Dokładnie dwadzieścia lat temu, 25 kwietnia AD 1991, zmarł biskup brazylijskiej diecezji Campos JE Antoni de Castro Mayer. Był jednym z niewielu obrońców wiary katolickiej, którzy nie poddali się "Duchowi Soboru Watykańskiego II", jedynym biskupem diecezjalnym Kościoła w tzw. "Wolnym Świecie", który nie narzucił sobie, swoim kapłanom i wiernym Nowej Mszy. Trwał przy Tradycji katolickiej aż do czasu, gdy został przeniesiony na emeryturę AD 1981, a także i później - tworząc seminarjum kształcące kapłanów dla wiernych z Campos oraz współkonsekrując wraz z JE arcybiskupem Marcelim Lefebvre'm czterech biskupów Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X w Ecône pamiętnego 30 czerwca 1988.
Historja diecezji Campos została bardzo dobrze opisana w artykule opublikowanym kilkanaście lat temu w "Zawsze Wiernych". Serdecznie polecam lekturę tekstu "Campos — brazylijska diecezja na wygnaniu" stanowiącego faktyczne streszczenie dzieła dr. Dawida White'a "Mouth Of The Lion".
Od White'a możemy się dowiedzieć, że rodzina Ekscellencji po mieczu wywodziła się z Bawarji, skąd do Brazylji przyjechał ojciec Biskupa Jan, a także, iż sam Msgr de Castro Mayer był wielkim miłośnikiem ping - ponga. Wreszcie, możemy przeczytać co nieco o samej diecezji Campos oraz o wieloletniej przyjaźni i rozejściu się dróg Biskupa i Pliniusza Corrêa de Oliveira, założyciela Stowarzyszenia Obrony Tradycji, Rodziny i Własności (TFP). Niestety, szczegółów biograficznych odnoszących się do osoby samego Dom Antonio jest relatywnie niewiele.
Wielokrotnie pojawiały się opinje głoszące, że Msgr de Castro Mayer był jakimś szczególnym radykałem. Nic z tych rzeczy. Był konsekwentny w umiłowaniu dobra, piękna i prawdy. Jeśli chodzi o jego stosunek do posoborowia, to warto podkreślić, że nie zakazał kapłanom swej diecezji celebrowania Nowej Mszy. Za jego rządów NOM był odprawiany przez mniejszość duchowieństwa Campos, natomiast formą nauczaną w seminarjum była liturgja przedsoborowa. Mam nadzieję, że doczekamy się na świecie biskupów ordynarjuszy, którzy będą postępować identycznie jak Dom Antonio, do czasu aż Ojciec Święty ostatecznie nie zakaże używania tzw. "zwykłej formy rytu rzymskiego".
Postawa Biskupa Antoniego de Castro Mayera jest szczególnie warta podkreślenia dziś, w przededniu beatyfikacji wieloletniego prześladowcy tradycyjnych katolików z Campos - Jana Pawła II. Mianowany przezeń następca Dom Antonio, bp Karol Navarro zrobił wszystko, by złamać sumienia powierzonego mu duchowieństwa i wiernych. Wprawdzie tego zadania nie wypełnił, ale pacyfikacja diecezji Campos zakończyła się "sukcesem" po około pięciu latach. To znaczy: kapłani tradycyjni musieli pobudować nowe kaplice i świątynie, a we wszystkich oficjalnych parafjach doświadczano jedności liturgicznej przy Novus Ordo. Co z tego, że większość wiernych nie przyjęła deform ? Oczywiście, nic. Karol Navarro został przez Jana Pawła II nagrodzony: mianowano go metropolitą archidiecezji Niterói i pełnił tę funkcję aż do śmierci AD 2003. Tem się różni katolicyzm od posoborowia.
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
sobota, 23 kwietnia 2011
w PJNym widzie
Niezwykle ceniony przezemnie poseł na Sejm RP p. Jan Filip Libicki wystąpił ostatnio z inicjatywą ustawodawczą skierowaną wprost przeciw Radiu Maryja. W notce na blogu wyraził on wątpliwość, czy Radio Maryja wciąż jest "katolickim głosem w naszych domach". Argumenty przeciwko tej tezie wynikają z propisowskiej postawy mediów o. Tadeusza Rydzyka, która powoduje, że mogą one przemilczać inicjatywy autentycznie katolickie, jeśli były lub są one sprzeczne z poglądami liderów PiSu.
Radio Maryja być może nie pełni właściwie swojej funkcji. Ale jakie panaceum proponuje Filip Libicki i jego koledzy z klubu poselskiego "Polska Jest Najważniejsza" ?
Treść projektu ustawy została przekazana do tygodnika Wprost. PJNy proponują nakazać Radiu Maryja (bowiem lista nadawców społecznych obejmuje AD 2011 w Polsce tylko dwa podmioty: Radio Maryja i Radio Fara) aby w przypadku prezentowania w programie treści o charakterze społeczno-politycznym obowiązkiem nadawcy społecznego było zróżnicowanie programu, cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i bezstronnością przekazu.
Programy te powinny, dodajmy:
1) kierować się odpowiedzialnością za słowo i dbać o dobre imię publicznej radiofonii i telewizji,
2) rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą,
3) sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej,
4) umożliwiać obywatelom i ich organizacjom uczestniczenie w życiu publicznym poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk oraz wykonywanie prawa do kontroli i krytyki społecznej.
Warto tu jednak wskazać, że z drugiej strony nadawcy społeczni na mocy art. 4 ustawy o radiofonii i telewizji muszą spełniać następujące warunki:
* upowszechniać działalność wychowawczą i edukacyjną, a także działalność charytatywną;
* respektować chrześcijański system wartości oraz uniwersalne zasady etyki;
* promować postawy patriotyczne oraz historię Polski;
* służyć umacnianiu rodziny;
* służyć kształtowaniu postaw prozdrowotnych;
* służyć zwalczaniu patologii społecznych.
Bardzo łatwo będzie zatem o teoretyczny konflikt pomiędzy pararelnemi zakresami wartości: demokratycznym pluralizmem a chrześcijańskim systemem wartości. Dodajmy, że wprowadzane zapisy są martwe odnośnie do mediów publicznych, które po każdych wyborach stają się łupem Większości parlamentarnej i nie ma w nich miejsca na jakikolwiek pluralizm.
Ale martwe przepisy w mediach publicznych nie muszą być równie nieegzekwowane w mediach społecznych, zwłaszcza jeśli taka byłaby decyzja większości parlamentarnej. Mechanizm proponowany przez PJN może zatem spowodować, że nadawcy społeczni, którymi mogą być zasadniczo wyłącznie media chrześcijańskie, będą zmuszeni do prezentacji na swych falach poglądów antychrześcijańskich. Jestem przekonany, że rozmaite palikoty nie będą miały skrupółów, by wykorzystywać poprawkę PJNu do swych celów.
Jeszcze bardziej wątpliwy jest inny z zapisów PJNu owej nowelizacji:
Art. 117 § 1 ustawy o radiofonii i telewizji otrzymuje brzmienie:
„§ 1. Komitetom wyborczym, których kandydaci zostali zarejestrowani przysługuje, w okresie od 15 dnia przed dniem wyborów do dnia zakończenia kampanii wyborczej, prawo do rozpowszechniania nieodpłatnie audycji wyborczych, w programach publicznych i społecznych nadawców radiowych i telewizyjnych na koszt tych nadawców."
Oznacza to ni mniej ni więcej, że niezależnie od tego, czy i jak nadawca społeczny angażował się dotychczas w kampanje wyborcze, czy chce tego, czy nie, będzie musiał udostępniać czas partjom i komitetom wyborczym. Jest więc to kolejny krok na drodze do upartyjniania kraju i wszelkich insytucyj. Co gorsze, dzieje się to w chwili, gdy pomiędzy poszczególnemi partjami nie ma faktycznych istotnych różnic programowych.
Dla PJNu walka z PiSem stała się celem samym w sobie. Traktowanie Radia Maryja i Prawa i Sprawiedliwości jako sprzymierzeńców strategicznych na wieczność jest być może błędem, ale na inne rozwiązanie widocznie nie stać byłych polityków partji braci Kaczyńskich.
Jednak rozwiązanie promowane m.in. przez Filipa Libickiego ma pewną poważną konsekwencję, którą warto tu wskazać. Załóżmy, że Radio Maryja dzięki jakiemuś cudowi doświadcza oczyszczenia z zaczadzenia PiSem tudzież powstaje nowy, silny i katolicki nadawca społeczny. Pod reżymem ustawy PJNu nie mógłby on w radiu lub telewizji promować swoich - naszych ! - wartości, lecz musiałby się zachowywać w sposób, który należy nazwać: neutrealnym światopoglądowo. Takie medium mogłoby zatem prowadzić kampanję antyaborcyjną czy bronić symboli katolickich w sferze publicznej, ale musiałoby też dopuszczać głosy przeciwne.
A więc ustawa ta, pomyślana jako forma bieżącej walki partyjnej, może w praktyce przyczynić się do ziszczenia marzeń lewactwa: nie tylko pacyfikacji mediów katolickich, ale także wtłoczenia ich w ramy apostołów "cywilizacji śmierci".
No chyba, że powstałoby medium katolickie tak zamożne, że mogłoby nie korzystać z przywilejów nadawcy społecznego, a mimo to w jednoznaczny sposób opowiadać się po stronie prawdziwych wartości. Ale na to nie ma nadziei współautor projektu zmian, słusznie piszący, że nadawcy społeczni nie są w stanie rywalizować z podmiotami komerycjnymi. Zatem taką opcję wykluczamy a priori.
Przyjęcie propozycji PJNu może oznaczać również niezgodność z Konkordatem z 1993 r. między Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską, którego art. 5 brzmi: "Przestrzegając prawa do wolności religijnej, Państwo zapewnia Kościołowi Katolickiemu, bez względu na obrządek, swobodne i publiczne pełnienie jego misji, łącznie z wykonywaniem jurysdykcji oraz zarządzaniem i administrowaniem jego sprawami na podstawie prawa kanonicznego."
Podsummowując zatem przedłożony projekt, wyrażam głębokie zasmucenie, że katolicki tradycjonalista współfirmuje projekt ustawy, który jest niezgodny "z lewej strony" z zasadami deklaracji o wolności religijnej Soboru Watykańskiego II "Dignitatis Humanae".
Radio Maryja być może nie pełni właściwie swojej funkcji. Ale jakie panaceum proponuje Filip Libicki i jego koledzy z klubu poselskiego "Polska Jest Najważniejsza" ?
Treść projektu ustawy została przekazana do tygodnika Wprost. PJNy proponują nakazać Radiu Maryja (bowiem lista nadawców społecznych obejmuje AD 2011 w Polsce tylko dwa podmioty: Radio Maryja i Radio Fara) aby w przypadku prezentowania w programie treści o charakterze społeczno-politycznym obowiązkiem nadawcy społecznego było zróżnicowanie programu, cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i bezstronnością przekazu.
Programy te powinny, dodajmy:
1) kierować się odpowiedzialnością za słowo i dbać o dobre imię publicznej radiofonii i telewizji,
2) rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą,
3) sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej,
4) umożliwiać obywatelom i ich organizacjom uczestniczenie w życiu publicznym poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk oraz wykonywanie prawa do kontroli i krytyki społecznej.
Warto tu jednak wskazać, że z drugiej strony nadawcy społeczni na mocy art. 4 ustawy o radiofonii i telewizji muszą spełniać następujące warunki:
* upowszechniać działalność wychowawczą i edukacyjną, a także działalność charytatywną;
* respektować chrześcijański system wartości oraz uniwersalne zasady etyki;
* promować postawy patriotyczne oraz historię Polski;
* służyć umacnianiu rodziny;
* służyć kształtowaniu postaw prozdrowotnych;
* służyć zwalczaniu patologii społecznych.
Bardzo łatwo będzie zatem o teoretyczny konflikt pomiędzy pararelnemi zakresami wartości: demokratycznym pluralizmem a chrześcijańskim systemem wartości. Dodajmy, że wprowadzane zapisy są martwe odnośnie do mediów publicznych, które po każdych wyborach stają się łupem Większości parlamentarnej i nie ma w nich miejsca na jakikolwiek pluralizm.
Ale martwe przepisy w mediach publicznych nie muszą być równie nieegzekwowane w mediach społecznych, zwłaszcza jeśli taka byłaby decyzja większości parlamentarnej. Mechanizm proponowany przez PJN może zatem spowodować, że nadawcy społeczni, którymi mogą być zasadniczo wyłącznie media chrześcijańskie, będą zmuszeni do prezentacji na swych falach poglądów antychrześcijańskich. Jestem przekonany, że rozmaite palikoty nie będą miały skrupółów, by wykorzystywać poprawkę PJNu do swych celów.
Jeszcze bardziej wątpliwy jest inny z zapisów PJNu owej nowelizacji:
Art. 117 § 1 ustawy o radiofonii i telewizji otrzymuje brzmienie:
„§ 1. Komitetom wyborczym, których kandydaci zostali zarejestrowani przysługuje, w okresie od 15 dnia przed dniem wyborów do dnia zakończenia kampanii wyborczej, prawo do rozpowszechniania nieodpłatnie audycji wyborczych, w programach publicznych i społecznych nadawców radiowych i telewizyjnych na koszt tych nadawców."
Oznacza to ni mniej ni więcej, że niezależnie od tego, czy i jak nadawca społeczny angażował się dotychczas w kampanje wyborcze, czy chce tego, czy nie, będzie musiał udostępniać czas partjom i komitetom wyborczym. Jest więc to kolejny krok na drodze do upartyjniania kraju i wszelkich insytucyj. Co gorsze, dzieje się to w chwili, gdy pomiędzy poszczególnemi partjami nie ma faktycznych istotnych różnic programowych.
Dla PJNu walka z PiSem stała się celem samym w sobie. Traktowanie Radia Maryja i Prawa i Sprawiedliwości jako sprzymierzeńców strategicznych na wieczność jest być może błędem, ale na inne rozwiązanie widocznie nie stać byłych polityków partji braci Kaczyńskich.
Jednak rozwiązanie promowane m.in. przez Filipa Libickiego ma pewną poważną konsekwencję, którą warto tu wskazać. Załóżmy, że Radio Maryja dzięki jakiemuś cudowi doświadcza oczyszczenia z zaczadzenia PiSem tudzież powstaje nowy, silny i katolicki nadawca społeczny. Pod reżymem ustawy PJNu nie mógłby on w radiu lub telewizji promować swoich - naszych ! - wartości, lecz musiałby się zachowywać w sposób, który należy nazwać: neutrealnym światopoglądowo. Takie medium mogłoby zatem prowadzić kampanję antyaborcyjną czy bronić symboli katolickich w sferze publicznej, ale musiałoby też dopuszczać głosy przeciwne.
A więc ustawa ta, pomyślana jako forma bieżącej walki partyjnej, może w praktyce przyczynić się do ziszczenia marzeń lewactwa: nie tylko pacyfikacji mediów katolickich, ale także wtłoczenia ich w ramy apostołów "cywilizacji śmierci".
No chyba, że powstałoby medium katolickie tak zamożne, że mogłoby nie korzystać z przywilejów nadawcy społecznego, a mimo to w jednoznaczny sposób opowiadać się po stronie prawdziwych wartości. Ale na to nie ma nadziei współautor projektu zmian, słusznie piszący, że nadawcy społeczni nie są w stanie rywalizować z podmiotami komerycjnymi. Zatem taką opcję wykluczamy a priori.
Przyjęcie propozycji PJNu może oznaczać również niezgodność z Konkordatem z 1993 r. między Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską, którego art. 5 brzmi: "Przestrzegając prawa do wolności religijnej, Państwo zapewnia Kościołowi Katolickiemu, bez względu na obrządek, swobodne i publiczne pełnienie jego misji, łącznie z wykonywaniem jurysdykcji oraz zarządzaniem i administrowaniem jego sprawami na podstawie prawa kanonicznego."
Podsummowując zatem przedłożony projekt, wyrażam głębokie zasmucenie, że katolicki tradycjonalista współfirmuje projekt ustawy, który jest niezgodny "z lewej strony" z zasadami deklaracji o wolności religijnej Soboru Watykańskiego II "Dignitatis Humanae".
wtorek, 19 kwietnia 2011
Na szóstą rocznicę panowania Benedykta XVI
Od sześciu lat Kościół cieszy się z panowania Ojca Świętego Benedykta XVI, który na miarę swych środków i sił stara się wprowadzać porządek w „spustoszonej winnicy” i odnawiać ją. Papież z jednej strony stara się zaspokoić potrzeby duchowe wszystkich swoich wiernych (w tem: również tradycjonalistów), ale z drugiej strony nie narusza bardzo niepewnego status quo, jaki ukształtował się podczas rządów Jana Pawła II.
Benedykt XVI nie jest tradycjonalistą w rozumieniu biskupów de Castro Mayera, Guerarda des Lauriers czy Tissiera de Mallerais. Zawsze był i wciąż pozostaje otwartym teologiem wyrastającym z tradycji św. Augustyna z Ippony, pragnącym poszukiwania nowych odpowiedzi na klasyczne problemy teologiczne. W czasach Soboru Watykańskiego II był teologiem sytuującym się w kręgach progresywnych Kościoła. Jak sam mówi, poglądów radykalnie nigdy nie zmienił, a zatem tak zwany tradycjonalizm Ojca Świętego jest wypadkową tła – reszty Kościoła, która przez ostatnie półwiecze poszła radykalnie w lewo oraz osobistych doświadczeń życiowych.
Jako reakcyjny katolik stoję na stanowisku, że pontyfikat Ojca Świętego Benedykt XVI może stanowić początek końca ery posoborowia, tak jak rządy Jana XXIII zakończyły potrydencką erę triumfalizmu. Wyłom w NOMowej spójności obrządku rzymskiego spowodowany dzięki Motu proprio Summorum Pontificum już daje nam wspaniałe efekty, lecz na jego pełne owoce musimy poczekać przynajmniej dekadę. Sytuacja nasza jest znacznie bardziej komfortowa niż funkcjonowanie wszelkich struktur tradycjonalistycznych poza głównym nurtem Kościoła – aby katolicyzm się odrodził, tradycyjni kapłani muszą pracować w parafjach, a nie skupiać się wyłącznie w elitarnych enklawach. Z drugiej strony, bogactwo tradycji łacińskiej zaczną odkrywać zwykli katolicy zupełnie niezależnie od działalności i ułomności tradycjonalistów. I to wszystko się już dzieje, wzbudzając zaniepokojenie rozmaitych „wilków w owczej skórze”.
Dzisiejszy jubileusz nie jest najlepszą chwilą, by dokonywać analizy populacji wilków i wydzielać w niej wilków pasywnych, którzy nie starają się nawet zrozumieć starych – nowych trendów w Kościele i wilków aktywnych – świadomych przeciwników, wiedzących, że każde ustępstwo na rzecz Tradycji przyśpiesza koniec tej antropocentrycznej religji przysłaniającej Boga i Jego prawa. Jak bardzo władza Wikariusza Chrystusowego jest ograniczona, udowodniły ostatnie skandale związane z przygotowywaniem katechizmu dla młodych „Youcat”, dzieła zawierającego przedmowę samego Benedykta XVI i … błędy doktrynalne np. w zakresie wolności religijnej czy nauczania o antykoncepcji. Tysiące sztuk pseudokatechizmu idzie na przemiał na całym świecie, lecz nie podąża za tem decyzja o degradacji osób odpowiedzialnych za ośmieszenie Stolicy Apostolskiej, w szczególności Jego Eminencji Krzysztofa kard. von Schoenborn OP.
Analogicznie, na polskim gruncie funkcjonuje Jego Eminencja Kazimierz kard. Nycz, nominat Benedykta XVI z konsystorza 2010. Hierarcha ów nie dał się jeszcze poznać z gotowości do obrony nauczania Kościoła i papieża aż do przelania krwi. Znacznie lepiej znamy go z pogłosek o przyjaźni z prominentnymi politykami partji rządzącej, skandalicznych wywiadów , czy ostatnio, z niezłomnej walki z Motu Proprio Summorum Pontificum.
Patrząc na takich współpracowników Ojca Świętego trudno nie odmówić modlitwy, by Bóg chronił Go od przyjaciół, bo z wrogami da sobie radę sam.
Benedykt XVI nie jest tradycjonalistą w rozumieniu biskupów de Castro Mayera, Guerarda des Lauriers czy Tissiera de Mallerais. Zawsze był i wciąż pozostaje otwartym teologiem wyrastającym z tradycji św. Augustyna z Ippony, pragnącym poszukiwania nowych odpowiedzi na klasyczne problemy teologiczne. W czasach Soboru Watykańskiego II był teologiem sytuującym się w kręgach progresywnych Kościoła. Jak sam mówi, poglądów radykalnie nigdy nie zmienił, a zatem tak zwany tradycjonalizm Ojca Świętego jest wypadkową tła – reszty Kościoła, która przez ostatnie półwiecze poszła radykalnie w lewo oraz osobistych doświadczeń życiowych.
Jako reakcyjny katolik stoję na stanowisku, że pontyfikat Ojca Świętego Benedykt XVI może stanowić początek końca ery posoborowia, tak jak rządy Jana XXIII zakończyły potrydencką erę triumfalizmu. Wyłom w NOMowej spójności obrządku rzymskiego spowodowany dzięki Motu proprio Summorum Pontificum już daje nam wspaniałe efekty, lecz na jego pełne owoce musimy poczekać przynajmniej dekadę. Sytuacja nasza jest znacznie bardziej komfortowa niż funkcjonowanie wszelkich struktur tradycjonalistycznych poza głównym nurtem Kościoła – aby katolicyzm się odrodził, tradycyjni kapłani muszą pracować w parafjach, a nie skupiać się wyłącznie w elitarnych enklawach. Z drugiej strony, bogactwo tradycji łacińskiej zaczną odkrywać zwykli katolicy zupełnie niezależnie od działalności i ułomności tradycjonalistów. I to wszystko się już dzieje, wzbudzając zaniepokojenie rozmaitych „wilków w owczej skórze”.
Dzisiejszy jubileusz nie jest najlepszą chwilą, by dokonywać analizy populacji wilków i wydzielać w niej wilków pasywnych, którzy nie starają się nawet zrozumieć starych – nowych trendów w Kościele i wilków aktywnych – świadomych przeciwników, wiedzących, że każde ustępstwo na rzecz Tradycji przyśpiesza koniec tej antropocentrycznej religji przysłaniającej Boga i Jego prawa. Jak bardzo władza Wikariusza Chrystusowego jest ograniczona, udowodniły ostatnie skandale związane z przygotowywaniem katechizmu dla młodych „Youcat”, dzieła zawierającego przedmowę samego Benedykta XVI i … błędy doktrynalne np. w zakresie wolności religijnej czy nauczania o antykoncepcji. Tysiące sztuk pseudokatechizmu idzie na przemiał na całym świecie, lecz nie podąża za tem decyzja o degradacji osób odpowiedzialnych za ośmieszenie Stolicy Apostolskiej, w szczególności Jego Eminencji Krzysztofa kard. von Schoenborn OP.
Analogicznie, na polskim gruncie funkcjonuje Jego Eminencja Kazimierz kard. Nycz, nominat Benedykta XVI z konsystorza 2010. Hierarcha ów nie dał się jeszcze poznać z gotowości do obrony nauczania Kościoła i papieża aż do przelania krwi. Znacznie lepiej znamy go z pogłosek o przyjaźni z prominentnymi politykami partji rządzącej, skandalicznych wywiadów , czy ostatnio, z niezłomnej walki z Motu Proprio Summorum Pontificum.
Patrząc na takich współpracowników Ojca Świętego trudno nie odmówić modlitwy, by Bóg chronił Go od przyjaciół, bo z wrogami da sobie radę sam.
Deus, omnium fidelium pastor, et rector, famulum tuum Benedicti XVI, quem pastorem Ecclesiae tuac praeesse voluisti, propitius respice : da ei, quaesumus, verbo et exemplo, quibus praeest, proficere ; ut ad vitam, una cum grege sibi credito, perveniat sempiternam.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Poprzyjmy życie ! Poprzyjmy farmaceutów !
Działania pro life w Polsce od dłuższego czasu kojarzą mi się jaknajgorzej. Albo z nieskutecznością Marka Jurka i perfidją Romana Giertycha albo z plakatami fundacji „Pro”, prezentującemi na ulicach miast szczątki zamordowanych dzieci. Wierchuszka ww. podmiotu składa właśnie w Sejmie RP kolejny projekt ustawy antyaborcyjnej, zatem zapowiada się kolejne bicie piany w mediach.
Tym razem jest jednak inicjatywa, która może posłużyć faktycznej obronie życia oraz obronie sumień znacznej grupy społecznej w Polsce. Poprzyjmy ją zatem !!

Jak czytamy na stronie http://www.sumienie-farm.pl/
Podpiszmy zatem apel o umieszczenie tej klauzuli w polskiem prawie, co mogłoby przyczynić się do zmniejszenia dostępności środków wczesnoporonnych i antykoncepcyjnych w aptekach w całym kraju. Obecne regulacje sprawiają, że trudno jest pracować w zawodzie farmaceuty i nie narażać się na popełnianie grzechów cudzych. A zupełnie niemożliwe jest stworzenie sieci aptek, których profil wykluczałby sprzedaż środków „powpadkowych” itp. Nie ukrywam, że gdyby powstała taka inicjatywa, chętnie wsparłbym ją swoim groszem, wykupując leki u chrześcijańskich farmaceutów.
Tym razem jest jednak inicjatywa, która może posłużyć faktycznej obronie życia oraz obronie sumień znacznej grupy społecznej w Polsce. Poprzyjmy ją zatem !!

Jak czytamy na stronie http://www.sumienie-farm.pl/
Rada Europy dnia 7 października 2010 przyjęła rezolucję, pt. Prawo do klauzuli sumienia w ramach legalnej opieki medycznej. Wzywa ona do respektowania prawa pracowników medycznych do klauzuli sumienia. Z tego prawa korzystają w Polsce lekarze, jednak odmawia się go farmaceutom, głównie pracującym w polskich aptekach.
Farmaceuci są zmuszani do sprzedawania środków farmakologicznych niszczących ludzką płodność lub zabijających zarodek ludzki w początkach jego istnienia. Jest to objaw poważnej dyskryminacji, której doświadczają polscy farmaceuci, pozbawieni prawa do korzystania z klauzuli sumienia. Działanie takie jest także sprzeczne z Kodeksem Etycznym Aptekarza, w którym w par. 3 stwierdza się, że powołaniem aptekarza jest współudział w ochronie życia i zdrowia oraz zapobieganie chorobom, a także z par. 4. mówiącym, że farmaceuta musi posiadać wolność postępowania zgodnie ze swoim sumieniem.
Każdy farmaceuta lub właściciel apteki powinien, zgodnie ze swoim sumieniem i Kodeksem Etyki Aptekarza, mieć wolność wyboru odnośnie sprzedaży tych środków, jak i posiadania ich we własnej aptece.
Podpiszmy zatem apel o umieszczenie tej klauzuli w polskiem prawie, co mogłoby przyczynić się do zmniejszenia dostępności środków wczesnoporonnych i antykoncepcyjnych w aptekach w całym kraju. Obecne regulacje sprawiają, że trudno jest pracować w zawodzie farmaceuty i nie narażać się na popełnianie grzechów cudzych. A zupełnie niemożliwe jest stworzenie sieci aptek, których profil wykluczałby sprzedaż środków „powpadkowych” itp. Nie ukrywam, że gdyby powstała taka inicjatywa, chętnie wsparłbym ją swoim groszem, wykupując leki u chrześcijańskich farmaceutów.
wtorek, 12 kwietnia 2011
Abp Lefebvre w "Plus Minus"
Z kronikarskiego obowiązku godzi się wspomnieć, że w sobotnio-niedzielnem wydaniu dziennika Rzeczpospolita, w dodatku „Plus Minus” ukazał się spory artykuł (sześć kolumn, a więc bita strona gazety) Pawła Milcarka pt. „Paradoksy arcybiskupa Lefebvre”. Treść tego tekstu mniej więcej odpowiada wykładowi wygłoszonemu przez założyciela „Christianitas” podczas promocji biografji Arcybiskupa 6 października 2010 r. na warszawskim Zamku Królewskim.
Chyba najciekawszym dodatkiem do tamtego zrębu opinij dr. Milcarka na osobę Arcybiskupa jest pointa, którą pozwolę tu sobie przepisać, kończąca część tekstu pod jakże trafnym tytułem „Knebel w epoce dialogu”.
Teksty Pawła Milcarka odnoszące się do FSSPX i jego założyciela są cenne, bowiem mogą stanowić przedszkole dla niepoprawnych wojtyljanistów, którzy – choć pozostawiani przy micie „dobry car, źli bojarzy” mogą, jeśli tylko chcą, zacząć patrzeć na posoborowe czasy Kościoła bez różowych okularów modernistycznego fałszywego optymizmu. „Najtrudniejszy pierwszy krok, zanim innych zrobisz sto”. I choćby za to jestem wdzięczny dr. Milcarkowi.
Nie jestem natomiast wdzięczny ignorantom z Rzepy, którzy tak „skorygowali” tekst Milcarka, że nazwisko arcybiskupa Lefebvre’a stało się nieodmienne. Z wielkim BULEM przyjąłem ten błąd.
W sieci jest dostępny początek artykułu: Rzeczpospolita, 9 - 10 kwietnia 2011 r.
Chyba najciekawszym dodatkiem do tamtego zrębu opinij dr. Milcarka na osobę Arcybiskupa jest pointa, którą pozwolę tu sobie przepisać, kończąca część tekstu pod jakże trafnym tytułem „Knebel w epoce dialogu”.
„Dosłownie w przeddzień ostatecznego buntu arcybiskupa przyjechał do niego Jean Guitton, wybitny filozof, trochę modernista, przyjaciel Jana Pawła II – z powierzoną mu przez papieża misją „nawrócenia Lefebvre”. Guitton nie zdołał powstrzymać Lefebvre przed czynem, który ściągnął na ekskomunikę – natomiast przed wyjazdem zdążył mu wyznać, iż pragnąłby, aby to właśnie on był jego spowiednikiem przed śmiercią. Kto rozwiąże paradoks tego świadectwa?”
Teksty Pawła Milcarka odnoszące się do FSSPX i jego założyciela są cenne, bowiem mogą stanowić przedszkole dla niepoprawnych wojtyljanistów, którzy – choć pozostawiani przy micie „dobry car, źli bojarzy” mogą, jeśli tylko chcą, zacząć patrzeć na posoborowe czasy Kościoła bez różowych okularów modernistycznego fałszywego optymizmu. „Najtrudniejszy pierwszy krok, zanim innych zrobisz sto”. I choćby za to jestem wdzięczny dr. Milcarkowi.
Nie jestem natomiast wdzięczny ignorantom z Rzepy, którzy tak „skorygowali” tekst Milcarka, że nazwisko arcybiskupa Lefebvre’a stało się nieodmienne. Z wielkim BULEM przyjąłem ten błąd.
W sieci jest dostępny początek artykułu: Rzeczpospolita, 9 - 10 kwietnia 2011 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




