Dokładnie dziesięć lat temu w bawarskiej wiosce Zaitzkofen, na terenie należącym do kierowanego przez Bractwo Świętego Piusa X Wyższego Seminarjum Duchownego pw. Najświętszego Serca Jezusowego odbyły się święcenia kapłańskie. Tego dnia JE bp Bernard Tissier de Mallerais ordynował diakona FSSPX Leszka Królikowskiego. Miałem przyjemność uczestniczyć w tej uroczystości, zatem chętnie przypomnę ją Państwu i sobie samemu.
Radość była wielka, bowiem x. Królikowski stał się pierwszym polskim klerykiem Bractwa, który został dopuszczony do święceń kapłańskich. FSSPX zorganizowało pielgrzymkę po sanktuarjach Bawarji, której ukoronowaniem był udział we wzmiankowanej uroczystości w Zaitzkofen. Nigdy wcześniej nie uczestniczyłem we Mszy polowej, zatem nie miałem porównania względem "imprez" znanych choćby z telewizji z pielgrzymek Jana Pawła II. Mnie, podówczas młodego stażem tradycjonalistę, uderzyło, że wierni i kapłani nie stosują dla siebie żadnej taryfy ulgowej co do strojów, zachowania, śpiewów itp. Do dziś pamiętam piękne wykonanie chorału przez seminarzystów, zwłaszcza, że po raz pierwszy słyszawszy wówczas części stałe Mszy wykonywane z podziałem na głosy. Biskup Tissier wygłosił w homilji apel o nowe powołania kapłańskie, bowiem tego dnia święcił zaledwie dwu diakonów. Wreszcie, sam obrzęd święceń, a po nim szczególnie widowiskowy obrzęd koncelebry z biskupem, w którym trudno było nie zapamiętać odwijania ornatów neoprezbiterów oraz nakładanie rąk na wyświęconych przez konfratrów. Uderzało, jak długo po zakończeniu Mszy Świętej obaj neoprezbiterzy udzielali błogosławieństwa.
W liturgji uczestniczyło parę tysięcy wiernych, z których część udała się na następny dzień na święcenia do Ecône. Polska grupa miała inne plany. Następnego dnia rano wysłuchaliśmy pierwszej Mszy X. Królikowskiego w kaplicy seminaryjnej. A w następne dnie zwiedzaliśmy Bawarję. Z wyprawy pozostało wiele wspomnień, np. dotyczących zacnego kapłana Bractwa śpiewającego nam w Altötting arię "Santa Lucia" czy niezrównane anegdoty księdza Anzelma Ettelta. Np. „w moich czasach kaplica była na poddaszu. W lato było tam bardzo gorąco. Pewnego razu podczas Mszy zemdlała tam pewna bardzo gruba pani. Wezwaliśmy pogotowie. Sanitarjusz znosząc panią na dół na noszach nie utrzymał jej i stracił równowagę. Cała trójka upadła. Naszej wiernej nic się nie stało, ale ten drugi sanitarjusz złamał nogę”.
Wyprawa była świetnym sposobem na poznanie Bractwa oraz wiernych znajdujących się pod jego opieką. Nie był to żaden mszalistyczny skansen tylko żywa tkanka Kościoła, która nieprzerwanie, mimo działalności Pawła VI i Jana Pawła II, żyła Mszą św. Piusa V i tradycyjną duchowością katolicką. Każdego dnia radowały się serca i dusze, gdyśmy widzieli prywatne Msze kapłanów odprawiane przy ołtarzach w kaplicach na terenie seminarjum. Szczególnie przyciągali wzrok ojcowie z tradycyjnych wspólnot zakonnych współpracujących z FSSPX. Dzięki tem spotkaniom narodziło się pierwsze polskie powołanie do dominikanów tradycyjnej obserwancji.
Tuż po święceniach Xiądz Leszek trafił na rok do Polski. Byłem na odprawianych przezeń Mszach niemal w każdą niedzielę i przyznam, że nigdy później w życiu nie słyszałem tak znakomitej powtarzalnej serji krótkich i treściwych kazań odnoszących się do roku liturgicznego i praktyki życia katolickiego. Ta umiejętność oraz zacny, poczciwy wygląd ukoronowany szelmowskim uśmiechem zjednywały Xiędzu Leszkowi sympatję wiernych.
Niestety, nowego kapłana nie doceniła rodzima diecezja. Prymicja w Gdyni odbywała się w wynajętej sali konferencyjnej, zaś jedna z najbliższych osób Xiędza dostała do wyboru: albo wyrzeknie się syna lefebrysty albo pożegna się z pracą, opinjowaną przez kurję.
Po pięciu latach spędzonych w Bractwie Świętego Piusa X, X. Królikowski stał się współzałożycielem Instytutu Dobrego Pasterza. Obecnie formuje kleryków Instytutu w seminarjum św. Wincentego a Paulo w Courtalain oraz wykłada tam teologję moralną, filozofję i logikę. Nasi chłopcy są w dobrych rękach. A sam Xiądz Leszek Królikowski zajmuje się tem, co lubi i potrafi najlepiej. Z całego serca życzę mu jeszcze wielu okrągłych jubileuszów w zdrowiu i łasce Bożej. A sobie i Kościołowi, aby tacy kapłani jak on dostępowali pełni sakramentu kapłaństwa.
x. Leszek Królikowski po prawicy JEm Dariusza kard. Castrillona Hoyosa podczas udzielania sakramentu święceń w Instytucie Dobrego Pasterza w kościele pw. św. Eligjusza 25 czerwca br.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instytut Dobrego Pasterza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instytut Dobrego Pasterza. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 30 czerwca 2011
sobota, 15 stycznia 2011
Znalezione na forum "Rebelya"
X. Filip Laguerie, przełożony Instytutu Dobrego Pasterza, przypomina podstawową naukę Kościoła związaną z pojęciem beatyfikacji.
"1. Beatyfikacja to nie kanonizacja.
2. Beatyfikacja to stwierdzenie jednego : że dana osoba jest w niebie. Tym lepiej dla niej. Od nikogo się nie wymaga, by ją naśladować.
3. Według jednomyślnej opinii teologów katolickich Kościół nie angażuje swojej nieomyślności w wypadku beatyfikacji. Może więc się pomylić. Orzeczenie, że ktoś jest błogosławiony nie należy do dziedziny wchodzącej w zakres nieomylności (sprawy wiary i moralności), nawet nie do rzeczy związanych z nimi. Podobnie jak w wypadku objawień prywatnych.
4. Kanonizacja potwierdza heroizm cnot i daje osobę kanonizowaną za przykład do naśladowania.
5. Kościół jest więc nieomylny w kanonizacjach (zdaniem owych teologów) z oczywistego powodu : znajdujemy się tu w sferze moralności, w której Kościół jest nieomylny.
Wniosek : problem jest poważny, ale nie ma czym się gorszyć."
zamieścił zacny użytkownik Gryzoń. Dziękuję i pozostawiam na blogu.
"1. Beatyfikacja to nie kanonizacja.
2. Beatyfikacja to stwierdzenie jednego : że dana osoba jest w niebie. Tym lepiej dla niej. Od nikogo się nie wymaga, by ją naśladować.
3. Według jednomyślnej opinii teologów katolickich Kościół nie angażuje swojej nieomyślności w wypadku beatyfikacji. Może więc się pomylić. Orzeczenie, że ktoś jest błogosławiony nie należy do dziedziny wchodzącej w zakres nieomylności (sprawy wiary i moralności), nawet nie do rzeczy związanych z nimi. Podobnie jak w wypadku objawień prywatnych.
4. Kanonizacja potwierdza heroizm cnot i daje osobę kanonizowaną za przykład do naśladowania.
5. Kościół jest więc nieomylny w kanonizacjach (zdaniem owych teologów) z oczywistego powodu : znajdujemy się tu w sferze moralności, w której Kościół jest nieomylny.
Wniosek : problem jest poważny, ale nie ma czym się gorszyć."
zamieścił zacny użytkownik Gryzoń. Dziękuję i pozostawiam na blogu.
wtorek, 30 listopada 2010
III confiteor - dozwolony !
Jednym z absolutnie żelaznych punktów sporów wewnątrztradycjonalistycznych była i jest sprawa tzw. III confiteor. Modlitwa ta, przekładając z naszego na polski, to spowiedź powszechna odmawiana podczas Mszy Świętej. W rycie klasycznym wypowiada ją na samym początku Mszy Katechumenów najpierw celebrans, a chwilę potem ministrant. W Mszałach potrydenckich aż po 1960 r. istniał też tzw. III confiteor, czyli ponowne wypowiadanie spowiedzi powszechnej przez wiernych tuż przed przyjęciem Komunji Świętej. W ostatnim Mszale potrydenckim, Mszale Jana XXIII obrzęd ten zdawał się być zniesiony (poza Mszą uroczystą, z diakonem i subdiakonem). Tyle, że rzeczywistość kościelna rządzi się tu swojemi prawami: zasadniczo cały Mszał trydencki został odesłany w próżnię tuż po objęciu Watykanu przez Pawła VI, zaś środowiska wierne Tradycji traktowały zniesienie III confiteor jako początek destrukcji liturgicznej. W praktyce więc opisywany obrzęd miał historję jak św. Józef w Kanonie: pojawił się w Mszałach i na papierze, a w parafjach - już nie.
Gdy po 1988 r. ruch Tradycji katolickiej ponownie podzielił się, tym razem na grupy tzw. indultowców i lefebrystów, pierwsi z wymienionych podchodzili do przepisów kościelnych na sposób, stwórzmy sobie taki neologizm, lewostronnie otwarty. Tzn. najważniejsza jest litera prawa, ale możliwe są również jej bardziej progresywne interpretacje. Jeśli był zatem zwyczaj powszechnie przyjmowany w danej świątyni niezgodny z literą prawa, to należało się do niej dostosować. Jeśli były niezgodne z literą prawa interpretacje komisji Ecclesia Dei odnoszące się do liturgji tradycyjnej, to można się było do nich dostosować, nawet jeśli byłyby one sprzeczne z duchem liturgji i przepisami z 1962 r. (np. użycie posoborowego lekcjonarza, posoborowego układu czytań). Mówiąc krótko: stosowanie III confiteor świadczyło o lefebrystowskich ciągotach i poglądach stosującego. Z tem walczono z uporem godnym lepszej sprawy.
Wyjaśnię tu, że III confiteor sam w sobie nie przynależy do istoty liturgji. Został włączony do Mszału raczej jako element rytu udzialania Komunji Świętej poza Mszą Świętą. Tam ma w pełni swoją logikę: wierny najpierw jest oczyszczany z grzechów powszednich, a dopiero potem przyjmuje Najświętszy Sakrament. Była to niegdyś znacznie częstsza praktyka niż obecnie: w czasach przedsoborowych było zwyczajem w wielu miejscach, w wielu wiekach, że podczas Mszy komunikował jedynie celebrans, a wszyscy inni, w niewielkiej dodajmy liczbie - w opisanym powyżej trybie, po "Ite, missa est". Znaczna część wiernych pozostających bez grzechu śmiertelnego na duszy poprzestawała na Komunji Św. duchowej. Jak wiemy, zalecał odchodzenie od tego tak naprawdę dopiero św. Pius X.
III confiteor ma szczególny sens we Mszy śpiewanej, w czasie której wierni nie wypowiadają modlitw wraz z ministrantem (jak może to mieć miejsce we Mszy recytowanej), lecz w tym czasie liturgji śpiewają (słuchają) pieśni na wejście lub Kyrie. Podobnie we Mszy cichej, wierni nie wypowiadają tych modlitw i raczej nie słyszą, jak szepczą je osoby w prezbiterjum. W takich przypadkach, z punktu widzenia tzw. aktywnego uczestnictwa, wierni nie mają kontaktu z rytem spowiedzi powszechnej, co należy ocenić raczej negatywnie niż pozytywnie.
Drugi praktyczny aspekt III confiteor związany jest z możliwością popełnienia przez wiernych grzechów powszednich podczas samej Mszy i oczywiście też jest dobrze, jeśli przed przyjęciem Najświętszego Sakramentu się z nich oczyszczą.
Piszę o tem wszystkiem dlatego, że uzyskawszy dziś radosną informację, którą podaję za forum krzyż. Ks. Konstantyn Najmowicz z Instytutu Dobrego Pastrza wystosował w dniu 24 sierpnia br. zapytanie do Komisji Ecclesia Dei, czy dopuszczalne jest użycie w Mszach śpiewanych i recytowanych Confiteor przed obrzędem Komunii wiernych? Uzyskał na nie odpowiedź pozytywną Stolicy Apostolskiej, co powinno zamknąć usta zwolennikom "lewostronności otwartej" i oswajać ich (Motyla noga ! powinni to już wiedzieć i rozumieć od pięciu lat!) z rzeczywistością "prawostronności otwartej".
Co do mnie samego, nie traktuję tego oświadczenia jako rewolucji. Sprawa jest, z punktu widzenia doktryny, podobnie marginalna jak równie legendarne niewieście mantylki. Komisja Ecclesia Dei od wielu lat udziela sprzecznych wyjaśnień i zapewne jeszcze nie raz zaskoczy nas negatywnie (jak mówią złośliwi: wiele w niej zależy od tego, kto stempluje i podpisuje list). Nie pełni zatem poprawnie funkcji wyspecjalizowanej komórki liturgicznej Stolicy Apostolskiej, podobnie jak wszystkie kongregacje rzymskie. Nienormalność jest normą w czasie kryzysu. Ale cieszy fakt, że możemy zamknąć tem orzeczeniem spór z lewostronnie otwartymi braćmi tradycjonalistami.
Gdy po 1988 r. ruch Tradycji katolickiej ponownie podzielił się, tym razem na grupy tzw. indultowców i lefebrystów, pierwsi z wymienionych podchodzili do przepisów kościelnych na sposób, stwórzmy sobie taki neologizm, lewostronnie otwarty. Tzn. najważniejsza jest litera prawa, ale możliwe są również jej bardziej progresywne interpretacje. Jeśli był zatem zwyczaj powszechnie przyjmowany w danej świątyni niezgodny z literą prawa, to należało się do niej dostosować. Jeśli były niezgodne z literą prawa interpretacje komisji Ecclesia Dei odnoszące się do liturgji tradycyjnej, to można się było do nich dostosować, nawet jeśli byłyby one sprzeczne z duchem liturgji i przepisami z 1962 r. (np. użycie posoborowego lekcjonarza, posoborowego układu czytań). Mówiąc krótko: stosowanie III confiteor świadczyło o lefebrystowskich ciągotach i poglądach stosującego. Z tem walczono z uporem godnym lepszej sprawy.
Wyjaśnię tu, że III confiteor sam w sobie nie przynależy do istoty liturgji. Został włączony do Mszału raczej jako element rytu udzialania Komunji Świętej poza Mszą Świętą. Tam ma w pełni swoją logikę: wierny najpierw jest oczyszczany z grzechów powszednich, a dopiero potem przyjmuje Najświętszy Sakrament. Była to niegdyś znacznie częstsza praktyka niż obecnie: w czasach przedsoborowych było zwyczajem w wielu miejscach, w wielu wiekach, że podczas Mszy komunikował jedynie celebrans, a wszyscy inni, w niewielkiej dodajmy liczbie - w opisanym powyżej trybie, po "Ite, missa est". Znaczna część wiernych pozostających bez grzechu śmiertelnego na duszy poprzestawała na Komunji Św. duchowej. Jak wiemy, zalecał odchodzenie od tego tak naprawdę dopiero św. Pius X.
III confiteor ma szczególny sens we Mszy śpiewanej, w czasie której wierni nie wypowiadają modlitw wraz z ministrantem (jak może to mieć miejsce we Mszy recytowanej), lecz w tym czasie liturgji śpiewają (słuchają) pieśni na wejście lub Kyrie. Podobnie we Mszy cichej, wierni nie wypowiadają tych modlitw i raczej nie słyszą, jak szepczą je osoby w prezbiterjum. W takich przypadkach, z punktu widzenia tzw. aktywnego uczestnictwa, wierni nie mają kontaktu z rytem spowiedzi powszechnej, co należy ocenić raczej negatywnie niż pozytywnie.
Drugi praktyczny aspekt III confiteor związany jest z możliwością popełnienia przez wiernych grzechów powszednich podczas samej Mszy i oczywiście też jest dobrze, jeśli przed przyjęciem Najświętszego Sakramentu się z nich oczyszczą.
Piszę o tem wszystkiem dlatego, że uzyskawszy dziś radosną informację, którą podaję za forum krzyż. Ks. Konstantyn Najmowicz z Instytutu Dobrego Pastrza wystosował w dniu 24 sierpnia br. zapytanie do Komisji Ecclesia Dei, czy dopuszczalne jest użycie w Mszach śpiewanych i recytowanych Confiteor przed obrzędem Komunii wiernych? Uzyskał na nie odpowiedź pozytywną Stolicy Apostolskiej, co powinno zamknąć usta zwolennikom "lewostronności otwartej" i oswajać ich (Motyla noga ! powinni to już wiedzieć i rozumieć od pięciu lat!) z rzeczywistością "prawostronności otwartej".
Co do mnie samego, nie traktuję tego oświadczenia jako rewolucji. Sprawa jest, z punktu widzenia doktryny, podobnie marginalna jak równie legendarne niewieście mantylki. Komisja Ecclesia Dei od wielu lat udziela sprzecznych wyjaśnień i zapewne jeszcze nie raz zaskoczy nas negatywnie (jak mówią złośliwi: wiele w niej zależy od tego, kto stempluje i podpisuje list). Nie pełni zatem poprawnie funkcji wyspecjalizowanej komórki liturgicznej Stolicy Apostolskiej, podobnie jak wszystkie kongregacje rzymskie. Nienormalność jest normą w czasie kryzysu. Ale cieszy fakt, że możemy zamknąć tem orzeczeniem spór z lewostronnie otwartymi braćmi tradycjonalistami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)