wtorek, 15 listopada 2011

Problem rozwodników

Współczesny świat usankcjonował tzw. rozwody i powtórne po nich "małżeństwa" - związki cywilne zawierane przed urzędnikiem stanu cywilnego. Teoretycznie ostoją reakcji pozostał Kościół katolicki broniący nierozerwalności związku małżeńskiego kobiety i mężczyzny. W praktyce, co cwańsi i bardziej zdesperowani "papierowi katolicy" potrafią sobie załatwić w sposób mniej lub bardziej legalny kościelne orzeczenie nieważności małżeństwa i ponownie stawać na ślubnym kobiercu, nierzadko po to, by tuż po zawarciu sakramentu wysłuchać Mszy w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego.

Napisałem owo zastrzeżenie, by wskazać, że mój dystans względem rozwodników nie ma charakteru absolutnego. Wyżej cenię postawę uczciwą, polegającą na staniu w prawdzie o sobie i swojem życiu niż chęć oszukania wszystkich dookoła, w tem - Pana Boga. Temniemniej przypadków unieważnień nie podważa się publicznie, bo zawsze nasza wiedza może być niepełna i nieprecyzyjna. Swoje możemy zaś myśleć, zwłaszcza jeśli nasi gorliwi "papierowcy" przed unieważnieniem doświadczyli związków na kocią łapę.

Kościół [posoborowy], jeśli prowadzi duszpasterstwo dla osób żyjących w związkach niesakramentalnych, [w teorji] czyni to w celu ich nawrócenia, czyli porzucenia przez nich grzechów śmiertelnych, w których się znajdują. Często przypomina to kwadraturę koła, bo trzydziesto- czterdziestolatkowie nie po to biorą "cywila", by tworzyć biały związek bez łączności seksualnej, ale być może uzyskają taką doskonałość przy końcu życia, np. po zakończeniu aktywności seksualnej.

Równocześnie rozwodnicy w ponownych związkach nie są przez Kościół dopuszczani do Sakramentów Świętych, są zachęcani do uczestniczenia biernego w życiu Kościoła. Jestem zdania, że podobnie powinno ich traktować społeczeństwo. Bowiem poza aspektem relacyj międzyludzkich, małżeństwo jest umową, w której obie strony publicznie przysięgają pewne rzeczy czynić, a od pewnych stronić. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach, by składać uroczystą przysięgę, niech jej nie składa. Ale gdy złożył, musi ponosić konsekwencje. zauważmy, że kościelna formuła małżeństwa dopuszcza separację osób, w przypadku, gdy jedna z nich rażąco złamie przysięgę. Wystarczy do tego czyn raz popełniony, nie jest konieczna jego stałość. Czem innem jest separacja, a czem innem - jedno- lub dwustronne powtarzalne łamanie przysięgi.

Osoby łamiące notorycznie jakąkolwiek złożoną przysięgę nie mogą być wzorem dla kogokolwiek. Mogą być najpularniejszymi aktorami, sportowcami, pisarzami, celebrytami telewizyjnymi czy innymi gwiazdupciami, ale pozostaje na ich reputacji i honorze skaza, którą to skazę oni sami! notorycznie pogłębiają.

Czy nie powinna nas zawstydzać sytuacja, w której jedynemi instytucjami biorącemi dziś na poważnie ludzkie słowo i przysięgi są ... banki ?




O tym, że kredyt bardziej wiąże niż milość, przekonało się tylko w minionym roku 61,3 tys. par. Małżeństwo się bowiem czasami kończy, kredyt - zawsze pozostaje...


Niestety, jeśli małżonkowie zaciągnęli wspólne zobowiązania finansowe, takie jak kredyt hipoteczny, to nawet po rozwiązaniu małżeństwa oboje są za nie nadal odpowiedzialni. (..) W momencie gdy wyznaczona osoba zaprzestanie spłaty kredytu, drugi współkredytobiorca może zostać wezwany przez bank, do uregulowania zobowiązań. Były współmałżonek będzie musiał w takiej sytuacji zapłacić zaległą sumę, ale może później dochodzić spłaty długu od byłego partnera.


To banki zachowują się normalnie względem rozwodników, a nie reszta świata.

4 komentarze:

  1. Czcigodny Krusejderze
    Celebryci których na to stać, biorą "rozwody kościelne" a sam KRK tolerując ten lukratywny dla adwokatów sądów biskupich (i nie tylko dla nich) proceder udowadnia że owa "sakramentalna nierozerwalność" to kit wciskany naiwnym skoro sam to równo olewa. Bo najważniejszą świętą jest św. Taca. Zaś zwykli ludzie po klęsce pierwszego małżeństwa biorą rozwód przed sądem państwowym a potem "cywilny" ślub i nie licz na to że spotka to się kiedykolwiek z jakimś ogólnym ostracyzmem.
    Musisz pogodzić się z faktem że większość Polaków de facto odrzuciła nauczanie KRK w sprawach "intymnych". A jeśli w trosce o zachowanie czystości doktryny rozwodników czy osoby stosujące "niedozwoloną" antykoncepcję wygoniono by z KRK, okazało by się że jego wierni to nie ponad dziewięćdziesiąt ale góra dwadzieścia procent społeczeństwa.
    Pozdrawiam ale z racji stanowiska mojego kościoła w tych kwestiach na współczucie nie jestem w stanie się zdobyć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Błagam! Możemy mowić o stwierdzeniu nieważności sakramentu, a nie o nieuważnieniu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Szanowny Stary Niedźwiedziu,

    jakkolwiek polska praktyka w zakresie orzeczeń o nieważnem zawarciu małżeństwa coraz bardziej nawiązuje do najgorszych XVIII w. wypaczeń, to przecież nierozerwalność małżeństwa zapisana jest w Ewangeljach. Dowolna liczba ludzi, którzy się zebrali w jakiś "kościół" tego faktu nie zmieni.

    Pozdrowienia
    ----
    Do Doralfau: celowo używam terminologji kontestującej. Pzdr

    OdpowiedzUsuń
  4. Eh, marzenia. Wówczas orzekano nieważność złożonej przysięgi, na przykład gdy oboje potwierdzili, że kobieta została przymuszona do zawarcia małżeństwa. Sumienie biskupa mogło być co najwyżej obciążone nie dołożeniem starań w celu wyjaśnienia wszystkich okoliczności sprawy.

    Ma się to nijak do dzisiejszego masowego orzekania przez NOMO rozwodów -- no bo chyba tylko tak to można nazwać -- na podstawie, na przykład, zdziecinnienia jednego z małżonków.

    Ale co poradzić, skoro sama przysięga jest, jak określił to Mikke, „tekstem przypominającym z grubsza deklarację ONZ”.

    Nie lepiej jest z tradycjonalistami. Przypomnę, że jedną z przyczyn rozłamu w amerykańskim FSSPX było uznawanie NOMOwskich rozwodów.

    OdpowiedzUsuń