Pokazywanie postów oznaczonych etykietą abp Lefebvre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą abp Lefebvre. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 stycznia 2012

Cywilizacja chrześcijańska, czyli jaka ?

Rozmawiając z nowoczesnymi, liberalnymi katolikami na temat katolickości instytucyj państwowych napotykam zwykle na nieprzezwyciężalną barjerę ideologiczną, uniemożliwiającą szansę porozumienia. Nie mogą oni przyjąć i zaakceptować katolickiego, przedsoborowego rozumienia wolności religijnej, praw człowieka, wolności sumienia i słowa. Nie rozumieją niechęci Kościoła względem demokracji. Z drugiej strony, zastanawiam się, jak powinna wyglądać według nich prawidłowa recepcja deklaracji Dignitatis humanae – albowiem warto podkreślić, że jak dotąd nie znamy prawidłowych, posoborowych przykładów trwałego ułożenia relacji państwo – Kościół. Tradycjonaliści mogą bić jak w bęben w Dignitatis humanae i zarzucać jej współudział w likwidacji państw i społeczeństw katolickich. Dlaczego ? Ano dlatego, że nie ma dziś na świecie kraju niegdyś chrześcijańskiego, w którym utrzymałaby się choćby tak minimalna bariera człowieczeństwa jak pełna ochrona życia nienarodzonych. Rodzina stała się głównym wrogiem państwa a także porozumień i organizacyj międzynarodowych oraz wiodących koncernów. Idea „praw człowieka”, która niezdrowo fascynowała inspiratorów Dignitatis humanae, zrzuciła dziś swą maskę ukazując, czemu faktycznie ma służyć. Dzisiejsze „lewa człowieka” służą uzasadnianiu promocji szeroko rozumianej cywilizacji śmierci, a więc dokładnego przeciwieństwa cywilizacji chrześcijańskiej.

O ile można powiedzieć, że Kościół Posoborowy jakoś tam wypełnia misję akukumeniczną czy synkretyczną zaprojektowaną podczas Soboru Watykańskiego II, to w dziedzinie praw człowieka żadnych sukcesów nie ma: chrystianizm się cofa, cierpi prześladowania, a jego nauka jest coraz gorzej rozumiana i przyjmowana. Nie o to chodziło nawet według zapisów akatolickiego dokumentu o wolności religijnej!

Liberalnym katolikom zdaje się, że Kościół chciałby rządzić sumieniami jedynie za pomocą ustaw i pałek. Nic bardziej błędnego! Jest to projekcja metod współczesnych na czasy ancien regime’u. Tymczasem w układzie klasycznym to nie prawo zmieniało ludzi, ale było ostatnim elementem wprowadzanym, by pertyfikować instytucje. Nie narzucisz ludziom religijności, ale jeśli ludzie są religijni, to powinni to również wyrażać poprzez swoje instytucje społeczne i państwowe. Należy zatem opisać etap wcześniejszy, jak chrystianizowała się cywilizacja. Jest to kluczowe dla zrozumienia myśli integrystów katolickich i umożliwia prawidłowe rozumienie proporcyj pomiędzy ewangelizacją a katolicką nauką społeczną. Dopiero taka cywilizacja, oparta na większości społeczeństwa, mogła wprowadzać w życie mechanizmy prawne chroniące ją przed błędnowierstwem, wolnomyślicielstwem i innemi „majaczeniami szaleńców”, jak napisałby Grzegorz XVI.

Pragnę zamieścić tu na prawie cytatu fragment książki x. Michała Poradowskiego pt. „Palimpsest”.

Właśnie takie społeczeństwo, jak opisane poniżej, miało prawo i obowiązek sakralizować swe pewne najważniejsze instytucje. Nie oznaczało to równocześnie, iż państwo przeistaczało się w teokrację. Koncepcje karania grzechów prywatnych, takich jak cudzołóstwo czy naruszenie postu, nigdy nie były częścią doktryny katolickiej. Jakkolwiek u niektórych teologów zdarzały się takie pomysły, to jest to zdecydowana mniejszość, jakościowa i ilościowa. Znacznie częściej statystycznie utopie te próbowali wdrażać heretycy, zwłaszcza kalwiniści i ich epigoni. Po tem wyjaśnieniu milknę i oddaję głos śp. Xiędzu Michałowi.


Zdaniem biskupa Marcela Lefebvre’a (konferencja w Barcelonie, 29 XII 1975), "cywilizacją chrześcijańską" jest jedynie taka cywilizacja, której centrem, "sercem", "mózgiem", źródłem i natchnieniem jest Eucharystia, czyli że nie wystarczy, aby jakaś cywilizacja przyjęła tylko zasady moralności chrześcijańskiej, lecz, żeby mogła być w rzeczywistości "chrześcijańską", musi czerpać swe wartości i zasady, a przede wszystkim siłę duchową z Eucharystii, gdyż to głównie Eucharystia jest źródłem życia prawdziwie chrześcijańskiego; jest ona źródłem i natchnieniem całej twórczości we wszystkich dziedzinach życia. (..) Nadto, kluczowe jest uczestnictwo wiernych w Ofierze Mszy Świętej, przez przystępowanie do Komunii świętej, jako najdoskonalszego źródła życia wewnętrznego, życia Łaski Bożej, jako pokarmu dla duszy i ciała człowieka, członka mistycznego ciała Chrystusa Pana, którym jest Kościół. To z tego świadomego uczestnictwa tryska źródło "cywilizacji chrześcijańskiej', czyli twórczość społeczeństwa chrześcijańskiego, jego kultura i cywilizacja.

Już we wczesnym średniowieczu istnieje pełna świadomość tego "misterium", stąd też cała twórczość człowieka średniowiecza jest przeniknięta mistyką Eucharystii, bo to ołtarz, zawierający relikwie świętych, na którym dokonuje się to misterium Przeistoczenia- Ofiary, uświęcony obecnością realną Chrystusa Pana, staje się centrem całego życia społeczeństwa średniowiecznego. Stąd też wspaniałe katedry, które przede wszystkim chronią ów Ołtarz - Tabernakulum, a więc EUCHARYSTIĘ, czyli samego Chrystusa Pana Eucharystycznego.

Czy to "ukryty" w tabernakulum, czy też "wystawiony" w monstrancji, Chrystus – Eucharystia jest obecny w całym prywatnym i publicznym życiu człowieka- chrześcijanina średniowiecza. Wszystko jest dla Niego i przez Niego, wszystko jest dla Jego chwały, jako wyraz pamięci i miłości wiernych.

(..) To katedra staje się centrem życia społecznego, to w niej, w jej kaplicach mają swe siedziby wszystkie cechy, czyli ówczesne związki zawodowe, to w tych kaplicach umieszcza się nauka i wychowanie, czyli całe szkolnictwo od ochronek aż do uniwersytetu; to w tych katedrach zbiera się cała wspólnota na wszelkie narady, to w niej funkcjonuje sądownictwo, bo ona jest centrem życia całego miejscowego społeczeństwa, będąc Domem Bożym, w którym Bóg jest stale obecnym w Eucharystii. To w katedrze czci się Boga nie tylko Najświętszą Ofiarą, czyli Mszą Świętą, ale także najwspanialszymi nabożeństwami, śpiewami gregoriańskimi i najcudniejszą muzyką na organach.

Katedra stała się w średniowieczu nie tylko symbolem chrześcijaństwa, a przede wszystkim żywym ośrodkiem życia duchowego, wszelkiej pracy i twórczości ludzkiej. (..) Stąd ta cywilizacja, która rodzi się w katedrze, żyje w katedrze i rośnie z natchnienia wiary jest w rzeczywistości chrześcijańską i zasługuje na tę nazwę.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Czy Franciszek Kucharczak to dzielny gość ?


„Gość Niedzielny” to ciekawy tytuł na polskim rynku czasopism. Ma za sobą osiemdziesiąt lat ciekawej historii, w której wątki niezbyt chwalebne (np. osoba założyciela - przyszłego biskupa Teodora Kubiny) przeplatają się z osobami i zdarzeniami godnymi najwyższego szacunku (kolejnym red. naczelnym był przyszły biskup Józef Gawlina). Obecnie „Gość Niedzielny” jest jednym z najpoczytniejszych polskich tygodników, rywalizującym ze wspominanym w poprzedniej notce „Uważam Rze” oraz „Polityką” o miano najpopularniejszego lubczasopisma. Chyba wszyscy katolicy kibicowali „Gościowi” parę lat temu, gdy tygodnik został oskarżony przez niejaką Alicję Tysiąc, której państwo polskie nie dało zabić dziecka i jeszcze musiało za to zapłacić odszkodowanie. Osobiście z niesmakiem przyjąłem ugodę pisma z wyżej wymienioną, w wyniku której cofnięto skargę kasacyjną od wyroku nakazującego wypłatę 30 000 zł, uzyskując jedynie odstąpienie od konieczności przeproszenia feministki za tych kilka słów prawdy pod jej adresem.

Jednym z najdobitniejszych głosów „GN” w sprawie Tysiąc był red. Franciszek Kucharczak. Jest on zapewne dla wielu czytelników tego tygodnika wabikiem i wykładnikiem jego linji – tak jak Rafał Ziemkiewicz w „Rzepie” czy Janusz Korwin Mikke w „Najwyższym Czasie!”. Niestety p. Kucharczak jest uprzejmy systematycznie pisać nieprawdę na temat tradycjonalizmu katolickiego. W najświeższym swoim felietonie poświęconym osobie ks. Piotra Natanka był (nie)uprzejmy porównywać go do Arcybiskupa Marcelego Lefebvre’a.

Musimy trzymać się skały Piotra i złączonych z nim biskupów, a nie choćby najładniejszych oderwanych kamieni. Takim luźnym kamieniem był abp Lefèbvre, który przed laty zerwał jedność z Kościołem i założył schizmatycką wspólnotę. I oto ks. Natanek idzie jego drogą, sądząc zapewne, że tak przysłuży się Kościołowi. Ale tak się Kościół kaleczy. Nie scala się rozbiciem, nie łączy rozdarciem.

Gdyby abp Lefèbvre swoją gorliwość połączył z posłuszeństwem, Bóg wyprowadziłby z tego dobro. A tak zbuntowany duchowny stworzył koczującą na obrzeżach Kościoła grupę rozdrażnionych ludzi, upatrujących istotę wiary w utrwalonej na wieki formie.


Tekst ten brzmi, jakby powstał w najciemniejszych czasach posoborowej dominacji. Kucharczak nie zauważa, że czasy się zmieniają. Nie dość, że Kościół Jana Pawła II nigdy nie ogłosił, iż wierni i kapłani związani z Arcybiskupem tworzą „schizmatycką wspólnotę”, to przecież całkiem niedawno Ojciec Święty Benedykt XVI stwierdził uchylenie ekskomunik ciążących na biskupach Bractwa Św. Piusa X. Hierarchom tym nie przyznano żadnych oficjalnych funkcyj i tytułów, ale w mocy pozostaje dawna decyzja papieskiej komisji Ecclesia Dei pozwalająca katolikom korzystać z posługi sakramentalnej członków FSSPX.

Franciszek Kucharczak może być zdziwiony, jeśli zapozna się z faktami świadczącymi, iż cały katolicki ruch związany z Nadzwyczajną Formą Rytu Rzymskiego mniej lub bardziej utożsamia się z walką Arcybiskupa Marcelego Lefebvre’a i uważa za jego duchowe dzieci. Postępują tak nie tylko osoby związane z Bractwem Św. Piusa X, ale także Instytut Dobrego Pasterza, znaczna część Bractwa Św. Piotra oraz rzesze zwykłych kapłanów diecezjalnych i wiernych, którzy nie poznaliby nigdy Tradycji katolickiej bez osoby Arcybiskupa i jego apostolatu. Ponieważ jedno zdjęcie znaczy więcej niż tysiąc (nomen omen) słów, zamieszczę tu linka do obrazka ze święceń w IBP.

Oto zakrystia w kościele pw. św. Eligiusza w Bordeaux, a purpuratami przymierzającymi się do popularnego „niedźwiadka” są miejscowy ordynariusz, Jan Piotr kard. Ricard i emerytowany kurialista Dariusz kard. Castrillon Hoyos. Jak widać nie przeszkadza im zupełnie portret Arcybiskupa Lefebvre’a, który znajdziemy po lewej stronie zdjęcia. Kardynałowie nie wyglądają na "koczujących na obrzeżach Kościoła"!


Antylefebrystowskie zaślepienie p. Kucharczaka odbiera mu znaczną część wiarygodności. Bowiem w sprawie tej to on stał się „Alicjem Tysiącem”, sługą fałszu, bo nawet nie półprawdy. Mam nadzieję, że to tylko tymczasowe i redaktor okaże się być dzielnym człowiekiem; gościem, który w świetle faktów zmienia zdanie i odtąd konsekwentnie nie powtarza kłamstw. Bo przecież nikt z nas tradycjonalistów nie wymaga, by pokochał Arcybiskupa Lefebvre’a i jego dzieło. Niech po prostu przestanie mijać się z prawdą na ten temat!

wtorek, 12 kwietnia 2011

Abp Lefebvre w "Plus Minus"

Z kronikarskiego obowiązku godzi się wspomnieć, że w sobotnio-niedzielnem wydaniu dziennika Rzeczpospolita, w dodatku „Plus Minus” ukazał się spory artykuł (sześć kolumn, a więc bita strona gazety) Pawła Milcarka pt. „Paradoksy arcybiskupa Lefebvre”. Treść tego tekstu mniej więcej odpowiada wykładowi wygłoszonemu przez założyciela „Christianitas” podczas promocji biografji Arcybiskupa 6 października 2010 r. na warszawskim Zamku Królewskim.


Chyba najciekawszym dodatkiem do tamtego zrębu opinij dr. Milcarka na osobę Arcybiskupa jest pointa, którą pozwolę tu sobie przepisać, kończąca część tekstu pod jakże trafnym tytułem „Knebel w epoce dialogu”.

„Dosłownie w przeddzień ostatecznego buntu arcybiskupa przyjechał do niego Jean Guitton, wybitny filozof, trochę modernista, przyjaciel Jana Pawła II – z powierzoną mu przez papieża misją „nawrócenia Lefebvre”. Guitton nie zdołał powstrzymać Lefebvre przed czynem, który ściągnął na ekskomunikę – natomiast przed wyjazdem zdążył mu wyznać, iż pragnąłby, aby to właśnie on był jego spowiednikiem przed śmiercią. Kto rozwiąże paradoks tego świadectwa?”

Teksty Pawła Milcarka odnoszące się do FSSPX i jego założyciela są cenne, bowiem mogą stanowić przedszkole dla niepoprawnych wojtyljanistów, którzy – choć pozostawiani przy micie „dobry car, źli bojarzy” mogą, jeśli tylko chcą, zacząć patrzeć na posoborowe czasy Kościoła bez różowych okularów modernistycznego fałszywego optymizmu. „Najtrudniejszy pierwszy krok, zanim innych zrobisz sto”. I choćby za to jestem wdzięczny dr. Milcarkowi.

Nie jestem natomiast wdzięczny ignorantom z Rzepy, którzy tak „skorygowali” tekst Milcarka, że nazwisko arcybiskupa Lefebvre’a stało się nieodmienne. Z wielkim BULEM przyjąłem ten błąd.

W sieci jest dostępny początek artykułu: Rzeczpospolita, 9 - 10 kwietnia 2011 r.

piątek, 25 marca 2011

Merci, Monseigneur !!

Pamiętam tę wiadomość. Byłem wtedy bardzo uwrażliwiony na tematykę śmierci, bo moja Babcia chorowała bardzo ciężko, umierając 5 tygodni później.

Pamiętam informację, szokować mającą, iż Zmarły nie pojednał się do końca z Janem Pawłem II, który nałożył nań ekskomunikę.

Pamiętam również, że zawsze miałem do Arcybiskupa wielki szacunek i sympatję, bo propaganda "PRL"-u nie pisała o Nim inaczej niż: "skrajny antykomunista".

Nie wiem, czemu Bóg dopuścił, że tylko kilku jego biskupów przeciwstawiło się deformom posoborowym. Widać tak być musiało. Nie chcę wyrokować, co Arcybiskup mógł zrobić lepiej niż zrobił. Dość, że bez jego oporu w obec modernistów dzisiejszy stan Kościoła byłby jeszcze gorszy. Za całe dzieło życia Arcybiskupa Marcelego Lefebvre'a godzi się dziś, w 20-tą rocznicę Jego śmierci powiedzieć krótko a treściwie: Merci, Monseigneur !!


p.s. w dzisiejszej Rzeczpospolitej, na prestiżowej na 2 stronie dziennika, ukazało się rzetelne wspomnienie Arcybiskupa autorstwa p. Adama Tycnera

Czytamy w niem między innemi:

Abp Marcel Lefebvre wierzył, iż Bóg kierował jego życiem. „Nie mogę twierdzić, że sam decydowałem. To zawsze Opatrzność decydowała o wszystkim. Ponaglała mnie: »Musisz iść dalej«" – pisał we wspomnieniach zmarły równo 20 lat temu hierarcha.

(..)

Najważniejszy okres życia Lefebvre'a rozpoczął się wraz z końcem Soboru Watykańskiego II. Żelazny biskup, jak nazywały go francuskie gazety, nigdy się nie pogodził z jego postanowieniami. Uważał, że zreformowana liturgia, w której używa się języków narodowych zamiast łaciny, a ksiądz stoi przodem do wiernych, „zniża się do poziomu człowieka, zamiast wznieść ku Bogu". Sprzeciwiał się przyjętej na soborze definicji wolności religijnej, żądając dla katolicyzmu statusu religii uprzywilejowanej. Otwarcie Kościoła katolickiego na dialog ekumeniczny uważał za błąd, obstając przy stanowisku, że poza nim nie ma zbawienia.

(..)

Lefebvre nie uważał się za schizmatyka, a określenia „lefebryści" nie znosił. „Nie jestem głową jakiegoś Kościoła. Przez całe życie trzymałem się doktryny katolickiej, której nauczono mnie w seminarium" – pisał w „Liście do zagubionych katolików".

niedziela, 9 stycznia 2011

Paweł Milcarek „Historia Mszy. Przewodnik po dziejach liturgii rzymskiej” - recenzja

"Historia Mszy” to swoiste podsumowanie pierwszej dekady istnienia kwartalnika „Christianitas”. Jest to przewodnik po dziejach liturgii rzymskiej ułożony przez Pawła Milcarka. W słowie wstępnym do tekstu (wydanego zarówno jako numer 41-42/ 2009 jak i jako osobna publikacja książkowa) pisze on: „mój tekst nie jest ciężkim opracowaniem naukowym – w istocie jest swoistym dossier, tylko w niewielkim stopniu naznaczonym własnym stylem autora. Nie będąc liturgistą, nie chciałem udawać i naśladować stylu prac naukowych, w których cytaty są jedynie potwierdzaniem stawianych tez. W przedstawionym opracowaniu jest wręcz odwrotnie: moje słowo jedynie wiąże w jedną całość stawianych tez.”



Stali czytelnicy „Christianitas” mogą zatem nie bez racji porównywać omawianą „Historię Mszy” z wcześniejszą wersją dossier liturgicznego, które ukazało się w numerze 9/ 2001 kwartalnika.

Opracowanie składa się z czterech części:

I. Treść i forma – obejmuje ona pierwszych 1500 lat rytu rzymskiego, od jego wytworzenia się w czasach apostolskich aż po potrydencką kodyfikację św. Piusa V, stanowiącą reakcję Kościoła na błędy Marcina Lutra i anglikanizm.
II. Zmienne w niezmiennym – prezentacja kolejnych wieków liturgii zachodniej, aż po Mszał bł. Jana XXIII i zapisy Konstytucji o Liturgii Sacrosanctum Concilium.
III. Reforma i deformacja, czyli droga do Novus Ordo i pierwsze lata „kreatywnego rozwoju” tego obrządku oraz bezkompromisowej walki Pawła VI i jego zauszników ze zwolennikami tradycyjnej formy rytu rzymskiego.
IV. Nowe życie starej Mszy – opis kolejnych indultów wydawanych przez Jana Pawła II i Benedykta XVI oraz równoczesnej dalszej stopniowej degeneracji edycyj typicznych i prawa wokółliturgicznego związanego z Novus Ordo.

Formuła przewodnika liturgicznego, a więc długich cytatów z dzieł rozmaitych autorytetów kościelnych i naukowych zajmujących się liturgią katolicką, sprawdza się bardzo dobrze. Rola Autora sprowadza się zaś do wybierającego źródła i fakty, które zechce przedstawić. Te właśnie wybory pana Milcarka pragnę zaprezentować i skomentować w niniejszej recenzji.

Najmniej kontrowersyjne (i najkrótsze) są dwie pierwsze części opracowania. Mimo tego, że ponad 1900 lat historii rytów zachodnich zostało opisanych na zaledwie 150 stronach, w prosty i jasny sposób przedstawiono istotę Mszy rzymskiej. Z kart książki można też wyczytać, jak bardzo praktyka parafialna sprzed choćby stulecia różniła się od współczesności zarówno NOM - u jak i Mszy trydenckiej. Nasza wrażliwość liturgiczna jest w znacznej części ukształtowana przez Mszę dialogowaną, czyli postulat ruchu liturgicznego z XX wieku. Czynne uczestnictwo wiernych było popierane przez papieża św. Piusa X jako alternatywna nie tylko dla stereotypowego odmawiania różańca, ale także dla śpiewania pieśni w języku narodowym, które nawiązywały do treści modlitw aktualnie odmawianych przez kapłana. Zapewne wielu czytelników Pawła Milcarka będzie zdziwionych, że jeden ze znaków rozpoznawczych współczesnej liturgii tradycyjnej, silentium sacrum obejmujące modlitwy Kanonu, było wprowadzane do naszych świątyń dopiero w czasach soborowych (vide s. 131), zaś możliwą formą uczestniczenia w modlitwach Mszy Katechumenów podczas Mszy recytowanej było ... słuchanie ogłoszeń parafialnych: (świadectwo przytoczone na str. 134). Bardzo dobrze, że Autor zamieścił takie smaczki, bowiem dzięki nim łatwiej możemy zrozumieć, dlaczego posoborowe deformy liturgiczne zostały tak łatwo przyjęte na całym świecie: przedsoborowa praktyka pozostawiała wiele do życzenia.

„Reforma i deformacja” to zdecydowanie najlepsza część książki. Milcarek pokazuje tu, że Ordo 1965 stanowiło odpowiednią realizację postanowień soborowej konstytucji o liturgii i mogło długofalowo przynieść dobre owoce. Niestety, równolegle z pewnym uproszczeniem obrzędem Mszy i wprowadzeniem do niej języka pojawiły się wytyczne zalecające ustawianie ołtarzy umożliwiających celebrowanie „twarzą do ludu”, koncelebrę oraz udzielanie Komunii pod dwiema postaciami. A wszystkie kolejne zmiany są tylko gorsze i sprowadzają się do zwiększenia dowolności „przewodniczących zgromadzeń eucharystycznych” i lokalnych episkopatów. Z przedstawianych przez Autora dokumentów wynika, że ogół zarządzania Kościołem w czasach Pawła VI polegał na legalizowaniu praktyk uznawanych w tradycyjnym rozumieniu za nieprawidłowości oraz krępowaniu wszelkich inicjatyw zmierzających do utworzenia choćby jakiegokolwiek „skansenu”. Paweł Milcarek dokonuje umiejętnego doboru cytatów. Możemy zatem zapoznać się z szerokim spektrum opinij: od kardynałów (kard. Antonelli nt. reformy liturgicznej: „czują pogardę do tego, co istnieje obecnie. (..) mogą mieć jak najlepsze intencje, ale przy takiej mentalności są bardziej skłonni niszczyć niż odbudowywać”, str. 215 i 219), poprzez nowoczesnych duchownych (Jerzy Grześkowiak broniący desakralizacji liturgii – „należy pod tym pojęciem rozumieć również wprowadzenie do obrzędów liturgicznych rzeczywistości doczesnej (profanum) ze wszystkimi jej charakterystycznymi, współczesnymi znakami czasu. Zamiast dawnych, skostniałych, nieżyciowych obrzędów, gestów i elementów sakralnych należałoby przyjąć współczesne znaki i sposoby ekspresji”, str. 260-261), aż po Czesława Miłosza, w którego zabawnej i lekkiej wypowiedzi można wyczytać, że Antychryst nie mógłby zjawić się na Ziemi w sprytniejszym przebraniu niż pod postacią Jana XXIII, inicjatora dostosowania Kościoła do czasów współczesnych (str. 220). W rzeczy samej, Antychryst przybierający postać Pawła VI jest w świetle książki Milcarka zbyt łatwy do zdemaskowania. Montini jawi się w niej jako zdeterminowany rewolucjonista, którego okazuje władzę papieską jedynie w celu poskromienia tradycjonalistów: „w imię Tradycji wymagamy od wszystkich naszych synów i od wszystkich wspólnot katolickich celebrowania z godnością i zapałem obrzędów odnowionej liturgii. Przyjęcie nowego Ordo Missae nie jest z pewnością pozostawione wolnej decyzji kapłanów czy wiernych” (str. 280).

Ten sam trick stosował względem katolików wiernych Tradycji również Jan Paweł II: przymykał oko na nieposłuszeństwa i nowe pomysły progresistów równocześnie piętnując tradycjonalistów. Ale o tym expressis verbis nie przeczytamy w książce Pawła Milcarka. Bowiem jej ostatnia, czwarta część opisująca „Nowe życie starej Mszy” w sposób istotny zmienia perspektywę. Wbrew zgromadzonemu materiałowi dowodowemu Autor postrzega polskiego papieża przez pryzmat słów niezwykle rzadko cytowanego w publikacji Arcybiskupa Lefebvre’a, który po audiencji odbytej w dniu 18 listopada 1978 r. wypowiedział zdania „Jestem pełen nadziei. Z Janem Pawłem II wszystko jest możliwe”. Całość wykładu prowadzona jest w ramach swoistej „hermeneutyki ciągłości” łączonej z mitem dobrego cara i jego złych urzędników. Metoda ta jest możliwa, bowiem Milcarek zasadniczo pomija opisanie ogółu dzieła Abp. Lefebvre’a, którego rozwój możliwy był jedynie poprzez trwanie w oporze względem oficjalnych władz watykańskich, w tym Jana Pawła II. Jest rzeczą zrozumiałą, że książka zatytułowana „Historia Mszy” nie będzie odnosić się do wszystkich większych problemów doktrynalnych posoborowia, ale błędem jest pominięcie choćby tak kluczowych opracowań tradycjonalistycznych jak słynne „62 powody, dla których, aby pozostać w zgodzie z sumieniem, nie możemy uczęszczać na Nową Mszę”, dzieło księży z diecezji Campos. O tym, że Abp Lefebvre miał jakieś względnie nietypowe dla czasów posoborowych poglądy teologiczne, dowiadujemy się jedynie za pośrednictwem wypowiedzi prof. Gogacza, który zachowuje równą odległość względem progresizmu (x. Jan Kung) i reakcjonizmu (str. 311).

O ile Autor celnie wskazuje źródła błędów bugninizmu i ich konsekwencje (czego nie było w dossier o Mszy zawartym w Christianitas 9/ 2001), to wciąż nie potrafi docenić i opisać „ukrytego życia starej Mszy”, którego głównym dobroczyńcą był Abp Lefebvre. Nie ma zatem w książce zgoła nic pozytywnego o Bractwie Świętego Piusa X. Wręcz przeciwnie, „lefebvryści”, jeśli już się pojawiają, są postaciami negatywnymi: nielegalnie przejmują kościół Saint Nicolas du Chardonnet w Paryżu (str. 289), zrywają protokół z 5 maja 1988 (str. 320), wreszcie – przyjmują sakry biskupie w wyniku „nielegalnych święceń” udzielonych przez Abp. Lefebvre’a (str. 322) po czym zwalczają „”zdrajców” z Ecclesia Dei wykonujących „diabelską robotę” w służbie „modernistycznego Rzymu”” (str. 337). Są też oczywiście sytuacje, w których cytowane przez Milcarka wypowiedzi Piusowców są nietrafne i nierozsądne – chodzi mi w szczególności o zarzuty podnoszone w dwumiesięczniku "Zawsze Wierni" (numer 4/2002) przeciwko kard. Ratzingerowi (str. 396). Notabene, jest to jedyny znaleziony przeze mnie przypadek cytowania „Zawsze Wiernych” w omawianej książce. Bowiem, kiedy przedstawiciele FSSPX mogliby i powinni pojawić się jako pozytywni bohaterowie, na przykład w kontekście przywracania Mszy trydenckiej w Polsce w latach 90-tych XX wieku, Autor jest uprzejmy przemilczeć te fakty (Czytelnik znajdzie je np. w tekście p. K. Kawęckiego oraz w tekście p. P. Błaszkowskiego) i zamaskować je wypowiedzią p. Marka Jurka z 1998 r., w której podkreśla on, że „wbrew stawianym [przez lefebrystów] tezom, że to Bractwu Świętego Piusa X zawdzięczają swe prawa „wspólnoty Ecclesia Dei”, trzeba jasno stwierdzić, że to, co uzyskaliśmy do tej pory, było wolną, niewymuszoną decyzją naszych biskupów.” (str. 369).

Z perspektywy czasu spór wewnątrztradycjonalistyczny przechodzi już szczęśliwie do historii. FSSPX przestało być monopolistą, jeśli chodzi o celebrowanie Mszy trydenckich na świecie i w Polsce, a jego znaczenie stopniowo maleje, w miarę jak postępuje odnowa liturgiczna zapoczątkowana przez Ojca Świętego. Nie ma jednak żadnego powodu, by pozostawać mentalnie w czasach janopawłowych, jeśli chodzi o opisywanie FSSPX. Nie dowiemy się nigdy, czy gdyby Arcybiskup Lefebvre nie odrzucił porozumienia z maja 1988, świat katolicki byłby dziś w lepszej sytuacji. Nie ma żadnych gwarancyj, że Rzym ze swej strony dotrzymałby umowy, która odnosiłaby się wyłącznie do Bractwa i rozszerzył prawo do korzystania z liturgii trydenckiej na pozostałych kapłanów, skoro dwukrotnie wcześniej w czasie rządów Jana Pawła II odrzucono ideę „indultu generalnego”. Stosowne zapisy miały się znaleźć w pierwotnej wersji listu apostolskiego Dominicae Caenae z 1980 r. (str. 303) oraz jako wniosek wynikający z raportu dziewięciu kardynałów poproszonych przez Jana Pawła II o ocenę funkcjonowania indultu Quattuor abhinc annos wydanego w 1984 r. (str. 320). Jednak były za każdym razem oprotestowywane przez wpływowe zachodnie konferencje episkopatów. Jest bardzo wątpliwe, by pozwoliły one kontynuować tradycjonalistyczny eksperyment po śmierci sędziwego Arcybiskupa Lefebvre’a. Jest równie wątpliwe, że tym razem Jan Paweł II, sam daleki od sympatii i zrozumienia dla Tradycji, oparłby się ich presji.

Tyle miejsca poświęcam swemu sprzeciwowi wobec nazbyt uproszczonemu widzenia świata prezentowanemu przez Autora, ponieważ nie widzę argumentów potwierdzających moment rozpoczęcia „nowego życia starej Mszy”. Msza trydencka była odprawiana nieprzerwanie po deformie Bugniniego, niezależnie od opinij posoborowców na temat legalności posługiwania się Mszałem Św. Piusa V. Skoro ignorujemy rozmaite opinie Pawła VI i jego zauszników na ten temat, to nie ma powodu, by przyjmować i powielać inne opinie tych samych osób odnoszące się do mniemanego nieposłuszeństwa Arcybiskupa Lefebvre’a i założonego przezeń Bractwa. Równocześnie, jakkolwiek można się zgodzić z Pawłem Milcarkiem, że istotne psychologicznie było wydanie dwu pierwszych indultów na Mszę tradycyjną za czasów Jana Pawła II, to warto pamiętać, jak niewielki był ich zasięg oddziaływania. Pozwolenia te nie były punktem odniesienia dla wojtylianistów, którzy dalej psuli liturgię. I tak, przykładowo, w roku 1994 Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów wydała zgodę na włączanie tańców i oklasków do liturgii rzymskiej, celebrowanej wśród pewnych, bardziej żywiołowych ludów (s. 347) oraz na służbę ołtarza pełnioną przez ministrantki (s. 348); niewiele dobrego można również powiedzieć na temat III edycji typicznej Mszału Rzymskiego z 2002 r. (s. 402). Podkreślę raz jeszcze: bez dzieła i „nieposłuszeństwa” Abp. Marcelego Lefebvre’a pozycja wyjściowa pragnącego normalizować sytuację w Kościele Benedykta XVI byłaby zdecydowanie gorsza. Pozostając poza kontrolą modernistów można było łatwiej rozwijać się, czy po prostu przetrwać.

Sprawy zaczęły się zmieniać na lepsze dopiero po rozpoczęciu pontyfikatu Jego Świątobliwości Benedykta XVI, który stopniowo, krok po kroku realizuje swój plan „reformy reformy”. Od tego momentu zatem możemy mówić o przejściu starej Mszy z fazy „życia ukrytego” do „wiosny tradycji łacińskiej”. Indult generalny zawarty w motu proprio Summorum Pontificum stanowi otwarcie nowego rozdziału w historii Kościoła. Równocześnie jest to ostatnie wydarzenie opisywane w „Historii Mszy” Pawła Milcarka. To chyba dobry wybór, bowiem pozostawia w czytelnikach pewien głód. Byłoby najlepiej, gdyby ta pozytywna ciekawość skłoniła ich do zapoznawania się z innymi pozycjami na temat Mszy Świętej a także do wsparcia czynem i modlitwą dzieła podjętego przez Benedykta XVI.

---
kolejne archiwalja /Krusejder/

czwartek, 2 grudnia 2010

Malachi Martin - The Final Conclave

Niedawno wydane po polsku „Klucze królestwa” o. Malachiasza Martina opisują pontyfikat Jana Pawła II. Zanim jednak zajmę się tą książką, postaram się przybliżyć Państwu inną publikację tego samego autora - The Final Conclave z 1978 r. Wpisuje się ona w nurt „clerical fiction” łącząc aspekt dokumentalny z fabularnym.



Pierwsza część Ostatniego konklawe to opis Kościoła czasów Pawła VI, układu sił pomiędzy poszczególnemi frakcjami oraz kilkuletnich przygotowań do konklawe mającego na celu wybór następcy Montiniego. X. Martin wyróżnia następujące grupy ścierające się w ówczesnym Kościele:

1) postępową, wśród której należy wskazać:
1.1) marxistów chrześcijańskich, optujących za sojuszem sierpa i młota z posoborowym stołem liturgicznym,
1.2) radykalnych teologów, pragnących zmian w praktycznie każdym obszarze nauczania Kościoła, począwszy od prymatu papieskiego i przyjmowania faktu Zmartwychwstania po nauczanie moralne nt. homoseksualizmu i aborcji,
1.3) charyzmatyków, polegających na osobistem doświadczeniu Ducha Świętego, komunikującego się bezpośrednio z każdym wiernym osobiście;
2) tradycjonalistyczną, pragnącą przywrócenia ładu kościelnego sprzed października 1958 r.;
3) konserwatywną, pragnącą zmian i modyfikacyj w Kościele, ale nie tak szybkich, jak wprowadzał Paweł VI;
4) radykalną – pragnącą odrzucenia wszelkiej doczesnej władzy przez papiestwo, oddzielenia się od dóbr materialnych instytucji na rzecz duchowości.

Na takiej mapie Kościoła Posoborowego samego Pawła VI należałoby zakwalifikować do … konserwatystów. Umiarkowanych. Miejmy to na uwadze.

Szkicując sylwetkę Montiniego x. Martin proroczo nazywa go pierwszym z papieży – pielgrzymów. Wskazuje, że poczynione przezeń innowacje w zakresie obecności głowy Kościoła w świecie, w mediach będą naśladowane przez jego następców i przyczynią się do wzrostu popularności katolicyzmu na świecie. Paweł VI był pielgrzymem, aby w inny niż dotąd sposób zainteresować religijnością ludzi na całym świecie. Skąd wynikała ta odmienność ? Z integralnego humanizmu, który przejął od swego przyjaciela Jakuba Maritaina. Wprawdzie w Ostatniem konklawe nie rozwinięto tego pojęcia, ale warto zauważyć, że idea ta była co do zasad tożsama z koncepcją „dobrego dzikusa” Jana Jakuba Rousseau, a więc zakładała, iż człowiek jest dobry z natury i będzie wybierał dobro oraz odrzucał zło, jeśli wskaże mu się różnice między nimi. W modelu tym Kościół miał więc skoncentrować się na czynieniu dobra i świadczeniu o prawdzie. To miało wystarczać do tryumfu Prawdy. Godzi się w tem miejscu zauważyć, że „humanizm integralny” ignoruje wpływ grzechu pierworodnego na duszę ludzką i na naturę człowieka. Rany te powodują skłonność do zła. Podsummowując tę postawę intelektualną należy stwierdzić, że ogół poglądów i działań papieża Montiniego wynikał z pobudek sprzecznych z misją papiestwa i Kościoła nauczającego, którą można w skrócie przedstawić dwoma zdaniami z Ewangelii: „Tyś jest Piotr, paś baranki moje” oraz „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody udzielając im chrztu w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen”.

Kluczowym problemem pontyfikatu Pawła VI była sprawa finansów watykańskich. AD 1969 zostały one powierzone przyjacielowi papieża z czasów mediolańskich Michałowi Sindonie. Drugą ważną na tym odcinku osobą był biskup Paweł Marcinkus. Panowie mieli za zadanie przetransferować aktywa Stolicy Apostolskiej z Włoch do USA i zarabiać na nich. Jak się to skończyło? Wprawdzie Montini aspirował do przywrócenia "kościoła ubogich" z pierwszych wieków katolicyzmu, ale wątpliwe jest, by spodziewał się, że sprawny dotąd w dziedzinie finansów Sindona tak bardzo przybliży go do tego ideału. X. Martin podaje, że łączne straty Watykanu mogły wynieść w tych aferach ok. miliarda dolarów. Afera Banku Ambrosiano, zasygnalizowana jedynie w książce, miała swoją kulminację w cztery lata po jej ukończeniu. Dodajmy dla porządku, że sam Sindona w 1979 r. zlecił zabójstwo prawnego likwidatora swoich banków a w marcu 1986 r. został otruty w więzieniu, w którym odsiadywał wyrok dożywocia. Nie od rzeczy jest wspomnieć, że duet Sindona - Marcinkus miał związki zarówno z włoską mafją jak i masonerią (słynną lożą P2). Czy wypłynęło z tej sprawy jakieś dobro? Niewykluczone. O. Martin podaje, że Paweł VI mógł rozważać rezygnację ze swej funkcji zgodnie z zasadami określonymi dla innych biskupów, to jest w wieku 75 lub 80 lat. Pierwotnym terminem zdarzenia wypadał zatem na rok 1972, a najpóźniej na rok 1977. Idea ta jednak nie mogła być zrealizowana z kilku powodów:
- po pierwsze, mimo tricku z cenzusem wiekowym, mającego na celu wyeliminowanie najstarszych i tradycjonalistycznych kardynałów, wciąż stanowili oni znaczącą frakcję, której przedstawiciel mógł osiągnąć większość podczas kolejnego konklawe;
- po drugie, już od 1972 r. rozwijała się afera Sindony;
- po trzecie, co łączy się ściśle z myślą pierwszą, rozwijał się na świecie ruch Tradycji katolickiej organizowany przez Arcybiskupa Lefebvre’a. Wypowiadał on to, co myśleli starzy kardynałowie, dostarczał nowych pokoleń wiernych podzielających poglądy uważane przez Montiniego za przestarzałe.

Nas jako tradycjonalistów szczególnie zainteresuje rys osoby Arcybiskupa Lefebvre’a Jawi się on w książce jako silny człowiek na trudne czasy. Sympatja Autora wydaje się być po jego stronie, choć stara się ją ukrywać za maską obiektywizmu. Uproszczenia teologiczne stosowane przez o. Martina są dopuszczalne i nie wypaczają obrazu rzeczywistości, podczas gdy szczegóły zanudziłyby 90 % czytelników. Możemy jednak wyczytać, że abp Lefebvre uznał 21 listopada 1974 r.” Sobór Watykański za fałszywy, Mszę Pawła VI za nielegalną a nauczanie posoborowych biskupów za obarczone błędami”. Wskazuję na tę konwencję, by uczulić potencjalnych czytelników i tłumaczy Ostatniego konklawe.

x. Malachiasz Martin streszcza począwszy od 1970 każdy kolejny rok przybliżający nas do konklawe. Opisuje je poprzez aktywności Pawła VI, jego najbliższych współpracowników oraz oponentów. Dowiadujemy się więc np. że AD 1973 sondował plan zmiany formy wyboru swego następcy poprzez z jednej strony: większą demokratyzację partycypacji przedstawicieli Kościoła Posoborowego – udział przedstawicieli Rad Stałych Episkopatów, z drugiej strony – udział w konklawe elektorów niekatolickich wywodzących się z kościołów prawosławnych. Propozycje te szczęśliwie nie spotkały się z niczyjem uznaniem, nie mogły też być dopracowywane i narzucone, bo wcześniej wywołane skandale angażowały dużo sił i uwagi Montiniego.

Zajmijmy się teraz nieco rozważaniami o układzie sił w kolegium kardynalskiem. Jednym z silniejszych sojuszy był pakt kardynałów z Europy Wschodniej i Ameryki Łacińskiej. Nie mamy wyjaśnienia, jak powstał, można tylko sądzić, że jego podstawą była akceptacja dla marxizmu; zatem tworzyli go z jednej strony latynoscy lewacy a z drugiej – sowiecka agentura. Układ ten został rozbity przez obawiających się marxizmu kardynałów amerykańskich, wśród których był Jan kard. Krol, abp Filadelfji. W naturalny sposób nawiązał on kontakt z rodakami, polskimi kardynałami i stworzył nowy ośrodek – Europy Środkowej . Polscy kardynałowie, w tem szczególnie wpływowy Wyszyński (nazywany złośliwie przez modernistów „papieżem Europy Centralnej”) i Wojtyła ciekawie uzupełniali się posiadając wpływy w innych grupach (odpowiednio: bardziej i mniej konserwatywnej) kardynałów z krajów sąsiednich. Amerykanie w oczywisty sposób nie wpływali natomiast na dobre relacje przedstawicieli Europy Środkowej z Afrykanami i Azjatami. Te głosy mogły się liczyć. Pakt ten wymierzony był przeciw kandydatowi włoskiemu. Dostrzeżemy tu pozorną sprzeczność, bowiem wśród Włochów było najwięcej tradycjonalistów, a animatorzy porozumienia - Krol i Wyszyński sami mieli podobne poglądy. Pakt ten był motywowany do działania przez samego Pawła VI, którego faworyt, kard. Pigdenoli rozwijał plan „otwierania” Kościoła na tak zwane: sprawiedliwość społeczną i prawa człowieka, które miały stać się integralną częścią Ewangelii.

We wrześniu 1977 r. odbył się w Rzymie synod, grupujący kardynałów, biskupów, prałatów oraz stanowiący również swoiste preludium do konklawe. Dominanta prezentowanych opinij uświadomiła kardynałom z krajów romańskich, jak poważnem zagrożeniem jest komunizm i jak wielu kościelnych VIPów jest jego paputczikami. Na niższych szczeblach hierarchji ludzi zarażonych tą chorobą było jeszcze więcej niż w kolegium kardynalskiem.

Na początku 1978 r. siły poszczególnych frakcyj przedstawiały się następująco:
- tradycjonaliści – 50,
- konserwatyści – 35,
- postępowcy – 26,
- radykałowie – 9,
co łącznie dawało liczbę 118 hierarchów posiadających czynne i bierne prawo wyborcze. O ile x. Martin trafnie ocenił, że tego roku Paweł VI umrze, to dodajmy, że podczas każdej z elekcyj papieskich owego roku głosowało 111 elektorów (kard. Jan Wright głosował jedynie w październiku).

W książce wskazano następujących papabili: Perykles Felici (tradycjonalista), Sergiusz Pigdenoli, Paweł Bertoli, Sebastjan Baggio (konserwatyści), Jan Willebrands (kandydat paneuropejski); frakcje postępowców i radykałów nie miały zatem jednoznacznych liderów, którzy mogliby aspirować do wyboru na Stolicę Świętą.

Druga, dłuższa część książki zawiera opis samego konklawe. Występują w niej kardynałowie ukryci pod fikcyjnemi nazwiskami, mający rysy charakterologiczne i poglądy rzeczywistych postaci. Nie bawiłem się w tworzenie kompletnej listy ułatwiającej odczytywanie książki, bowiem wiemy, że dialogi te są fikcyjne. Powstały przed sierpniowem konklawe. Napiszmy jednak, że część nazwisk łatwo jest dopasować, nawet jeśli nie jest się specjalistą od Kościoła lat 70-tych: Riccioni oraz Vasari to duet – Siri i Felici; Bonkowski – Wyszyński; Karewsky – Wojtyła; Franzus – König; Angelico – Chappi. Występujący bardzo często kard. Thule dobrze pasuje mi do Villota, ale z drugiej strony Villot powinien być utożsamiany z Kamerlingiem, który pełni w książce jedynie funkcję techniczną, nie ma własnych poglądów, choć cały czas rozmawia z wszystkimi na boku.

Części tej nie ma sensu streszczać, opisywane tu są rozmaite tricki, rozmowy i szantaże, które mogą być elementem każdego konklawe. Relacja x. Martina powinna być traktowana jako wiarygodna, bowiem on sam uczestniczył w dwu konklawe(1958-1963) jako tłumacz. Problemy, o których dyskutują kardynałowie, są bliskie tradycjonalistom, bowiem dotyczą spraw, o które walczymy (misja Kościoła, relacje z fałszywemi religjami, etyka chrześcijańska, doktryna społeczna, stosunek do komunizmu). Jednak dla przeciętnego współczesnego posoborowego katolika byłaby to dość niewdzięczna lektura. Nie rozumiałby reakcyjności kardynałów i ich zainteresowania „marginalnemi” problemami, np. Mszą trydencką. Pokazuje to również, jak zmienił się Kościół na przestrzeni tych trzydziestu kilku lat. Doświadczamy zatem, że Kościół nie poszedł w kierunku naszkicowanym przez x. Martina w Ostatniem konklawe. A jak skończyło się według niego to konklawe ? Nie chcę ujawniać szczegółów książki, ale zdradzę, że lepiej niż każde z konklawe roku Pańskiego 1978 …

wtorek, 30 listopada 2010

III confiteor - dozwolony !

Jednym z absolutnie żelaznych punktów sporów wewnątrztradycjonalistycznych była i jest sprawa tzw. III confiteor. Modlitwa ta, przekładając z naszego na polski, to spowiedź powszechna odmawiana podczas Mszy Świętej. W rycie klasycznym wypowiada ją na samym początku Mszy Katechumenów najpierw celebrans, a chwilę potem ministrant. W Mszałach potrydenckich aż po 1960 r. istniał też tzw. III confiteor, czyli ponowne wypowiadanie spowiedzi powszechnej przez wiernych tuż przed przyjęciem Komunji Świętej. W ostatnim Mszale potrydenckim, Mszale Jana XXIII obrzęd ten zdawał się być zniesiony (poza Mszą uroczystą, z diakonem i subdiakonem). Tyle, że rzeczywistość kościelna rządzi się tu swojemi prawami: zasadniczo cały Mszał trydencki został odesłany w próżnię tuż po objęciu Watykanu przez Pawła VI, zaś środowiska wierne Tradycji traktowały zniesienie III confiteor jako początek destrukcji liturgicznej. W praktyce więc opisywany obrzęd miał historję jak św. Józef w Kanonie: pojawił się w Mszałach i na papierze, a w parafjach - już nie.

Gdy po 1988 r. ruch Tradycji katolickiej ponownie podzielił się, tym razem na grupy tzw. indultowców i lefebrystów, pierwsi z wymienionych podchodzili do przepisów kościelnych na sposób, stwórzmy sobie taki neologizm, lewostronnie otwarty. Tzn. najważniejsza jest litera prawa, ale możliwe są również jej bardziej progresywne interpretacje. Jeśli był zatem zwyczaj powszechnie przyjmowany w danej świątyni niezgodny z literą prawa, to należało się do niej dostosować. Jeśli były niezgodne z literą prawa interpretacje komisji Ecclesia Dei odnoszące się do liturgji tradycyjnej, to można się było do nich dostosować, nawet jeśli byłyby one sprzeczne z duchem liturgji i przepisami z 1962 r. (np. użycie posoborowego lekcjonarza, posoborowego układu czytań). Mówiąc krótko: stosowanie III confiteor świadczyło o lefebrystowskich ciągotach i poglądach stosującego. Z tem walczono z uporem godnym lepszej sprawy.

Wyjaśnię tu, że III confiteor sam w sobie nie przynależy do istoty liturgji. Został włączony do Mszału raczej jako element rytu udzialania Komunji Świętej poza Mszą Świętą. Tam ma w pełni swoją logikę: wierny najpierw jest oczyszczany z grzechów powszednich, a dopiero potem przyjmuje Najświętszy Sakrament. Była to niegdyś znacznie częstsza praktyka niż obecnie: w czasach przedsoborowych było zwyczajem w wielu miejscach, w wielu wiekach, że podczas Mszy komunikował jedynie celebrans, a wszyscy inni, w niewielkiej dodajmy liczbie - w opisanym powyżej trybie, po "Ite, missa est". Znaczna część wiernych pozostających bez grzechu śmiertelnego na duszy poprzestawała na Komunji Św. duchowej. Jak wiemy, zalecał odchodzenie od tego tak naprawdę dopiero św. Pius X.

III confiteor ma szczególny sens we Mszy śpiewanej, w czasie której wierni nie wypowiadają modlitw wraz z ministrantem (jak może to mieć miejsce we Mszy recytowanej), lecz w tym czasie liturgji śpiewają (słuchają) pieśni na wejście lub Kyrie. Podobnie we Mszy cichej, wierni nie wypowiadają tych modlitw i raczej nie słyszą, jak szepczą je osoby w prezbiterjum. W takich przypadkach, z punktu widzenia tzw. aktywnego uczestnictwa, wierni nie mają kontaktu z rytem spowiedzi powszechnej, co należy ocenić raczej negatywnie niż pozytywnie.

Drugi praktyczny aspekt III confiteor związany jest z możliwością popełnienia przez wiernych grzechów powszednich podczas samej Mszy i oczywiście też jest dobrze, jeśli przed przyjęciem Najświętszego Sakramentu się z nich oczyszczą.

Piszę o tem wszystkiem dlatego, że uzyskawszy dziś radosną informację, którą podaję za forum krzyż. Ks. Konstantyn Najmowicz z Instytutu Dobrego Pastrza wystosował w dniu 24 sierpnia br. zapytanie do Komisji Ecclesia Dei, czy dopuszczalne jest użycie w Mszach śpiewanych i recytowanych Confiteor przed obrzędem Komunii wiernych? Uzyskał na nie odpowiedź pozytywną Stolicy Apostolskiej, co powinno zamknąć usta zwolennikom "lewostronności otwartej" i oswajać ich (Motyla noga ! powinni to już wiedzieć i rozumieć od pięciu lat!) z rzeczywistością "prawostronności otwartej".

Co do mnie samego, nie traktuję tego oświadczenia jako rewolucji. Sprawa jest, z punktu widzenia doktryny, podobnie marginalna jak równie legendarne niewieście mantylki. Komisja Ecclesia Dei od wielu lat udziela sprzecznych wyjaśnień i zapewne jeszcze nie raz zaskoczy nas negatywnie (jak mówią złośliwi: wiele w niej zależy od tego, kto stempluje i podpisuje list). Nie pełni zatem poprawnie funkcji wyspecjalizowanej komórki liturgicznej Stolicy Apostolskiej, podobnie jak wszystkie kongregacje rzymskie. Nienormalność jest normą w czasie kryzysu. Ale cieszy fakt, że możemy zamknąć tem orzeczeniem spór z lewostronnie otwartymi braćmi tradycjonalistami.

wtorek, 9 listopada 2010

KPK 1917 vs KPK 1983 - istotna różnica

Tym razem nie mam zamiaru przedkładać argumentów świadczących za wyższością KPK 1917 nad KPK 1983. Zajmę się jedynie szczegółowem rozwiązaniem - oceną przez kodeksy konsekracyj dokonywanych przez biskupa bez mandatu papieskiego.

W pierwotnej wersji CIC 1917 przestępstwo to było zagrożone suspensą. Jednak pod wpływem schizmy "kościoła patriotycznego" w Chinach Ludowych Stolica Apostolska AD 1951 zaostrzyła ten przepis wprowadzając karę ekskomuniki.

Jak można przeczytać w Podręczniku do Prawa kanonicznego x. Bączkowicza CM, wydanie: Wydawnictwo Diecezjalne Św. Krzyża w Opolu, rok 1958, tom III, str. 570-571:

Biskup, który udziela sakry biskupiej komuś, kto nie został przez Stolicę Apostolską biskupem mianowany ani wyraźnie zatwierdzony jak również ten, który przyjmuje sakrę biskupią, chociażby działali pod wpływem ciężkiej bojaźni, popadają w ekskomunikę zastrzeżoną Stolicy Apostolskiej w najspecjalniejszy sposób. Argument o ciężkiej bojaźni nie może być stosowany z uwagi na wzgardę władzy kościelnej.

Jest tu istotna różnica względem zapisów Kodeksu z 1983 r. Jak wiemy, działanie w bojaźni jest jednym z argumentów używanych przez JE abpa Lefebvre'a i jego zwolenników, uzasadniających przeprowadzenie konsekracyj biskupich AD 1988 bez mandatu Jana Pawła II, uznawanego przez nich za prawowitego papieża. Podstawowym argumentem jest zaś stan wyższej konieczności. Również i ten punkt jest nieco inaczej interpretowany przez KPK 1917. Jak stoi u x. Bączkowicza (s. 368, tom III), "wyższa konieczność to położenie, w którym człowiek nie może inaczej uchylić niebezpieczeństwa dobru własnemu lub cudzemu, jak tylko przez naruszenie prawa osoby trzeciej". Zagrażające niebezpieczeństwo nie zostało zaś wywołane przez ową osobę trzecią.

Wskazując na tę różnicę pragnę podkreślić, że pozostając na bazie KPK 1917 byłoby znacznie trudniej usprawidliwić nieposłuszeństwo Arcybiskupa Lefebvre'a Janowi Pawłowi II. O ile jest to łatwe i oczywiste w przypadku prawa posoborowego (por. choćby: http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/542) , sytuacja prawna sprzed 1983 r. wymagałaby odwołania się do konstrukcyj logicznych nieopisanych wprost przez przepisy, takich jak dbanie o dobro dusz powierzonych etc.

Zauważmy też, że łagodniejsze zapisy KPK 1983 dają się stosować również względem czynów podejmowanych przez postępowców. Są zatem wyrazem mentalności, którą krytykujemy, analizując zapisy odnoszące się do łatwości orzeczeń o nieważności małżeństw czy możliwości udzielania sakramentów niekatolikom. Posoborowe prawo składa się z przepisów i furtek służących do ich omijania.

Poświęcam ten wpis ku pamięci osób bezrefleksyjnie krytykujących tę niewielką część katolików odmawiającą jurysdykcji posoborowym papieżom. Nie twierdzę, że sedeprywacjoniści lub sedewakantyści mają rację. Ale być może na bazie KPK 1917 przyjęli oni jedyne spójne stanowisko umożliwiające im przetrwanie, wegetację w katolickiej rzeczywistości.

czwartek, 7 października 2010

"Zgoda buduje", czyli promocja książki „Marcel Lefebvre. Życie”


Promocja książki JE Biskupa Bernarda Tissiera de Mallerais „Marcel Lefebvre. Życie” była bez wątpienia tradycjonalistyczną imprezą roku 2010. Świadczyła o tem nie tylko prestiżowa lokalizacja iwentu - Sala Koncertowa Zamku Królewskiego w Warszawie, ale przedewszystkiem - zgromadzeni prelegenci. Bowiem obok Autora dzieła przy jednym stole zasiedli: prof. Jacek Bartyzel, dr Paweł Milcarek i x. Karol Stehlin FSSPX. Spotkanie prowadził red. Stanisław Michalkiewicz, głos zabierał również wydawca książki p. Bogusław Kiernicki. Po oficjalnej części spotkania odbył się mini recital p. Jacka Kowalskiego i towarzyszących mu muzyków oraz poczęstunek i rozmowy kuluarowe.

Choć pojawiłem się w Sali Koncertowej około pół godziny przed planowanem rozpoczęciem spotkania, zastałem już wiele zgromadzonych osób. Było zatem oczywiste, że wszyscy zainteresowani książką Biskupa nie zmieszczą się na przygotowanych miejscach. Uwagę zwracał również wystrój sali. Wchodzący na salę widzieli: wielki stół, na którym ustawiony był przodem do ludzi piękny krzyż, a obok mebla stała ... perkusja ekipy Jacka Kowalskiego. Wszystko to wyglądało, jakby Xiądz Biskup Bernard Tissier miał odprawić na tym stole pierwszą w życiu Mszę beatową. Koszmar ten szczęśliwie się nie zmaterjalizował i po drobnych zgrzytach początkowych spotkanie się rozpoczęło.

Autor biografji przemawiał jako pierwszy. Xiądz Biskup przedstawił słuchaczom mniej znaną część osobowości Arcybiskupa Lefebvre’a. Skupił się bowiem na jego młodości, na drodze do święceń, pierwszych latach kapłaństwa i pracy misjonarskiej w Afryce. Pokazał w ten sposób kierownika seminarjum duchownego, cierpliwego i oddanego wychowawcę wielu pokoleń kapłanów oraz człowieka wielkiej dobroci osobistej i miłosierdzia. Cechy te sprawiły również, że pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku Arcybiskup, choć zbliżał się wówczas do osiągnięcia wieku emerytalnego, zdecydował się założyć seminarjum w Ecône i Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Nikt inny nie podjął się rozpoczęcia takiego dzieła, choć przynajmniej 400 ojców Soboru Watykańskiego II opowiadało się po stronie jednoznacznie konserwatywnej, choć ruch oporu względem nowinek posoborowych liczył w połowie lat sześćdziesiątych przynajmniej 6000 duchownych, nikt mu w tem istotnie nie pomógł. Biskup Tissier de Mallerais jest jednym z pierwszych seminarzystów studjujących w Ecône i naocznym świadkiem opisywanych zdarzeń.

Profesor Jacek Bartyzel podzielił się ze słuchaczami wrażeniami z przeczytanej książki. Były to refleksje historyka idej i politologa. Wystąpienie Profesora było chyba najbliższe oczekiwaniom zgromadzonego audytorium, bowiem zawierało najwięcej odniesień do tych form działalności Arcybiskupa Lefebvre’a, z których znamy go najlepiej: walki o czystość doktryny katolickiej, problemów z pacyfikacją konserwatystów w Kościele przez najwyższych hierarchów tegoż Kościoła i odniesień do aktu konsekracyj biskupich z 30 czerwca 1988 r. Pan Bartyzel stwierdził, że dopiero po wielu latach zaangażowania w Tradycję katolicką przyznał rację Arcybiskupowi co do konieczności tak wyraźnego działania wbrew woli urzędującego papieża.

Doktor Paweł Milcarek wskazywał, że z książki wyłania się prawdziwy obraz Arcybiskupa Lefebvre’a – dynamicznego organizatora i misjonarza, który w czasach posoborowych dążył do łagodzenia sporów z hierarchami i pragnął porozumienia z Janem Pawłem II. Msgr Lefebvre w ujęciu p. Milcarka jest biskupem, który pierwotnie podpisuje (akceptuje) wszystkie dokumenty Soboru Watykańskiego II oraz soborową reformę liturgiczną. Radykalizacja Arcybiskupa wynikała z rozmywania magisterjum Kościoła i postępów posoborowej rzeczywistości. To otoczenie usprawiedliwia według prelegenta decyzję o konsekracjach biskupich AD 1988, choć jego zdaniem właściwsze byłoby podążanie drogą porozumienia zawartego w dniu 5 maja tego samego roku. Dr Milcarek stwierdza, że wybór ten był wyborem nadludzkim i przedwczesne byłoby udzielanie odpowiedzi na pytanie, czy dokonanie konsekracyj bez zgody Jana Pawła II było znamieniem świętości wyznawcy, czy wyrazem ludzkiej słabości, pragnącej szybko osiągnąć zamierzony cel.

Ostatni z mówców, xiądz Karol Stehlin FSSPX, został wyświęcony na kapłana katolickiego w przededniu konsekracyj biskupich AD 1988. W krótkich słowach przedstawił swoje świadectwo odnoszące się do osoby Arcybiskupa.

Jak podkreślił red. Michalkiewicz, można powiedzieć, że Kościół przystał w końcu na postulat Arcybiskupa Lefebvre’a o przeprowadzenie „eksperymentu Tradycji”. Już samo to pojęcie pokazuje, w jak trudnym i kuriozalnych czasach przyszło żyć katolikom w 2 połowie wieku XX. Niemal całe duchowieństwo nie sprostało w jakikolwiek sposób tej próbie. Nie chciałbym kończyć tej relacji nieuprawnionym wnioskiem, że droga Arcybiskupa Marcelego Lefebvre’a i założonego przezeń Bractwa Św. Piusa X była i jest jedyną właściwą drogą. Ale dobrze się dzieje, że polscy katolicy mogą zapoznać się z najbardziej kompletną książką, jaka powstała na temat Arcybiskupa. Dobrze się dzieje, że także w Polsce środowiska tradycjonalistyczne zaczęły współpracować ze sobą. Nie wyobrażam sobie takiego spotkania jeszcze 10 czy choćby 5 lat temu. Dobrze, że zainteresowane strony zaczęły rozumieć, że trzeba wspólnie powiększać nasz tradycjonalistyczny tort, a nie walczyć o jego fragmenty. Pamiętajmy, że „zgoda buduje”. I pamiętajmy, komu zawdzięczamy szansę na to wszystko.

Merci, Monseigneur !! Et Merci, Benoît XVI !!