja Frycza Modrzewskiego, Szymona Budnego i innych ?

2. Czy kolejnym etapem tego szaleństwa miałoby być wymazanie z pozytywnej pamięci narodu wszelkich innych postaci, tylko dlatego, że byli duchownymi Kościoła katolickiego? Stracilibyśmy wówczas np. x. Pawła Włodkowica, który reprezentował nieco inną wizję państwa niż x. Skarga, ale na pewno działał w niezgodzie z art. 25 ust. 2 Konstytucji RP

3. Konsekwentne zastosowanie tej metody doprowadziłoby do wzorca zastosowanego obecnie we Francji

Władca Franków Chlodwig I, król Ludwik IX Święty, Napoleon Bonaparte, Ludwik XIV. Wiedza o wszystkich tych monarchach, zdaniem Ministerstwa Edukacji, jest młodym Francuzom zupełnie niepotrzebna. Z programów nauczania historii dla gimnazjów (uczęszcza do nich młodzież w wieku 12 – 16 lat) zostali wyparci przez władców Indii, Afryki czy Chin.

Czy tego chcecie ?

4. Bezczelność kacerzy luterańskich jest tem większa, jeśli zważy się na poglądy założyciela sekty, którą reprezentują. O ile xiądz Skarga słowem przeciwstawiał się m.in. tolerancji religijnej, a więc był zdania, że likwidacja obiektywnego zła w społeczeństwie jest bardziej opłacalna niż tolerowanie go, to poglądy upadłego zakonnika Marcina Lutra należy uznać za kompilację antysemityzmu i szowinizmu, „ozdobioną” promowaniem sławetnych „polowań na czarownice”. Można wręcz powiedzieć, że niedaleko padło to zgniłe jabłko od jabłoni. Chęci te same co u Lutra, tylko metody inne, bardziej "nowoczesne i cywilizowane".

5. Na zakończenie, by było śmieszniej i straszniej, inny wyjątek z Rzepy o działalności luterańskich kiepów (wszelkie podobieństwo do „KEPu” – przypadkowe!)

Synod podtrzymał też decyzję władzy wykonawczej, czyli konsystorza, o przymusowym skierowaniu biskupa generała Ryszarda Borskiego w stan spoczynku. Bp Borski był zwolennikiem lustracji. Jego działania doprowadziły do tego, że poprzedni zwierzchnik luteranów bp Janusz Jagucki, który był tajnym współpracownikiem SB, musiał ustąpić.

Biskupa Borskiego najpierw pozbawiono stanowiska naczelnego duszpasterza wojskowego, a wczoraj – wszelkich praw duchownego.

Bp Borski jest w ostrym konflikcie z obecnym zwierzchnikiem ewangelików bp. Jerzym Samcem oraz w sądach cywilnych procesuje się z innym członkami władz kościelnych, oskarżając ich o wielokrotne zniesławienie. Biskup publicznie sprzeciwia się pełnieniu funkcji przez byłych współpracowników komunistycznych służb specjalnych.

Tydzień wcześniej luterański Synod diecezji katowickiej wybrał na swojego zwierzchnika bp. Tadeusza Szurmana, zarejestrowanego jako TW „Gustawa".

Pięknie! Zatem utopili jedynego faceta, który w tamtem gronie stara(ł) się w praktyce walczyć o to samo, o co xiądz Piotr Skarga: o naprawę moralną Rzeczypospolitej. Przyzwoitych ludzi im nie trzeba! Które kolejne grono w Polsce wybiera tę samą drogę? Czy taki kraj może nie upaść?

Nie obiecuję sobie za wiele po Roku Xiędza Skargi. Duch kontrreformacji jest nam niestety odległy, a budzenie sumień Polaków trwa powoli. Ale zwykle przy takich okazjach wznawiane są publikacje osób przypominanych i honorowanych. Xiądz Skarga funkcjonuje w świadomości Polaków jako autor Kazań sejmowych i Żywotów świętych, tymczasem jego dorobek piśmienniczy jest znacznie szerszy. Mam nadzieję, że pojawi się edycja dzieł zbiorowych z komentarzem krytycznym ułatwiającym zrozumienie pism przez dzisiejszego czytelnika, nieobytego ze staropolszczyzną. Jak wyglądają dawne wydania niektórych tekstów x. Skargi, możemy zobaczyć tutaj. A oto pojedyńczy skan:


Nie czyta się tego nayłatwiéy !!

wtorek, 11 października 2011

Pokolenie JP3

Fenomen wyborczy
Tegoroczne wybory objawiły nam ciekawe i niepokojące zjawisko socjopolityczne, które roboczo nazwę „Pokoleniem Janusza Palikota". Oto bowiem co dziesiąty spośród połowy dorosłych Polaków, biorących udział w głosowaniu, zdecydował się poprzeć t.zw. „Ruch Poparcia Palikota” – luźną strukturę kandydatów satelickich względem charyzmatycznego lidera, głoszących hasła antyreligijne i antycywilizacyjne bez jakichkolwiek pozytywnych propozycyj faktycznie służących nowoczesnemu państwu i społeczeństwu.

Poziom zastosowanego przekazu najlepiej obrazuje ten spot. Ludziom jakkolwiek kulturalnym może on co najwyżej przywieść uśmiech na twarz i dać pojęcie o sowieckiej propagandzie antychrześcijańskiej. Tymczasem motłochowi się spodobało i to bardzo!



Antyklerykalizm przekazu Palikota zdecydowanie przeważa nad postulatami legalizacji miękkich narkotyków czy promocją mniejszości seksualnych. I wprawdzie najgłośniejsi kandydaci RPP to Biedroń i transseksualista z Krakowa, którego nazwiska nie spamiętawszy, to pamiętajmy, że posłem – elektem z Łodzi został kapłan apostata Roman Kotliński, redaktor naczelny „Faktów i Mitów”. To być może nie pierwszy laicyzowany prezbiter w Sejmie Rzeczypospolitej, ale z pewnością pierwszy, który żyje z plucia na „KRK”.

Problem Kościoła
Zdawać by się mogło, że ujawnienie się „Pokolenie JP3” postawi na baczność polski Kościół instytucjonalny. Wielkość i intensywność tego ruchu przeraża zwłaszcza w młodem pokoleniu Polaków (18 – 25 lat), w którem RPP zdobył co czwarty oddany głos. Wnioski powinny być jednoznaczne, wskazujące na kompletne fiasko pracy katechetycznej z dziećmi i młodzieżą oraz na poważny kryzys rodziny i systemu edukacyjnego. Młodzi ludzie z tego przedziału wiekowego przeszli religję od klasy 1-szej do maturalnej i jeśli główną zaszczepioną im "wartością" jest nienawiść do instytucjonalnego Kościoła, to - jak powiedziałby x. Natanek - "wiedz, że coś się dzieje". Tak wygląda podsummowanie 20 lat nauczania katechetycznego w polskich szkołach.

Kościół powinien zatem zmienić, co może i promować autentyczne wartości. Czy tak się stanie, zobaczymy. Złym sygnałem jest wypowiedź bpa Pieronka, zakładającego, że „teraz więcej spokoju, ustaną teraz zajadłe ataki, okropne, dalekie od chrześcijaństwa”. To bezpodstawny optymizm. Po raz kolejny kult św. Spokoja może wygrać z minimalnym choćby samokrytycyzmem. Biskupi powinni wreszcie dostrzedz ten problem i zacząć nań reagować. Ich kalkulacja, jak mniemam, wynika z przywiązania do układu okrągłostołowego, dzięki któremu nieformalnie wbudowano Kościół w strukturę władzy. Władza zrealizowała część postulatów świata katolickiego, tj. ograniczyła prawo do aborcji, wprowadziła małżeństwa konkordatowe, religję do szkół, dała pensje katechetom, kapelanom szpitalnym, więziennym i wojskowym tudzież dokonała restytucji części mienia. Wzamian Kościół – również nieformalnie – zobowiązał się, czy raczej rozumiał, że pewnych postulatów nie należy podnosić. Jakich ? W szczególności odnoszących się do odbudowy państwa katolickiego. Na oportunizm powiązany z fruktami wynikającemi z udziału we władzy nakładał się „Duch Soboru Watykańskiego II” wykluczający integryzm i promujący herezję wolności religijnej w społeczeństwie w większości wciąż katolickiem. Rozumowanie biskupów miało zatem swoją logikę i dopóki trwa III RP, dopóty zawarty układ będzie w mocy. Nie zerwie go jakikolwiek rząd, od SLD po PiS, ponieważ wie, z jakiemi konsekwencjami społecznemi ze strony Kościoła mogło by to się wiązać. Autorytet biskupów w części społeczeństwa mógłby zmniejszyć legitymizację władzy. Ale pamiętajmy, że nadchodzący kryzys może zmieść III RP. Stanie się to prędzej czy później. Nastająca potem V RP będzie opierała się na zupełnie innych zasadach, ustalonych przez graczy, zależnie od siły, jaką będą dysponować. Na to wszystko KEPscy zupełnie nie są przygotowani. W szczególności, nie widzą własnych słabości i nie chcą z niemi walczyć.

Jako, że III RP chyli się ku upadkowi, pojawili się harcownicy. Nigdy nie rozstrzygają oni o przebiegu bitew, ale z pewnością wpływają na morale żołnierzy. Harcownikiem promowanym na niwie kulturalnej jest np. Nergal, zaś identyczną funkcję na niwie politycznej pełni Janusz Palikot, czyli JP3. Naprzeciwko Nergala wystąpił bp Wiesław Merling i wezwał do nieposłuszeństwa obywatelskiego polegającego na niepłaceniu abonamentu telewizyjnego. Jest to jednoznaczne naruszenie opisanych powyżej reguł układu między Kościołem a władzą III RP. Można powiedzieć, że w ten sposób strzelił bramkę wyrównującą na 1:1. Ale teraz Palikot podwyższył na 2:1 i jest bliski strzelenia kolejnych bramek. Trzeba dać mu odpór, jeśli nie chce się przegrać przynajmniej tego doczesnego pojedynku. Oczywiście, reakcja nie powinna polegać jedynie na napisaniu paru tekstów, na kilku dobrych homiliach itp., lecz na czynach. Przeciwwagą dla „Ruchu Poparcia” może być jedynie elita Kościoła wywodząca się z różnych wysp „archipelagu radykalnej ortodoksji”, który siedem lat temu dostrzegł i zdefiniował w najważniejszym chyba swoim tekście Paweł Milcarek. Do tej pory Kościół traktuje je raczej jako zagrożenie, będąc wiernym „Duchowi Soboru Watykańskiego II” i układowi III RP. Nie muszę chyba wyjaśniać, że o ile charyzmatycy i neokatechumenat cieszą się poparciem niektórych biskupów, to ich akceptacja dla zwolenników tradycji łacińskiej w zasadzie nie występuje. Laicyzmu nie pokonają świeccy, którzy są szeregowcami w Kościele Wojującym, lecz jego generałowie, kapitanowie i podoficerowie – czyli duchowieństwo. Tę elitę duchowieństwa i laikatu trzeba stworzyć. Nas, przedsoborowców, odróżnia od posoborowców bowiem nie łacina, lecz apologetyka, dyscyplina, wizja państwa i społeczeństwa. To powinniśmy przeciwstawić „Pokoleniu JP3” i dzięki tem zasadom nie powinno się ono odnawiać w młodszych rocznikach.

Janusz Palikot
Wbrew różnym rozgorączkowanym głosom jestem zdania, że Palikot nie jest diabłem wcielonym, lecz sprytnym cynikiem, który – jako zdolny i doświadczony manager – odnalazł w społeczeństwie niezagospodarowaną niszę i ulokował się w niej. Temniemniej nic nie wskazuje, aby w najbliższym czasie pojawiła się atrakcyjniejsza grupa wyborców, na których można by spróbować „przeskoczyć”, dla której byłoby się wiarygodnym. Bowiem celem Palikota jest władza a nie rewolucja. Ku niej będzie zmierzał stosując się do zasad zdroworozsądkowych i używając nowoczesnych narzędzi marketingu politycznego.

Zaledwie pięć lat temu Janusz Palikot próbował swoich sił w zupełnie innej części sceny politycznej. Finansował wydawanie prawicowo-katolickiego tygodnika „Ozon”, wraz z którym tworzył mit „Pokolenia JP2”. Okazało się wszakże, że nic takiego nie występuje w praktyce, nie ma wśród młodych Polaków jakiegoś szczególnego zainteresowania i atencji do nauczania i postaw moralnych promowanych przez polskiego papieża, Jana Pawła II. Ruch nie powstał, gazeta splajtowała. Nie ma po nich śladu na tyle, że zaledwie w dwa – trzy lata później mógł Palikot obrać przeciwny kierunek i stać się najprzód enfant terrible Platformy Obywatelskiej, a rok temu – inicjatorem święcącego dziś sukces ruchu. Palikot wie, że słabnący Kościół polski jest tym łatwiejszym celem ataków, gdyż zaczadził go Duch Soboru Watykańskiego II. Dokąd rządzą tu hierarchowie realizujący ultrazachowawczą strategję duetu Dziwisz – Kowalczyk, na jego harce zapewne nie będzie odpowiedzi.

Ale Palikot rozumie też, że jego aktualna nisza jest nietrwała. Odsetek kanalij itp. w każdem społeczeństwie, nawet najbardziej demokratycznem, jest skończony. Wprawdzie mogą go zasilać kolejne roczniki wyborcze, ale innym czynnikiem sukcesu była antysystemowość RPP. Efekt ten można osiągnąć na szerszą skalę tylko raz, zaś teraz stało się to po części z uwagi na „zbieg okoliczności”, poprzez który praktycznie wyeliminowano z wyborów listę Janusza Korwin – Mikkego. Bez mobilizacji tradycyjnych i potencjalnych korwinistów w szeregi RPP, osiągnięty wynik wyniósłby jakieś 7 % i nie byłby aż tak głośny medialnie.

Gdybym był na miejscu Palikota, spróbowałbym doprowadzić w tej kadencji do jednego sukcesu, np. legalizacji konopij indyjskich i nasiliłbym prace na odcinku walki z biurokracją, w której JP3 zupełnie poległ podczas poprzedniej kadencji, szefując sejmowej komisji Przyjazne Państwo. Inną ciekawą opcją byłoby zagranie karty eurosceptycznej, co równocześnie związałoby w jakiś sposób ręce prawicy. Sugerowane ruchy mogą dać mu znacznie ciekawszą niszę społeczną do zagospodarowania. Droga do niej wiedzie poprze zmianę zasad finansowania partyj politycznych, która petryfikuje aktualny układ tzw. „bandy czworga”. Paradoksalnie, najbardziej Palikotowi mogą zaszkodzić właśni posłowie. Obecny skład doszedł do lewej ściany: pederasta, transseksualist(k)a, kapłan – apostata, feministki. Jeśli ich oczekiwania będą formułowane za szybko, to raczej ośmieszą rewolucję niż ją zrealizują. Zwłaszcza, że jak wiemy choćby z poniższego materjału, odwaga nie musi być ich najmocniejszą stroną.



Głos lewicy
Polecam zapoznanie się z bardzo ciekawym tekstem Adama Ostolskiego „Nie ma postępu na skróty”, który w ustrukturalizowany sposób omawia, czemu prawdziwym lewakom jest nie po drodze z Palikotem. „Krytyka polityczna” doskonale wie, że JP3 nie jest dziś postacią z ich bajki. Oczywiście jest ryzyko, i to niemałe, że dotychczasowi potencjalni rywale na lewicy zewrą szeregi i ustalą wspólną linję. Niebezpieczeństwo z ich strony może zagrażać Polsce dopiero w V RP, jeśliby mieli istotny wpływ na jej kształt. Wszystko zależy od ewolucji RPP, ale równocześnie od tego, kiedy splajtuje III RP. Pamiętajmy też, że jakkolwiek RPP naruszył układ kontrolowany przez „Bandę czworga”, to Palikot może w następnych wyborach spaść z politycznego Olimpu równie boleśnie jak Grzegorz Napieralski – король wyborów prezydenckich AD 2010 i шут starcia tegorocznego.

Podsummowanie
Pokolenie Polaków liczących mniej niż 25 lat, a więc wychowanych w III RP, różni się istotnie od wcześniejszych. Znaczną jego część stanowią obcy nam barbarzyńcy. Replikacji tego stanu rzeczy służą narzędzia edukacyjne, a więc trójstopniowe szkolnictwo o coraz niższym poziomie nauczanie i coraz dłuższym czasie przymusu edukacyjnego. Nie mamy specjalnego wpływu na te procesy ani na ogłupiające i demoralizujące młodzież massmedia. Ale możemy mieć pewien wpływ na instytucję, przeciw której skierowana jest nienawiść tego motłochu, na Kościół katolicki. Antyreligijność Polaków może być bardziej trwała niż ruchacze Palikota, a zagrożenia z nią związane są szersze obejmując niż tylko wyborczy aspekt społeczeństwa. Trzeba budzić biskupów, dopóki nie jest za późno !

czwartek, 14 lipca 2011

Raport na temat ochrony życia nienarodzonych w Polsce (1)


Wprawdzie polskie prawo odnoszące się do ochrony płodu ludzkiego i dopuszczalności przerywania ciąży jest jednem z najbardziej restrykcyjnych w Europie, ale kilka lat temu, AD 2007, została przegrana wielka szansa na optymalne rozstrzygnięcie problemu ochrony życia poczętego. Przypomnę, że sprawa została rozegrana instrumentalnie przez niesławnego przywódcę LPR Giertycha, który grając kartę aborcyjną liczył na poróżnienie przywódców Prawa i Sprawiedliwości, marszałka Marka Jurka i premiera Jarosława Kaczyńskiego. Wist Giertycha udał się znakomicie: p. Jurek dał się podpuścić jak pięciolatek i poddał pod głosowanie projekt poprawki do ustawy zasadniczej, dla którego nie została zbudowana większość kwalifikowana 2/3 głosów. Akapity zakładające zmianę Konstytucji RP przepadły 13 kwietnia 2007, a sam Marek Jurek zrezygnował ze stanowiska i odszedł z PiSu budując marginalną Prawicę Rzeczypospolitej. Wraz z tą sprawą zakończyła się budowa pisowskiej „IV Rzeczypospolitej” – Sejm RP podjął w dniu 7 września decyzję o samorozwiązaniu, a następne wybory wygrała Platforma Obywatelska. Przy nowej większości parlamentarnej szansa zmiany prawa aborcyjnego została znacznie zredukowana.

W niniejszem opracowaniu nie mam zamiaru zajmować się poglądami na aborcję braci Kaczyńskich: ani chwalić ich za pozytywną ewolucję, jaka w ich poglądach niewątpliwie zaszła od czasu głosowania nad senackim projektem ochrony życia poczętego w kadencji 1989 – 91, ani ganić za występujący AD 2007 brak zgodności z nauczaniem Kościoła. Obaj politycy Porozumienia Centrum /PiS nie byli nigdy bohaterami z mojego snu i po żadnym z nich nie spodziewałem się czegoś więcej niż „nowoczesnej chadeckości”. Bardziej interesują mnie błędy popełniane przez ludzi uważających się za kontrrewolucjonistów, ich przyczyny i następstwa.

Prawodawca powinien mieć świadomość, że – zwłaszcza w kraju takim jak Polska – litera prawa to zaledwie pierwszy krok, aby zapewnić wypełnianie owego prawa. Ustawa, nawet konstytucyjna, musi mieć wsparcie instytucjonalne opierające się o działalność konkretnych ludzi. Bez tego przepis pozostanie martwy na papierze i nie będzie komu go egzekwować i aplikować. Patrząc na faktyczną ochronę życia nienarodzonych w Polsce należy spoglądać na wiele mierników i zagadnień:
1. Liczbę istot ludzkich pozbawianych życia corocznie w majestacie prawa.
2. Liczbę osób corocznie skazywanych za dokonanie aborcji.
3. Szacowaną wielkość podziemia aborcyjnego, w tem: dostępność i penalizację metod farmakologicznych (kombinacja leków dostępnych na recepty) powodujących aborcję
4. Dopuszczalność prawną stosowania metod aborcyjnych pod szyldem antykoncepcji.
5. Regulacje prawne w dziedzinie zapłodnień „in vitro”.
6. Akceptację społeczną dla aktualnego prawa oraz dla jego ewentualnego „zaostrzenia”.

Znamy wartość pierwszego miernika, który wynosi ponad 500 istnień i ma tendencję rosnącą. Niestety, z kolei drugi z prezentowanych wskaźników ma stałą wartość zerową: z punktu widzenia statystyk sądowych nikt lub niemal nikt nie łamie ustawy o ochronie płodu ludzkiego. Wpływa to z pewnością na zwiększające się podziemie aborcyjne, bo nic tak nie demoralizuje ludzi jak nieegzekwowane prawo. Jaka jest jego skala, nie wiadomo, ale zapewne jest to kilka - kilkanaście tysięcy „zabiegów” i nieznana bliżej liczba poronień farmakologicznych, wynikających z tabletek „do 72 h po stosunku” oraz innych metod antykoncepcyjno – aborcyjnych uniemożliwiających zagnieżdżenie się zapłodnionej komórki jajowej w macicy. Osobną stroną podziemia są nielegalne aborcje farmakologiczne oraz turystyka aborcyjna.

Zauważmy też, że egzekwowanie prawa antyaborcyjnego nie poprawiło się w czasach współrządzenia Polską przez Marka Jurka i Romana Giertycha. Ściganie „ginekologów” oraz babek – szamanek miało miejsce jedynie w libertyńskich kabaretach, które upodobały sobie szydzenie z działań mających na celu egzekwowanie ochrony życia. We współczesnej Polsce nie powstało też prawo jakkolwiek regulujące zagadnienia związane z zapłodnieniem pozaustrojowem, co oznacza, że wszystko jest dozwolone, włącznie z tworzeniem hybryd zwierzęco ludzkich, gdyby tylko komuś przyszło to do głowy. Dopełniając ten obraz dodajmy, że obecne prawo aborcyjne cieszy się akceptacją społeczną. Z drugiej strony, relatywnie niewielki odsetek tzw. „wyborców” czuje potrzebę zmniejszenia faktycznej dopuszczalności przerywania ciąży.

Jak jest zatem w Polsce z problemem zabijania nienarodzonych dzieci ?

Niewątpliwie sytuacja jest lepsza niż dwadzieścia lat temu. Przez ten czas podniosła się świadomość społeczna, że życie ludzkie rozpoczyna się w chwili połączenia plemnika ojca z komórką jajową matki i mamy do czynienia z nową istotą ludzką. Równocześnie zbudowano całkiem zadowalającą sieć instytucyj wspierających samotne i nieletnie matki, pojawiły się tzw. okna życia w rozmaitych klasztorach. Zmiana nastawienia społecznego jest wyraźna i trwała. Jest w tem duża zasługa Kościoła katolickiego i jego struktur, choć hierarchja kościelna wydaje się być usatysfakcjonowana obecnem status quo w dziedzinie aborcji i szuka analogicznego kompromisu w dziedzinie in vitro. Trudno chwalić niniejszą postawę mając w pamięci choćby słowa Chrystusowe „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili", ale mając na uwadze przedstawione powyżej luki w ochronie nienarodzonych, należy stwierdzić, że wyjątki wynikające z ustawy o planowaniu rodziny i ochronie płodu ludzkiego są tą mniej istotną wadą polskiej infrastruktury instytucjonalnej służącej naszym najsłabszym bliźnim. Zaś wadą najistotniejszą jest fasadowość i selektywność prawa zgodnie z najgorszą polską tradycją: przepis jest po to, by go omijać. Podsumowując zatem: podczas gdy w PRLu aborcja była opóźnionym środkiem antykoncepcyjnym, dziś postrzegana jest jako „zło konieczne”, dopuszczalne w sytuacjach wyjątkowych. Np. gwałtu lub małoletniości matki („nie można zmuszać zgwałconej trzynastolatki do rodzenia” – jak się miał wyrazić śp. Lech Kaczyński). Płód ludzki jest człowiekiem nawet w argumentacji wielu przeciwników całkowitego zakazu aborcji, a publiczne rozmawianie o przeprowadzonych aborcjach odnosi się wyłącznie do przeszłości, nie jest tematem rozmów koleżanek z pracy czy nawet „celebrytek”.

Być może świadomość na temat wczesnych faz rozwoju życia człowieka jest dziś lepsza niż w II Rzeczypospolitej, w której to, zwłaszcza w dużych miastach, aborcja była dość powszechnie tolerowana i przeciętny człowiek nie traktował jej jako zbrodnię. Nie chcę wprowadzać tu dodatkowego wątku dygresyjnego, ale przekonują mnie świadectwa wskazujące na II wojnę światową i powstanie warszawskie jako kary za grzech dzieciobójstwa nałożone przez Boga na Polskę i Warszawę. Ówczesny kodeks karny z roku 1932, choć przewidywał karę więzienia za spędzanie płodu w wysokości do lat pięciu (kobieta miała być karana aresztem do lat trzech), pozostawał wyłącznie na papierze – zupełnie jak regulacje ustawowe nam współczesne. Dodajmy, że zawierał on wyłączenia od penalizacji aborcji, jeśli zabieg był konieczny ze względu na zdrowie kobiety ciężarnej lub ciąża była wynikiem przestępstwa: gwałtu, stosunku z nieletnią, ubezwłasnowolnioną, względnie kazirodztwa. Katalog ten był zatem szerszy niż w aktualnem polskiem prawie i stawiał II Rzeczpospolitą w awangardzie fałszywego postępu tuż za Sowietami.

środa, 8 czerwca 2011

Pogrzeb Arcybiskupa Teodorowicza

Wszystko odbyło się tak, jak przewidywałem 14 maja:

Coś w sprawie ponownego pochówku Arcybiskupa Józefa Teodorowicza może głęboko nie grać. Albo, jak napisałem, jest to półprywatna inicjatywa kręgu pasjonatów, albo – czego również nie można wykluczyć – smutny przykład wielowymiarowej „zgody” polegającej na szybkiem załatwieniu „problemu”. Nie oczekujmy wówczas, by za cztery tygodnie ukazała się jakakolwiek większa relacja z pogrzebu. Bo nikt „ważny” nie będzie w nim uczestniczył, jedynie garstka Ormian z III RP.

Słowa te sprawdziły się niestety co do joty. W telewizjach i radiostacjach cisza, a
dzisiejsza, zorientowana przecież na wartości patrjotyczne i politykę historyczną Rzeczpospolita zamieściła o sprawie notkę, którą mogę przytoczyć in extenso:

"Cmentarz Orląt
Pogrzeb hierarchy
Przedwojenny zwierzchnik Kościoła ormiańskiego abp Józef Teodorowicz ponownie spoczął na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Starania o to trwały kilkanaście lat.
-eł"

Okazało się, że personą non grata na ceremonji był Xiądz Tadeusz Isakowicz Zaleski, duszpasterz polskich wiernych ormiańskokatolickich oraz środowisk kresowych. Ten oto kapłan będący sumieniem Kościoła w naszej Ojczyźnie na uroczystość nie pojechał

Z zapowiedzianej więc uroczystości na Cmentarzu Obrońców Lwowa cieszyłem sie jednak jak mało kto. Od początku jednak organizatorzy tej uroczystości starali się uniemożliwić mi wyjazd do Lwowa. Czynili to tak za pomocą szeptanej propagandy, jak i przez fakt, że do dnia dzisiejszego ani na mój adres parafialny, ani prywatny nie przysłani nie tylko zaproszenia, ale i nawet informacji, o które prosiłem.

Gdyby minister Andrzej Kunert powiedział mi prosto w oczy, że ze względu na nacisku nacjonalistów ukraińskich jestem "persona non grata", to bym to przyjął dla dobra sprawy. Wybrał jednak inną drogę. A dziś nawet stara się mnie pomawiać na na łamach prasy. Obrzydliwość.

Na stronie Xiędza Tadeusza można znaleźć też relację z pogrzebu, wraz ze zdjęciami. Myślę, że warto przeczytać cały wpis


Do słów x. Isakowicza - Zaleskiego dodam jeszcze jedno. Niezależnie od dobrych zapewne w tej sprawie intencyj kardynała Nycza i arcybiskupa Mokrzyckiego wysoce niewłaściwem jest celebrowanie pogrzebu metropolity ormiańskokatolickiego w rycie tzw. łacińskim. Piszę "tzw.", bowiem mając na uwadze pisma Arcybiskupa Teodorowicza skierowane przeciw modernistom, miałby on uzasadnione wątpliwości co do prawowierności rytu, w którym go pochowano.

Środowiska Ormian przygotowały na 70tą rocznicę śmierci Arcybiskupa ciekawe opracowanie na Jego temat. Znajduje się pod tym linkiem

Ja zaś pozostawię Państwa ze słowami abp. Józefa Teodorowicza wygłoszonemi w archikatedrze lwowskiej na zakończenie roku 1922. Kazanie ma tytuł "Nie takiej Polski myśmy się spodziewali" i pochodzi ze zbioru przemówień "Na przełomie". Wciąż jest aktualne, zwłaszcza w kontekście opisywanej niegodziwości. Sądzę, że to właśnie chciałby nam dziś powiedzieć Arcybiskup, gdyby żył.








poniedziałek, 6 czerwca 2011

Czy zstąpił Duch Boży i odnowił oblicze ziemi ? Tej Ziemi ?

Od wielu lat zastanawiam się, co począć z jednym z najbardziej znanych cytatów z kazań Jana Pawła II, wypowiedzianego podczas Mszy celebrowanej w Warszawie na pl. Zwycięstwa w dniu 2 czerwca AD 1979:

„Niech zstąpi Duch Twój!
Niech zstąpi Duch Twój!
I odnowi oblicze ziemi.
Tej Ziemi!”

Jest ono powszechnie uważane za motto „transformacji ustrojowej” lat 80-tych XX wieku, która doprowadziła do tzw. „obalenia komunizmu”. Mówi się, że był to początek „Solidarności” i powszechnego zaktywizowania społeczeństwa polskiego ciemiężonego przez polskojęzycznych pachołków sowieckich. Polecam jednak uważną lekturę wyżej wymienionego kazania Jana Pawła II.

Nie znajdziecie w nim modernizmu ani opowieści o kremówkach. Są za to jasne i bezkompromisowe zdania o konieczności ponownego i ciągłego włączania Chrystusa w życie i dzieje narodu polskiego. Jan Paweł II balansuje na krawędzi wierności soborowej konstytucji Dignitatis humanae oraz duchowi Soboru Watykańskiego II wypowiadając myśli przeciwne marxistowsko-leninowskiej wariacji na temat państwa "neutrealnego światopoglądowo".



Widzimy zatem pełny kontekst, w jakim w przededniu święta Zesłania Ducha Świętego Papież ponownie wzywał przybycia Pocieszyciela i prosił o nie dla Polski i dla Polaków. Prosił – w kraju rządzonym przez bolszewików, okupowanym przez Sowietów – aby Polska ponownie oparła swą tożsamość o Chrystusa, aby religja przestała być marginalizowana jako prywatne przekonanie obywatela, dla którego nie ma miejsca w życiu publicznem. W tym kontekście jest to rzeczywiście wezwanie do zrzucenie jarzma sowieckiego. Ale celem samym w sobie nie jest wolność, tylko Polska katolicka. Spojrzenie Jana Pawła II nie ma w sobie nic z endeckiej ciasnoty poglądów, jest tu jagiellońska otwartość na innowierców, którym przecież nie przeszkadzało mieszkanie pomiędzy katolikami.

Jakże blisko jest wreszcie wołaniu Jana Pawła II do myśli przewodniej św. Piusa X: „Odnowić wszystko w Chrystusie”.

Trzeba napisać bardzo dobitnie: wbrew płytkim wojtyljanom oraz stręczycielom solidarnościowej „transformacji ustrojowej”, słowa Papieża nie zostały wypełnione przez jego rodaków. Analizując 22 lata III Rzeczypospolitej nie widać owej duchowej odnowy i błogosławieństwa Bożego zeń wynikającego. Miliony Polaków traktują Jana Pawła II jako najwyższy autorytet moralny, ale równocześnie ci sami ludzie nie wiedzą, czego nauczał, czego od nich oczekiwał. Nie zamierzam wspierać tu mitu dobrego cara, który jest popularny u konserwatywnych wojtyljanistów, a szczegółowa analiza niepowodzenia apelu z dnia 2 czerwca 1979 r. przekracza zakres niniejszego wpisu. Nie chcę też z drugiej strony dowodzić, jak bardzo do owego fiaska przyczyniał się sam Jan Paweł II choćby poprzez dramatycznie złą politykę kadrową w zakresie nominacyj biskupich. Może będzie czas i miejsce, by tem się kiedyś zająć.

Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II po transformacji ustrojowej i odzyskaniu niepodległości, AD 1991, stanowiła wykład dekalogu. Wiele z tamtych kazań papieża miało bardzo mocne i dobitne odniesienia do życia publicznego, podobnie było zresztą podczas następnej wizyty w Ojczyźnie w 1995 r. Co z nich wynikło dobrego dla państwa, dla miejsca religji w życiu publicznem ? Inaczej pisząc: gdzie Polacy posłuchali słów swojego Papieża ?

Ciśnie się zaledwie kilka haseł: nowy konkordat i możliwość zawierania ślubów uznawanych przez państwo, przyczynienie się do restrykcyjnej jak na warunki europejskie (szkoda, że tylko na papierze) ustawy antyaborcyjnej, nauczanie religji w szkołach. Bardzo tego niewiele, zwłaszcza gdyby zbadać jakość owego nauczania tudzież zweryfikować liczbę osób ukaranych za dokonanie aborcji. Do tego obrazu nędzy i rozpaczy dodajmy, że jedynie część świeckich, tzw. fundamentalistów stara się o konsekwentny zakaz aborcji, a nie ma w życiu publicznem nawet świeckich fundamentalistów wysuwających propozycję zniesienia możliwości państwowych rozwodów dla osób zawierających sakramentalny związek małżeński.

Jeśli ktoś patrząc na Polskę z lat 1989 – 2011 powie, że zstąpił tu Duch Święty i odnowił oblicze naszej ziemi, to mamy do czynienia z jednym z dwu przypadków:
1. człowiek ten nigdy nie czytał Ewangelji i nie wie, jakich zasad naucza Pan Jezus,

2. ów człowiek świadomie popełnia bluźnierstwo, uznając iście szatański rozgardiasz w naszym polskim grajdole za dzieło Boże.

Na koniec pozostawię Państwa z krótkiem ćwiczeniem intelektualnem. Proszę raz jeszcze przeczytać sobie treść omawianego kazania Papieża Jana Pawła II i pomyśleć, jaka byłaby reakcja np. takiej Gazety Wyborczej, gdyby analogiczne treści powiedział dziś:

a) Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Józef Michalik na kazaniu w Częstochowie,

b) w Brukseli Ojciec Święty Benedykt XVI, w odniesieniu do konieczności rechrystianizacji Europy.

czwartek, 2 czerwca 2011

Antykatolicka wizja Polski mocarstwowej

Niedawna wizyta prezydenta USA w Polsce jest dobrym momentem na odniesienie się do głośnej dwa, trzy lata temu książki Jerzego Friedmana „Następne 100 lat”. Zaznaczam z góry, że główne tezy tej pracy nie wydają się dziś brzmieć realistycznie: Polska pod rządami śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego miała przynajmniej aspiracje do prowadzenia dynamicznej polityki zagranicznej, podczas gdy odwaga osobista i górnolotność myśli jego następcy ogranicza się do niezapewniania prezydentom państw ościennych parasoli podczas deszczu. Nic w Polsce AD 2011 nie wskazuje, abyśmy mieli stać się lokalnem mocarstwem za zaledwie 20 – 30 lat i wynika to z nałożenia się na siebie kilku czynników: zanikających instytucyj państwowych; rachitycznego sektora pozarządowego; petryfikacji sceny politycznej w najgorszym możliwym układzie personalnym; rosnącego długu publicznego czy braku wzrostu demograficznego.




Piszę o tem z iście bronisławowskim bólem i bez nadziei na rychłą poprawę obecnego stanu rzeczy. Dla mnie, patrioty Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Xięstwa Litewskiego polskość jest antytezą ciasnego, nacjonalistycznego myślenia ograniczonego do ziem piastowskich. Kocham Polskę Jagiellonów, wielokulturową, wieloreligijną, wypełniającą misję cywilizacyjną względem Europy Wschodniej. Metody naszych przodków były powolne, ale skuteczne; na tyle bezkrwawe, na ile można na sposób pokojowy, kulturowy tworzyć imperium.

Niewątpliwą zaletą książki Friedmana było podniesienie tematu mocarstwowości Polski, co stało się po raz pierwszy w historji niepodległego państwa polskiego, odrodzonego po 1989 r. Ale niemrawa była ta debata. Rozmówcy przechodzili do porządku dziennego nad założeniem, że Amerykanie zainwestują duże środki finansowe oraz nowoczesne technologje, by stworzyć nad Wisłą lokalne mocarstwo. Nie wytykano Friedmanowi błędów rzeczowych i ewidentnej nieznajomości realiów Europy Środkowo-Wschodniej, jak np. założenie o niemożliwości konfederacji krajów bałtyckich, Polski, Słowacji, Węgier i Rumunii a z drugiej strony szkicowanie polsko – węgierskiej rywalizacji o Kijów. Amerykański politolog najwyraźniej nie wiedział, że jeśli coś dobrego geopolitycznie się zdarzy dla Polski i Węgier w najbliższej przyszłości, to będzie to wynikiem sojuszu narodów zaprzyjaźnionych ze sobą od tysiąca lat. W dyskusji nad książki liczyła się raczej pozycja zawodowa autora – szefa wpływowej prywatnej agencji wywiadu Stratfor.

Przejdźmy jednak do sedna niniejszego wpisu. Doświadczenia ostatnich kilku lat wskazują, że zmiana osoby prezydenta USA nie zmodyfikowała w istotny sposób polityki zagranicznej Stanów. Jeśli można mówić o jakiejkolwiek zmianie, to raczej polega ona na umocnieniu się tendencyj do prowadzenia nieformalnych wojen oraz (co oczywiste w przypadku bardziej etatystycznej administracji) do ograniczania swobód obywatelskich. Widoczna jest zatem konwergencja idej lub raczej braku idej u osób formalnie rządzących krajem, tudzież ciągłość w realizacji idej wytyczanych przez osoby nieformalnie rządzące Stanami Zjednoczonemi. Neokonserwatyzm ekipy Jerzego Busha jra przeniósł się bezboleśnie do polityki Partji Demokratycznej, sam nie ulegając modyfikacjom. W kręgu prawicy był zawsze „ideologicznym włóczęgą z ulicy”, jak to zgrabnie ujął Patryk Buchanan. Niczem więcej.

Poglądy Jerzego Friedmana pasują do szkoły neokońskiej, wliczając takie detale (?) jak żydowskie pochodzenie i młodzieńczy flirt z marxizmem. Przeanalizujmy zatem, co pisze on o religji, Bogu, chrześcijaństwie i islamie w omawianej książce. Otóż, niemal nic. Zagadnienia te są prawie nieobecne w „Następnych 100 latach”. Szerzej Friedman opisuje je w jednym rozdziale książki pt. „Ludność, komputery, wojny kulturowe”. Ale sposób, w jaki dotyka problemu, z pewnością nas nie zadowoli. W szczególności, dokonuje on prostego, skrajnie prymitywnego podziału ludności świata na dwie kategorie: tradycjonalistów i progresistów. W ten sposób, my tradycyjni katolicy, trafiamy do jednego wora z fundamentalistami protestanckimi, ortodoksami żydowskimi i … Al Kaidą. Po drugiej stronie barykady są zaś ludzie pragnący przewartościować dotychczasowe pojęcie rodziny, roli kobiet i seksualizmu w życiu społecznem.

Friedman pisze o transformacji instytucjonalnej jako o pewniku. Dostrzega, że przez pewien czas pozycja tradycjonalistów będzie relatywnie silna, bowiem dysponują oni wartościami, które motywują ich do pewnych spójnych i uporządkowanych działań. Czemu przegrają ? Bo technologje zmieniają życie ludzkie, a obecne tendencje występujące w krajach wysoko rozwiniętych zostaną wsparte przez resztę świata. Wszędzie obniży się przyrost demograficzny.

Słabość analiz Friedmana polega jednak w szczególności na analizowaniu geopolityki dla niej samej. Demografja pozostaje jedynie zmienną: „zmniejszy się populacja w krajach wysoko rozwiniętych”. O ile można mu wybaczyć, że nie analizuje odrodzenia chrześcijaństwa jako alternatywy (z uwagi na jej niskie prawdopodobieństwo), to dziwne jest, że zupełnie nie docenia islamu jako religji odnoszącej sukcesy w skali światowej. Tymczasem, w perspektywie przynajmniej 30 lat, można i należy rozważać islamizację Europy Zachodniej oraz innych części świata. Wzrost znaczenia Turcji to jedno, a możliwość powstania kalifatu Al – Paryż, to drugie. Nieobecność analiz odnoszących się do wpływów religij oraz nieocenianie coraz bardziej degenerującej się kultury tzw. „Zachodu” to najpoważniejsze mojem zdaniem braki metodologiczne pracy Friedmana.

Pozwolę sobie zaprezentować wnioski płynące z lektury „Następnych 100 lat”. Dokonam ich samowolnego rozciągnięcia na ogół myśli neokonserwatywnej, stanowiącej podstawę obecnej polityki amerykańskiej. Czemu ? Właśnie z uwagi na wpływ Friedmana jako szefa agencji Stratfor na najwyższą klasę polityczną USA.

1. Zdefiniowanie grup wrogów i sojuszników wskazuje, że władze USA postawione przez Friedmana wśród promotorów przedefiniowania dotychczasowych wartości mogą w podobny sposób zacząć zachowywać się względem różnych wrogich grup. Słowem, tak jak zrobiono z Al Kaidy głównego wroga Zachodu, można nim za lat –naście czy –dziesiąt mianować ogół chrześcijan. Zgodnie z hasłem Voltaire’a – „Nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji”.

2. Należy poważnie zastanowić się, czy i na ile można traktować dziś jeszcze Stany Zjednoczone jako kraj najsilniej chrześcijański na świecie. Płynące stąd wnioski mogą mieć też kluczowe znaczenie geopolityczne, bowiem jeśli wczoraj szukaliśmy wsparcia w USA przeciw „masońskiej” UE, to dziś możemy wiedzieć, że wsparcia tego nie uzyskalibyśmy. Ale oznacza to również, że jutro powinniśmy szukać wsparcia gdzie indziej.

3. Powstaje też pytanie, czy i jak Stany Zjednoczone mogą zrzucić z siebie ideologję i kadry neokonserwatystów ? Z pewnością jest to możliwe na płaszczyźnie politycznej. Łatwo można wyobrazić sobie zwycięstwo za rok prezydenckiego kandydata republikańskiego związanego z fundamentalizmem protestanckim. Ale czy potrafiłby on rządzić obezwładniwszy wcześniej „deep state”, czyli aktualny układ składający się z przedstawicieli finansjery, służb specjalnych, zarabiający mimo kryzysów wielkie pieniądze dzięki wdrażaniu pomysłów neokońskich w życie ?

4. Wszystko to wzmacnia tezę o nonsensowności ewentualnego sojuszu polsko – amerykańskiego jako egzotycznej mrzonki. Jak widzimy bowiem, istnieją nie tylko dramatyczne różnice w sile potencjalnych partnerów ale i sprzeczne interesy między nimi. Polska, chrześcijańska prawica nie ma prawa znajdować się na służbie antychrysta.

5. O ile zdaję sobie sprawę, że powyższe wnioski mogą być przerysowane, to nie sądzę, bym zbłądził co do ogólnej oceny aktualnej od ok. 20 lat polityki Stanów Zjednoczonych. Książka Jerzego Friedmana może zaś być napisana, by stała się samospełniającą przepowiednią: opisując USA jako jedyne mocarstwo światowe XXI wieku i kilka powstających, ewentualnych mocarstw lokalnych, istotnie wzmocniła ona w tych krajach lobbies proamerykańskie, skłonne do wsparcia idej prezentowanych przez Waszyngton.

Odpowiadając na końcu na słynne, leninowskie pytanie „Co robić?”, muszę wskazać na konieczność rozmów o Polsce imperialnej. Jednak lektura książki Friedmana „Następne 100 lat” powinna nam podpowiedzieć, kiedy Polska na pewno mocarstwem nie będzie: jeśli pozostanie trzecioplanowym satelitą Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

----

George Friedman - "Następne 100 Lat. Prognoza na XXI wiek"
Wydawca: AMF Plus Group, Warszawa 2009, stron 287