Środowiska nasze słyną z krytykanctwa względem otaczającej rzeczywistości. Działamy z uszanowaniem stopni hierarchii: nie pozostawiamy suchej nitki na wypowiedziach papieża, rozstawiamy po kątach kardynałów i biskupów. Wytykamy różne niewłaściwe zachowania i stanowiska tradycyjnym kapłanom "odmiennej" obediencji (piusowcy postindultowcom, sedecy piusowcom itp.), podczas gdy "swoich" szykanujemy jedynie drzemką na kazaniu lub zmniejszeniem zrzutki na tacę. Jest wszakże jedna grupa działająca od lat na prawach "świętych krów" i im poświęcam ten wpis....
Msze tradycyjne (każdej obediencji) organizowane są oddolnie. Tworzy się grupa inicjatywna (Benedykt XVI napisał w "Summorum Pontificum" o "stabilnej grupie wiernych") i ona, namówiwszy celebransa, uczestniczy w celebrowanych przezeń liturgiach. Zwykle na początku są to Msze ciche, chyba że "znajdzie się" kantora. Kantor śpiewa wymagane części Mszy oraz intonuje inne pieśni - eucharystyczną, na introit, offertorium czy ostatnią Ewangelię. Ministranci i kantorzy są samoukami. Błędy służby liturgicznej zdarzają się, ale są widoczne dla wszystkich. Dlatego też sporadycznie zdarza się, aby najsłabszym punktem jakiegoś "ośrodka Mszy tradycyjnej" była ministrantura. Ta część systemu ma wbudowane mechanizmy samodoskonalenia.
Rzadko kiedy Mszom towarzyszy kształcony, zawodowy organista. Po pierwsze, musiałby on umieć w stopniu podstawowym łacinę. Po drugie, wierni powinni się składać na jego wynagrodzenie. Po trzecie, "postindulty" odbywają się najcześciej w środku niedzieli, czyli w jedynym czasie wolnym dla organisty, który zwykle jest zajęty od godziny 7 do 13 oraz powraca do kościoła wieczorem. Po czwarte wreszcie, skoro ośrodek z Mszą rozwija się w oparciu o śpiew kantorów, to rzadko kiedy chcieliby oni oddać komuś innemu sukces, którego częścią się stali.
Kim są kantorzy? Zazwyczaj to samoucy, którzy "wykształcają się" poprzez długotrwały śpiew. Osoby, które najaktywniej śpiewają na Mszach, stają się kantorami. Uczą się podsłuchując i obserwując innych kantorów.
Polacy nie są niestety rozśpiewanym narodem. Być może dlatego w naszym kraju szczególną popularność zdobyła specyficzna interpretacja chorału gregoriańskiego, zupełnie odmienna od najpopularniejszej na świecie recepcji metody solesmeńskiej.
Chorał gregoriański nieodłącznie kojarzy się w dzisiejszych czasach z płynną kantyleną delikatnych głosów męskich – takie wykonanie jest wręcz synonimem sakralności. Uzyskanie tej hegemonii w dziedzinie interpretacji chorału przyszło łatwo. Niemal wszyscy zakochali się w takim rodzaju śpiewu – kompozytorzy, muzycy, zwykli wierni. Wydaje się, że zaważył o tym urok gregoriańskich melodii – ich modalności, którą metoda solesmeńska sugestywnie wydobyła. - napisał znakomity organista Bartosz Izbicki w bardzo ciekawym opracowaniu pt. Trzy bitwy o chorał gregoriański.
Nasza interpretacja chorału teoretycznie ma odzwierciedlać "mocne" śpiewanie (chorał piotrkowski), które ukształtowało się w średniowieczu i utrzymało aż po wiek XIX. Nikt chyba nie rozstrzygnie, czy tak jest w rzeczywistości. Śpiew ten jest rekonstrukcją historyczną oderwaną od klasycznych kanonów estetycznych. Słuchający współczesnego sobie chorału gregoriańskiego kompozytorzy tacy jak Hektor Berlioz czy Feliks Mendelssohn - Bartholdy nazywali go "barbarzyńskim brzmieniem" czy "beczeniem baranów". W Polsce tego typu śpiew dochował się dekadę temu jakże trafnej i uroczej nazwy "wycia koszerno - stepowego".
Skąd to narzekanie na rekonstrukcjonistów muzycznych? Bo Msze często stają się prywatnym folwarkiem kantorów. Jakby ich śpiew realizował się w formie koncertu, to chętnie od czasu do czasu poszedłbym ich posłuchać, bo jestem otwarty na rozmaite doznania muzyczne. Gdybyśmy mieli w takiej Warszawie dwadzieścia Mszy, to móglbym wybrać sobie kościół także z uwagi na oprawę muzyczną. Tymczasem mój wybór jest znacznie mniejszy i niestety czasem muszę słuchać "wycia koszerno - stepowego". Znam kilka osób, które chętnie uczestniczyłyby w Mszy tradycyjnej, gdyby towarzyszył jej inny śpiew. Sądzę, że takich utraconych wiernych może być znacznie więcej, ale nie ujawniają one przyczyn rezygnacji ze słuchania Mszy trydenckiej.
Nie jest dobrze, jeśli ogon macha psem.
p.s. Niniejszy wpis został zainspirowany dyskusją na forum krzyż.
wtorek, 18 marca 2014
środa, 12 marca 2014
"Egzorcysta" o heavy metalu ....
Wyobraźmy sobie krótki tekst poświęcony pewnemu artyście, który streszczałby następujące fakty z jego życiorysu: Twórczość rozpoczął od utworu o jednoznacznej wymowie satanistycznej, stanowiącej pochwałę wywoływania duchów, a tuż po zakończeniu studiów przystąpił do loży masońskiej. Gdy jego buntownicza działalność antypaństwowa została zdemaskowana przez władzę, bezzwłocznie stał się konfidentem władz okupacyjnych. Następnie kontynuował karierę łącząc ją z przynależnością do kolejnej sekty antykatolickiej, a w pracy naukowej atakował Kościół katolicki. Pod koniec życia redagował pismo nawołujące do rewolucji socjalistycznej. Przez całe życie, jeśli tylko to było możliwe, prowadził się niemoralnie.
Można przedstawić życiorys i dokonania Adama Mickiewicza bez zająknięcia się o Panu Tadeuszu? Można! No to już Państwo wiedzą, jaka jest metodologia naukawa naszych "egzorcystów". Temat numeru 2/2014 załatwiają tzw. świadectwa nawróconych oraz relacje kapłanow i psychologów, stykających się z problemami duchowymi i osobowościowymi melomanów ciężkiego rocka. Oczywiście wszystko to jest o niebo lepsze od urojeń i wynurzeń niejakiego Sławomira Hawryszczuka, którego dziełko recenzowałem na potrzeby Młota latem zeszłego rocku. Nie ma w piśmie ewidentnych bzdur, ale trudno też powiedzieć, by cokolwiek konkretnego wnosiło do wiedzy czytelników.
Jeśli ostrzeżenie przed zagrożeniem ma coś wnosić do wiedzy czytelnika i go ochronić, to należy napisać je precyzyjne i konkretne. Nie powinno opierać się o zdarzenia jednostkowe, lecz jakoś odnosić do prawideł statystycznych. Przykładowo, co daje informacja o 30 ofiarach śmiertelnych turystyki w Tatrach rocznie, jeśli się jej nie odniesie do ogólnej liczby turystów, wynoszącej ok. 4 miliony osób? Czy babcia powinna bać się o życie nastoletniego wnuka, który mówi jej, że planuje wejść na Czerwone Wierchy? Co warta byłaby gazeta zapełniona reportażami z akcyj ratowniczych WOPRu oraz wspomnieniami o samobójcach, którzy rzucali się w dół przełęczy na Orlej Perci? Czy ktokolwiek rozsądny powiedziałby, że opowiada ona rzetelnie o górach?
Tymczasem nawet z najlepszego metodologicznie tekstu zamieszczonego w "Egzorcyście" pt. Muzyczna otchłań. Satanistyczne inspiracje w muzyce metalowej i ambientowej (autorka: Małgorzata Nieszczerzewska), nie można ocenić, jak przedstawione fakty mają się do ogółu zjawiska, jakim jest współczesna muzyka metalowa. Z całego numeru magazynu dowiedzieliśmy się, że na chrześcijaństwo nawróciło się trzech artystów, dwóch z zespołu Megadeth oraz jeden z Iron Maiden. Czy to wszyscy chrześcijańscy metalowcy według red. Kasjaniuka?! To zabawne, bo ja mógłbym sypnąć z rękawa kilkudziesięcioma nazwiskami/ nazwami zespołów, i to wyłącznie z najwyższej półki.
Zabrakło choćby najprostszej typologii, która definiowałaby podgatunki heavy metalu. Choćby takiej jak na załączonym zabawnym anglojęzycznym obrazku.
Mimo wszelkich stereotypów związanych z heavy metalem trudno byłoby nawet "egzorcystom" dowieźć, iż słuchanie tego rodzaju muzyki jakoś ogólnie wiąże się z niebezpieczeństwami duchowymi, tudzież popadnięciem w szemrane towarzystwo. Owszem, jest takie ryzyko, ale należałoby spróbować je zdefiniować. Nie każdy wykonawca jest wcielonym nergalem, a wielu twórców prezentuje bardzo wysoki poziom kompozytorski i wirtuozerski, poparty pozytywnym przekazem. Sam gatunek muzyczny zaś narzuca wręcz konserwatyzm i poprzez swe ścisłe definicje samoogranicza artystów. Ponadto, większość czołowych metalowców stanowią panowie w statecznym wieku, którzy jeśli zaskakują opinię publiczną, to raczej z uwagi na brak zgody z zasadami poprawności politycznej. Przykładowo, lider Kissów Gene Simmons niedawno sprzeciwił się walce z chrześcijaństwem w sferze publicznej. Gene zawsze deklarował się jako amerykański ("neokoneserwatywny") imperialista o zacięciu militarnym, zatem ta deklaracja jest szczególnie dla nas interesująca. Miłość do ojczyzny i szacunek dla dokonań przodków są wartościami szczególnie często opiewanymi przez artystów brytyjskich, więc takiego zdziwienia nie budzi uczczenie dnia świętego Jerzego przez czcigodną grupę Saxon czy płyty wydawane przez słynnego aktora sir Christophera Lee ku czci jego przodka w prostej linii Karola Wielkiego. Sir Christopher jest najstarszym czynnym artystą heavymetalowym świata.
Pomijając błędy metodologiczne, musimy pamiętać, iż teksty zamieszczane w "Egzorcyście" są sporządzane przez specyficznych ludzi. Nie wiem, z jakimi demonami zmagał się w swoim czasie red. Grzegorz Kasjaniuk (autor zamieszczonego świadectwa oraz reportażu o nawróceniu Dave'a Mustaine'a z Megadeth), ale to rzutuje na neofityzm jego podejścia względem chrześcijaństwa. Sądzę, że analogicznie musi pisać wyleczony alkoholik o źródłach, przyczynach swojego nałogu, bo dla niego każdy kontakt z lampką wina może skończyć się oktawą picia na umór. Skoro nie mam - Bogu dzięki - takich doświadczeń, to trudno, abym je w pełni zrozumiał. Pan Kasjaniuk też mógłby mieć kłopoty z przyjęciem do wiadomości, iż spora część konserwatywnych katolików szczególnie się lubuje właśnie w zwalczanym przezeń aktualnie heavy metalu.
)
Można przedstawić życiorys i dokonania Adama Mickiewicza bez zająknięcia się o Panu Tadeuszu? Można! No to już Państwo wiedzą, jaka jest metodologia naukawa naszych "egzorcystów". Temat numeru 2/2014 załatwiają tzw. świadectwa nawróconych oraz relacje kapłanow i psychologów, stykających się z problemami duchowymi i osobowościowymi melomanów ciężkiego rocka. Oczywiście wszystko to jest o niebo lepsze od urojeń i wynurzeń niejakiego Sławomira Hawryszczuka, którego dziełko recenzowałem na potrzeby Młota latem zeszłego rocku. Nie ma w piśmie ewidentnych bzdur, ale trudno też powiedzieć, by cokolwiek konkretnego wnosiło do wiedzy czytelników.
Jeśli ostrzeżenie przed zagrożeniem ma coś wnosić do wiedzy czytelnika i go ochronić, to należy napisać je precyzyjne i konkretne. Nie powinno opierać się o zdarzenia jednostkowe, lecz jakoś odnosić do prawideł statystycznych. Przykładowo, co daje informacja o 30 ofiarach śmiertelnych turystyki w Tatrach rocznie, jeśli się jej nie odniesie do ogólnej liczby turystów, wynoszącej ok. 4 miliony osób? Czy babcia powinna bać się o życie nastoletniego wnuka, który mówi jej, że planuje wejść na Czerwone Wierchy? Co warta byłaby gazeta zapełniona reportażami z akcyj ratowniczych WOPRu oraz wspomnieniami o samobójcach, którzy rzucali się w dół przełęczy na Orlej Perci? Czy ktokolwiek rozsądny powiedziałby, że opowiada ona rzetelnie o górach?
Tymczasem nawet z najlepszego metodologicznie tekstu zamieszczonego w "Egzorcyście" pt. Muzyczna otchłań. Satanistyczne inspiracje w muzyce metalowej i ambientowej (autorka: Małgorzata Nieszczerzewska), nie można ocenić, jak przedstawione fakty mają się do ogółu zjawiska, jakim jest współczesna muzyka metalowa. Z całego numeru magazynu dowiedzieliśmy się, że na chrześcijaństwo nawróciło się trzech artystów, dwóch z zespołu Megadeth oraz jeden z Iron Maiden. Czy to wszyscy chrześcijańscy metalowcy według red. Kasjaniuka?! To zabawne, bo ja mógłbym sypnąć z rękawa kilkudziesięcioma nazwiskami/ nazwami zespołów, i to wyłącznie z najwyższej półki.
Zabrakło choćby najprostszej typologii, która definiowałaby podgatunki heavy metalu. Choćby takiej jak na załączonym zabawnym anglojęzycznym obrazku.
Mimo wszelkich stereotypów związanych z heavy metalem trudno byłoby nawet "egzorcystom" dowieźć, iż słuchanie tego rodzaju muzyki jakoś ogólnie wiąże się z niebezpieczeństwami duchowymi, tudzież popadnięciem w szemrane towarzystwo. Owszem, jest takie ryzyko, ale należałoby spróbować je zdefiniować. Nie każdy wykonawca jest wcielonym nergalem, a wielu twórców prezentuje bardzo wysoki poziom kompozytorski i wirtuozerski, poparty pozytywnym przekazem. Sam gatunek muzyczny zaś narzuca wręcz konserwatyzm i poprzez swe ścisłe definicje samoogranicza artystów. Ponadto, większość czołowych metalowców stanowią panowie w statecznym wieku, którzy jeśli zaskakują opinię publiczną, to raczej z uwagi na brak zgody z zasadami poprawności politycznej. Przykładowo, lider Kissów Gene Simmons niedawno sprzeciwił się walce z chrześcijaństwem w sferze publicznej. Gene zawsze deklarował się jako amerykański ("neokoneserwatywny") imperialista o zacięciu militarnym, zatem ta deklaracja jest szczególnie dla nas interesująca. Miłość do ojczyzny i szacunek dla dokonań przodków są wartościami szczególnie często opiewanymi przez artystów brytyjskich, więc takiego zdziwienia nie budzi uczczenie dnia świętego Jerzego przez czcigodną grupę Saxon czy płyty wydawane przez słynnego aktora sir Christophera Lee ku czci jego przodka w prostej linii Karola Wielkiego. Sir Christopher jest najstarszym czynnym artystą heavymetalowym świata.
Pomijając błędy metodologiczne, musimy pamiętać, iż teksty zamieszczane w "Egzorcyście" są sporządzane przez specyficznych ludzi. Nie wiem, z jakimi demonami zmagał się w swoim czasie red. Grzegorz Kasjaniuk (autor zamieszczonego świadectwa oraz reportażu o nawróceniu Dave'a Mustaine'a z Megadeth), ale to rzutuje na neofityzm jego podejścia względem chrześcijaństwa. Sądzę, że analogicznie musi pisać wyleczony alkoholik o źródłach, przyczynach swojego nałogu, bo dla niego każdy kontakt z lampką wina może skończyć się oktawą picia na umór. Skoro nie mam - Bogu dzięki - takich doświadczeń, to trudno, abym je w pełni zrozumiał. Pan Kasjaniuk też mógłby mieć kłopoty z przyjęciem do wiadomości, iż spora część konserwatywnych katolików szczególnie się lubuje właśnie w zwalczanym przezeń aktualnie heavy metalu.
)
piątek, 7 marca 2014
Mszaliki dla dzieci - do pobrania
Dawne linki wygasły, więc zgodnie z zamieszczoną prośbą ponownie udostępniam książeczkę do nabożeństwa dla małych dzieci pt. "Msza Święta w obrazkach".
A także "Mszalik dla dziatwy" x. dr Bielawskiego, wydany w zawsze polskim Lwowie AD 1935.
Niestety, nie pamiętam już, który z WKolegów podesłał mi te skany, ale serdecznie i "bezosobowo" za nie dziękuję. Pliki po ściągnięciu wymagają pewnej obróbki (przycięcia w programie graficznym). Może ktoś z Państwa po wprowadzeniu tych korekt zechce ponownie załadować Mszalik dla dziatwy do internetu?
A także "Mszalik dla dziatwy" x. dr Bielawskiego, wydany w zawsze polskim Lwowie AD 1935.
Niestety, nie pamiętam już, który z WKolegów podesłał mi te skany, ale serdecznie i "bezosobowo" za nie dziękuję. Pliki po ściągnięciu wymagają pewnej obróbki (przycięcia w programie graficznym). Może ktoś z Państwa po wprowadzeniu tych korekt zechce ponownie załadować Mszalik dla dziatwy do internetu?
środa, 26 lutego 2014
Kolejna głupia, pseudotradycjonalistyczna strona internetowa
Przypadkowo wszedłszy na forum rebelya.pl, by w jednym z wątków dyskusyjnych znaleźć linka do strony "Dla katolików rzymskich integralnych".
Strony i blogi osobiste prezentują różny poziom merytoryczny i zwykle nie zajmuję się nimi, lecz raczej konkretnymi zagadnieniami. Jednak ta strona zasługuje na swoje pięć minut. Tyle wystarczy, by zorjentować się, że jej autor (autorzy?) nie mają zahamowań przed napisaniem żadnej piramidalnej bzdury. Znalazłem tam "101 herezji antypapieża Jana Pawła II", Spisek na konklawe 1958 roku (wersja uzupełniona) oraz Schizmatyckie konsekracje lefebrystów i sedewakantystów.
Słowem, urodzić się tu chce jakiś rodzimy "Mały Kościółek", z jednej strony uznający następców Piusa XII za antypapieży, a z drugiej strony - kwestjonujący wszelkie rozwiązania podejmowane przez różne nurty tradycjonalizmu katolickiego w celu ocalenia Kościoła. Niestety, obok tych głupot pisanych od siebie autor strony "Katolik integralny" zamieszcza całkiem sporo wartościowych, przedsoborowych tekstów teologicznych. Niewprawny czytelnik może się w tem łatwo zgubić, przedczem przestrzegam.
A propos słabych tekstów: w najnowszym numerze "Do rzeczy" pojawia się dzieło sygnowane przez Piotra Kowalczuka pt. "Spisek postępowców: odwołać papieża", który jest tłumaczeniem, streszczeniem, plagiatem, jakkolwiek by to nie nazwać artykułu Antoniego Socciego spolszczonego przez Gajowego Maruchę, analizowanego w poprzednim wpisiem "Młota". W "Do rzeczy" zawsze jest sporo wartościowych tekstów, ale ten się do nich nie zalicza.
Strony i blogi osobiste prezentują różny poziom merytoryczny i zwykle nie zajmuję się nimi, lecz raczej konkretnymi zagadnieniami. Jednak ta strona zasługuje na swoje pięć minut. Tyle wystarczy, by zorjentować się, że jej autor (autorzy?) nie mają zahamowań przed napisaniem żadnej piramidalnej bzdury. Znalazłem tam "101 herezji antypapieża Jana Pawła II", Spisek na konklawe 1958 roku (wersja uzupełniona) oraz Schizmatyckie konsekracje lefebrystów i sedewakantystów.
Słowem, urodzić się tu chce jakiś rodzimy "Mały Kościółek", z jednej strony uznający następców Piusa XII za antypapieży, a z drugiej strony - kwestjonujący wszelkie rozwiązania podejmowane przez różne nurty tradycjonalizmu katolickiego w celu ocalenia Kościoła. Niestety, obok tych głupot pisanych od siebie autor strony "Katolik integralny" zamieszcza całkiem sporo wartościowych, przedsoborowych tekstów teologicznych. Niewprawny czytelnik może się w tem łatwo zgubić, przedczem przestrzegam.
A propos słabych tekstów: w najnowszym numerze "Do rzeczy" pojawia się dzieło sygnowane przez Piotra Kowalczuka pt. "Spisek postępowców: odwołać papieża", który jest tłumaczeniem, streszczeniem, plagiatem, jakkolwiek by to nie nazwać artykułu Antoniego Socciego spolszczonego przez Gajowego Maruchę, analizowanego w poprzednim wpisiem "Młota". W "Do rzeczy" zawsze jest sporo wartościowych tekstów, ale ten się do nich nie zalicza.
czwartek, 13 lutego 2014
Rewelacje pana Socciego i spółki
Wraz z pierwszą rocznicą zapowiedzi abdykacji Ojca Świętego Benedykta XVI uaktywniły się głosy kwestionujące ważność tej rezygnacji. Liderem w ww. zakresie jest znany fatimolog x. Paweł Kramer , który pod koniec listopada 2013 r. najprzód nie zdzierżył franciszkowej adhortacji apostolskiej Evangelii Gaudium i przyjął bynajmniej nie bezpodstawnie pozycję sedewakantystyczną, by chwilę później ogłosić, że rezygnacja Benedykta XVI jako wymuszona jest nieważna i on sam wciąż traktuje biskupa Józefa Ratzingera jako panującego papieża.
Znany włoski watykanolog Antoni Socci poszedł tym tropem i ogłosił w ostatnich dniach teksty drążące temat. Są one dostępne na jego stronie internetowej i łatwiej je tam czytać niż u Dextimusa. A najlepiej jest skorzystać z translacji Gajowego Maruchy, który chyba niesłusznie się zastrzega co do możliwej niepoprawności tłumaczenia.
Komentując te rewelację powtórzę słowo w słowo to, com napisał rok temu:
Sądzę, iż kard. Józef Ratzinger został papieżem z ... konieczności, chcąc choć trochę uporządkować obserwowany przez lata posoborowy burd... tj. bałagan. Benedykt XVI chyba nigdy w życiu nie marzył o funkcji biskupa Rzymu, zawsze wypełniając tę funkcję w sposób skromny, wręcz nieśmiały. Chciał być kapłanem, biskupem, kardynałem i pozostawać teologiem - myślicielem, profesorem, nauczycielem. Ale liderem miliardowej organizacji w krytycznym dla niej momencie transformacji ?! Wątpię, bardzo w to wątpię. To nie jest typ człowieka, który zwłaszcza w wieku 85 lat motywowałby się do pracy poprzez konflikty i starcia, w które wchodziłby z impetem szarżującego hipopotama. Ojciec Święty chciał zmieniać Kościół swoim dobrym przykładem, miłością i łagodnością. Nie karał tych, których powinien karać; nie degradował, nie usuwał ze stanowisk tych, których powinien wysyłać na zieloną trawkę. Być może liczył, że jego polityka miłosierdzia pozwoli mu na tyle ustabilizować Watykan i cały Kościół, że będzie mógł spokojnie abdykować i spędzić ostatnie lata życia z muzyką, przyrodą i kotami. Nie było mu to dane, gdyż zarówno Vatileaks jak i inne afery charakteryzował ten sam mechanizm, coraz większego poczucia bezkarności kurjalistów, o którym pisałem dwa lata temu:
No więc właśnie: poprzez praktykę dnia codziennego Benedykt XVI dostrzegał, iż jego współpracownicy kurjalni wprawdzie dzielili się na tych, co mu potakiwali z uśmiechem i tych, którzy trwali w biernym oporze, ale w praktyce wszyscy realizowali własne zamysły. Zabrakło tak zwanych "państwowców"; zabrakło ludzi idei, którzy wdrażaliby pomysły swego szefa. Miał rację Stalin mówiąc, że "Кадры решают все". Benedykt XVI nie mógł osiągnąć doczesnego sukcesu nie prowadząc dobrej polityki kadrowej.
Czy jest zawiązany spisek przeciw Kościołowi i papiestwu? Z pewnością tak, ale jako element odwiecznej wojny dobra ze złem, która trwa od czasu buntu Lucyfera. Jej nowożytny etap rozpoczęła organizacja lóż masońskich, aspirujących do rządu dusz nad ludzkością i zamiany dekalogu na antywartości, które znamy jako "prawa człowieka". Dla powodzenia tego spisku nie jest konieczna śmierć starego papieża, lecz narastający chaos w Kościele. Nasi wrogowie doskonale znają stwierdzenia takie jak tertuljanowe "krew męczenników jest nasieniem Kościoła" i z pewnością byliby bardzo powsciągliwi, by przysporzyć nam kolejnego męczennika.
Jak Państwo myślą, czy łatwo jest zaszantażować osiemdziesięciopięcioletniego starca? Czym można go szachować, jeśli nie ma dzieci, wnuków, a codziennie jest spotwarzany przez najrozmaitsze szumowiny z całego świata ? Co jeszcze można wywlec człowiekowi, do którego przynależności w Hitlerjugend i Wehrmachcie niesposób się przyczepić? Zapewniam Państwa, że gdyby było coś takiego w życiorysie Benedykta XVI i byłby on podatny na szantaże, to nigdy nie zobaczylibyśmy Summorum Pontificum.
Wróćmy do Socciego. Druga część jego argumentacji
napotyka na jeden problem: renuncjacja Benedykta XVI nie miała precedensu w czasach nowożytnych. Historję tworzy układ pomiędzy skromnym człowiekiem miłującym porządek i elegancję a człowiekiem trzymającym się z dala nie tylko od konwenansów ale i od savoir vivre'u. W tej relacji na szczęście wahadło jest przechylone na stronę pierwszego z wymienionych. Papież senior zachowuje się jak większość emerytowanych ordynarjuszów, którzy też przecież są "wymysłem" ostatnich 40 lat.
Czemu Antoni Socci pisze swoje teksty ? Sądzę, że dla rozgłosu. Dziennikarze po to zazwyczaj piszą. To jest najprostsze i najlepsze wyjaśnienie. Zauważmy, że nawet gdyby miał on rację, to raczej nie pojawią się żuawi, którzy ruszą na Watykan, obalą "uzuraptora", przywrócą prawowitego papieża na tron i uprzątną teren. Równocześnie, ujawnienie prawdy o nieważności abdykacji Benedykta XVI byłoby dlań wyrokiem śmierci. Ludzie, którzy mieliby go szantażować, z pewnością znaleźliby sposób, by szybko go życia pozbawić.
Legenda o ukrytym pontyfikacie Benedykta XVI może wejść do kanonu tradibaśni, obok papiestwa Józefa kardynała Siriego, jakie wtajemniczeni dostrzegają w wielu odniesieniach w powieściach Jana Raspaila (Pierścień Rybaka, Sire). Ale sądzę, że jej faktyczne miejsce jest obok kota w butach i złotej kaczki. Nie sprowadzajmy do tego poziomu dziedzictwa wielkiego myśliciela, który najpierw uformował się jako bardzo progresywny teolog, by przez całe życie maszerować w stronę katolickiej prawowierności. Niecałe dziesięć lat od śmierci Jana Pawła II wystarczyło, by zanikło "Pokolenie JP2". Ufam, że "pokolenie Benedykta XVI" lepiej przetrwa próbę czasu. Zasługuje na to.
Znany włoski watykanolog Antoni Socci poszedł tym tropem i ogłosił w ostatnich dniach teksty drążące temat. Są one dostępne na jego stronie internetowej i łatwiej je tam czytać niż u Dextimusa. A najlepiej jest skorzystać z translacji Gajowego Maruchy, który chyba niesłusznie się zastrzega co do możliwej niepoprawności tłumaczenia.
Latem roku 2011 uzyskałem z wiarygodnego źródła informację, iż Benedykt XVI podjął decyzję o abdykacji z chwilą ukończenia 85 lat, czyli w kwietniu 2012. Mój artykuł na ten temat (25.09.2011) został skwitowany lawiną komentarzy, iż uwłaczam Watykanowi – a później wypominano mi, iż moja przepowiednia się nie ziściła. Odpowiedziałem, iż podówczas papież znajdował się w epicentrum burzy Vatileaks, więc nie mógł zrezygnować. Ale po zamknięciu tej sprawy 11.02.2013 Benedykt ogłosił swą dramatyczną decyzję – przed ukończeniem 86-go roku życia.
Wczoraj (11.02.2014) kardynał Bertone ujawnił, iż papież dojrzewał przez pewien czas do tej decyzji i rozmawiał z nim w połowie 2012 roku. Zdecydował się opóźnić swą abdykację ze względu na aktualne, burzliwe dla Watykanu, okoliczności. Decyzję powziął jednak w kwietniu 2012 roku, czyli tak, jak napisałem.
Zastanawiałem się, skąd moje źródła informacji mogły to na pewno wiedzieć już dwa lata wcześniej? Czyżby jakieś osoby w otoczeniu papieża zawczasu uzgodniły coś ponad jego głową?
Komentując te rewelację powtórzę słowo w słowo to, com napisał rok temu:
Przy obecnym stanie wiedzy na temat przyczyn abdykacji Benedykta XVI skłaniałbym się do hipotezy, że Papież podjął tę decyzję, bo ... chciał. Kilkukrotnie wcześniej pojawiały się półsłówka, symptomy, gesty wskazujące, iż papa Ratzinger dopuszcza zakończenie posługi papieskiej przed śmiercią.
Sądzę, iż kard. Józef Ratzinger został papieżem z ... konieczności, chcąc choć trochę uporządkować obserwowany przez lata posoborowy burd... tj. bałagan. Benedykt XVI chyba nigdy w życiu nie marzył o funkcji biskupa Rzymu, zawsze wypełniając tę funkcję w sposób skromny, wręcz nieśmiały. Chciał być kapłanem, biskupem, kardynałem i pozostawać teologiem - myślicielem, profesorem, nauczycielem. Ale liderem miliardowej organizacji w krytycznym dla niej momencie transformacji ?! Wątpię, bardzo w to wątpię. To nie jest typ człowieka, który zwłaszcza w wieku 85 lat motywowałby się do pracy poprzez konflikty i starcia, w które wchodziłby z impetem szarżującego hipopotama. Ojciec Święty chciał zmieniać Kościół swoim dobrym przykładem, miłością i łagodnością. Nie karał tych, których powinien karać; nie degradował, nie usuwał ze stanowisk tych, których powinien wysyłać na zieloną trawkę. Być może liczył, że jego polityka miłosierdzia pozwoli mu na tyle ustabilizować Watykan i cały Kościół, że będzie mógł spokojnie abdykować i spędzić ostatnie lata życia z muzyką, przyrodą i kotami. Nie było mu to dane, gdyż zarówno Vatileaks jak i inne afery charakteryzował ten sam mechanizm, coraz większego poczucia bezkarności kurjalistów, o którym pisałem dwa lata temu:
Jest wszakże w „kłopotach pijarowskich” Benedykta XVI jedna rzecz, która zadziwia. Mianowicie, wytworzył się na Watykanie unikalny model, zgodnie z którym jedynym odpowiedzialnym za faktyczne lub urojone gafy i błędy Papieża jest … on sam. Czy to w sprawie przemówienia antyislamskiego w Ratyzbonie AD 2006, czy przy „aferze negacjonistycznej” biskupa Williamsona FSSPX, czy to przy nominacji Stanisława Wielgusa na arcybiskupa warszawskiego, czy w każdej innej opisywanej przez Rodariego i Tornielliego – nie spadają głowy zdymisjonowanych urzędników czy dyplomatołków. Wręcz przeciwnie, bywają oni doceniani kolejnymi awansami – chyba tylko po to, by nie szkodzili na dotychczasowych stanowiskach i osiągali sobie przeznaczone pułapy niekompetencji. Zaś Benedykt XVI pisze osobiste listy wyjaśniające motywy swoich decyzyj, przeprasza i wyraża skruchę. Nie znam za dobrze atmosfery panującej na watykańskich korytarzach, ale wątpię, by po kilku takich akcjach zostało choć 50 % wcześniejszej karności i dyscypliny w pracujących tam monsignorach. Taka postawa Ojca Świętego bardzo szkodzi wdrażanym przezeń reformom: prawa pozostają na papierze a nie podlegają procesom instytucjonalizacji.
No więc właśnie: poprzez praktykę dnia codziennego Benedykt XVI dostrzegał, iż jego współpracownicy kurjalni wprawdzie dzielili się na tych, co mu potakiwali z uśmiechem i tych, którzy trwali w biernym oporze, ale w praktyce wszyscy realizowali własne zamysły. Zabrakło tak zwanych "państwowców"; zabrakło ludzi idei, którzy wdrażaliby pomysły swego szefa. Miał rację Stalin mówiąc, że "Кадры решают все". Benedykt XVI nie mógł osiągnąć doczesnego sukcesu nie prowadząc dobrej polityki kadrowej.
Czy jest zawiązany spisek przeciw Kościołowi i papiestwu? Z pewnością tak, ale jako element odwiecznej wojny dobra ze złem, która trwa od czasu buntu Lucyfera. Jej nowożytny etap rozpoczęła organizacja lóż masońskich, aspirujących do rządu dusz nad ludzkością i zamiany dekalogu na antywartości, które znamy jako "prawa człowieka". Dla powodzenia tego spisku nie jest konieczna śmierć starego papieża, lecz narastający chaos w Kościele. Nasi wrogowie doskonale znają stwierdzenia takie jak tertuljanowe "krew męczenników jest nasieniem Kościoła" i z pewnością byliby bardzo powsciągliwi, by przysporzyć nam kolejnego męczennika.
Jak Państwo myślą, czy łatwo jest zaszantażować osiemdziesięciopięcioletniego starca? Czym można go szachować, jeśli nie ma dzieci, wnuków, a codziennie jest spotwarzany przez najrozmaitsze szumowiny z całego świata ? Co jeszcze można wywlec człowiekowi, do którego przynależności w Hitlerjugend i Wehrmachcie niesposób się przyczepić? Zapewniam Państwa, że gdyby było coś takiego w życiorysie Benedykta XVI i byłby on podatny na szantaże, to nigdy nie zobaczylibyśmy Summorum Pontificum.
Wróćmy do Socciego. Druga część jego argumentacji
Oprócz słów istnieje język gestów. Z tego, co widzimy, Benedykt XVI zdecydował się nadal pozostać “na dworze Piotra”, nadal ubiera się na biało, pozwala się nazywać “emerytowanym papieżem” i nadal używa imienia Benedykt XVI, nawet w dokumentach. Nie zmienił również swego herbu mimo sugestii Watykanu.
Wiemy, że w Kościele istnieje także “ciche nauczanie”. Być może tak jest i w tym przypadku.
Postscriptum
Chcę zacytować piękny i znaczący tweet papieża Franciszka: ”Dziś wzywam was do modlitwy o Jego Świątobliwość Benedykta XVI, człowieka wielkiej odwagi i pokory”.
napotyka na jeden problem: renuncjacja Benedykta XVI nie miała precedensu w czasach nowożytnych. Historję tworzy układ pomiędzy skromnym człowiekiem miłującym porządek i elegancję a człowiekiem trzymającym się z dala nie tylko od konwenansów ale i od savoir vivre'u. W tej relacji na szczęście wahadło jest przechylone na stronę pierwszego z wymienionych. Papież senior zachowuje się jak większość emerytowanych ordynarjuszów, którzy też przecież są "wymysłem" ostatnich 40 lat.
Czemu Antoni Socci pisze swoje teksty ? Sądzę, że dla rozgłosu. Dziennikarze po to zazwyczaj piszą. To jest najprostsze i najlepsze wyjaśnienie. Zauważmy, że nawet gdyby miał on rację, to raczej nie pojawią się żuawi, którzy ruszą na Watykan, obalą "uzuraptora", przywrócą prawowitego papieża na tron i uprzątną teren. Równocześnie, ujawnienie prawdy o nieważności abdykacji Benedykta XVI byłoby dlań wyrokiem śmierci. Ludzie, którzy mieliby go szantażować, z pewnością znaleźliby sposób, by szybko go życia pozbawić.
Legenda o ukrytym pontyfikacie Benedykta XVI może wejść do kanonu tradibaśni, obok papiestwa Józefa kardynała Siriego, jakie wtajemniczeni dostrzegają w wielu odniesieniach w powieściach Jana Raspaila (Pierścień Rybaka, Sire). Ale sądzę, że jej faktyczne miejsce jest obok kota w butach i złotej kaczki. Nie sprowadzajmy do tego poziomu dziedzictwa wielkiego myśliciela, który najpierw uformował się jako bardzo progresywny teolog, by przez całe życie maszerować w stronę katolickiej prawowierności. Niecałe dziesięć lat od śmierci Jana Pawła II wystarczyło, by zanikło "Pokolenie JP2". Ufam, że "pokolenie Benedykta XVI" lepiej przetrwa próbę czasu. Zasługuje na to.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






