piątek, 27 stycznia 2012

Cywilizacja chrześcijańska, czyli jaka ?

Rozmawiając z nowoczesnymi, liberalnymi katolikami na temat katolickości instytucyj państwowych napotykam zwykle na nieprzezwyciężalną barjerę ideologiczną, uniemożliwiającą szansę porozumienia. Nie mogą oni przyjąć i zaakceptować katolickiego, przedsoborowego rozumienia wolności religijnej, praw człowieka, wolności sumienia i słowa. Nie rozumieją niechęci Kościoła względem demokracji. Z drugiej strony, zastanawiam się, jak powinna wyglądać według nich prawidłowa recepcja deklaracji Dignitatis humanae – albowiem warto podkreślić, że jak dotąd nie znamy prawidłowych, posoborowych przykładów trwałego ułożenia relacji państwo – Kościół. Tradycjonaliści mogą bić jak w bęben w Dignitatis humanae i zarzucać jej współudział w likwidacji państw i społeczeństw katolickich. Dlaczego ? Ano dlatego, że nie ma dziś na świecie kraju niegdyś chrześcijańskiego, w którym utrzymałaby się choćby tak minimalna bariera człowieczeństwa jak pełna ochrona życia nienarodzonych. Rodzina stała się głównym wrogiem państwa a także porozumień i organizacyj międzynarodowych oraz wiodących koncernów. Idea „praw człowieka”, która niezdrowo fascynowała inspiratorów Dignitatis humanae, zrzuciła dziś swą maskę ukazując, czemu faktycznie ma służyć. Dzisiejsze „lewa człowieka” służą uzasadnianiu promocji szeroko rozumianej cywilizacji śmierci, a więc dokładnego przeciwieństwa cywilizacji chrześcijańskiej.

O ile można powiedzieć, że Kościół Posoborowy jakoś tam wypełnia misję akukumeniczną czy synkretyczną zaprojektowaną podczas Soboru Watykańskiego II, to w dziedzinie praw człowieka żadnych sukcesów nie ma: chrystianizm się cofa, cierpi prześladowania, a jego nauka jest coraz gorzej rozumiana i przyjmowana. Nie o to chodziło nawet według zapisów akatolickiego dokumentu o wolności religijnej!

Liberalnym katolikom zdaje się, że Kościół chciałby rządzić sumieniami jedynie za pomocą ustaw i pałek. Nic bardziej błędnego! Jest to projekcja metod współczesnych na czasy ancien regime’u. Tymczasem w układzie klasycznym to nie prawo zmieniało ludzi, ale było ostatnim elementem wprowadzanym, by pertyfikować instytucje. Nie narzucisz ludziom religijności, ale jeśli ludzie są religijni, to powinni to również wyrażać poprzez swoje instytucje społeczne i państwowe. Należy zatem opisać etap wcześniejszy, jak chrystianizowała się cywilizacja. Jest to kluczowe dla zrozumienia myśli integrystów katolickich i umożliwia prawidłowe rozumienie proporcyj pomiędzy ewangelizacją a katolicką nauką społeczną. Dopiero taka cywilizacja, oparta na większości społeczeństwa, mogła wprowadzać w życie mechanizmy prawne chroniące ją przed błędnowierstwem, wolnomyślicielstwem i innemi „majaczeniami szaleńców”, jak napisałby Grzegorz XVI.

Pragnę zamieścić tu na prawie cytatu fragment książki x. Michała Poradowskiego pt. „Palimpsest”.

Właśnie takie społeczeństwo, jak opisane poniżej, miało prawo i obowiązek sakralizować swe pewne najważniejsze instytucje. Nie oznaczało to równocześnie, iż państwo przeistaczało się w teokrację. Koncepcje karania grzechów prywatnych, takich jak cudzołóstwo czy naruszenie postu, nigdy nie były częścią doktryny katolickiej. Jakkolwiek u niektórych teologów zdarzały się takie pomysły, to jest to zdecydowana mniejszość, jakościowa i ilościowa. Znacznie częściej statystycznie utopie te próbowali wdrażać heretycy, zwłaszcza kalwiniści i ich epigoni. Po tem wyjaśnieniu milknę i oddaję głos śp. Xiędzu Michałowi.


Zdaniem biskupa Marcela Lefebvre’a (konferencja w Barcelonie, 29 XII 1975), "cywilizacją chrześcijańską" jest jedynie taka cywilizacja, której centrem, "sercem", "mózgiem", źródłem i natchnieniem jest Eucharystia, czyli że nie wystarczy, aby jakaś cywilizacja przyjęła tylko zasady moralności chrześcijańskiej, lecz, żeby mogła być w rzeczywistości "chrześcijańską", musi czerpać swe wartości i zasady, a przede wszystkim siłę duchową z Eucharystii, gdyż to głównie Eucharystia jest źródłem życia prawdziwie chrześcijańskiego; jest ona źródłem i natchnieniem całej twórczości we wszystkich dziedzinach życia. (..) Nadto, kluczowe jest uczestnictwo wiernych w Ofierze Mszy Świętej, przez przystępowanie do Komunii świętej, jako najdoskonalszego źródła życia wewnętrznego, życia Łaski Bożej, jako pokarmu dla duszy i ciała człowieka, członka mistycznego ciała Chrystusa Pana, którym jest Kościół. To z tego świadomego uczestnictwa tryska źródło "cywilizacji chrześcijańskiej', czyli twórczość społeczeństwa chrześcijańskiego, jego kultura i cywilizacja.

Już we wczesnym średniowieczu istnieje pełna świadomość tego "misterium", stąd też cała twórczość człowieka średniowiecza jest przeniknięta mistyką Eucharystii, bo to ołtarz, zawierający relikwie świętych, na którym dokonuje się to misterium Przeistoczenia- Ofiary, uświęcony obecnością realną Chrystusa Pana, staje się centrem całego życia społeczeństwa średniowiecznego. Stąd też wspaniałe katedry, które przede wszystkim chronią ów Ołtarz - Tabernakulum, a więc EUCHARYSTIĘ, czyli samego Chrystusa Pana Eucharystycznego.

Czy to "ukryty" w tabernakulum, czy też "wystawiony" w monstrancji, Chrystus – Eucharystia jest obecny w całym prywatnym i publicznym życiu człowieka- chrześcijanina średniowiecza. Wszystko jest dla Niego i przez Niego, wszystko jest dla Jego chwały, jako wyraz pamięci i miłości wiernych.

(..) To katedra staje się centrem życia społecznego, to w niej, w jej kaplicach mają swe siedziby wszystkie cechy, czyli ówczesne związki zawodowe, to w tych kaplicach umieszcza się nauka i wychowanie, czyli całe szkolnictwo od ochronek aż do uniwersytetu; to w tych katedrach zbiera się cała wspólnota na wszelkie narady, to w niej funkcjonuje sądownictwo, bo ona jest centrem życia całego miejscowego społeczeństwa, będąc Domem Bożym, w którym Bóg jest stale obecnym w Eucharystii. To w katedrze czci się Boga nie tylko Najświętszą Ofiarą, czyli Mszą Świętą, ale także najwspanialszymi nabożeństwami, śpiewami gregoriańskimi i najcudniejszą muzyką na organach.

Katedra stała się w średniowieczu nie tylko symbolem chrześcijaństwa, a przede wszystkim żywym ośrodkiem życia duchowego, wszelkiej pracy i twórczości ludzkiej. (..) Stąd ta cywilizacja, która rodzi się w katedrze, żyje w katedrze i rośnie z natchnienia wiary jest w rzeczywistości chrześcijańską i zasługuje na tę nazwę.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Czy odstawić do lamusa św. Tomasza z Akwinu ?

… pyta jeden z najbarwniejszych tradycjonalistów polskich pan Piotr Koc … i odpowiada, że jakkolwiek sam św. Tomasz miał rację, to „Filozofia tomistyczna to pod względem naukowym kompletnie anachroniczny zabytek dawno minionej epoki – tomizm jest dziedziną odtwórstwa historycznego a nie filozofii” . Posiłkuje się przy okazji arcyciekawem podejściem x dr. Grygiela, zastanawiającego się nad relacją fizyki do teologji.


Doskonale rozumiem te pokusy. Sam im również podlegam jako zainteresowany teologją przedstawiciel innych nauk pomocniczych. Wielokroć na tym blogu posiłkowałem się teorją organizacji i zarządzania, by wskazać na niewłaściwość działalności posoborowej i uważam te rozważania, np. odnośnie do ekumenizmu (akukumenizmu) za celne i trudne do obalenia. Gdyby posoborowie funkcjonowało sprawnie i skutecznie, mógłbym popaść w błąd naturalizmu, a więc postrzegania Kościoła wyłącznie jako organizacji, zapominając o jego nadprzyrodzonym charakterze i pochodzeniu. Na szczęście jednak dla mnie współczesny Kościół działa wyjątkowo zgodnie z prawem Koźmińskiego „każda organizacja funkcjonuje tak źle, jak jest to tylko możliwe”. Póki co, jestem bezpieczny, więc mogę zająć się pokusami dotykającemi moich bliźnich.

Wiemy, że nasza religja jest niesprzeczna z nauką, a zatem możemy korzystać ze wszelkich współczesnych osiągnięć myśli i techniki, by wyjaśniać nurtujące nas kwestje. Ale możliwość rewizji dotychczasowych założeń teologji jest bardzo ograniczona, obowiązują nas nie tylko dogmaty i ich interpretacja, ale również całość dotychczasowego nauczania o charakterze nieomylnem. Tem różni się teologja od np. geologji czy astronomji, w których jedno odkrycie może być – nomen omen – przewrotem kopernikańskim.

Zatem metodologja nauk pomocniczych może być przydatna tam, gdzie podejście klasyczne nie opisuje rzeczywistości w sposób zadowalający. Dla przykładu: wiele twierdzeń interpretujemy w sposób odbiegający od literalnego rozumienia ich treści. Zdanie „poza Kościołem nie ma zbawienia” nie jest interpretowane poprawnie przez feeneyistów, wykluczających możliwość zbawienia u osób nieochrzczonych wodą. Być może da się ten dogmat zapisać w języku naturalnym w sposób bardziej ścisły i jednoznaczny korzystając z operacyj logicznych w modelach którejś z logik nieklasycznych.

Nie możemy też zapominać, że przydatność nowych metod i technologij ograniczona jest do bardzo zaawansowanych zagadnień. Metodyka św. Tomasza ma poważny problem z inteligencją pozaziemską i może dać nam błędne rozwiązania, ale pamiętajmy, że póki co nie spotykamy codziennie kosmitów. Natomiast codziennie dokonywamy wyborów etycznych rozstrzyganych całkiem dobrze przez klasyczną logikę dwuwartościową. Podstawowe problemy 99 % wiernych zamykają się w Ewangelji, dekalogu i przykazaniach kościelnych. To są problemy duszpasterskie, któremi zajmował się w swoim czasie Sobór Watykański II i nic nie pomagając Kościołowi, pogłębił jego kryzys. Analogicznie, właściciel zwykłego zieleniaka nie musi inwestować setek tysięcy złotych w system wspomagania decyzyj opierający się na logice parakonsystentnej, a więc funkcjonujący w warunkach niepełnej informacji i dużej niepewności co do oczekiwań konsumenta. Nie udawajmy, że musimy strzelać z armaty do wróbla. Ani nie udawajmy, jak nauczyciel plastyki czy przysposobienia obronnego w gimnazjum, że ich przedmiot jest dla uczniów najważniejszy.

Uważajmy także, by pod płaszczykiem nowoczesnej nauki nie wprowadzała się herezja. Posoborowi pasjonaci współczesnej filozofji są ostatnimi osobami, po których spodziewałbym się znajomości i aplikacji jakiejkolwiek wewnętrznie spójnej logiki. Poheglowskie sieroty pseudohumanistyczne stanowią regres a nie progres względem filozofji realistycznej takiej jak tomizm.

Podsummowując, tak jak Pan Piotr słusznie piętnuje utożsamianie katolicyzmu z koronkami i pomponami, tak ja dorzucam do tej myśli przestrogę przed teologicznem gadżeciarstwem. Aby Kościół przetrwał i rozwijał się w XXI wieku, doprawdy nie musi aplikować do katechizmu codziennego wiernych aplikacji mechaniki kwantowej tudzież modelu atomu. Natomiast niech katoliccy uczeni zajmują się tą problematyką z pożytkiem dla wiedzy, Kościoła i samych siebie.

czwartek, 19 stycznia 2012

Akukumenizm a prozelityzm

Tygodniowy sabat akukumeniczny jest rokrocznie okazją do powiększania mętliku pojęciowego w głowach wiernych. Posoborowi dominikanie przypomnieli z tej okazji wypowiedź o. Jacka Salija pt. Ekumenizm - synkretyzm – prozelityzm . Znany duchowny przestrzega w tekście przed religijnymi wilkami w owczej skórze, ale mówi to tylko o heretykach podstępem werbujących do swych sekt w Kościele katolickim. Jednak reszta jego wypowiedzi jest nie do przyjęcia. Mniejszym skandalem jest pogląd Jacka Salija OP na ekumenizm, definiowany jako przezwyciężanie wzajemnych uprzedzeń i niesprawiedliwych stereotypów, dialog o wierze oraz realizowanie duchowej wspólnoty między chrześcijanami różnych wyznań, w zakresie, jakim jest ona możliwa. Bo to „zaledwie” strata czasu, odwracająca uwagę od istoty zadań kapłańskich. Definicja prozelityzmu o. Salija budzi jeszcze większy sprzeciw:

Prozelityzm jednak – czyli werbowanie na członków swojej wspólnoty z naruszaniem godności osoby ludzkiej oraz zasad lojalności wobec innych grup wyznaniowych – kłóci się nie tylko z duchem ekumenizmu, ale w ogóle z duchem Ewangelii.


Żeby było jasne: Salij pisze tak o każdym prozelityźmie a nie tylko o kaptowaniu katolików przez błędnowierców. Gdzie pogrzebany jest pies i gdzie poniewierany jest honor Zakonu Kaznodziejskiego ?

1. Tradycyjna definicja prozelityzmu, jaką znajdziemy choćby w słownikach języka polskiego, nieskalanych wirusem akukumenizmu, jest bardzo przejrzysta: prozelityzm – dążenie do nawracania innych na swoją wiarę, do pozyskania zwolenników jakiejś idei. (Kopaliński). W języku przedsoborowego katolicyzmu prozelityzm był mniej więcej tożsamy z działalnością misyjną.

2. Salij OP i posoborowcy ogółem mówią w tej sprawie językiem Światowej Rady Kościołów. Możemy przeczytać u baptysty Sielickiego: Rada określa prozelityzm jako namawianie „chrześcijan należących do jednego Kościoła do przejścia do innej denominacji za pomocą odwrotnych środków niż chrześcijańska miłość, środków, które naruszają wolność i godność, oraz które zmniejszają zaufanie do chrześcijańskiego świadectwa Kościoła”.

Zauważmy, że błędnowiercy – w tem posoborowcy – przedkładają lojalność względem innych grup wyznaniowych ponad Boga i Jego Prawdę. Pokazuje to, iż akukumenizm posoborowy w praktyce sprowadził tę religję do mianownika wszystkich innych wyznań chrześcijańskich, sposród których żadne nie aspirowało do miana jedynego posiadającego pełnię prawdy i Objawienia Bożego. Takie było źródło protestanckiego ekumenizmu w wiekach XVIII i XIX.

3. Posoborowców zdają się nie obowiązywać zatem nakazy moralne dawane katolikom:

Uczynki miłosierne względem duszy

1. Grzeszących upominać
2. Nieumiejących nauczać

ani nauczanie w zakresie tzw. grzechów cudzych
3. Zezwalać na grzech.
4. Pobudzać do grzechu.
5. Pochwalać grzech drugiego.
6. Milczeć, gdy ktoś grzeszy.
7. Nie karać za grzech.
8. Pomagać do grzechu.
9. Usprawiedliwiać czyjś grzech.

Tem w praktyce jest realizowana przez nich droga akukumenizmu i potępianie prozelityzmu. Podkreślę tu po raz kolejny, że stanowisko o. Salija nie jest radykalne w religji posoborowej. Jest identyczne z postawą uzgodnioną z prawosławnymi w Balamand (por. Deklaracja z 1993 r. wraz z komentarzem ).

Podsummujmy zatem:

W przeszłości prozelityzm był często synonimem ewangelizacji. Rzeczywiście, Sobór Watykański II stwierdził prawo Kościoła do prowadzenia pracy ewangelizacyjnej i do zdobywania konwertytów (AG 7, DHu 13-15). Dzisiaj jednak prozelityzm ma niemal zawsze znaczenie ujemne i oznacza zmuszanie ludzi lub manipulowanie nimi tak, żeby przyjęli taką, a nie inną wiarę. Wspólnoty religijne i świeckie wiele razy potępiały tę odmianę prozelityzmu; wystąpił przeciwko niej także Sobór Watykański II (AG 13, DHu 4). W dialogu ekumenicznym z Kościołami wschodnimi prozelityzm jest jednym z zagadnień umieszczonych w oficjalnym programie.

Gdyby zastosować tę samą metodę zmiany rozumienia pojęć do homoseksualizmu, jaką potraktowano prozelityzm, posoborowcy musieliby nazywać go równoprawną formą orientacji seksualnej polegającej na pociągu seksualnym do osób tej samej płci. Nie muszę mówić, jak zdemolowałoby to teologię moralną. Celowo używam drastycznego przykładu, by pokazać skalę manipulacji Salija. Oto wymierny owoc akukumenizmu.

środa, 18 stycznia 2012

Piotruś … ksiądz

Bractwo św. Piotra ma środowiskową ksywę „Piotrusie”. Ukazuje ona, że FSSP jest zasadniczo niegroźne dla modernistów i znajduje się na obrzeżach najszerzej pojętych ruchów mających na celu uzdrowienie Kościoła. Jakkolwiek bardzo wielu członków Bractwa zachowuje i wyznaje doktrynę integryzmu katolickiego, to zdolność bojowa całości jest bardzo niska. No chyba, że użyjemy definicji Stefana Kisielewskiego: „bojowy, to taki, który bardzo się boi”.

Od pewnego czasu jest w sieci blog jednego z członków Bractwa, x. dr. Wojciecha Grygiela. Trzeba zająć się nim ponownie (por. „Polska bieda” ), ponieważ tamtejszy gospodarz ogłosił ostatnio manifest:

„jestem chyba jedyną osobą, która otwarcie i publicznie punktuje SSPX, stąd całe odium na mnie”
.

Owo "odium" pojawiło się w komentarzach pod jedną notką, wskazując po raz kolejny, że x. Grygiel ma istotne kłopoty z percepcją otaczającej go rzeczywistości. Kiedyś sądził, że „Oda do pałkarza wiadomego Bractwa” jest o nim , , potem, że jemu nadane zostało pseudo „młot na posoborowie”, a ostatnio uznał Kronikę Novus Ordo za ekspozyturę lefebrystów.





Motyw Bractwa św. Piusa X jest faktycznie najczęstszym w twórczości blogowej x. Grygiela. Na 12 wpisów wg stanu na dzień dzisiejszy, tematykę tę porusza 4 spośród nich. Przyjrzyjmy się bliżej temu „punktowaniu”:

1. ZAGADNIENIE WARUNKÓW BRZEGOWYCH

Tytułowe warunki brzegowe odnoszą się do zaistnienia w Kościele Posoborowym stanu wyższej konieczności, dyspensującego od posłuszeństwa Stolicy Apostolskiej. X. Grygiel nie podziela tego poglądu, ale nie prezentuje swojego stanowiska, bo jego „wyłuszczenie znacznie przekracza objętościową przyzwoitość eseju. Nie burzy to jednak intelektualnej harmonii tak, jak pytanie o legalność funkcjonowania apostolatów Bractwa św. Piusa X na terenie diecezji bez misji kanonicznej, udzielonej przez lokalnego ordynariusza, a nie przywoźnego purpurata.” Albo x. Grygiel nie wie, co znaczy ten termin albo nazywa w ten sposób z nieznanych nam przyczyn kard. Dziwisza. Nie wiem, co gorsze. To znaczy, wiem, ale nie powiem – zupełnie jak x. Grygiel.

Kluczem do oceny FSSPX jest stwierdzenie lub niestwierdzenie istnienia kryzysu Kościoła usprawiedliwiającego działanie w wyższej konieczności. Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. jest w tym zakresie znacznie bardziej liberalny niż KPK 1917, a pod jego reżymem Bractwu jest o wiele łatwiej uzasadnić swoje postępowanie, bo wystarcza do tego subiektywne przekonanie duchownych i oddających się ich opiece wiernych.

Czy stan wyższej konieczności istnieje np. w archidiecezji krakowskiej, jeśli jej biskup toleruje na swoim terenie dwóch piotrusiów, a wszystkich innych duchownych skutecznie zniechęca do celebrowania Mszy w klasycznym rycie rzymskim ?!

2. POD OSŁONĄ PREAMBUŁY

Są to rozważania x. Grygiela na temat możliwego statusu kanonicznego FSSPX po osiągnięciu porozumienia z Watykanem. Można je traktować jako wyważanie otwartych drzwi, albowiem kwestja skutecznej egzempcji od lat zaprząta głowy osób dopuszczających porozumienie.

3. MAM GARAŻ, ALE SIĘ W NIM NIE MODLĘ

Tego bełkotu nawet się nie da streścić. Pośmialiśmy się raz i wystarczy.

4. O TRADSACH, KTÓRZY WOLĄ BYĆ NAUCZANI PRZEZ TUŁACZY

To z kolei parafraza listu nadesłanego do Kroniki Novus Ordo Xiądz Grygiel przypomina, że członkowie FSSPX są tułaczami. Tradycjonaliści korzystający z ich posługi nie są lepsi niż bohaterowie Kroniki Nowej Ordy, bo też łamią prawo kanoniczne. Szkoda, że niektórzy nie widzą różnicy między działaniem wynikającem z lenistwa i niedouczenia a chęcią niesienia wiernym posługi duszpasterskiej.

I to jest wszystko. Z wielkiej chmury mały deszcz. Xiądz Doktor tak się przyzwyczaił do posoborowego ględzenia w stylu wspominanych w Obłudniku Powszechnym „teologów wieku XX”, że nie jest w stanie (choć najwyraźniej chce) podjąć polemiki zrozumiałej przez stronę posługującą się filozofją realistyczną. Przekazuje jedynie swoje uczucia względem Bractwa, co jednak nie może zastąpić dyskusji.

A przecież nie wszystko wszędzie i zawsze w FSSPX jest idealne. Krytyka może mu pomagać, nawet jeśli znajdą się tu i ówdzie „pałkarze Bractwa” odrzucający każdą formę i treść polemiki. W swoim czasie dyskutowałem z jednym z kapłanów FSSPX nt. kanonizacyj i jakkolwiek był to twardy, męski spór, to tuszę, że przyniósł dobre owoce. Również od kapłana Bractwa św. Piotra mam prawo oczekiwać, aby nie był piotrusiem czy też wręcz … Piotrusiem Panem.

sobota, 14 stycznia 2012

50 lat akukumenizmu w Warszawie …

W przededniu kolejnego „tygodnia ekumenicznego” „Gość niedzielny” relacjonuje, jakie były początki tej zarazy w Warszawie: jeszcze przed rozpoczęciem Soboru Watykańskiego II, krocząc śladami Jana XXIII, AD 1961 zorganizowano sekcję ekumeniczną przy kurji metropolitalnej, a 10 stycznia 1962 odprawiona została pierwsza Msza o jedność chrześcijan, na którą zaproszono okolicznych niekatolików. Oczywiście Msza była normalna, po łacinie, a goście nie udzielali się czynnie podczas liturgji. Nie było też mowy o interkomunji. Ale zaledwie kilkanaście dni później polscy duchowni nawiedzili nabożeństwo prowadzone przez pastorów luterańskich, a potem już poleciało !

Jeszcze za czasów prymasa Stefana Wyszyńskiego i za jego pozwoleniem homilię po Ewangelii wygłaszał przedstawiciel innego wyznania chrześcijańskiego. To niespotykana praktyka w Kościele powszechnym. W związku z tym watykańska Kongregacja Nauki Wiary indagowała w tej sprawie następcę kard. Wyszyńskiego, prymasa Józefa Glempa, zwracając uwagę, że tego typu praktyki są niedopuszczalne. Kard. Glemp argumentował, że taki zwyczaj ukształtował się za czasów Prymasa Tysiąclecia i trudno byłoby się z niego Kościołowi katolickiemu w Polsce wycofać. Obecnie jest już oficjalne pozwolenie z Watykanu na to, aby podczas Mszy św. homilię głosił duchowny niekatolicki.


Dodajmy od siebie: jest jeszcze gorzej, albowiem wielu partnerów w dialogu akukumenicznym nie ma kapłanów, nie ma ważnej sukcesji apostolskiej. Ale piszę dziś nie o tem, wróćmy zatem do gomułkowskiego „adremu”. Jak podaje GN:

Oprócz całej plejady ekumenistów katolickich na czele z abp. Alfonsem Nossolem, bp. Bronisławem Dembowskim, śp. bp. Władysławem Miziołkiem i bp. Tadeuszem Pikusem, kazania u św. Marcina głosili m.in. duchowni, czołowi przedstawiciele swych Kościołów: bp Zygmunt Michelis, ks. senior Jan Walter, ks. Jan Hause, bp Janusz Jagucki (luteranie); bp Jan Niewieczerzał, bp Zdzisław Tranda (do dziś jest jednym z najwierniejszych uczestników nabożeństw świętomarcińskich), ks. Władysław Pachalis-Ochędoski, ks. Bogdan Tranda (ewangelicy reformowani); ks. prof. Witold Benedyktowicz, ks. Janusz Ostrowski, ks. Adam Kleszczyński, ks. superintendent Adam Kuczma, bp Edward Puślecki (metodyści); ks. Michał Stankiewicz, ks. Aleksander Kircun-senior, ks. Adam Piasecki, ks. Zdzisław Pawlik (baptyści); ks. Edward Czajko (zielonoświątkowiec); bp Tadeusz Majewski, ks. Henryk Dąbrowski (polskokatolicy), abp Jeremiasz, ks. dr Henryk Paprocki (prawosławni).

Jeśli ekumenizm ma prowadzić do jedności chrześcijan, to 50 lat pracy na tym odcinku powinno przynieść już jakieś owoce. Niestety, nic mi nie wiadomo, aby jacykolwiek niekatoliccy uczestnicy tych spotkań albo sami się nawrócili albo – co byłoby optymalne – doprowadzili do unij z Rzymem swoich związków wyznaniowych. Nie mówię, by np. cerkiew prawosławna w Polsce już tę jedność umocniła (wtedy Jan XXIII czy s. Lossow zasługiwaliby na beatyfikację i pomniki), ale nasi rodzimi heretycy – polskokatolicy czy marjawici – jaknajbardziej powinni byli powrócić do Kościoła. Jeśli te cele nie zostały osiągnięte, to każdy w miarę rozgarnięty człek powie, że para idzie w gwizdek.

Idzie, a nawet i dzwoni, dokładnie jak sienkiewiczowski djabeł ubrany w ornat i na Mszę dzwoniący. Jeśli bowiem doczytamy sobie, jak osiągane są dziś wymierne sukcesy ekumeniczne Benedykta XVI w zakresie doprowadzenia do jedności z Kościołem konserwatywnych wspólnot anglokatolickich, to okaże się, że posoborowy szyld akukumeniczny jest tamą dla prawdziwego ekumenizmu.

Paweł Rodari i Andrzej Tornielli przedstawiają w książce „Atak na Ratzingera”


kulisy przygotowywania konstytucji apostolskiej Anglicanorum coetibus: kard. Levada ogłosił 20 października 2009 r. informację o publikacji dokumentu, zanim istniała jego ostateczna wersja. Ojciec Święty podpisał dokument 4 listopada, a więc w dwa tygodnie później. Ale co najciekawsze, przed podjęciem decyzji nie konsultowano się z posoborowymi episkopatami – angielskim, jankeskim i australijskim. O sprawie nie wiedział również herezjarcha anglikański „abp” Rowan Wiliams, a kard. Walter Kasper, ówczesny szef Kongregacji ds. popierania jedności chrześcijan, był wyłączony z procesu decyzyjnego. Tylko dzięki tem działaniom, uznanem przez posoborowców jankeskich i brytyjskich za całkowite złamanie zasad kolegializmu, udało się doprowadzić do promulgacji ww. konstytucji apostolskiej. Anglokatolicy doskonale wiedzieli, kto jest przeciwny ich powrotowi do Kościoła i to na ich życzenie wrogowie katolicyzmu i potencjalni sabotażyści zostali wyeliminowani z partycypacji w przygotowywaniu Anglicanorum coetibus.

To nie złudzenie, że wychodzi nam iście orwellowska dialektyka. Bolszewicy rzekomo walczyli o pokój, a faktycznie byli (i są!) największem zagrożeniem dla niego. Dokładnie na tych samych zasadach największem zagrożeniem dla nawracania innowierców na katolicyzm są posoborowi działacze ekumeniczni. Jeśli jacyś hodurowcy czy kozłowici zechcą kiedyś powrócić na łono Kościoła, niech się ich strzegą !!