sobota, 17 sierpnia 2013

Ciemna strona "Religii rocka"

W związku z awanturą z opracowaniami x. Przemysława Sawy na temat zagrożeń duchowych, zawierających miedzy innemi listę zespołów satanistycznych temat ten ponownie stał się modny. Portal "Fronda" zamieścił wywiad z dr. Sławomirem Hawryszczukiem, autorem książki pt. „Religia rocka”. Rozmowę przeczytałem z zainteresowaniem, mając nieco zastrzeżeń do podejścia zaprezentowanego przez Autora np. względem umieszczania w piosenkach przekazów możliwych do usłyszenia jedynie przy wstecznym odtworzeniu nagrania i postarałem się o "Religię rocka". Na jej okładce krótka notatka: Sławomir Hawryszczuk – z wykształcenia filozof i teolog, kompozytor, poeta …. Słowem, człowiek renesansu.



Hmmmm … Obawiam się ludzi nazbyt wszechstronnych. Niestety, często od interdyscyplinarności do dyletanctwa jest tylko jeden krok. Są dziedziny, w których oczytanie, a wiec zapoznanie się z wieloma opracowaniami, nigdy nie da takiej wiedzy jak analiza źródeł. Mam tu na myśli znajomość tematu na poziomie ogólnym; nie na szczegółowym, na którym trzeba pracować na źródłach.

Książkę zdobi podtytuł "ciemna strona muzyki rozrywkowej", a wszystko to jest opisywane na niemal 250 stronach. Hawryszczuk ma ambicję, by naświetlać dość gruntownie opisywane tematy, dlatego rozpoczyna dziełko od przebieżki po całej historji muzyki, począwszy od Mezopotamji, poprzez muzykę średniowiecza, aż po czasy współczesne. Analogicznie jest z kolejnemi rozdziałami. Te wprowadzenia są takie sobie: ignorantowi nie rozjaśnią w głowie z uwagi na szereg nic mu nie mówiących nazwisk, terminów i hermetyczny język, a osoba przynajmniej „średnio zaawansowana” będzie znała z innych źródeł lepsze wyjaśnienia problemów. Niestety też od samego początku mieszają się w książce tezy z faktami a prawda z fałszem. Autor pisze wszystko, co wie, ale nie wie wszystkiego, co pisze.

Rozdział 1 - Początki przemysłu muzyki rozrywkowej - zawiera streszczenie dokumentów masońskich z wieków XVIII i XIX, wytycznych Kominternu sprzed II wojny światowej, wszystkich postulujących dokonanie przewrotu kulturowego oraz opis egzorcyzmu dokonanego AD 1950 przez kalifornijskiego ... pastora, podczas którego zły duch miał zapowiedzieć, że diabły zawładną młodzieżą Ameryki. Niestety, w tym samym rozdziale wydaje się, że diabły kierują też Hawryszczukiem, bo ów wymienia jako prekursorów hard rocka zespół The Beatles, zaś wśród pierwszej fali tej muzyki wskazuje niejakiego Petera Townhauda z grupy The Moods. Ani piszący tę recenzję ani google nie znają ani takiej grupy ani tego muzyka, występuje on jedynie w polskojęzycznych opracowaniach rozmaitych Sawów i Hawryszczuków, którym zapewne chodzi o muzyka The Who Pete'a Townsenda, biseksualistę, komunistę i propagatora rozmaitych "mądrości" dalekowschodnich.

Rozdział 2 traktuje o zachowaniach gwiazd muzyki rozrywkowej. Ot, taka kompilacja skandali, jaką można przeczytać na jakimś internetowym "pudelku". Nie czuję się szczególnym ekspertem od tej części książki i przeczytałem ją dość pobieżnie. Ale jeśli Autor pisze, że muzycy z grupy Kiss "na koncertach dawali cyrkowe popisy seksualne", to chyba nadmiernie zaufał jakimś protestanckim fantastom z USA lub coś niedokładnie przetłumaczył z angielskiego na polski. Na innych stronach książki pada proste wytłumaczenie, czemu "artyści" tak lubią skandalizować: bo to zapewnia im rozgłos. A czemu lubimy czytać o wynaturzeniach i grzechach ?! Czy to nie bardziej naturalne wytłumaczenie problemu niż notoryczne poszukiwanie masonów, iluminatów i tym podobnych ?

Jakieś 10 spośród 40 stron Rozdziału 3 - Okultyzm, magia, satanizm - ukryte oblicze rocka jest poświęconych powiązaniom masońskim kompozytorów klasycznych - Mozarta, Sibeliusa, Beethovena, Legrosa, Liszta, Verdiego i innych. Dowiadujemy się, że "współcześni kompozytorzy związani z kołami iluminatów to między innymi Szwed Jens Johansson i Fin Joonas Kokkonen. Obaj w 1984 roku uczestniczyli w koncercie zorganizowanym na 60-lecie Wielkiej Loży Finlandii". Ciekawe, czy Autor ma świadomość, że drugi z wymienionych był onego czasu jednym z czołowych fińskich kompozytorów, kimś o randze Pendereckiego czy Góreckiego w Polsce, a pierwszy z wymienionych - dwudziestolatkiem, który w zasadzie nie rozpoczął wówczas jeszcze kariery najsłynniejszego klawiszowca na scenach heavy metalowych ? Zapewne nie, po prostu przepisał skądś oba te nazwiska i zrobił z Jensa wiodącego skandynawskiego kompozytora.

Polscy masoni w muzyce to m.in. Karol Kurpiński, Michał Kleofas Ogiński i być może także Chopin. Po wymienieniu tych nazwisk pędzimy dalej, czytając o sataniźmie, Aleisterze Crowley'u i Antonie La Vey'u.

Dla Autora może to być najważniejszy rozdział, skoro główną tezą jego dzieła jest, iż przemysł związany ze współczesną muzyką rozrywkową, a zwłaszcza rockową, może być skonstruowany celowo, aby osiągnąć demoralizację człowieka Zachodu. Myślę, że teza ta jest mocno przesadzona i nieprecyzyjna. W XXI wieku dobitnie widać, iż system demokratyczny krajów cywilizacji zachodniej stanowi spreparowaną fasadę, za którą kryją się faktycznie rządzący. Kręgom tym może zależeć, aby sterowane masy były niewykształcone i niemoralne, bo takimi ludźmi się łatwiej steruje. Równocześnie, rola „autorytetów moralnych”, a więc aktorów, muzyków i literatów legitymizujących ten układ jest nie do przecenienia, a rewersem tej umowy jest dyktatura „praw autorskich” uprzywilejowująca przedstawicieli i reprezentantów wyżej wymienionych zawodów. Można też sądzić, że wielu ludzi, być może więcej niż we wcześniejszych stuleciach, podpisuje pakt z diabłem w celu osiągnięcia korzyści doczesnych. Nie lekceważę zatem zjawisk opisanych przez Hawryszczuka, lecz chciałbym nadać im właściwą proporcję, istotnie różną od przedstawianej tu karykatury. Muzyka rockowa nigdy nie była, nie jest i nie będzie głównem złem tego świata.

Analizy dra Hawryszczuka rozpoczynają się od czegoś, co budzi grozę – opisu płyty Beatlesów z 1968 r. pt. … Devil's White Album. Grozę budzi w szczególności skrajna niekompetencja Autora, który powtarza tę nazwę na str. 91 i 92. Dla niezorientowanych: odnośna płyta ma tytuł „The Beatles” i najczęściej mówi się o niej jako o „White Album”, „Białej Płycie”, z uwagi na kolor okładki. Dodanie do niej jeszcze diabła to jak zacytowanie nonsensopedii w pracy doktorskiej. Nie potrzeba wiele wysiłku w czasach google, by cytat z wypowiedzi Lennona (Chrześcijaństwo zniknie straci swą moc, rozpadnie się. Nie muszę się nad tym zastanawiać. Mam słuszność i historia przyzna to. Już teraz jesteśmy bardziej popularni niż Jezus Chrystus. Zastanawiam się, kto zniknie pierwszy, Rock and roll czy chrześcijaństwo. ) poprawnie zlokalizować w czasie, tj. datować go na 4 marca 1966, a nie rok 1968, jak czyni Hawryszczuk.

Reszta rozdziału to ponowne jedno-, dwuzdaniowe przeskakiwanie z zespołu na zespół, z nurtu na nurt, by pokazać, jak wiele współczesnych teledysków, piosenek etc. jest nasyconych symboliką masońską, okultystyczną, satanistyczną. Wszystko to bez ładu i składu, bo raz pisze w miarę z sensem o współczesnym blackmetalowcu Nergalu, choć na stronie wcześniejszej (s. 94) palnął: „Członkowie hardrockowego zespołu Deep Purple podczas koncertów demonstrowali przenoszenie przedmiotów siłą myśli”. Przeczytałem w życiu wiele bzdur na temat muzyki rockowej, ale ta jest chyba największa.

Oczywiście krytyka Nergala i jego Behemotha powinna być znacznie bardziej pogłębiona, ale na to nie stać Hawryszczuka. Dla niego wszystkie współczesne nurty muzyczne zdają się być równie złe, przez co nie pisze tego, co w tym rozdziale powinien był zawrzeć. Choćby o fascynacjach okultystycznych lidera Theriona, skądinąd znakomitego kompozytora Christofera Johnssona, który korzysta z tekstów pisanych m.in. w języku enochiańskim przez Thomasa Karlssona i uczestniczy w kierowanym przezeń zakonie Dragon Rouge. Organizacja ta jest ponoć najdynamiczniej rozwijającym się stowarzyszeniem praktyków czarnej magji w Europie Środkowej i Północnej i mówi się, iż właśnie do niej należy m.in. „jasełkowy satanista” „jasełkowego księdza” Adama Bonieckiego.

Zostawiamy znaną tylko naszemu Autorowi organizację „Garry Funkell”, która rzekomo „obrała sobie za cel promowanie artystów, których twórczość była nasycona ideologią okultyzmu i wątkami satanistycznymi” i pomniejsze bzdury i kierujemy się do Rozdziału 4 – Backward Masking Process w muzyce rozrywkowej. Chodzi tu o umieszczanie w nagraniach wmiksowanych przesłań, które słychać jedynie wtedy, gdy się puści taśmę w przeciwnym kierunku. Domniemania te były bardzo częste jakieś 30 lat temu, gdy nie było łatwo odtworzyć nagrania od tyłu. Dziś każdy może to zrobić z plikiem muzycznym, używając oprogramowania umieszczonego w komputerze osobistym klasy PC. U autorów plagiatujących lub bezmyślnie przepisujących prace fundamentalistów protestanckich „badających” podówczas rocka do tematu tego wciąż przywiązuje się niesamowitą wagę, w ogóle nie zastanawiając się, czemu proceder ten miał występować od lat 60-tych po 80-te XX wieku. W pułapkę tę wpadł również Sławomir Hawryszczuk.

Wmiksowywanie jakichś nieczytelnych „od przodu” treści do nagrań jest dostrzegalne. Równocześnie mnóstwo treści antychrześcijańskich czy demoralizujących prezentowanych jest jawnie, stając się nawet przyczyną czyjejś sławy. Po cóż więc, na skalę wręcz masową, mieliby producenci nagrań stosować backward masking ? Większość przykładów w omawianym zakresie, prezentowanych przez Hawryszczuka, które miałem okazję odsłuchać w internecie, wydaje się być przynajmniej naciąganych.

Znaczna część tego rozdziału znów powraca do tematyki okultyzmu i satanizmu w hard rocku. Ponownie pojawiają się tu „zapożyczenia” z innych, analogicznych dziełek amerykańskich, którym bezkrytycznie ufa Autor. Stąd takie passusy: „Na jednym z przyjęć dla brytyjskich dziennikarzy Black Sabbath odprawił fragment czarnej mszy, demonstrując zebranym ofiarowanie Szatanowi młodej dziewczyny, Zespół nie ukrywał, że przed każdym koncertem uczestniczy w takim obrządku, posiłkując się niewinnością rzeczywistej dziewicy, którą ofiarowuje Szatanowi na ołtarzu skropionym krwią koguta”. Po takiej bzdurze oskarżenie Ozzy'ego Osbourne'a o mordowanie kotów podczas koncertów (s. 122) to pikuś.

Patrząc na skalę niekompetencji Autora można się wręcz zastanawiać, czy Sławomir Hawryszczuk nie jest jakimś kryptosatanistą, który zamiast zająć się tematem i ogarnąć w nim rzeczy istotne, a więc fascynacje okultyzmem np. Geezera Butlera (Black Sabbath), Ritchiego Blackmore'a (Deep Purple oraz Rainbow), a zwłaszcza Jimmy'ego Page'a (Led Zeppelin) nie pisze na te tematy za wiele konkretnego, a szczątkowe informacje prawdziwe poświęcone Sabbs czy Zeps toną w powodzi rzeczy zupełnie nieistotnych tudzież nieprawdziwych. Książka jest w swej całości kompromitacją i jej wybrane fragmenty mogą stanowić znakomity argument, iż wszelka krytyka współczesnej muzyki rozrywkowej może być czyniona tylko przez osobę niespełna rozumu.

Wracamy do książki, a konkretnie do Rozdziału 5 – Związki artystów z ideologią New Age. W zasadzie mamy w nim mniej więcej to samo, co we wcześniejszych partjach książki: jako takie wprowadzenie w problematykę, mnóstwo informacji o rozmaitych twórcach i skoki tematyczne: New Age właściwy, problem niezidentyfikowanych obiektów latających czy kościoła wyznawców Elvisa Presley'a.

Wbrew tytułowi książki, dwa ostatnie rozdziały poświęcone są subkulturze techno. Przy ich tworzeniu Autor nie korzystał z niewiele wartych opracowań amerykańskich protestantów, lecz głównie z prac polskich socjologów i kulturoznawców. Nie ma tu list groźnych didżejów i tym podobnych rewelacyj. Te rytmy są jednak jeszcze większym problemem, problemem świata, w którym człowiek staje się coraz mniej istotnym dodatkiem do komputerów. I chyba rozdziały te można ocenić najlepiej, choć również mogłyby być bardziej pogłębione.

W Polsce, przynajmniej od początku lat 80-tych XX wieku muzyka rockowa, była raczej szkołą samodzielnego myślenia niż buntu przeciw społeczeństwu i jego zasadom. Była kontestacją władzy cywilnej, w niewielki sposób krytykującą religię i władze duchowne. Gdy w latach 90-tych oddała pola z jednej strony rodzimemu disco – polo, z drugiej strony – zagranicznej muzyce pop, promowanej przez nowopowstałe media z obcym kapitałem, pozostała niszą, do której ściągali i wciąż ściągają nonkonformiści. Taka jest moja podstawowa diagnoza subkultur najszerzej pojętego rocka w Polsce. Oczywiście, i my mamy własnych satanistów i okultystów, ludzi promujących niemoralność. Ale – ponieważ cała scena rockowa jest relatywnie niewielka, to zbyt częste pisanie o niektórych spośród nich (np. o moim antyulubieńcu, Romanie Kostrzewskim) może być właśnie tą formą promocji, poprzez którą zdobędą większy wpływ na młodzież i społeczeństwo. Niekiedy najskuteczniej jest walczyć ze złem, pomijając w mediach jego obecność. Nieprzypadkowo nasze treści, treści konserwatywno – katolickie – są tak często pomijane przez mainstreamowe media. Uczmy się czegoś od naszych wrogów !

poniedziałek, 29 lipca 2013

Papież Franciszek na ŚDM 2013

Nie śledzę nazbyt dokładnie relacyj z brazylijskich Światowych Dni Młodzieży. Obejrzane w internecie migawki skutecznie zniechęcają do tego, z uwagi na wszechobecne liturgiczne dziadostwo. Jeśli deformy posoborowe było robione w celu narzucenia Kościołowi "szlachetnej prostoty", to u Franciszka prostoty jest tyle, że nawet dla szlachetności miejsca brakuje.



Ciekawsze już mogą być wypowiedzi Papieża kierowane w Brazylii do starszaków. Oto np. przebił się w mediach nius "Papież krytykuje Kościół za to, że traci wiernych na rzecz protestantów". Temat wypowiedzi atrakcyjny dla tradycjonalistów, ale po bliższej analizie wygląda raczej na gieremkowski "fakt prasowy". Wypowiedź Franciszka lepiej oddaje cytat zamieszczony w GWnie: "Czasami tracimy ludzi, ponieważ nie rozumieją, o czym mówimy, ponieważ zapomnieliśmy prostego języka".

Niestety, na oficjalnej stronie Watykanu nie zamieszczono całej tej wypowiedzi po polsku. Ale ani hiszpański oryginał, ani wersja np. anglojęzyczna nie stanowią wprost o ofensywie "zielonych świątków", ich podstępnych metodach, błędach duszpasterskich Kościoła i wreszcie, środkach zaradczych proponowanych przez Franciszka. Papieskie stanowisko pozostaje bardzo ogólne: trzeba się zbliżyć duszpastersko do ludzi, zwłaszcza do wykluczonej biedoty, trzeba zaciśniać solidarność i kolegialność episkopatu.

Rozczarowani ? Bo ja bardzo. Cenię krótkie komentarze Ojca Świętego do codziennej Ewangelii, ale jego wszelkie dłuższe wypowiedzi albo wymagają kreatywnego komentatora (przykład powyżej) albo faktycznie, po wyciśnięciu zawierają niewiele treści o znaczeniu strategicznem. Wszyscy na świecie widzą kryzys Kościoła, mają różne diagnozy i recepty na jego pokonanie. Ale niezbyt rozsądnie na tym tle wygląda wołanie: róbmy to samo, co przez 50 ostatnich lat, tylko, że gorliwiej.

Żeby było zabawniej, w sieci pojawiły się głosy (np. agencja Associated Press, skrupulatnie powtarzana w Polsce), iż mową tą Franciszek w ten sposób bezpośrednio uderzył w "intelektualny styl" Kościoła charakteryzujący pontyfikat jego poprzednika, Benedykta XVI.

Do tej pory nie sądziliśmy, że największym problemem Kościoła brazylijskiego był nadmierny intelektualizm. Myśleliśmy, że było to np. teologja wyzwolenia, zaczadzenie marxizmem i inne choroby o lewicowem podłożu. Teraz już wszystko rozumiemy, prawda? Kryptolefebrysta Benedykt XVI tak umocował złego biskupa Rifana, że ów poprzebierał cały brazylijski "KEP" w złoto i koronki, nakazał im odprawiać Msze Trydenckie, przez co wierni im pouciekali do zielonoświątkowców. Dobrze, że teraz przyszedł dobry papież nr 2, Franciszek i przywraca ład i prostotę.

Byłoby wszakoż za prosto, by na tem zakończyć wpis na blogu. Bo wniosek, że ktoś (ciekawe, kto?) pisze kompletne bzdury nt mów Franciszka, jest i owszem ciekawy, ale chyba lepiej podrążyć treść samych mów.

Zajrzyjmy do wypowiedzi Papieża Franciszka skierowanej do biskupów - delegatów "KEPów" Ameryki Łacińskiej. Kończy ją samokrytyczny zwrot: "Wybaczcie nieład wykładu", z którą to recenzją w pełni się zgadzam. Trudno bowiem poktraktować tę wypowiedź jako programową w pozytywnem rozumieniu. Sporo negatywnych uwag, piętnujących tendencje, z któremi Ojciec Święty się nie zgadza, to zdecydowanie za mało. Od papieża wymaga się więcej niż tylko poganiania: "Kościół ma służyć". Od papieża jak od każdego inteligentnego człowieka wymaga się, aby używał słów zgodnie z ich tradycyjnem znaczeniem. Jeśli Fraciszek mówi, że piętnuje gnostycyzm czy pelagianizm, a faktycznie dowala elitaryzmowi i tradycjonalizmowi, to powstają pytania, czy nie zna znaczenia używanych słów, czy wstydzi się skrytykować bez ogródek pewne formy zachowań kościelnych.

Wreszcie, jeśli dowiadujemy się z franciszkowej wizyty w Ameryce Łacińskiej: "Czasami tracimy ludzi, ponieważ nie rozumieją, o czym mówimy, ponieważ zapomnieliśmy prostego języka", to proszę o podniesienie ręki do góry osoby, które rozumieją te passusy:
Bycie uczniem i misjonarzem to powołanie: jest wezwaniem i zaproszeniem. Daje się w konkretnym „dziś”, ale w „napięciu”. Nie ma statycznego bycia uczniem i misjonarzem. Uczeń i misjonarz nie może posiadać siebie, jego immanencja jest dążeniem ku transcendencji ucznia i ku transcendencji misji.

"Ideologizacja psychologiczna. Chodzi o hermeneutykę elitarystyczną, która w ostateczności sprowadza „spotkanie z Jezusem Chrystusem” i jego dalszy rozwój, do dynamiki samopoznania.

Na zakończenie chciałbym skupić się na kwintesencji franciszkowego podejścia. Nie wiem, czy charakteryzuje ono wszystkich "radykałów", bo mam za małą próbkę badawczą. Ale jeśli do tej pory nie potrafiłbym ściśle zdefiniować, czemu kard. Bergoglio był nieskutecznym pasterzem swej archidiecezji i czemu spustoszy Kościół Zachodni, teraz mogę argumentować używając jego słów, wskazując co krytykuje:
Funkcjonalizm. Jego działanie w Kościele jest paraliżujące. Bardziej niż samym podążaniem postawa taka entuzjazmuje się „wykresem planowania marszruty”. Koncepcja funkcjonalizmu nie toleruje tajemnicy, dąży do skuteczności. Sprowadza rzeczywistość Kościoła do struktury organizacji pozarządowej. Liczą się jedynie sprawdzalne wyniki i statystyki. Stąd można przejść do wszystkich modeli przedsiębiorczych Kościoła. Stanowi on swego rodzaju „teologię dobrobytu” w aspekcie organizacyjnym duszpasterstwa.

Powiedzcie sami, co może wyjść dobrego z równoczesnego:
- odrzucania i niszczenia coraz to innych elementów tożsamości instytucjonalnej Kościoła,
- odrzucania zdrowego rozsądku, który nakazuje nam planować działania i weryfikować ich skuteczność.
- and last but not least: pseudointelektualnego bełkotu ...

Bo mnie się wydaje, że nic nie może. Wprawdzie czasem zdarzają się cuda, ale można o nie prosić Boga dopiero wtedy, gdy się rzetelnie zrobiło wszystko, co jest w ludzkiej mocy.

poniedziałek, 15 lipca 2013

x. Lemański prosi się o suspensę

Dzieje się! Wczoraj, do 21:00 x. Wojciech Lemański miał opuścić parafję pw. Narodzenia Pańskiego w Jasienicy, ale postanowił raz jeszcze postawić na swoim i nie wykonał dekretu JE arcybiskupa Henryka Hosera. Jeśli spotkanie Lemańskiego z emisarjuszami kurji warszawsko – praskiej zostało choć w części rzetelnie opisane przez GW, to były proboszcz winien jest gigantycznego zgorszenia wiernych z własnej parafji. Nie można wykluczyć (vide: mój poprzedni komentarz ), że obie strony sporu nie są szczególnie biegłe w prawie kanonicznem, a po niektórych wymienionych w tekście kapłanach nie spodziewałbym się ponadto jakiejś szczególnej wrażliwości.

Temniemniej sprawa jest coraz prostsza: Lemański nie ma prawa stawiać warunków wykonania dekretu, a prawo kanoniczne w przypadku dekretów administracyjnych nie przewiduje, iż apelacja zawiesza wykonanie woli ordynarjusza. Rację ma tu x. Michalczyk, komentujący sprawę dla Tok FM, choć nie wiem, na jakiej podstawie sugeruje, iż x. Lemański nie ma jurysdykcji. Jest to swego rodzaju antycypowanie działań Arcybiskupa Hosera, Sądzę, iż w najbliższych dniach podejmie on działania w tym kierunku oraz nałoży na nieposłusznego karę suspensy. Takoż przewiduje i red. Krzyżak w „Rzeczpospolitej”.



Przypomnę, iż niemal analogiczna awantura miała miejsce niemal 10 lat temu w archidiecezji gdańskiej. Arcybiskup Gocłowski odwołał wówczas z funkcji proboszcza parafji pw. św. Brygidy śp x. Henryka Jankowskiego, który – wbrew spekulacjom medialnym – poddał się woli ordynarjusza i nie pisał rekursu na Watykan.

Wracając do naszych baranów … Życzyłbym sobie, aby moja kurja wysyłała do Jasienicy lepszych dyplomatów niż xx. Lipka i Trojanowski. Miejscowi parafjanie są z pewnością całkowicie zdezorientowani, a zatem nasyłanie jednych awanturników na drugiego nie ułatwi zakończenia sporu. To raczej misja dla JE biskupa Marka Solarczyka. Ufam, że ten mądry, dobry człowiek i wrażliwy duszpasterz byłby w stanie zasypać coraz głębsze okopy między parafją x. Lemańskiego a resztą diecezji warszawsko – praskiej.

Kończcie natychmiast ten ponury spektakl !!

wtorek, 9 lipca 2013

Lemański, czyli powtórka z Natanka

Opublikowanie dekretu JE abp. Henryka Hosera o usunięciu z urzędu proboszcza w Jasienicy x. Wojciecha Lemańskiego nałożyło się na wieści o odrodzeniu faszyzmu w Elblągu , więc nikogo myślącego chyba nie dziwi, czemu niezbyt istotna decyzja porządkowa dotycząca wiejskiej parafji położonej o 50 km od Warszawy stała się niusem dnia. Trzeba przykryć medialnie realny problem i fajnie, że nie trzeba do tego celu wzywać z urlopu własnych zagończyków. Niech zajadają szczaw, przyglądają się motylom i odpoczywają przed gorącą jesienią.

Przejdźmy do analizy sytuacji, pamiętając, że obaj duchowni wystąpili już raz na scenie Młota na posoborowie, nieco ponad rok temu.

Nie zamierzam dokonywać analizy prawnej biskupiego dekretu, bo ani ze mnie znawca ani miłośnik KPK 1983. Jako miłośnik pięknej polszczyzny krzywię się jednak z niesmakiem na dokument, w którym do jednej osoby pisze się zarówno w pierwszej jak i w trzeciej osobie. Jeszcze mniej podoba mi się brak choćby pogrożenia palcem Lemańskiemu w związku z głoszonemi przezeń błędami ...

Właśnie, jakiemi błędami ? Przeglądając materjały dostępne w internecie nie znalazłem w prosty sposób jakichś ponadprzeciętnych błędów x. Lemańskiego, stanowisk rażąco odbiegających "w lewo" od polskiego, posoborowego mainstreamu. Owszem, jego wypowiedzi w programie żywego Tomasza Lisa



były skrajnie naiwne i nie uwzględniały nikczemności przemysłu stojącego za metodami in vitro. Ale formalnie Lemański nie poparł tej metody. Nie widzę w tych wypowiedziach niczego gorszego od stanowiska abp. Michalika zaprezentowanego w wywiadzie dla Rzeczpospolitej z dnia 28 maja 2013 r. (Metropolita przemyski zdaje się popierać kompromis w sprawie in vitro oraz wcześniejsze regulacje nt. aborcji, aczkolwiek dążyłby do ich późniejszego doprecyzowania zgodnie z zasadami pro life. W ten sposób zmniejsza on szansę na uregulowanie po katolicku kwestji in vitro od razu).

Przypomina mi się sprawa x. Natanka. Również i wtedy hierarchowie posoborowi (kurja krakowska i kard. Dziwisz) nie potrafili celnie i logicznie wskazać i potępić błędów "niepokornego" księdza. Wszystko, co zarzucano Natankowi, wraca i przy Lemańskim: nieposłuszeństwo biskupowi, brak szacunku itp itd. Obaj kapłani oczywiście rażąco naruszyli zasady panujące w Kościele, ale nikt publicznie, w imieniu hierarchji, nie jest uprzejmy, by porozmawiać, choćby i w mediach z każdym z nich i wypunktować błędy.

Podobieństwo kapłanów widać jeszcze w jednem. Każdy z nich posuwa się do insynuacyj względem ordynarjusza. U x. Natanka były to zarzuty chodzenia na pasku masonerji, u x. Lemańskiego są to jakieś dziwne niedomówienia: chce on zarzucić swojemu biskupowi coś tak poważnego, że nie pisze, co.

Przed napisaniem powyższego wpisu chciałem jednoznacznie wesprzeć decyzję mojego Arcybiskupa, nawet biorąc poprawkę na znany mi skądinąd sposób działania kurjalistów, w tem i kurji praskiej. Jednak bliższa analiza przypadku skłania mnie ku nieco większej pościągliwości w sprawie. Oczywiście cieszę się, że tak modernistycznie myślący posoborowy kapłan nie jest proboszczem i nie (de)formuje już sumień wiernych, ale równocześnie nie widzę w pełni przesłanek, że zachowano się fair względem niego jako człowieka.

I jeszcze jedna uwaga. W mrocznych czasach panowania na Pradze generała Sławoja Leszka Głódzia w jawnie bezprawny sposób błyskawicznie usunięto z urzędu proboszcza pewnego bardzo zacnego kapłana. Z tego, co wiem, nie zabezpieczono dobiegającemu wówczas 70tki księdzu tego, co abp Hoser zaproponował x. Lemańskiemu. Nikt się wówczas o sprawie nie dowiedział i o tę osobę nie upominał. Ofiara przyjęła z pokorą niesłuszną karę. Być może powinniśmy być dziś choć trochę być po stronie x. Wojciecha Lemańskiego, nie z uwagi na jego poglądy, lecz z uwagi na szacunek dla każdego człowieka. Wszechwładza kurjalistów uderza w nas tradycjonalistów równie mocno, co w odwołanego proboszcza z Jasienicy. Niech się partacze wezmą do roboty i przestaną robić tyły pryncypałowi. Bowiem niezależnie od tego, że Lemański jako skrajny filosemita jest ulubieńcem wrogów Kościoła, nie trzeba wielkiego wysiłku, by naświetlać ten konflikt z sympatją dla niego.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Allelujki od św. Florjana

Z uwagi na intensywne opady deszczu w niedzielne popołudnie nie dotarłem na Mszę do Zielonki . Oznaczało to bliskie spotkanie trzeciego stopnia z NOMem w godzinach późniejszych. Na chybił trafił wybraliśmy z Żoną NOM o 20tej w praskiej katedrze pw. św. Florjana. Jak się okazało, był to NOM studencki, składający się z bardzo sensownego celebransa i zupełnie doń niedopasowanego chóru młodzieżowego. Oprawcy liturgiczni dawali czadu przez całą godzinę, a to improwizując nad akordami "Nothing Else Matters" Metalliki podczas Kyrie, a to fundując nam jakieś nowe słowa do Gloria, stanowiące wariację nad wersją klasyczną. Ale clou ich koncertu stanowiła pieśń eucharystyczna - "Hallelujah" Leonarda Cohena

Wykon pieśni miał formułę musicalową. Co do formy, nie było najgorzej. Tyle, że treść tej piosenki w oryginale nie jest jakoś szczególnie chrześcijańska

Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah


Your faith was strong but you needed proof
You saw her bathing on the roof
Her beauty in the moonlight overthrew you
She tied you to a kitchen chair
She broke your throne, and she cut your hair
And from your lips she drew the Hallelujah


Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah

a zatem zaśpiewanie jej niezbyt czytelnie po angielsku mogło przynajmniej zastanowić zgromadzonych. Czy poleciał ten tekst? Raczej nie. Jest wysoce prawdopodobne, że wykonano cóś w sakrolyngłydżu z innym tekstem. Ktoś, kto zmienia treść Gloria in excelsis Deo nie powinien mieć przywiązania do jakiegoś szczególnego tekstu, zwłaszcza, że cohenowska "Hallelujah" bywa często modyfikowana.

Mam wszakoż nadzieję, że florjanowi oprawcy liturgiczni nie śpiewają jak leci wszystkiego, co na "alleluję" w tytule. Postaram się tego nie sprawdzać na własne uszy, ale nie zdziwcie się, jak usłyszycie od nich ten szlagier stadionowy



niekoniecznie na NOMie dziękczynnym za zwycięstwa Legii Warszawa.