Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Paweł II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Paweł II. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Czy zstąpił Duch Boży i odnowił oblicze ziemi ? Tej Ziemi ?

Od wielu lat zastanawiam się, co począć z jednym z najbardziej znanych cytatów z kazań Jana Pawła II, wypowiedzianego podczas Mszy celebrowanej w Warszawie na pl. Zwycięstwa w dniu 2 czerwca AD 1979:

„Niech zstąpi Duch Twój!
Niech zstąpi Duch Twój!
I odnowi oblicze ziemi.
Tej Ziemi!”

Jest ono powszechnie uważane za motto „transformacji ustrojowej” lat 80-tych XX wieku, która doprowadziła do tzw. „obalenia komunizmu”. Mówi się, że był to początek „Solidarności” i powszechnego zaktywizowania społeczeństwa polskiego ciemiężonego przez polskojęzycznych pachołków sowieckich. Polecam jednak uważną lekturę wyżej wymienionego kazania Jana Pawła II.

Nie znajdziecie w nim modernizmu ani opowieści o kremówkach. Są za to jasne i bezkompromisowe zdania o konieczności ponownego i ciągłego włączania Chrystusa w życie i dzieje narodu polskiego. Jan Paweł II balansuje na krawędzi wierności soborowej konstytucji Dignitatis humanae oraz duchowi Soboru Watykańskiego II wypowiadając myśli przeciwne marxistowsko-leninowskiej wariacji na temat państwa "neutrealnego światopoglądowo".



Widzimy zatem pełny kontekst, w jakim w przededniu święta Zesłania Ducha Świętego Papież ponownie wzywał przybycia Pocieszyciela i prosił o nie dla Polski i dla Polaków. Prosił – w kraju rządzonym przez bolszewików, okupowanym przez Sowietów – aby Polska ponownie oparła swą tożsamość o Chrystusa, aby religja przestała być marginalizowana jako prywatne przekonanie obywatela, dla którego nie ma miejsca w życiu publicznem. W tym kontekście jest to rzeczywiście wezwanie do zrzucenie jarzma sowieckiego. Ale celem samym w sobie nie jest wolność, tylko Polska katolicka. Spojrzenie Jana Pawła II nie ma w sobie nic z endeckiej ciasnoty poglądów, jest tu jagiellońska otwartość na innowierców, którym przecież nie przeszkadzało mieszkanie pomiędzy katolikami.

Jakże blisko jest wreszcie wołaniu Jana Pawła II do myśli przewodniej św. Piusa X: „Odnowić wszystko w Chrystusie”.

Trzeba napisać bardzo dobitnie: wbrew płytkim wojtyljanom oraz stręczycielom solidarnościowej „transformacji ustrojowej”, słowa Papieża nie zostały wypełnione przez jego rodaków. Analizując 22 lata III Rzeczypospolitej nie widać owej duchowej odnowy i błogosławieństwa Bożego zeń wynikającego. Miliony Polaków traktują Jana Pawła II jako najwyższy autorytet moralny, ale równocześnie ci sami ludzie nie wiedzą, czego nauczał, czego od nich oczekiwał. Nie zamierzam wspierać tu mitu dobrego cara, który jest popularny u konserwatywnych wojtyljanistów, a szczegółowa analiza niepowodzenia apelu z dnia 2 czerwca 1979 r. przekracza zakres niniejszego wpisu. Nie chcę też z drugiej strony dowodzić, jak bardzo do owego fiaska przyczyniał się sam Jan Paweł II choćby poprzez dramatycznie złą politykę kadrową w zakresie nominacyj biskupich. Może będzie czas i miejsce, by tem się kiedyś zająć.

Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II po transformacji ustrojowej i odzyskaniu niepodległości, AD 1991, stanowiła wykład dekalogu. Wiele z tamtych kazań papieża miało bardzo mocne i dobitne odniesienia do życia publicznego, podobnie było zresztą podczas następnej wizyty w Ojczyźnie w 1995 r. Co z nich wynikło dobrego dla państwa, dla miejsca religji w życiu publicznem ? Inaczej pisząc: gdzie Polacy posłuchali słów swojego Papieża ?

Ciśnie się zaledwie kilka haseł: nowy konkordat i możliwość zawierania ślubów uznawanych przez państwo, przyczynienie się do restrykcyjnej jak na warunki europejskie (szkoda, że tylko na papierze) ustawy antyaborcyjnej, nauczanie religji w szkołach. Bardzo tego niewiele, zwłaszcza gdyby zbadać jakość owego nauczania tudzież zweryfikować liczbę osób ukaranych za dokonanie aborcji. Do tego obrazu nędzy i rozpaczy dodajmy, że jedynie część świeckich, tzw. fundamentalistów stara się o konsekwentny zakaz aborcji, a nie ma w życiu publicznem nawet świeckich fundamentalistów wysuwających propozycję zniesienia możliwości państwowych rozwodów dla osób zawierających sakramentalny związek małżeński.

Jeśli ktoś patrząc na Polskę z lat 1989 – 2011 powie, że zstąpił tu Duch Święty i odnowił oblicze naszej ziemi, to mamy do czynienia z jednym z dwu przypadków:
1. człowiek ten nigdy nie czytał Ewangelji i nie wie, jakich zasad naucza Pan Jezus,

2. ów człowiek świadomie popełnia bluźnierstwo, uznając iście szatański rozgardiasz w naszym polskim grajdole za dzieło Boże.

Na koniec pozostawię Państwa z krótkiem ćwiczeniem intelektualnem. Proszę raz jeszcze przeczytać sobie treść omawianego kazania Papieża Jana Pawła II i pomyśleć, jaka byłaby reakcja np. takiej Gazety Wyborczej, gdyby analogiczne treści powiedział dziś:

a) Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Józef Michalik na kazaniu w Częstochowie,

b) w Brukseli Ojciec Święty Benedykt XVI, w odniesieniu do konieczności rechrystianizacji Europy.

piątek, 29 kwietnia 2011

Beatyfikcja Światowida

Przodkowie nasi czcili bożka o czterech twarzach – Światowida. Był najważniejszem z bóstw słowiańskich, odpowiadając za wszechświat, wojnę, płodność i urodzaj. Zdawałoby się, że na dobre tysiąc lat temu utracił popularność na rzecz Trójcy Świętej. Ale … czy rzeczywiście tak się stało ? Może kniaź Mieszko I wzorem Donalda Tuska przed którymś wiecem zarządził administracyjnie redukcję etatów na odcinku religji o dwadzieścia pięć % i sarmaccy Słowianie na jakiś czas, pijarowsko schowali gdzieś Świętowida, idola swojego?


Refleksje takie nasuwają mi się, gdy patrzę na przygotowania Polski i polskiego Kościoła do beatyfikacji Jana Pawła II. Choć liczba wiernych mających uczestniczyć w uroczystości na Watykanie zmniejszyła się z szacowanego półtora miliona do faktycznych kilkudziesięciu tysięcy , a badania opinji publicznej nie wskazują jakiegoś szalonego wsparcia ze strony wiernych dla idei oświęcenia górala z Wadowic, posoborowi hierarchowie robią wszystko, by kult Jana Pawła II wyparł resztki wiary katolickiej, które tu i ówdzie jeszcze się tlą. Może zatem wszyscy oni są wyznawcami Światowida, trwającymi od wieków in pectore między Odrą a Zbruczem ? Nie wykluczałbym tej hipotezy, mając na uwadze ekscesy takie jak: traktowanie Wielkiego Postu jako przygotowań do beatyfikacji JP2, medytowanie nad życiem JP2 podczas drogi krzyżowej tudzież zeszłoroczne potraktowanie Wielkiego Piątku, który ośmielił się przypaść w rocznicę śmierci JP2. A za temi niusami z gazet podążają czyny w skali mikro, relacjonowane przez naocznych świadków, dostrzegających, że w przydrożnej kapliczce wyeksmitowano stojącą tam od wieku Matkę Bożą, a jej miejsce zajął „papież słowiański – ludowy brat”.

Przypatrzmy się zatem Janowi Pawłowi II, próbując zidentyfikować u niego światowidowe cztery twarze.

Podstawowa twarz poprzedniego papieża może być zauważona niemal wszędzie w świecie posoborowym. Jan Paweł II jest poprzez portrety, książki, obrazki tudzież rozmaite dewocjonalja niezmiennie obecny w świątyniach, kioskach parafjalnych, księgarniach diecezjalnych. Kudy tam Benedyktowi XVI do jego popularności! Jednak fani tej twarzy JP2 nie znają i najczęściej nie podzielają jego stanowiska w sprawie cywilizacji śmierci, rodziny czy choćby godności człowieka. Są od niego zdecydowanie bardziej nowocześni i życiowi. Portret JP2 ma legitymizować ich wszelkie odchylenia doktrynalne, albowiem – i tu dochodzimy do sedna problemu – sam JP2 zasadniczo nie pacyfikował i nie korygował jakichkolwiek „odchyleń lewostronnych w Kościele”. Tolerując faktyczną redukcję dyscypliny kościelnej do zera, godząc się z postępującą dyslokacją funkcji magisterjalnej, w praktyce sprawił on, że przeciętny proboszcz cieszy się dziś większą „autonomją" poglądów, niż zawsze była udziałem biskupa. W rzeczy samej – pięćdziesiąt lat protestantyzacji Kościoła spowodowało, że na poziomie duchowieństwa osiągnięto ideał kacerzy: każdy jest sam sobie papieżem i interpretatorem Pisma Świętego i Tradycji.

Twarz prawa Jana Pawła II widziana jest przez wszystkich dobrych katolików, którzy widzieli w nim gorliwego pasterza zbliżającego ich do Chrystusa. Ludzie ci szczerze wierzą, że Jan Paweł II powinien zostać subito beatyfikowany i kanonizowany i postrzegają go jako łaskę Bożą na lata przełomu wieków XX i XXI. Osobliwą grupę wśród nich zajmują niektórzy katolicy Ecclesia Dei, wdzięczni JP2 za „liberalizację dostępu” do Mszy trydenckiej, Bractwo Świętego Piotra i inne drobne koncesje.

Jest też twarz specyficznie polska Jana Pawła II. Tę dostrzegam i ja, doceniając, jak wiele uczynił zmarły papież dla pozycji Polski w świecie, dla pozytywnego obrazu Polaków czy choćby rozpoznawania nas w każdym najodleglejszym zakątku globu. Za to wszystko należy mu się w każdem polskiem mieście główny plac czy ulica oraz dziesiątki innych honorów. Był bowiem jednym z największych naszych Rodaków.

I wreszcie ostatnia z twarzy Jana Pawła. Zobaczymy ją zapoznając się z większością stanowisk tradycjonalistycznych, pamiętających poprzednikowi Benedykta XVI całowanie Koranu czy prześladowania katolików przywiązanych do starszej formy rytu rzymskiego.

Zaiste, mamy tu raczej cztery twarze współczesnego Światowida niż jedno oblicze katolickiego błogosławionego. Jednak, mimo twarzy synkretyczno - antykatolickiej, Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych raz jeszcze potwierdziła, że jest „fabryką świętych” i w cztery lata z niewielkim okładem rozpatrzyła wszelkie dowody świadczące o świętości kandydata wysyłając go na katolickie ołtarze i posoborowe stoły liturgiczne oraz zamiotła pod dywan świadectwa o treści przeciwnej.

Do tej pory zarzucano Kościołowi katolickiemu, że chrystianizował kulty lokalnych bożków, dorabiając im legendę i wciągając na listę świętych. Miało się tak stać rzekomo w przypadku Jerzego, Florjana, Wita oraz innych, których istnienia nie potwierdzają źródła historyczne. W przypadku „Światowida naszych czasów” mamy do czynienia z procederem odwrotnym: tak jak „supersobór watykański II” zastąpił wraz ze swoim Duchem nauczanie wszystkich poprzednich soborów, tak i z Jana Pawła II będzie się robić, zwłaszcza w Polsce superświętego, ważniejszego od samego Jezusa Chrystusa. Czyżby znane wszystkim słowa określające misję Kościoła Posoborowego: „człowiek jest drogą Kościoła” miały swoje proste wyjaśnienie, tj. po beatyfikcji Jana Pawła II wiemy już, KTÓRY człowiek jest drogą tego Kościoła ?

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Pamięci JE biskupa Antoniego de Castro Mayera

Dokładnie dwadzieścia lat temu, 25 kwietnia AD 1991, zmarł biskup brazylijskiej diecezji Campos JE Antoni de Castro Mayer. Był jednym z niewielu obrońców wiary katolickiej, którzy nie poddali się "Duchowi Soboru Watykańskiego II", jedynym biskupem diecezjalnym Kościoła w tzw. "Wolnym Świecie", który nie narzucił sobie, swoim kapłanom i wiernym Nowej Mszy. Trwał przy Tradycji katolickiej aż do czasu, gdy został przeniesiony na emeryturę AD 1981, a także i później - tworząc seminarjum kształcące kapłanów dla wiernych z Campos oraz współkonsekrując wraz z JE arcybiskupem Marcelim Lefebvre'm czterech biskupów Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X w Ecône pamiętnego 30 czerwca 1988.


Historja diecezji Campos została bardzo dobrze opisana w artykule opublikowanym kilkanaście lat temu w "Zawsze Wiernych". Serdecznie polecam lekturę tekstu "Campos — brazylijska diecezja na wygnaniu" stanowiącego faktyczne streszczenie dzieła dr. Dawida White'a "Mouth Of The Lion".


Od White'a możemy się dowiedzieć, że rodzina Ekscellencji po mieczu wywodziła się z Bawarji, skąd do Brazylji przyjechał ojciec Biskupa Jan, a także, iż sam Msgr de Castro Mayer był wielkim miłośnikiem ping - ponga. Wreszcie, możemy przeczytać co nieco o samej diecezji Campos oraz o wieloletniej przyjaźni i rozejściu się dróg Biskupa i Pliniusza Corrêa de Oliveira, założyciela Stowarzyszenia Obrony Tradycji, Rodziny i Własności (TFP). Niestety, szczegółów biograficznych odnoszących się do osoby samego Dom Antonio jest relatywnie niewiele.

Wielokrotnie pojawiały się opinje głoszące, że Msgr de Castro Mayer był jakimś szczególnym radykałem. Nic z tych rzeczy. Był konsekwentny w umiłowaniu dobra, piękna i prawdy. Jeśli chodzi o jego stosunek do posoborowia, to warto podkreślić, że nie zakazał kapłanom swej diecezji celebrowania Nowej Mszy. Za jego rządów NOM był odprawiany przez mniejszość duchowieństwa Campos, natomiast formą nauczaną w seminarjum była liturgja przedsoborowa. Mam nadzieję, że doczekamy się na świecie biskupów ordynarjuszy, którzy będą postępować identycznie jak Dom Antonio, do czasu aż Ojciec Święty ostatecznie nie zakaże używania tzw. "zwykłej formy rytu rzymskiego".

Postawa Biskupa Antoniego de Castro Mayera jest szczególnie warta podkreślenia dziś, w przededniu beatyfikacji wieloletniego prześladowcy tradycyjnych katolików z Campos - Jana Pawła II. Mianowany przezeń następca Dom Antonio, bp Karol Navarro zrobił wszystko, by złamać sumienia powierzonego mu duchowieństwa i wiernych. Wprawdzie tego zadania nie wypełnił, ale pacyfikacja diecezji Campos zakończyła się "sukcesem" po około pięciu latach. To znaczy: kapłani tradycyjni musieli pobudować nowe kaplice i świątynie, a we wszystkich oficjalnych parafjach doświadczano jedności liturgicznej przy Novus Ordo. Co z tego, że większość wiernych nie przyjęła deform ? Oczywiście, nic. Karol Navarro został przez Jana Pawła II nagrodzony: mianowano go metropolitą archidiecezji Niterói i pełnił tę funkcję aż do śmierci AD 2003. Tem się różni katolicyzm od posoborowia.

piątek, 18 lutego 2011

Powróćmy do „Kluczy Królestwa" x. Malachjasza Martina

Ponad trzy miesiące temu „odbiłem się” od „Kluczy Królestwa” x. Martina mocno krytykując poziom edycji polskiego wydania, zaoferowanego nam przez Wydawnictwo Antyk. Po dokończeniu lektury mogę tylko nieznacznie zmodyfikować tę opinję: Autor miał bardzo umiarkowane pojęcie o czasach tzw. PRLu, który do roku 1990 nie został opisany przez rzetelnych historyków, ale we wcześniejszej historji Polski orientuje się bardzo dobrze. Wskazany poprzednio przykład śmierci św. Stanisława to jednak wyjątek potwierdzający regułę. Znakomita jest w szczególności myśl, iż polskość definiują trzy pakty: ze Stolicą Apostolską zawarty przez Mieszka I, ustalenie pozycji Prymasa jako interrexa oraz oddanie się Matce Bożej i nadanie Jej tytułu Królowej Polski przez króla Jana Kazimierza. Zapamiętajmy ją sobie dobrze.



Niejeden z czytelników „Kluczy Królestwa” twierdzi, że dzieło zawiera pozytywną ocenę papiestwa Jana Pawła II. Opinia ta jest nieuzasadniona, a raczej – jest wypadkową ogromnej sympatii Autora do Polski, Polaków, kard. Wyszyńskiego oraz treści początkowych rozdziałów. Jednak w późniejszych rozdziałach pojawia się przysłowiowy dziegiedź, którego kulminację mamy w Kodzie – jedynej częściowo fabularyzowanej części publikacji.

Tymczasem książka ta, choć liczy niemal 1000 stron, relatywnie najmniej poświęca owem podtytułowem zmaganiom JP2 z Gorbaczowem i kapitalistami o prymat światowy. Nie ma przedstawienia konkretnych działań, a i cytatów z poszczególnych mów polskiego papieża jest niewiele. Najwięcej stron poświęcono analizie poszczególnych aktorów światowej sceny geopolitycznej. X. Malachjasz Martin bardzo wnikliwie przedstawia stronę komunistyczną, a więc idee stojące za Marxem, Leninem, Stalinem i Gramscim. Analiza dotycząca ostatniego z wymienionych jest jednym z najciekawszych rozdziałów książki, z uwagi na które trzeba do niej zajrzeć. Wydaje mi się nawet, że dziś, w dwadzieścia lat po ukazaniu się „Kluczy Królestwa”, strony te są jeszcze bardziej aktualne, bowiem zagrożenie ze strony transpozycji marxizmu na sfery religii i kultury znacznie się powiększyło od 1990 r.

Jak zatem przedstawiany jest Jan Paweł II ? Jako przywódca Kościoła, który nie wierzył w możliwość jego naprawy i pragnie zamiast tego dokonać „ucieczki do przodu”, by tam, w sferze globalnej promować religijność poprzez swoją medialność. Jako ktoś, czyim przeznaczeniem było wypełnienie orędzia fatimskiego, a nie dokonał tego. X. Martin podaje też ciekawy szczegół, którego nie wyczytałem u innych znawców problematyki fatimskiej: poświęcenie świata Matce Bożej ze szczególnym uwzględnieniem Rosji miałoby móc załagodzić gniew Boży i odsunąć go w czasie. Dlatego Jan Paweł II uczynił w ten sposób, naśladując działania Piusa XII z 1942 roku. Papież słowiański wybrał AD 1984 półśrodek, by nie rozstrzygnąć sprawy w żadną stronę. Zakończenie „Kluczy Królestwa” jest nieco zaskakujące, lecz uważny czytelnik może stwierdzić, że stanowi w pełni logiczną konsekwencję paradygmatu przyjętego przez Autora. Opisywany jest konsystorz, podczas którego Ojciec Święty przyznaje się do błędnego kierunku swojej polityki i dokonuje radykalnych zmian w Kościele. Mniej więcej takich, jakie wprowadziłby dziś papież mający poglądy konserwatywnej frakcji Bractwa Kapłańskiego św. Piotra. Po wygłoszeniu przerywanego płaczem orędzia papież udaje się do bazyliki św. Piotra, gdzie modli się u stóp pomnika więźnia rewolucjonistów francuskich, Piusa VI. Kardynałowie mu towarzyszą, a po kilku minutach składają homagium w tradycyjnej formie, całując prawy but Ojca Świętego. Oczywiście nie wszyscy: niemal jedna trzecia spośród nich jawnie opowiadająca się za antykościołem w hołdzie nie uczestniczy.

Obraz ten jednoznacznie pokazuje, jaki jest stosunek x. Malachjasza Martina do pontyfikatu Jana Pawła II. Ponieważ polski papież nigdy nie odważył się zejść z drogi posoborowych błędów, to obrana przezeń droga nie może zaprowadzić do celu utrzymania i umocnienia religijności w świecie. „Klucze Królestwa” powstały AD 1990. Jak wiemy, druga część pontyfikatu JP2 była jeszcze gorsza od pierwszej. Co gorsza, w kilka lat po transformacji ustrojowej bloku krajów sowieckich, zaczęto rozgłaszać pogłoskę, jakoby dokonane przez papieża poświęcenie świata AD 1984 stanowiło wypełnienie woli Matki Bożej i skutkowało załamaniem potęgi ZSSR. Przemilcza się przy okazji fakty, iż Rosja do dziś nie nawróciła się na wiarę katolicką, a jej błędy, błędy rewolucyj, rozprzestrzeniają się w nieskrępowany sposób po całym świecie. W jubileuszowym roku 2000 domknięto sprawę, ujawniając rzekomo całość trzeciej tajemnicy fatimskiej i sprowadzając ją do wizji zamachu na papieża. Fałsz zatryumfował. Z każdym dniem każdemu kolejnemu papieżowi będzie coraz trudniej wyjaśnić sprawę i wypełnić wolę Matki Bożej. Zatem świat zbliża się do zdarzeń umiejscowionych na drugim krańcu alternatywy maryjnej: zesłania kary za grzechy w celu oczyszczenia nieprawości.

wtorek, 8 lutego 2011

Dysonans małżeński

Od około roku polskie posoborowie dzierży rekord świata w zakresie liczby składanych do sądów biskupich wniosków o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Lawinowo też wzrasta ilość sądowych orzeczeń „pro nullitate”, która podwoiła się w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Może w liczbach bezwględnych dane nie wyglądają imponująco: 1265 szt. AD 1999 i 2171 szt. AD 2007 ale pamiętajmy, że o orzeczenia te ubiega się bardzo specyficzna grupa katolików, aspirująca do miana głęboko wierzących.



Nie czarujmy się, w polskich realiach do sądu biskupiego w tej sprawie nie pójdzie byle Mariolka, u której właśnie orzeczono rozwód z alkoholikiem Kamilem. Ona nie ma od 5 000 do 30 000 zł, które trzeba wyasygnować na ten cel. Taką kwotą natomiast dysponują rozmaici działacze "kutaliccy", społecznicy, posłowie, redaktorzy, celebryci i mogą posłużyć się nią korzystając z niejasności przepisów prawa kanonicznego umożliwiającego de facto wydanie pozytywnego orzeczenia w każdej możliwej sprawie. Dlatego takie dokumenty uzyskali m.in. Wojciech Cejrowski i Cezary Pazura (który nb. stara się o recydywę, chcąc po raz trzeci w życiu ślubować kobiecie w kościele), a sprawę unieważnieniową w toku ma Katarzyna Skrzynecka.

Niedawny głośny apel Ojca Świętego Benedykta XVI skierowany do Roty Rzymskiej, w którym zaapelował on przedewszystkiem o odpowiednie przygotowywanie nupturientów do ślubu, nie trafia w sedno. Bowiem problem będzie musiał narastać o ile nie zlikwiduje się jego przyczyny, którą są zapisy janopawłowego Kodeksu Prawa Kanonicznego. Sławetny kanon 1095 ust. 3 KPK 1983 ("Niezdolni do zawarcia małżeństwa są ci, którzy z przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków małżeńskich") nie jest furtką do wypaczeń, lecz ich kwintesencją. Dokąd małżonkiwie będą mieli świadomość jego istnienia, będą kuszeni nadużyciami. Nie każdy katolik ma obowiązek wiedzieć o dysfunkcji współczesnej władzy kościelnej, by z niego nie korzystać. Zresztą, osoba upadająca w grzech może skorzystać z tej propozycji, by okłamać własne sumienie. Dzieje się tak również u tradycyjnych katolików, co niniejszem bez wskazywania nazwisk nadmienię. Jedynem lekarstwem mogącem uleczyć patologję wprowadzoną przez Jana Pawła II jest przywrócenie zapisów odnoszących się do stwierdzenia nieważności małżeństwa z KPK 1917 i wymiana sędziów sądów biskupich, którzy są przynajmniej przyzwyczajeni do pewnych niewłaściwości.

Patologja posoborowych orzeczeń o nieważności małżeństwa zmodyfikowała mój stosunek do rozwodników. Znam pary ludzi i ich historje życiowe. W niejednym przypadku ich poprzednie związki kwalifikują się do posoborowych sądów biskupich jako pewniaki do wzorcowych procesów zakończonych orzeczeniem „pro nullitate”. Chyba czas zacząć odnosić się do takich osób z większą wyrozumiałością i szacunkiem niż do cwaniaczków, którzy załatwili sobie wątpliwe kwity za niemałe pieniądze ...

sobota, 15 stycznia 2011

Znalezione na forum "Rebelya"

X. Filip Laguerie, przełożony Instytutu Dobrego Pasterza, przypomina podstawową naukę Kościoła związaną z pojęciem beatyfikacji.

"1. Beatyfikacja to nie kanonizacja.

2. Beatyfikacja to stwierdzenie jednego : że dana osoba jest w niebie. Tym lepiej dla niej. Od nikogo się nie wymaga, by ją naśladować.

3. Według jednomyślnej opinii teologów katolickich Kościół nie angażuje swojej nieomyślności w wypadku beatyfikacji. Może więc się pomylić. Orzeczenie, że ktoś jest błogosławiony nie należy do dziedziny wchodzącej w zakres nieomylności (sprawy wiary i moralności), nawet nie do rzeczy związanych z nimi. Podobnie jak w wypadku objawień prywatnych.

4. Kanonizacja potwierdza heroizm cnot i daje osobę kanonizowaną za przykład do naśladowania.

5. Kościół jest więc nieomylny w kanonizacjach (zdaniem owych teologów) z oczywistego powodu : znajdujemy się tu w sferze moralności, w której Kościół jest nieomylny.

Wniosek : problem jest poważny, ale nie ma czym się gorszyć."

zamieścił zacny użytkownik Gryzoń. Dziękuję i pozostawiam na blogu.

czwartek, 2 grudnia 2010

Malachi Martin - The Final Conclave

Niedawno wydane po polsku „Klucze królestwa” o. Malachiasza Martina opisują pontyfikat Jana Pawła II. Zanim jednak zajmę się tą książką, postaram się przybliżyć Państwu inną publikację tego samego autora - The Final Conclave z 1978 r. Wpisuje się ona w nurt „clerical fiction” łącząc aspekt dokumentalny z fabularnym.



Pierwsza część Ostatniego konklawe to opis Kościoła czasów Pawła VI, układu sił pomiędzy poszczególnemi frakcjami oraz kilkuletnich przygotowań do konklawe mającego na celu wybór następcy Montiniego. X. Martin wyróżnia następujące grupy ścierające się w ówczesnym Kościele:

1) postępową, wśród której należy wskazać:
1.1) marxistów chrześcijańskich, optujących za sojuszem sierpa i młota z posoborowym stołem liturgicznym,
1.2) radykalnych teologów, pragnących zmian w praktycznie każdym obszarze nauczania Kościoła, począwszy od prymatu papieskiego i przyjmowania faktu Zmartwychwstania po nauczanie moralne nt. homoseksualizmu i aborcji,
1.3) charyzmatyków, polegających na osobistem doświadczeniu Ducha Świętego, komunikującego się bezpośrednio z każdym wiernym osobiście;
2) tradycjonalistyczną, pragnącą przywrócenia ładu kościelnego sprzed października 1958 r.;
3) konserwatywną, pragnącą zmian i modyfikacyj w Kościele, ale nie tak szybkich, jak wprowadzał Paweł VI;
4) radykalną – pragnącą odrzucenia wszelkiej doczesnej władzy przez papiestwo, oddzielenia się od dóbr materialnych instytucji na rzecz duchowości.

Na takiej mapie Kościoła Posoborowego samego Pawła VI należałoby zakwalifikować do … konserwatystów. Umiarkowanych. Miejmy to na uwadze.

Szkicując sylwetkę Montiniego x. Martin proroczo nazywa go pierwszym z papieży – pielgrzymów. Wskazuje, że poczynione przezeń innowacje w zakresie obecności głowy Kościoła w świecie, w mediach będą naśladowane przez jego następców i przyczynią się do wzrostu popularności katolicyzmu na świecie. Paweł VI był pielgrzymem, aby w inny niż dotąd sposób zainteresować religijnością ludzi na całym świecie. Skąd wynikała ta odmienność ? Z integralnego humanizmu, który przejął od swego przyjaciela Jakuba Maritaina. Wprawdzie w Ostatniem konklawe nie rozwinięto tego pojęcia, ale warto zauważyć, że idea ta była co do zasad tożsama z koncepcją „dobrego dzikusa” Jana Jakuba Rousseau, a więc zakładała, iż człowiek jest dobry z natury i będzie wybierał dobro oraz odrzucał zło, jeśli wskaże mu się różnice między nimi. W modelu tym Kościół miał więc skoncentrować się na czynieniu dobra i świadczeniu o prawdzie. To miało wystarczać do tryumfu Prawdy. Godzi się w tem miejscu zauważyć, że „humanizm integralny” ignoruje wpływ grzechu pierworodnego na duszę ludzką i na naturę człowieka. Rany te powodują skłonność do zła. Podsummowując tę postawę intelektualną należy stwierdzić, że ogół poglądów i działań papieża Montiniego wynikał z pobudek sprzecznych z misją papiestwa i Kościoła nauczającego, którą można w skrócie przedstawić dwoma zdaniami z Ewangelii: „Tyś jest Piotr, paś baranki moje” oraz „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody udzielając im chrztu w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen”.

Kluczowym problemem pontyfikatu Pawła VI była sprawa finansów watykańskich. AD 1969 zostały one powierzone przyjacielowi papieża z czasów mediolańskich Michałowi Sindonie. Drugą ważną na tym odcinku osobą był biskup Paweł Marcinkus. Panowie mieli za zadanie przetransferować aktywa Stolicy Apostolskiej z Włoch do USA i zarabiać na nich. Jak się to skończyło? Wprawdzie Montini aspirował do przywrócenia "kościoła ubogich" z pierwszych wieków katolicyzmu, ale wątpliwe jest, by spodziewał się, że sprawny dotąd w dziedzinie finansów Sindona tak bardzo przybliży go do tego ideału. X. Martin podaje, że łączne straty Watykanu mogły wynieść w tych aferach ok. miliarda dolarów. Afera Banku Ambrosiano, zasygnalizowana jedynie w książce, miała swoją kulminację w cztery lata po jej ukończeniu. Dodajmy dla porządku, że sam Sindona w 1979 r. zlecił zabójstwo prawnego likwidatora swoich banków a w marcu 1986 r. został otruty w więzieniu, w którym odsiadywał wyrok dożywocia. Nie od rzeczy jest wspomnieć, że duet Sindona - Marcinkus miał związki zarówno z włoską mafją jak i masonerią (słynną lożą P2). Czy wypłynęło z tej sprawy jakieś dobro? Niewykluczone. O. Martin podaje, że Paweł VI mógł rozważać rezygnację ze swej funkcji zgodnie z zasadami określonymi dla innych biskupów, to jest w wieku 75 lub 80 lat. Pierwotnym terminem zdarzenia wypadał zatem na rok 1972, a najpóźniej na rok 1977. Idea ta jednak nie mogła być zrealizowana z kilku powodów:
- po pierwsze, mimo tricku z cenzusem wiekowym, mającego na celu wyeliminowanie najstarszych i tradycjonalistycznych kardynałów, wciąż stanowili oni znaczącą frakcję, której przedstawiciel mógł osiągnąć większość podczas kolejnego konklawe;
- po drugie, już od 1972 r. rozwijała się afera Sindony;
- po trzecie, co łączy się ściśle z myślą pierwszą, rozwijał się na świecie ruch Tradycji katolickiej organizowany przez Arcybiskupa Lefebvre’a. Wypowiadał on to, co myśleli starzy kardynałowie, dostarczał nowych pokoleń wiernych podzielających poglądy uważane przez Montiniego za przestarzałe.

Nas jako tradycjonalistów szczególnie zainteresuje rys osoby Arcybiskupa Lefebvre’a Jawi się on w książce jako silny człowiek na trudne czasy. Sympatja Autora wydaje się być po jego stronie, choć stara się ją ukrywać za maską obiektywizmu. Uproszczenia teologiczne stosowane przez o. Martina są dopuszczalne i nie wypaczają obrazu rzeczywistości, podczas gdy szczegóły zanudziłyby 90 % czytelników. Możemy jednak wyczytać, że abp Lefebvre uznał 21 listopada 1974 r.” Sobór Watykański za fałszywy, Mszę Pawła VI za nielegalną a nauczanie posoborowych biskupów za obarczone błędami”. Wskazuję na tę konwencję, by uczulić potencjalnych czytelników i tłumaczy Ostatniego konklawe.

x. Malachiasz Martin streszcza począwszy od 1970 każdy kolejny rok przybliżający nas do konklawe. Opisuje je poprzez aktywności Pawła VI, jego najbliższych współpracowników oraz oponentów. Dowiadujemy się więc np. że AD 1973 sondował plan zmiany formy wyboru swego następcy poprzez z jednej strony: większą demokratyzację partycypacji przedstawicieli Kościoła Posoborowego – udział przedstawicieli Rad Stałych Episkopatów, z drugiej strony – udział w konklawe elektorów niekatolickich wywodzących się z kościołów prawosławnych. Propozycje te szczęśliwie nie spotkały się z niczyjem uznaniem, nie mogły też być dopracowywane i narzucone, bo wcześniej wywołane skandale angażowały dużo sił i uwagi Montiniego.

Zajmijmy się teraz nieco rozważaniami o układzie sił w kolegium kardynalskiem. Jednym z silniejszych sojuszy był pakt kardynałów z Europy Wschodniej i Ameryki Łacińskiej. Nie mamy wyjaśnienia, jak powstał, można tylko sądzić, że jego podstawą była akceptacja dla marxizmu; zatem tworzyli go z jednej strony latynoscy lewacy a z drugiej – sowiecka agentura. Układ ten został rozbity przez obawiających się marxizmu kardynałów amerykańskich, wśród których był Jan kard. Krol, abp Filadelfji. W naturalny sposób nawiązał on kontakt z rodakami, polskimi kardynałami i stworzył nowy ośrodek – Europy Środkowej . Polscy kardynałowie, w tem szczególnie wpływowy Wyszyński (nazywany złośliwie przez modernistów „papieżem Europy Centralnej”) i Wojtyła ciekawie uzupełniali się posiadając wpływy w innych grupach (odpowiednio: bardziej i mniej konserwatywnej) kardynałów z krajów sąsiednich. Amerykanie w oczywisty sposób nie wpływali natomiast na dobre relacje przedstawicieli Europy Środkowej z Afrykanami i Azjatami. Te głosy mogły się liczyć. Pakt ten wymierzony był przeciw kandydatowi włoskiemu. Dostrzeżemy tu pozorną sprzeczność, bowiem wśród Włochów było najwięcej tradycjonalistów, a animatorzy porozumienia - Krol i Wyszyński sami mieli podobne poglądy. Pakt ten był motywowany do działania przez samego Pawła VI, którego faworyt, kard. Pigdenoli rozwijał plan „otwierania” Kościoła na tak zwane: sprawiedliwość społeczną i prawa człowieka, które miały stać się integralną częścią Ewangelii.

We wrześniu 1977 r. odbył się w Rzymie synod, grupujący kardynałów, biskupów, prałatów oraz stanowiący również swoiste preludium do konklawe. Dominanta prezentowanych opinij uświadomiła kardynałom z krajów romańskich, jak poważnem zagrożeniem jest komunizm i jak wielu kościelnych VIPów jest jego paputczikami. Na niższych szczeblach hierarchji ludzi zarażonych tą chorobą było jeszcze więcej niż w kolegium kardynalskiem.

Na początku 1978 r. siły poszczególnych frakcyj przedstawiały się następująco:
- tradycjonaliści – 50,
- konserwatyści – 35,
- postępowcy – 26,
- radykałowie – 9,
co łącznie dawało liczbę 118 hierarchów posiadających czynne i bierne prawo wyborcze. O ile x. Martin trafnie ocenił, że tego roku Paweł VI umrze, to dodajmy, że podczas każdej z elekcyj papieskich owego roku głosowało 111 elektorów (kard. Jan Wright głosował jedynie w październiku).

W książce wskazano następujących papabili: Perykles Felici (tradycjonalista), Sergiusz Pigdenoli, Paweł Bertoli, Sebastjan Baggio (konserwatyści), Jan Willebrands (kandydat paneuropejski); frakcje postępowców i radykałów nie miały zatem jednoznacznych liderów, którzy mogliby aspirować do wyboru na Stolicę Świętą.

Druga, dłuższa część książki zawiera opis samego konklawe. Występują w niej kardynałowie ukryci pod fikcyjnemi nazwiskami, mający rysy charakterologiczne i poglądy rzeczywistych postaci. Nie bawiłem się w tworzenie kompletnej listy ułatwiającej odczytywanie książki, bowiem wiemy, że dialogi te są fikcyjne. Powstały przed sierpniowem konklawe. Napiszmy jednak, że część nazwisk łatwo jest dopasować, nawet jeśli nie jest się specjalistą od Kościoła lat 70-tych: Riccioni oraz Vasari to duet – Siri i Felici; Bonkowski – Wyszyński; Karewsky – Wojtyła; Franzus – König; Angelico – Chappi. Występujący bardzo często kard. Thule dobrze pasuje mi do Villota, ale z drugiej strony Villot powinien być utożsamiany z Kamerlingiem, który pełni w książce jedynie funkcję techniczną, nie ma własnych poglądów, choć cały czas rozmawia z wszystkimi na boku.

Części tej nie ma sensu streszczać, opisywane tu są rozmaite tricki, rozmowy i szantaże, które mogą być elementem każdego konklawe. Relacja x. Martina powinna być traktowana jako wiarygodna, bowiem on sam uczestniczył w dwu konklawe(1958-1963) jako tłumacz. Problemy, o których dyskutują kardynałowie, są bliskie tradycjonalistom, bowiem dotyczą spraw, o które walczymy (misja Kościoła, relacje z fałszywemi religjami, etyka chrześcijańska, doktryna społeczna, stosunek do komunizmu). Jednak dla przeciętnego współczesnego posoborowego katolika byłaby to dość niewdzięczna lektura. Nie rozumiałby reakcyjności kardynałów i ich zainteresowania „marginalnemi” problemami, np. Mszą trydencką. Pokazuje to również, jak zmienił się Kościół na przestrzeni tych trzydziestu kilku lat. Doświadczamy zatem, że Kościół nie poszedł w kierunku naszkicowanym przez x. Martina w Ostatniem konklawe. A jak skończyło się według niego to konklawe ? Nie chcę ujawniać szczegółów książki, ale zdradzę, że lepiej niż każde z konklawe roku Pańskiego 1978 …

czwartek, 11 listopada 2010

o. Malachiasz Martin - "Klucze królestwa" - refleksja wstępna

Szef Wydawnictwa ANTYK, pan Marcin Dybowski powinien się spalić ze wstydu w związku z jakością wydania książki o. Malachiasza Martina "Klucze królestwa".

Pierwszą sprawą są ewidentne koszmarne bronki merytoryczne o. Martina, które powinny być przez edytora prostowane. Przykład: w książce można przeczytać przy okazji pierwszej wizyty Jana Pawła II w Polsce, że:
- wierni mogli podróżować tylko do miast znajdujących się w "ćwiartce" kraju najbliżej ich miejsca zamieszkania. Bzdura ! Władze PRLu nie mogły tego nawet proponować, bo w PRLu nie było "paszportów wewnętrznych" i po Polsce każdy jeździł jak chciał;
- kiedy Jan Paweł II skrytykował marxizm na Jasnej Górze, klasztor został otoczony przez czołgi (s. 130),
- o. Martin sugeruje, że gazety w PRLu nazywały Jana Pawła II "Panem Karolem Wojtyłą" (s. 126),

Drugą sprawą jest skrajna nieudolność tłomacza, niejakiego Jerzego Brzezińskiego. Człowiek ten, o ile w ogóle istnieje (niektórzy sądzą, że to xywa samego p. Marcina Dybowskiego), korzystał z automatycznego tłomacza google czy czegoś w tym rodzaju, bowiem nazywa Henryka Jabłońskiego "Prezydentem Polskiej Republiki Ludowej". Analogicznie pisze o jego "pałacu prezydenckim" itp.

Nie wiem, komu - o. Martinowi czy tłumaczowi - przypisać bronka ze strony 116, według którego św. Stanisław ze Szczepanowa został zamordowany przez Bolesława Krzywoustego. Boję się czytać dalej tę książkę, bo nic nie wskazuje, że jakość tłomaczenia i korekty jakkolwiek się poprawi.

Ostatnią sprawą, jaką tu poruszę, jest plagiat okładki polskiego wydania. Pan Dybowski przypisuje sobie jej autorstwo, podczas gdy bez trudu możemy to porównać względem anglojęzycznego oryginału:





Wydanie ksiażki w tej formie, bez komentarza odredakcyjnego i przypisów, kompromituje Wydawnictwo Antyk. Chciałem polecić przeczytanie "Kluczy królestwa" rozlicznym znajomym. Czyniąc to, skompromitowałbym się co najwyżej na podobieństwo p. Marcina Dybowskiego.

wtorek, 9 listopada 2010

KPK 1917 vs KPK 1983 - istotna różnica

Tym razem nie mam zamiaru przedkładać argumentów świadczących za wyższością KPK 1917 nad KPK 1983. Zajmę się jedynie szczegółowem rozwiązaniem - oceną przez kodeksy konsekracyj dokonywanych przez biskupa bez mandatu papieskiego.

W pierwotnej wersji CIC 1917 przestępstwo to było zagrożone suspensą. Jednak pod wpływem schizmy "kościoła patriotycznego" w Chinach Ludowych Stolica Apostolska AD 1951 zaostrzyła ten przepis wprowadzając karę ekskomuniki.

Jak można przeczytać w Podręczniku do Prawa kanonicznego x. Bączkowicza CM, wydanie: Wydawnictwo Diecezjalne Św. Krzyża w Opolu, rok 1958, tom III, str. 570-571:

Biskup, który udziela sakry biskupiej komuś, kto nie został przez Stolicę Apostolską biskupem mianowany ani wyraźnie zatwierdzony jak również ten, który przyjmuje sakrę biskupią, chociażby działali pod wpływem ciężkiej bojaźni, popadają w ekskomunikę zastrzeżoną Stolicy Apostolskiej w najspecjalniejszy sposób. Argument o ciężkiej bojaźni nie może być stosowany z uwagi na wzgardę władzy kościelnej.

Jest tu istotna różnica względem zapisów Kodeksu z 1983 r. Jak wiemy, działanie w bojaźni jest jednym z argumentów używanych przez JE abpa Lefebvre'a i jego zwolenników, uzasadniających przeprowadzenie konsekracyj biskupich AD 1988 bez mandatu Jana Pawła II, uznawanego przez nich za prawowitego papieża. Podstawowym argumentem jest zaś stan wyższej konieczności. Również i ten punkt jest nieco inaczej interpretowany przez KPK 1917. Jak stoi u x. Bączkowicza (s. 368, tom III), "wyższa konieczność to położenie, w którym człowiek nie może inaczej uchylić niebezpieczeństwa dobru własnemu lub cudzemu, jak tylko przez naruszenie prawa osoby trzeciej". Zagrażające niebezpieczeństwo nie zostało zaś wywołane przez ową osobę trzecią.

Wskazując na tę różnicę pragnę podkreślić, że pozostając na bazie KPK 1917 byłoby znacznie trudniej usprawidliwić nieposłuszeństwo Arcybiskupa Lefebvre'a Janowi Pawłowi II. O ile jest to łatwe i oczywiste w przypadku prawa posoborowego (por. choćby: http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/542) , sytuacja prawna sprzed 1983 r. wymagałaby odwołania się do konstrukcyj logicznych nieopisanych wprost przez przepisy, takich jak dbanie o dobro dusz powierzonych etc.

Zauważmy też, że łagodniejsze zapisy KPK 1983 dają się stosować również względem czynów podejmowanych przez postępowców. Są zatem wyrazem mentalności, którą krytykujemy, analizując zapisy odnoszące się do łatwości orzeczeń o nieważności małżeństw czy możliwości udzielania sakramentów niekatolikom. Posoborowe prawo składa się z przepisów i furtek służących do ich omijania.

Poświęcam ten wpis ku pamięci osób bezrefleksyjnie krytykujących tę niewielką część katolików odmawiającą jurysdykcji posoborowym papieżom. Nie twierdzę, że sedeprywacjoniści lub sedewakantyści mają rację. Ale być może na bazie KPK 1917 przyjęli oni jedyne spójne stanowisko umożliwiające im przetrwanie, wegetację w katolickiej rzeczywistości.