Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt XVI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt XVI. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 maja 2012

Benedykt XVI schizmatykiem …

… głosi „nieomylnie” jego dawny sojusznik i przyjaciel z czasów … soborowych, x. prof. Jan Küng. Drogi tych dwu periti Soboru Watykańskiego II stanowią najlepszą ilustrację różnicy pomiędzy „hermeneutyką ciągłości” Ratzingera a „hermeneutyką zerwania”. Küng oskarża Benedykta XVI o niewierność Soborowi Watykańskiemu II. Kroplą przelewającą czarę goryczy ma być porozumienie Watykanu z Bractwem św. Piusa X. Dla niego kończy się posoborowie, nie chce zatem świętować jubileuszu 50-lecia rozpoczęcia obrad Consilium.

"Czy rzeczywiście ktokolwiek jest w nastroju do świętowania w czasie, gdy Kościół znajduje się w tak ciężkim położeniu?” – pyta ks. Küng. „W mojej opinii–nie ma powodu do organizowania gali soborowej, ale raczej nabożeństwa pokutnego lub pogrzebowego”.


Planowane, niemal już uzgodnione porozumienie z Bractwem ma być uzasadnieniem dla nieposłuszeństwa Benedyktowi XVI. Nieposłuszeństwa totalnego – ogłoszenia sedewakancji. Sedewakantyzm to koncepcja teologiczna zakładająca, że odejście przez duchownego od zasad wiary powoduje utratę pełnionego przezeń urzędu. Przyjrzyjmy się zatem  poszczególnem argumentom x. Künga.

A.    Küng twierdzi, iż porozumienie spowoduje włączenie do Kościoła biskupów i kapłanów ordynowanych w sposób nieważny. Nieważność ta wynikałaby z niestosowania przez abp Lefebvre’a rytu promulgowanego przez Pawła VI konstytucją apostolską  "Pontificalis Romani recognitio" z 1968 r., w którym zmieniono formę i materję sakramentu święceń.




KOMENTARZ:
1.    Papież nie ma pełnej władzy nad sakramentami, jest tylko – wraz z całym Kościołem – jedynie ich depozytariuszem. Gdyby Paweł VI faktycznie zmienił formę i materję sakramentu święceń, wówczas to on … straciłby jurysdykcję (a być może także i urząd) papieski.
2.    Nie mam pojęcia, czemu Küng z jednej strony dopuszcza, aby jeden papież zmienił istotę rytu sakramentu, a równocześnie odmawia innemu papieżowi analogicznego prawa. Gdyby zachował choć minimum wewnętrznej logiki, to dopuściłby, że reguła ta działa zawsze, także względem Benedykta XVI.
3.    Wracając do teologji katolickiej: papież może ogłosić, że taki czy inny ryt skomponowany przez teologów jest nieważny (jak to np. zrobił ponad 100 lat temu Leon XIII względem święceń anglikańskich), ale nie może swoją władzą jurysdykcyjną unieważnić rytu bezsprzecznie ważnego, którego spisana historja sięga czasów apostolskich. Decyzja Pawła VI w ujęciu x. Künga powodowałaby również nieważność święceń np. starokatolickich czy mariawickich, które są
dokonywane przy użyciu ksiąg analogicznych do przedsoborowych ksiąg Kościoła katolickiego i stanowiłaby bardzo poważny problem co do przyszłej, zakładanej przez postępowych chrześcijan, interkomunji.
4.    Wreszcie, x. Küng nie zauważa, że pierwszym, co ponownie zezwolił na korzystanie z przedsoborowego rytu święceń był … Jan Paweł II, którego motu proprio Ecclesia Dei z 1988 r. stanowiło podstawę do legalizacji funkcjonowania wielu księży wyświęconych m.in. abp. Lefebvre’a oraz utworzenia seminarjów, w których zachowano ryt święceń sprzed 1968 r. oraz siedem stopni tego sakramentu, wbrew zmianom narzucanem przez Montiniego na początku lat siedemdziesiątych XX wieku.
5.    Duchowni podlegający komisji Ecclesia Dei w sposób oczywisty nie byli wyświęcani ani ponownie ani choćby sub conditione w rycie posoborowym. Spytajmy zatem x. Künga, czemu uważa Jana Pawła II za papieża !! Bo gdyby zachowywał minimum logiki, nie powinien tak twierdzić !








B.    Dopuszczenie do posługi w Kościele nieważnie wyświęconych duchownych byłoby krokiem Benedykta XVI ku schiźmie. A schizmatycki papież według znamienitego teologa Suareza automatycznie utraciłby urząd. Pozostała część hierarchji byłaby zwolniona z obowiązku posłuszeństwa. 





KOMENTARZ:
1.    Schizma, a więc oddzielenie się  papieża od reszty Kościoła jest jedynie konsekwencją odejścia przez niego od prawdziwej wiary. Schyzma, jak definiuje x. Wyrzykowski,  polega na świadomem wyłamaniu się spod posłuszeństwa papieżowi jako głowie Kościoła albo na oderwaniu się od Kościoła. Papież nie może być jednak nieposłuszny sam sobie, możemy więc rozważać wyłącznie problemy doktrynalne w odniesieniu do niego.
2.    A zatem słowo „schizma” niekoniecznie pasuje do opisywanej, hipotetycznej sytuacji, w której papież akceptowałby nieważnie wyświęconych duchownych do posługi. Po prostu, u x. Künga przeważyła nabyta niechęć do przymiotu nieomylności papieskiej, zapewniającego wiernych, że sakramenty w Kościele są ważne. X. Küng przez całe życie walczy z dogmatem o nieomylności papieskiej i nie może tej walki poddać nawet z uwagi na lefebrystów. Zresztą pomyślcie sobie: Küng oskarżający o złamanie nieomylności papieskiej wyglądałby jak Nergal z Behemotha zapraszający na koncert kolęd w święto Objawienia Pańskiego. Stąd pisze ni w 5 ni w 9 o schiźmie, by się doszczętnie nie skompromitować.
3.    Patrząc na recepcję pontyfikatu Benedykta XVI pośród hierarchji, można sądzić, że oni się już na samym początku zwolnili z pełnego posłuszeństwa Papieżowi.

C.    X. Küng konkluduje: zamiast szukać porozumienia z ultrakonserwatywnem, antydemokratycznem i antysemickiem Bractwem św. Piusa X Papież powinien raczej zająć się interesami większości katolików i pojednać się z kościołami reformacyjnemi i z całem ekumenicznem chrześcijaństwem.

KOMENTARZ:
1.    Przynajmniej w takim repertuarze x. Küng wypada wiarygodnie. To są jego klasyczne melodje. Tu jego troska nie brzmi fałszywie a myśl teologiczna nie kompromituje współczesnych teologów katolickich skłaniających się ku hipotezie sedewakantystycznej. Niech Küng wróci do promowania … Obamy na papieża  i przestanie udawać, że chodzi mu o jakąkolwiek spójność doktryny Kościoła.
2.    Swoją drogą, czy ktoś mógłby w końcu ekskomunikować x. Jana Künga … Czy ktoś w całem posoborowiu bardziej na to zasługuje ?
3. Warunek dodatkowy: jeśli kiedyś dojdzie do ekskomunikowania Künga, to mam nadzieję, że uzasadnieniem nie będzie jego sedewakantyzm. Choć z drugiej strony ekskomunikowanie w jednym dokumencie x. Jana Künga i ... bpa Ryszarda Williamsona (podówczas ex-FSSPX) byłoby dowodem na duże poczucie humoru watykańskich kurjalistów....

niedziela, 13 maja 2012

Porozumienie FSSPX z Watykanem …. Hmmmm …. (2)

Na zakończenie przedwczorajszego wpisu obiecałem, że w jego drugiej części spróbuję przedstawić plusy i minusy ewentualnej ugody dla obu stron – Ojca Świętego i Bractwa.


1. Benedykt XVI

Uznanie miejsca tradycjonalistów w Kościele powszechnym jest ideą konsekwentnie głoszoną przez Papieża jeszcze w czasach, gdy był współpracownikiem Jana Pawła II i prefektem Kongregacji Nauki Wiary. To on podpisywał 5 maja 1988 r. protokół ugody z Arcybiskupem Lefebvrem i odczuł jako osobistą porażkę wycofanie przez lidera FSSPX podpisu spod tego dokumentu w dniu następnym. Z drugiej strony wszakże pamiętajmy, że nie doprowadził do udzielenia tradycjonalistom (z nowopowstałego Bractwa św. Piotra i innym instytutom podległym komisji Ecclesia Dei) koncesji adekwatnej do założeń owego porozumienia.

Po kilkunastu latach negocjacyj przeczytaliśmy na początku maja br. oficjalne stanowisko rzecznika Watykanu x. Lombardiego, że pomyślne zakończenie dialogu z Bractwem św. Piusa X otwiera listę priorytetów działalności Benedykta XVI. Z tego miejsca nie ma odwrotu, bez kompromitacji Ojca Świętego. Można zatem zakładać z prawdopodobieństwem powyżej 90 %, że w najbliższych tygodniach ogłosi on warunki, na jakich Bractwo św. Piusa X może działać w ramach Kościoła. Formuła organizacyjno – prawna jest uzgadniana z Bractwem, ale niewykluczony jest także inny wariant, zwłaszcza w kontekście ostatnich wieści o braku zgody co do porozumienia wewnątrz FSSPX: Papież ogłosi swoją propozycję, ale jeśli część (całość) Bractwa go nie przyjmie, podlegać będzie kolejnym karom dyscyplinarnym przewidzianym przez prawo kanoniczne.

Motywy, z uwagi na które Benedykt XVI dąży do włączenia Bractwa do głównego nurtu Kościoła, mają naturę doktrynalną i duszpasterską. Z pewnością pozostawanie przez dziesiątki lat na marginesie Kościoła nie służy żadnej grupie katolickiej. Istnieje i rośnie ryzyko schizmy, zwłaszcza, że nowe pokolenia wiernych rosną z dala od ogółu instytucyj kościelnych. Jakkolwiek słaby jest nadzór Rzymu nad którąkolwiek częścią Kościoła, działanie w jego ramach porządkuje relacje: w seminarjach, zakonach, wspólnotach kapłańskich. Ważność i godziwość udzielanych sakramentów jest wówczas niepodważalna, podczas gdy w aktualnej sytuacji prawnej istnieją wątpliwości co do spowiedzi i ślubów udzielanych w kaplicach FSSPX.

Moderniści krytykują wszelkie koncesje Ojca Świętego na rzecz tradycjonalistów jako „zdradę ducha Soboru Watykańskiego II” i negowanie osiągnięć posoborowego Kościoła. Twierdzą, że zamiast wracać do archaicznych, nikomu dziś niepotrzebnych dziwactw (takich jak np. Msza trydencka), trzeba służyć współczesnemu człowiekowi i otwierać się na działalność charytatywną, ludzi w związkach niesakramentalnych i jednopłciowych, nie mówiąc już o konieczności zniesienia takiego archaizmu jak celibat duchownych. Tego starcia, na wszystkich wymienionych płaszczyznach, być może jeszcze nie widać, ale z pewnością pojawi się ono jako konsekwencja radykalnego przechyłu „w lewo” współczesnego świata. Istnieje poważne zagrożenie przekształcenia kościołów chrześcijańskich, w tem Kościoła katolickiego, w nowoczesną, synkretyczną religję humanizmu, rewolucyjny kult „człowieka i rozumu”.
 
Trudno powiedzieć, na ile porozumienie z FSSPX wpłynęłoby na ogólny kurs polityki Watykanu w dziedzinie np. ekumenizmu czy dialogu międzyreligijnego. Nie przeceniałbym tej sprawy, choć oczywiście możliwe byłoby jakieś dalsze ochłodzenie relacyj z judaizmem, o ile rabini byliby łaskawi obrazić się na Kościół katolicki. Czy miałoby wpływ na politykę kadrową ? Tym mniej. Duchowni sympatyzujący  z FSSPX nie są masowo mianowani na kościelne stanowiska, zaś członkowie Bractwa nie spełniają norm określanych przez prawo kanoniczne dla kandydatów na wyższe urzędy. Ich wiedza teologiczna nie jest poświadczana przez dyplomy i tytuły naukowe.

2. Bractwo św. Piusa X

Część bractwowych i tradycjonalistycznych przeciwników porozumienia z Watykanem widzi w JE biskupie Bernardzie Fellay'u zdrajcę sprzedającego FSSPX Rzymowi za dobrą posadkę w kurji, kapelusz kardynalski czy splendor medialny. Oczywiście nie można wykluczyć i takich motywów u biskupa, ale chciałbym wskazać na inną, znacznie bardziej możliwą ewentualność. Postawiłbym tezę, iż bp Fellay – kierujący FSSPX już od niemal 20 lat – wie najlepiej, jak trudne to jest zadanie. Jego sytuację można w pewnym sensie porównać z … Benedyktem XVI: na papierze ma pełnię władzy nad organizacją, a w praktyce musi uznawać, że bardzo wiele ośrodków w Bractwie jest w pełni autonomicznych, czyli niesterowalnych. Każde bardziej radykalne działanie powoduje rozłamy i odejścia. Nie wykluczyłbym, że bp Fellay uznaje normalizację relacyj wewnątrzkościelnych za sposób na poprawę sytuacji wewnętrznej Bractwa.

Rosnące zainteresowanie tradycyjnym katolicyzmem na świecie powoduje, że także dotychczasowy lider tego „rynku” powinien dostosować się do nowej sytuacji i ją kształtować. Jeśli tego nie zrobi i pozostanie przy modelu: przeorat plus kilka kaplic przypisanych każdemu kapłanowi, będzie systematycznie tracić na znaczeniu. Być może lepiej byłoby się skupić na rekolekcjach i kształceniu kapłanów ? A może pozwolić, by absolwenci seminarjów FSSPX byli inkardynowani do diecezyj ? Co z pracą naukową księży ? Czy typ kapłana wykuwany w seminarjach Bractwa najlepiej pasuje do potrzeb wiernych XXI wieku ? Można stawiać mnóstwo pytań o długofalową strategję, gorzej z przemyślanemi i trafnemi odpowiedziami na nie.

 Argumenty przeciwko porozumieniu są znacznie bardziej przejrzyste. Po pierwsze – nie wiadomo     czy można ufać Benedyktowi XVI. W ciągu ostatniego miesiąca usłyszeliśmy, jakie rekomendacje zgłaszane są przez watykańskich wizytatorów w Instytucie Dobrego Pasterza i trudno je ignorować. Po drugie, nie wiadomo, jak będą kształtować się relacje z następnym papieżem (bo nie wiadomo, kto nim zostanie). Po trzecie i być może najważniejsze: umowa nie rozwiązuje żadnego problemu doktrynalnego. Nawet jeśli zapewni swobodę krytyki Soboru Watykańskiego II, to pozostaną nie rozwiązane sprawy takie jak Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 r., legitymizujący np. udzielanie Komunji Św. niekatolikom; pozostanie praktyka posoborowa, w ramach której niektóre sakramenty są wątpliwe z definicji (np. namaszczenie chorych, powszechna praktyka stwierdzania nieważności małżeństw), pozostanie Nowa Msza bez choćby „reformy reformy” zbliżającej ją do rytu soborowego z 1965 r. i inne ryty sakramentów zdewastowane przez tandem Bugnini – Montini. Wreszcie – last but not least – właśnie pojawiły się gazetowe zapowiedzi kanonizacji Jana Pawła II AD 2015, zaś tradycjonaliści nie posiadają żadnych narzędzi eklezjalnych by ten akt spróbować zablokować. Czy godzi się obejmować funkcję High Churchu ?

3. Podsummowanie
Wszystkie rozważania na temat porozumienia formułowane są tu przezemnie na dużym poziomie ogólności. Poszczególne zapisy umowy mogą decydować o jej korzystności lub szkodliwości. Jakie minimalne warunki muszą być zabezpieczone, by godziło się zawrzeć ugodę ? Jeśli odniesiemy się do słynnego hasła Arcybiskupa Lefebvre’a z 1988 r. „operacja przeżycie”, to najprawdopodobniej uznamy, że od kilku lat są one zapewniane przez Kościół powszechny, przynajmniej na poziomie treści dokumentów watykańskich. Księża mogą odprawiać Mszę, wierni mogą organizować duszpasterstwa, w których zostanie im zapewniony dostęp do sakramentów udzielanych według ksiąg z 1962 r. Jedynie sakrament święceń jest ograniczony do instytutów podległych komisji Ecclesia Dei.

Sytuacja tradycyjnych katolików jest dziś bez porównania lepsza niż AD 1988. Jest to wypadkowa dwu czynników: konsekracyj biskupich dokonanych przez Arcybiskupa Lefebvre’a oraz pontyfikatu Benedykta XVI. Pozostając w tym układzie odniesienia, należałoby dziś optować za porozumieniem, a więc uzyskaniem przez FSSPX poświadczenia dla swej katolickości oraz statusu prawno – organizacyjnego umożliwiającego optymalne działanie. Ugoda z Ojcem Świętym byłaby zatem „operacją rozwój”, podczas gdy pozostawanie na marginesie kościelnego mainstreamu oznaczałoby potrzymanie „operacji przeżycie”.
 

czwartek, 29 marca 2012

Doktór Fidelis Castro nie rozumie deformy liturgicznej

Być może wiadomość ta pasowałaby lepiej na pierwszy wpis w miesiącu następnym. Ale czasem życie przerasta najśmielsze fantazje …. Emerytowany dyktator Kuby Fidelis Castro poprosił w Hawanie o audiencję u Ojca Świętego Benedykta XVI i rozmawiał z nim między innemi o przyczynach posoborowych zmian liturgji katolickiej !! A ponieważ zmian nie rozumie, poprosił Papieża o podesłanie książek, które mu tę sprawę wyjaśnią.


Castro został wychowany w wierze katolickiej, ukończył jezuicką szkołę średnią. Ma zatem pojęcie, jak powinna wyglądać nasza liturgja. Zapewne nie uczestniczył w niej od, mniej więcej, Soboru Watykańskiego II. W przededniu jego rozpoczęcia, za wczesnego Jana XXIII, przejął władzę na Kubie obaliwszy generała Batistę. Wbrew pozorom, przez dwa pierwsze lata (1959-61) nie był to kraj bolszewicki. Na wyspie nie istniała nawet kompartja. Stopniowo władza zaprzyjaźniała się z Sowietami i dyktatura skręcała aż do lewej bandy. Wraz z postępem walki klas duchowni katoliccy zostali wypędzeni (lub zamordowani), a Castro podpadł pod ekskomunikę nałożoną przez słynny dekret Świętego Oficjum przeciw komunizmowi z 1949 r.

Zapewne przywódca Kuby nie śledził za bardzo wizyty Jana Pawła II (AD 1998) pod kątem liturgij papieskich, bowiem pracował wtedy na przynajmniej trzech etatach: prezydenta, premiera i genseka kompartji. Ponadto sam przyjazd JP2 wystarczająco osłabiał pozycję Castro w kraju, więc w jego interesie nie było jakiekolwiek podsycanie tego procesu. Zaś teraz, od 2008 r. jest emerytem, ma mniej obowiązków i słabsze zdrowie. Co jakiś czas pojawiają się pogłoski o jego rychłem spotkaniu z pierwszym wikarjuszem Chrystusowym, św. Piotrem. Fidelis Castro może czuć, że jego czas nadchodzi i starać się przygotować do śmierci. Być może z tych wszystkich powodów obejrzał wszystkie transmisje z pielgrzymki Benedykta XVI.

No i trudno się dziwić, że widząc


dobrą setkę koncelebransów towarzyszących Benedyktowi XVI zagubiony katolik Fidelis zaczął się zastanawiać, czy to jest ten sam Kościół, który go ekskomunikował pół wieku wcześniej. Bez wątpienia widok ten nie współgra z deklaracjami propagatorów „reformy reformy liturgicznej”. Na Kubie koncepcja ta przegrała z oczekiwaniami duchowieństwa, pragnącego stanąć przy jednym stole z Ojcem Świętym. Dobrze więc, że wątpliwości dra Castro zostały wyrażone. I myślę, że trafiły do odpowiedniego Papieża.

Jakie książki mogłyby pomódz Fidelisowi Castro zrozumieć zmiany posoborowe oraz powrócić do wiary katolickiej? Z pewnością pomocny byłby „Duch liturgji”, zwłaszcza w albumowem wydaniu deluxe, ze zdjęciami p. Pawła Kuli wykonanemi w opactwie w Fontgombault.


Zaś zagadnienia doktrynalne mogłaby mu przybliżyć książeczka, która powstała właśnie w tym celu – „List do zagubionych katolików” Wiadomego Arcybiskupa.


Do paczuszki należałoby dodać modlitewnik i poświęcony różaniec.

Nie znam adresu p. Castro, nie mam ww. książek w hiszpańskiej wersji językowej. Zatem nic materjalnego mu nie wyślę. Ale mogę ofiarować parę Zdrowasiek za nawrócenie tego zatwardziałego komunisty. I Was do tego zachęcam !

środa, 29 lutego 2012

x. Mikołaj Bux – Jak chodzić na Mszę i nie stracić wiary

Piękny, znakomity marketingowo i bardzo frapujący tytuł !! Autor dzieła, włoski prałat, profesor liturgiki i sakramentologji oraz współpracownik i, jak mówią, przyjaciel Ojca Świętego, już na samym wstępie pokazuje, czem powinna być tzw. „Nowa ewangelizacja”. Jeśli jeszcze nie wiecie, to odpowiem i ja na to pytanie: nowa ewangelizacja powinna być po prostu ewangelizacją.

Oprócz tytułu, książka nie jest skandalizująca. Stanowi dość przystępny wykład obrzędów obu form rytu rzymskiego. Nie skreśla się bynajmniej tej „zwyczajnej”, ale pokazuje, jak może i powinna być ona ponownie ubogacona przez formę nadzwyczajną. Widać to w każdym przedstawianym aspekcie: architekturze, szatach liturgicznych, muzyce oraz w tem, co najważniejsze – obrzędach Mszy Świętej.


Nie jestem biegłym liturgikiem. Pozostanę przy wizji liturgji, jaką ukształtowałem sobie w oparciu o współczesną praktykę polskiego tradycjonalizmu, z preferencją do Mszy cichej oraz podbudową teoretyczną w klasycznych pozycjach takich jak Liturgja rzymska x. prof. Antoniego Nojszewskiego, którą nb dobrzy ludzie zdigitalizowali i udostępniają.
Nie będę więc ukrywał, że przez te pryzmaty patrzę na nowoczesne ustalenia prezentowane przez prałata Buxa: wiem, że dzięki kolejnemu przeczytaniu pozycji dowiem się bardzo wiele. To nie jest książka do jednorazowej lektury!

Omawiane dzieło powinno trafić do kanonu „Nowego Ruchu Liturgicznego”. My, Polacy, możemy postawić je koło tak wartościowych pozycyj jak najnowsze książki Pawła Milcarka czy Mity o Mszy Trydenckiej rozwiewane przez x. Grzegorza Śniadocha .

I jakkolwiek na najwyższych szczytach polskiej hierarchji wciąż leży posoborowy, szary śnieg i błoto, zwracajcie uwagę na swoich najmłodszych wikarych oraz na kleryków, pracujcie nad nimi i zapoznawajcie ich z takimi pracami jak ta. Coś się zaczyna zmieniać, przychodzi odwilż, wraca stare. Coraz częściej słychać Kanon na Nowych Mszach, coraz częściej widać dbałość w gestach liturgicznych, staranność. Liturgja jest istotna dla tych młodych kapłanów. W sposób świadomy odrzucają oni bylejakość poprzedniego pokolenia i czerpią ze skarbca Kościoła, dokładnie tak, jak życzy sobie Ojciec Święty Benedykt XVI. Oni potrzebują naszego wsparcia !

Wskazałbym na jedną słabość omawianej książki. Wydaje się, że zbyt mało konkretny jest rozdział odnoszący się do poprawnego uczestnictwa we Mszy Świętej. Nie mówię tu o rozstrzyganiu „odwiecznego” sporu pt. Czy przychodzić na Mszę z Mszalikiem czy z różańcem ?!, ale x. Bux nie wspomina o żadnej formie przeżywania Mszy. Objaśnia funkcję ciszy, zajmuje się uniwersalnością łaciny, postawami liturgicznemi. Ktoś, kto po lekturze jego książki trafi na Mszę cichą, nadal będzie nieprzygotowany do jej przeżywania.

Nicola Bux - Jak chodzić na Mszę i nie stracić wiary
tł. Marcin Masny

niedziela, 12 lutego 2012

Mówią o spisku i śmierci Papieża

Najgłośniejszą wiadomością kościelną ostatnich 24 godzin w Polsce są doniesienia o spisku dążącym do pozbawienia życia Ojca Świętego Benedykta XVI. Zajmuje się nimi także „nasz” wortal Rorate Caeli i podaje je w identycznej formie. Co o tem myśleć ?


1. Nie przedstawiono publicznie żadnych informacyj wskazujących na konkretnych zamachowców, ale nie to jest teraz najważniejsze. Zauważmy, że w bieżącym roku Papież kończy 85 lat i nie cieszy się żelaznem zdrowiem. Gdyby, uchowaj Boże, zmarł w ciągu najbliższego roku z przyczyn naturalnych, ta notatka byłaby po wsze czasy „dowodem”, że został zamordowany.

2. Przed każdem konklawe dochodzi do kilkuletnich rozgrywek (por. Malachi Martin - The Final Conclave) i trudno rozdzielać aktualne pogłoski od konsystorza kardynalskiego zapowiedzianego na najbliższą sobotę. Wszyscy widzą, że w kurji rzymskiej wzmocnili się Włosi ze skrzydła konserwatywnego jak na współczesny Kościół Posoborowy i lewica na pewno będzie dążyć do ich osłabienia wszelkiemi sposobami.

3. Aktualna rozgrywka doskonale wpisuje się w trudy pontyfikatu Ojca Świętego, przedstawione we wspominanej już kilkukrotnie książce Pawła Rodariego i Andrzeja Tornielliego „Atak na Ratzingera”.


Miałem zamiar napisać dłuższą recenzję tej książki, ale myślę, że przy aktualnej okazji warto zachęcić do jej lektury i streścić dzieło w kilku zdaniach. Włoscy watykaniści dowodzą, że jest wiele środowisk, którym żywotnie zależy na osłabieniu pozycji i autorytetu Kościoła, ponieważ ich cele są sprzeczne z zasadami Ewangelji. Można tu wymieniać rozmaitych władców tego świata, a więc jankeskich neokonserwatystów (sprzeciw Watykanu względem wojen wywoływanych w celu opróżnienia magazynów ze starzejącego się sprzętu) czy lobby aborcyjno – antykoncepcyjne (które zatrudnia też osoby o znacznie wyższem IQ niż tow. Wanda Nowicka). Ale być może najważniejszą grupę stanowi „opozycja wewnętrzna” Papieża, przebierająca się w szaty katolików liberalnych, a na co dzień paradująca jak mniemam w fartuszkach masońskich. Ma ona ułatwione zadanie, bowiem Benedykt XVI nie jest tak medialny jak jego poprzednik i niestety dobrał sobie współpracowników ds. public relations znacznie gorszej klasy niż Joachim Navarro Valls. Obszar zarządzania wizerunkiem Kościoła leży. Wrogowie Kościoła wiedzą o tem i korzystają ze swych możliwości do sabotowania wszelkich innych reform Kościoła podejmowanych przez Ojca Świętego.

Mówi się często, że „swąd szatana” przytłumił się w czasach Jana Pawła II, by ponownie intensywniej zatruwać Kościół podczas pontyfikatu naszego Papieża. Wytłumaczenie tego faktu jest dość proste: Benedykt XVI usiłuje wdrożyć rozmaite reformy systemowe, które długofalowo mogą osłabić skutki kryzysu posoborowego, jest zatem znacznie groźniejszy dla Antykościoła od JP2. Musi płacić za stosunek do liturgji tradycyjnej, za wyciąganie ręki do Piusowców, za walkę z pedofilami w koloratkach – za wszystkie te rzeczy, które Jan Paweł II uważał za co najwyżej drugoplanowe.

Jest wszakże w „kłopotach pijarowskich” Benedykta XVI jedna rzecz, która zadziwia. Mianowicie, wytworzył się na Watykanie unikalny model, zgodnie z którym jedynym odpowiedzialnym za faktyczne lub urojone gafy i błędy Papieża jest … on sam. Czy to w sprawie przemówienia antyislamskiego w Ratyzbonie AD 2006, czy przy „aferze negacjonistycznej” biskupa Williamsona FSSPX, czy to przy nominacji Stanisława Wielgusa na arcybiskupa warszawskiego, czy w każdej innej opisywanej przez Rodariego i Tornielliego – nie spadają głowy zdymisjonowanych urzędników czy dyplomatołków. Wręcz przeciwnie, bywają oni doceniani kolejnymi awansami – chyba tylko po to, by nie szkodzili na dotychczasowych stanowiskach i osiągali sobie przeznaczone pułapy niekompetencji. Zaś Benedykt XVI pisze osobiste listy wyjaśniające motywy swoich decyzyj, przeprasza i wyraża skruchę. Nie znam za dobrze atmosfery panującej na watykańskich korytarzach, ale wątpię, by po kilku takich akcjach zostało choć 50 % wcześniejszej karności i dyscypliny w pracujących tam monsignorach. Taka postawa Ojca Świętego bardzo szkodzi wdrażanym przezeń reformom: prawa pozostają na papierze a nie podlegają procesom instytucjonalizacji.

Wracając do głównej rozważanej dziś kwestji: po raz kolejny (poprzednio: przy sprawie bp. Williamsona) Watykanowi i Ojcu Świętemu osobiście bardzo szkodzi niezręczność Dariusza kard. Castrillona Hoyosa. Znakomicie, że jego ludzie zebrali jakiś materjał operacyjny w Chinach i uznał go za wystarczająco wiarygodny, by dostarczyć ostrzeżenie Ojcu Świętemu, ale nawet torturowany nie powinien się do tego przyznać massmediom. Zasada „wiedz, że on wie” ma swoją wartość i można ją w pewnych okolicznościach zastosować, ale dopuszczenie do spekulowania o zamachu na papieża nigdy nie powinno być udziałem kardynała, który spędził dziesięciolecia za Spiżową Bramą.

Oremus pro Pontifice nostro Benedicto.

Dominus conservet eum, et vivificet eum, et beatum faciat eum in terra, et non tradat eum in animam inimicorum eius.

Oremus.

Deus, omnium fidelium pastor et rector, famulum tuum Benedictum, quem pastorem Ecclesiae tuae praeesse voluisti, propitius respice: da ei, quaesumus, verbo et exemplo, quibus praeest, proficere: ut ad vitam, una cum grege sibi credito, perveniat sempiternam. Per Christum, Dominum nostrum. Amen.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Co dalej z lefebrystami ?

Ponad pół roku temu głośno było od spekulacyj o możliwem szybkiem uregulowaniu statusu kanonicznego Bractwa św. Piusa X.

Tymczasem, w połowie września br. nastąpiło pewne ochłodzenie optymizmu: opracowana przez Watykan preambuła doktrynalna konieczna do określenia warunków porozumienia zdaje się wymagać akceptację od Bractwa treści dokumentów Soboru watykańskiego II. W ostatnich dniach minionego roku nadeszła do Rzymu odpowiedź piusowców, albo raczej prolegomena do niej zawierająca materjały źródłowe.

Czego możemy oczekiwać w roku bieżącym ?


Być może rozczaruję Państwa. Sądzę bowiem, że w tym roku do żadnego przełomu nie dojdzie. W pełni podtrzymuję swoje stanowisko z czerwca br. Wszystkie kluczowe zmienne dla tej analizy pozostają przy poprzednich wartościach: władza Ojca Świętego jest bardzo ograniczona; moderniści - jak czekali na jego śmierć, tak czekają; piusowcy istotnie poprawili swój "ład korporacyjny" i mogą się jako tako rozwijać.

Przyznam, że rozgrywki z preambułą doktrynalną niewiele mnie interesują. Są sposobem, poprzez który obie strony zgodnie grają na czas. Wszak od lat akceptacja dla V2 nie była od tradycjonalistów wymagana: ani od katolików z Campos ani od kapłanów zawiązujących Instytut Dobrego Pasterza. Nie widzę zatem powodu, by ktokolwiek miał nagle dogmatyzować ten PRZEŻYTEK. O funkcjonowaniu nieformalnego układu między stronami negocjacyjnemi w szczególności świadczy fakt, iż przez 3,5 miesiąca nie wyciekła treść spornej preambuły doktrynalnej.

Znacznie większym problemem niż doktryna jest jurysdykcja, a ściślej mówiąc zapewnienie skutecznej niezależności FSSPX od lokalnych episkopatów - i o tem również obie strony wiedzą doskonale.

Czy to oznacza również, że w dającej się przewidzieć przyszłości, a zwłaszcza za życia Benedykta XVI, nie będzie porozumienia ? Można by tak sądzić, ale to jednak byłoby uproszczeniem. Z punktu widzenia Bractwa każdy inny papież będzie ogromnym ryzykiem, gdyż szanse na bardziej konserwatywnego następcę Jego Świątobliwości są proporcjonalne do składu kolegjum kardynalskiego, czyli nie przekraczają 10 %. Zaś z punktu widzenia Papieża, pozostawanie Bractwa z boku życia kościelnego jest marnowaniem jego potencjału, który mógłby i powinien być wykorzystany do "reformy reformy".

A zatem, chyba najlepiej byłoby wbudować porozumienie w jakąś większą reformę administracyjną Kościoła i kurji. Czy byłaby to sprawa podziału Kościoła Zachodniego na odrębne patrjarchaty ? Chyba nie, bo przygotowania do niej
musiałyby trwać latami. Ponadto wyodrębnienie patrjarchatu tradycjonalistycznego oznaczałoby kres "reformy reformy" oraz obumarcie i ostateczną degenerację wspólnot używających Novus Ordo. Projekt ten jest zatem nierealny na dziś, a jego przeprowadzenie byłoby szkodliwe, zwłaszcza w Polsce. Mało kto w naszym kraju miałby dość sił, by oderwać się od patriarchatu "posoborowego" i jego sztandarowej postaci, czyli JP2.

Jako prakseolog uważam, że warunkiem koniecznym do realizacji porozumienia FSSPX - Watykan jest uprzednie obalenie kolegjalizmu. Pomijając wszelkie aspekty doktrynalne kolegjalizmu, jest to mechanizm paraliżujący zarządzanie Kościołem i ograniczający władzę Ojca Świętego. (Pisałem na ten temat przy okazji recenzji wywiadu - rzeki z abp. Michalikiem)

Czekam na ten ruch Jego Świątobliwości Benedykta XVI, bowiem bez porzucenia kolegjalizmu żadna reforma Kościoła nie będzie możliwa.

czwartek, 15 grudnia 2011

Polityka personalna Benedykta XVI w Polsce

Struktury Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce obejmują 14 archidiecezyj, 27 diecezyj oraz ordynarjat polowy Wojska Polskiego. Według stanu na dzień dzisiejszy, dokładnie po połowie zwierzchników tych jednostek administracji kościelnej mianowali Jana Pawła II i Benedykt XVI. Spójrzmy zatem na nominatów Ojca Świętego oraz jego politykę kadrową.

By ją zrozumieć, wróćmy na chwilę do roku 1992. Wtedy to wprowadzono aktualny podział administracyjny diecezyj bullą z 25 marca pn. Totus Tuus Poloniae Populus, która doprowadziła do zmniejszenia wielkości diecezyj i zakończyła proces dopasowywania ich do aktualnych granic państwowych. Proces ten trwał od 1972 r., kiedy to Paweł VI reaktywował i utworzył diecezje na tzw. ziemiach odzyskanych, zaś AD 1991 Jan Paweł II podniósł do wyższej rangi administracje apostolskie części pozostających pod obcemi okupacjami archidiecezyj: lwowskiej (Lubaczów), wileńskiej (Białystok) oraz diecezji pińskiej (Drohiczyn). Mówi się złośliwie i zapewne nie bez racji, że w następstwie Totus Tuus Poloniae Populus ordynarjuszami zostali wszyscy lepsi koledzy ówczesnego nuncjusza i obecnego prymasa Korony abp. Józefa Kowalczyka (ur. 1938). Pokolenie to zaczęło osiągać wiek emerytalny ok. 2004 r. (m.in. sławetny bp. Alojzy Orszulik), zaś obecnie wykruszają się jego ostatni przedstawiciele: najmłodszemu z grupy bp. Andrzejowi Suskiemu z Torunia pozostało do kanonicznego wieku przejścia w stan spoczynku 5 lat. Ta zależność pokoleniowa zdeterminowała, iż podczas zaledwie 6 lat pontyfikatu Benedykta XVI nominował on już 20 ordynarjuszów; 3 szefów diecezyj (Jan Wieczorek z Gliwic oraz jedyni dwaj arcybiskupi mianowani jeszcze w czasach PRLu: Stanisław Nowak – Częstochowa, Władysław Ziółek – Łódź) przekroczyło wiek emerytalny a w ciągu trzech najbliższych lat stanie się to w 4 dalszych diecezjach.


Niestety, nic nie wskazuje, by Benedykt XVI wprowadzał nową jakość do polskiego Kościoła. Karty rozdawane przez lata abp. Józefa Kowalczyka oraz kard. Stanisława Dziwisza wciąż są w grze. A nawet więcej: wciąż pełnią rolę atutów. Oto lista metropolitów mianowanych przez Benedykta XVI: 2005 - Stanisław Dziwisz; 2006: Edward Ozorowski, Wojciech Ziemba; 2007: Kazimierz Nycz; 2008: Sławoj Leszek Głódź; 2009: Andrzej Dzięga; 2010: Józef Kowalczyk; 2011: Wiktor Skworc, Stanisław Budzik. Lepiej jej nie komentować, zwłaszcza trzech ostatnich nazwisk …

Nie spodziewajmy się zatem kontrrewolucji w najbliższych latach, bowiem nic jej nie zapowiada. Monopolu „minionej epoki” (hm, minionej ??) nie przełamano. Także, a może w szczególności pod względem medialnym. Wciąż w mediach brylują te same nazwiska: bp Pieronek, bp Gocłowski, kard. Dziwisz… Dopiero ostatnio usłyszeliśmy kilka ciekawych i kontrowersyjnych wypowiedzi bp. Meringa, lecz jest to chyba jedynie wyjątek potwierdzający regułę.

Oczywiście, że wśród biskupów wskazywanych przez Benedykta XVI są dobrzy duszpasterze i organizatorzy. O wielu włodarzach naszych diecezyj można mówić wyłącznie dobrze, np. o abp. Henryku Hoserze czy czy bp. Wacławie Depie. Ale żaden z nich, choćby na lokalną skalę, nie jest w stanie stawić czoła problemom wiary, religijności i polskości trapiących nas na początku XXI wieku.

Pozostaje jeszcze odpowiedź na pytanie, czy to wina Papieża, czy też kadry, jaką ma do dyspozycji ? Skłaniałbym się ku drugiej opcji odpowiedzi. Patrząc na polski Kościół nie ma alternatyw personalnych. Ścieżki karjer promowały pewien dość podobny typ kapłanów – wiernych „duchowi Soboru Watykańskiego II” i bezbarwnych. Nikt inny nie ma doświadczenia w zarządzaniu czemkolwiek. Patrząc z tradycjonalistycznej perspektywy dostrzegłbym w całej Polsce co najwyżej kilku (!!) proboszczów, którzy z własnej woli wprowadzają w swoich parafjach Motu Proprio Summorum Pontificum, a więc Mszę w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. I tyleż samo kapłanów posiadających stopnie i tytuły naukowe jawnie wspierających linję pontyfikatu Ojca Świętego. Mamy zatem ok. 10 oficerów średniego szczebla i jakąś setkę, może dwie, trzy szeregowców, zaś po stronie „wojtyljanistycznej” pozostaje armia licząca ok. 28 000 duchownych. Dlatego jeszcze zapewne długo poczekamy na swojego kard. Malcolma Ranjitha czy bp. Atanazego Schneidera.

Zeszłoroczne wybory ujawniły znaczącą popularność najbardziej prymitywnego antyklerykalizmu w polskiem społeczeństwie. O ile ilość przygłupów i kanalij wspierających tzw. Ruch Palikota osiągnęła chyba swoje maximum, to najbliższe lata mogą mu przynieść istotną pożywkę jakościową. Otóż w Polsce nie ujawniono jak dotąd żadnych istotnych skandali pedofilskich z udziałem duchownych. To wszystko jest jeszcze przed nami. Z pewnością tak zaprawiony w bojach gracz jak abp Kowalczyk jest gwarantem marginalizacji tego ryzyka. Ale nie łudźmy się, choćby z przyczyn ilościowych, skandale takie zostaną ujawnione prędzej czy później. Przez lata, według ponurego dowcipu, największą karą za akt pedofilski było w Polsce … przeniesienie na Inną parafję. Być może aktualny skład kadrowy polskiego episkopatu jest dostosowany do tego ryzyka. Cokolwiek by nie mówić o ekipie Jana Pawła II, byli to mistrzowie w zamiataniu takich spraw pod dywan. I o tem Benedykt XVI również wie doskonale.

czwartek, 27 października 2011

Assyż 2011: indyferentyzm zamiast synkretyzmu

Ojciec Święty Benedykt XVI oraz przedstawiciele fałszywych religij spotykają się dziś w Assyżu, by upamiętnić pierwsze spotkanie międzyreligijne, zorganizowane przez Jana Pawła II AD 1986 i ponowić „refleksję, dialog i modlitwy o pokój i sprawiedliwość na świecie”. Wprawdzie nie dojdzie do wspólnych modlitw do nieokreślonego (?) boga, wprawdzie bałwochwalcy nie będą mieli użyczonych kaplic katolickich (uprzednio pozbawionych naszych symboli religijnych), by w nich sprawować fałszywy kult, ale spotkanie nie zostanie też wykorzystane do złożenia świadectwa o jedyności zbawczej Kościoła Chrystusowego ani do odróżnienia pokoju Chrystusowego przynależnego ludziom dobrej woli od idej pacyfistycznych i irenistycznych.


Okoliczności spotkania są inne niż poprzednio, w latach 1986 i 2002. Tym razem Ojciec Święty nie jest inicjatorem spotkania, lecz, jak stwierdził w prywatnej korespondencji skierowanej do pastora Piotra Beyerhausa, jego uczestnikiem, który nie zamierza odejść od misji polegającej na umacnianiu w wierze w Jezusa Chrystusa swych braci i sióstr. Tyle, że będzie niemym świadkiem Chrystusa, tak jak pozostali uczestnicy będą niemymi świadkami fałszywych bogów.

Choć poganie nie postawią dziś na katolickim ołtarzu swojego idola, upamiętniającego Buddę i nie będą go wychwalać, to w naszych katechizmach pozostają zapisy przypominające o grzechach cudzych:

1. Namawiać kogoś do grzechu.
2. Nakazywać grzech.
3. Zezwalać na grzech.
4. Pobudzać do grzechu.
5. Pochwalać grzech drugiego.
6. Milczeć, gdy ktoś grzeszy.
7. Nie karać za grzech.
8. Pomagać do grzechu.
9. Usprawiedliwiać czyjś grzech.

Bez wątpienia, dzisiejsze spotkanie stanie się paliwem do podtrzymania ogólnoświatowej praktyki spotkań międzyreligijnych, w których uczestniczą katolicy – świeccy, duchowni, w tem najwyżsi hierarchowie. Trudno byłoby skreślić którykolwiek z powyższych dziewięciu punktów z listy bardzo prawdopodobnego ryzyka i konsekwencyj dzisiejszego spotkania z Benedyktem XVI.

Czy powinniśmy się cieszyć, że tegoroczny skandal związany z Assyżem jest mniejszy niż poprzednio?

A czy cieszylibyśmy się, gdyby pożerający dziewice smok postanowił zadowalać się jedynie mężatkami lub w drodze szczególnej łaski – wdowami? Czy wyobrażacie sobie baśń, w której stan ten byłby zaakceptowany przez króla, rycerzy, poddanych?

Jeśli chcemy pozostać katolikami, musimy trzymać się nauki wyłożonej w Mirari vos Grzegorza XVI, Syllabusie Piusa IX oraz w Mortalium animos Piusa XI. Dołączmy się do intencyj tradycjonalistycznych wspólnot kapłańskich takich jak Bractwo Kapłańskie św. Piusa X czy Instytut Matki Bożej Dobrej Rady, które apelują do katolików o modlitwę, pokutę i zadośćuczynienie za obrazę i grzechy wyrządzone Bogu poprzez dzisiejsze spotkanie w Assyżu.

poniedziałek, 17 października 2011

Fronda manipuluje Benedyktem XVI

Na stronach „portalu poświęconego” (coraz bardziej nie wiem wszakże, komu i czemu) Fronda.pl ukazał się nius:


Benedykt XVI: "Sobór Watykański II należy ukazywać jako wielką łaskę, która stała się dobrodziejstwem dla Kościoła w XX wieku"

Tyle, że lektura Listu Apostolskiego PORTAM FIDEI wskazuje, że dokument ten dotyczy wiary i katechizmu Kościoła katolickiego. Ujmując rzecz w skrócie, Ojciec Święty uznał, że stan wiary wielu milionów tzw. katolików (i ¾ duchowieństwa) jest tak zły, że zamiast zajmować się skomplikowanemi kwestjami teologicznemi, trzeba wrócić do podstaw, czyli do katechizmu.


Owszem Benedykt XVI wychwala Katechizm Kościoła Katolickiego podpisany przez Jana Pawła II i nazywa go autentycznym owocem Soboru Watykańskiego II. Ale sam "Supersobór" nie jest bohaterem nowego motu proprio, słowo to niemal nie pojawia się w jego treści! Zaś cytat "Sobór Watykański II należy ukazywać jako wielką łaskę, która stała się dobrodziejstwem dla Kościoła w XX wieku" jest cytatem z Listu apostolskiego Jana Pawła II Novo millennio ineunte z 6 stycznia 2001 r.

Sądzę, że inauguracja Roku wiary w związku z pięćdziesiątą rocznicę otwarcia Soboru Watykańskiego II może być dobrą okazją, aby zrozumieć teksty pozostawione przez ojców soborowych, które zdaniem błogosławionego Jana Pawła II "nie tracą wartości ani blasku. Konieczne jest, aby były należycie odczytywane, poznawane i przyswajane jako miarodajne i normatywne teksty Magisterium, należące do Tradycji Kościoła. Dzisiaj, po zakończeniu Jubileuszu, szczególnie mocno odczuwam powinność ukazywania Soboru jako wielkiej łaski, która stała się dobrodziejstwem dla Kościoła w XX wieku: został on dany jako niezawodna busola, wskazująca nam drogę w stuleciu, które się rozpoczyna". Chcę też mocno podkreślić to, co powiedziałem na temat Soboru kilka miesięcy po moim wyborze na Następcę Piotra: "Jeśli go odczytujemy i przyjmujemy w świetle prawidłowej hermeneutyki, może on być i coraz bardziej stawać się wielką mocą służącą zawsze potrzebnej odnowie Kościoła".

Zatem nie bójmy się! Ojciec Święty Benedykt XVI nie postradał rozumu, lecz nadal steruję łodzią Piotrową w tym samym kierunku, co przez siedem poprzednich lat. Habemus papam !!

niedziela, 12 czerwca 2011

Czy nastąpi szybkie uregulowanie statusu FSSPX ?

W ostatnich dniach pojawiły się spekulacje o możliwem rychłem uregulowaniu statusu kanonicznego Bractwa Św. Piusa X. Spolszczenie tego wpisu znajdą Państwo na tej stronie internetowej.


Odpowiadając najogólniej na postawione pytanie należałoby napisać: dałby Bóg, aby tak się stało, o ile zapewniono by Bractwu wyłączną podległość Ojcu Świętemu, niezależność od biskupów diecezjalnych oraz możliwość skutecznego prowadzenia apostolatu w Kościele powszechnym.

Równocześnie zdanie to wprowadza mą osobistą wątpliwość, czy Benedykt XVI uzna, że dysponuje wystarczającą władzą papieską względem wpływowych konferencyj episkopatów Francji, Niemiec czy Austrii. Skoro szumnie zapowiadana i mozolnie wprowadzana „reforma reformy” jest przez ww. środowiska posoborowe skutecznie sabotowana i ograniczana w praktyce do Watykanu oraz kilku diecezyj włoskich (np. Genua), to możemy być pewni, że nasi wrogowie ponownie staną na wysokości zadania i uzyskają wsparcie ze strony wszelakich miernot eklezjalnych, zgromadzeń pożyteczny głupców oraz co najważniejsze – Antykościoła powszechnego. Dwa ostatnie lata pontyfikatu Ojca Świętego, właśnie od „sparzenia się” przezeń przy okazji tzw. afery negacjonistycznej biskupa Williamsona, nie rokują najlepiej w tej sprawie. Argument ten jeszcze bardziej potwierdziłaby analiza polityki kadrowej Papieża, wskazująca na jedynie niewielki postęp względem czasów wojtyljańskich: kandydaci konserwatywni wciąż są rzadkością, nie są jednoznacznie promowani na rozmaite stanowiska i funkcje kościelne.

Z punktu widzenia autorytetu decydenta nie ma nic gorszego niż powszechne kontestowanie jego woli przez podwładnych. Ojciec Święty z pewnością nie może pozwolić sobie na powszechną rebelię modernistów po zaproponowaniu porozumienia z Bractwem św. Piusa X, zapewne na warunkach prałatury personalnej. Używam słowa „moderniści” wyłącznie jako etykiety wartościującej, mając świadomość, że dzisiejsze posoborowie nie składa się z biegłych w tej herezji, lecz raczej z jednostek leniwych intelektualnie, których poprawniej nazywałoby się np. minimalistami.

Patrząc na potencjalną drugą stronę porozumienia, należy stwierdzić, że od stycznia 2009 r., tj. momentu zdjęcia ekskomuniki z biskupów FSSPX, wprowadzono w Menzingen mechanizmy samokontroli, która jak dotąd funkcjonuje bardzo skutecznie. Bractwo wyraźnie złagodziło formę krytyki posunięć Ojca Świętego. O ile wcześniej nawet biskupi (zwłaszcza msgr Williamson i msgr Tissier) pozwalali sobie na wypowiedzi przekraczające granice dobrego smaku, to aktualnie posługują się lefebryści dobrze dobranemi narzędziami polityki informacyjnej. Oczywiście pozostali hierarchowie Kościoła nie powinni cieszyć się analogicznym przywilejem jak Ojciec Święty: gdyby Bractwo zamilkło w krytyce ich posunięć, zostałoby sprowadzone do pozycji petrystów – najbardziej nijakiego i amorficznego instytutu w rodzinie Eclessia Dei.

Kościół Novus Ordo słabnie i wymiera. Msza trydencka miała być dla niego lekarstwem ożywiającem pacjenta znajdującego się na oddziale intensywnej terapii. Równocześnie i dozujący lekarstwo Papież, przywiązany do idei reformy liturgicznej jako takiej i jego posoborowi przeciwnicy mają świadomość, że podanie dużej dawki lekarstwa może pacjenta uśmiercić. Przyczyny zgonu mogą być różne: powrót ortodoksyjnego nauczania ale również: schizma modernistyczna episkopatów zachodnich tudzież zbliżenie liczby chrześcijan w Europie Zachodniej do zera spowodowane czynnikami demograficznemi. Jedno jest pewne: normalizacja statusu FSSPX wewnątrz Kościoła może jak mało co innego zaburzyć stan równowagi wewnętrznej pieczołowicie podtrzymywany przez Ojca Świętego Benedykta XVI względem spadku, jaki pozostawił mu polski poprzednik, Jan Paweł II.

piątek, 27 maja 2011

Ojciec Święty otrzymał tiarę

Jak podaje blogger OrbisCatholicus podczas wczorajszej audiencji niemiecki przedsiębiorca p. Diter Philippi ofiarował tiarę Ojcu Świętemu Benedyktowi XVI. Co ciekawe, tiara ta powstała w Bułgarji, w prawosławnej pracowni liturgicznej, a ofiarodawcy podkreślali, że gest ten ma służyć jedności między katolikami a prawosławnymi. Piękny strzał w akukumenistów postulujących ograniczenie prymatu biskupa Rzymu jedynie do kwestyj honorowych !! Gratulacje !!


Tiara to papieska korona składająca się z trzech diademów symbolizujących Trójcę Przenajświętszą oraz potrójną władzę - nauczycielską, kapłańską i pasterską, jaką sam Jezus Chrystus przekazał św. Piotrowi i jego następcom.


Dłuższy tekst na temat historji, obecności tiary w papiestwie oraz jej nieobecności w posoborowiu znajdą Państwo w „Zawsze wiernych”

Cieszmy się z tego miłego gestu. Wprawdzie w herbie papieskim Benedykta XVI tiary nie ma – jest tylko mitra biskupia, ale triregnum pojawia się czasem, można by rzec coraz częściej jako dopełnienie do Murzyna z Fryzyngi, niedźwiedzia św. Korbiniana oraz muszli z sanktuarjum św. Jakóba w Santiago de Compostela. Po raz pierwszy niejako oficjalnie zaprezentowano ją w październiku 2010 r. jako element dywanu rozwiniętego z okna, z którego przemawiał Ojciec Święty na Watykanie.

środa, 18 maja 2011

Plusy ujemne UE

Nie podzielam zasadniczo pozytywnych opinij, jakie opublikowano w naszych kręgach po ogłoszeniu instrukcji wykonawczej „Universae Ecclesiae” do Motu Proprio „Summorum Pontificum”. Wprawdzie dokument ten w żadnym wypadku nie jest naszą porażką, ale trudno nazwać go istotnem ułatwieniem dla powrotu liturgji tradycyjnej do naszych świątyń.


Trzy miesiące temu, we wpisie W obronie „Summorum Pontificum” postulowałem, aby w nowym dokumencie Stolicy Apostolskiej zostały poruszone w szczególności takie kwestje jak:

doprecyzowanie, jaka liczność grupy wiernych proszących o Mszę w rycie klasycznym jest wystarczająca, by biskup był zobowiązany ją zorganizować,

zapewnienie standardów organizacyjnych Mszy trydenckiej, typu: dogodna godzina, częstotliwość celebracyj,

zobowiązanie biskupów do wprowadzenia nauki klasycznej liturgji w seminarjach duchownych oraz do prowadzenia katechez dla wiernych,

zobowiązanie biskupów do zapewnienia środków materjalnych służących uroczystemu i godnemu odprawianiu Mszy,

rozliczenie biskupów z informacyj przedłożonych o sposobie realizacji MP SP w trzy lata od wejścia w życie dokumentu.

Żadna z tych kwestyj nie została rozwiązana w „Universae Ecclesiae” w sposób wystarczający. Najważniejszy zapis Instrukcji to z naszego widzenia punkt 15

"Grupa wiernych może być określona jako trwale istniejąca (“stabiliter existens”) zgodnie z sensem art. 5, par. 1 motu proprio Summorum Pontificum wówczas, gdy składa się z osób należących do określonej parafii, które, nawet już po opublikowaniu motu proprio Summorum Pontificum łączą się z powodu swej czci dla Liturgii w usus antiquior i które proszą, by mogła ona być celebrowana w kościele parafialnym, w oratorium albo kaplicy. Taka grupa może składać się również z osób należących do różnych parafii lub diecezji, które gromadzą się w powyższym celu w konkretnym kościele parafialnym, kaplicy albo oratorium."


który tak naprawdę powinien mieć zastosowanie do indultów Jana Pawła II celebrowanych na mocy motu proprio Ecclesia Dei na szczeblu diecezjalnym, a nie Mszy parafjalnych odprawianych na mocy Summorum Pontificum. Powinniśmy znajdować się już o szczebel niżej w strukturze kościelnej. Niestety, nie jesteśmy.

Szczerze mówiąc, nie widzę w Universae Ecclesiae skutecznych narzędzi umożliwiających szybkie poradzenie sobie ze złą wolą proboszczów i biskupów, które skutkują według xiędza prałata Pozzo ogromną liczbą skarg napływających do watykańskiej komisji Ecclesia Dei. Jeśli jakieś prawo jest niewykonywane, legislator nie powinien powtarzać jego zapisów w aktach niższego rzędu lecz wyrazić swą wolę dobitniej. Jak ? Na przykład:

przypominając, że Summorum Pontificum nie jest wyjątkiem, wyłomem w nauczaniu Kościoła lecz dopełnieniem do niego wynikającym z kryzysu posoborowego,

nakazując odprawianie cotygodniowej i świątecznej Mszy w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w każdym dekanacie diecezji,

wydając instrukcje szczegółowe do posoborowej odmiany rytu rzymskiego, które stopniowo upodobniałyby go do Mszy Jana XXIII,

obwieszczając jako normę prawną odwoływanie ze stanowisk biskupów, na których wpłynie określona liczba skarg z różnych części diecezji.

Porównajmy tymczasem zapisy paragrafu 21: Ordynariusze są usilnie proszeni o zapewnienie kapłanom okazji uzyskania adekwatnego przygotowania do odprawiania liturgii w formie nadzwyczajnej. Dotyczy to zwłaszcza Seminariów, gdzie przyszli kapłani powinni otrzymać odpowiednia formację, włącznie z nauką łaciny, oraz - jeżeli okoliczności za tym przemawiają - możliwość nauki formy nadzwyczajnej rytu rzymskiego.

z treścią Konstytucji Apostolskiej Veterum Sapientia tj. O podniesieniu studium języka łacińskiego z 22 lutego 1962 r. Dokument ten poleca biskupom, by kształceni przez nich klerycy poznali biegle łacinę, zanim zostaną wyświęceni na kapłanów. Albo z par. 54 Konstytucji o Liturgji Świętej Soboru Watykańskiego II „należy zadbać, aby wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać także w języku łacińskim stałe części Mszy świętej dla nich przeznaczone.”.

Wnioski z porównania tych dokumentów nie są optymistyczne, nieprawdaż ?

Pamiętajmy również, że wrogowie Summorum Pontificum zrobią wszystko, co w ich mocy, by torpedować przywracanie Mszy przedsoborowej do naszych kościołów. W Polsce być może posłużą się zapisami paragrafu 19:
„Wierni, którzy proszą o Msze św. w formie nadzwyczajnej, nie mogą w żaden sposób popierać albo należeć do grup, które okazują się być przeciwko ważności bądź prawomocności Mszy św. i Sakramentów celebrowanych w formie zwyczajnej albo przeciwko Biskupowi Rzymu jako Najwyższemu Pasterzowi Kościoła Powszechnego.”


który w oficjalnym przekaziorze posoborowców – KAIu został zinterpretowany słowami:

„O sprawowanie liturgii w formie nadzwyczajnej nie mogą prosić grupy przeciwne Soborowi Watykańskiemu II” , co obszernie skomentował mój zacny e-Kolega z blogosfery Jacques Blutoir w swoim wpisie z dnia 14 maja br.

Im dłużej przyglądam się ideom indultów wydawanych na potrzeby wiernym, tem większą odczuwam rezerwę względem nich. Bowiem liturgja przynależąc Kościołowi, inne prawa i obowiązki określa dla świeckich, a inne dla duchowieństwa. Grupy wiernych proszących o jakąś formę Mszy Świętej zbliżają się niebezpiecznie blisko rahnerowskiej, a więc heretyckiej, koncepcji powszechnego kapłaństwa wiernych, w której celebrans jest tylko wykonawcą woli wspólnoty a nie ofiarnikiem działającym w osobie Chrystusa. Z drugiej zaś strony podtrzymuje to posoborową, również nieortodoksyjną koncepcję liturgji jako służby wspólnocie stawiającej Boga na dalszym planie. Universae Ecclesiae wprost w punkcie 8 wskazuje, że celem Summorum Pontificum jest:

a) ofiarowanie wszystkim wiernym liturgii rzymskiej w usus antiquior, jako skarbu do najstaranniejszego zachowania;

b) zagwarantowanie i realne zapewnienie używania nadzwyczajnej formy wszystkim tym, którzy tego pragną – w takim rozumieniu, że używanie liturgii rzymskiej obowiązującej w 1962 jest prawem danym dla dobra wiernych, a więc ma być interpretowane w sensie przychylnym dla wiernych, którzy są jego głównymi adresatami;

c) sprzyjanie pojednaniu wewnątrz Kościoła.

Arcybiskup Marceli Lefebvre, gdyby żył, z pewnością zapytałby, czemu celem podstawowym Summorum Pontificum nie jest ponowne upowszechnianie liturgji, poprzez którą w doskonały sposób oddawana jest Bogu należna Mu cześć. Pomijanie tej oczywistości jest sposobem na przemilczanie prawdy o posoborowej deformie liturgicznej, która przeniosła akcent z teocentryzmu na antropocentryzm. „Reforma reformy” dokonywana przez Ojca Świętego Benedykta XVI i jego współpracowników powinna obalić ten fundament posoborowia. Od tego zależy jej szansa na sukces. Bóg musi być na pierwszem miejscu. Kościół musi działać ad maiorem Dei gloriam.

sobota, 14 maja 2011

Biskup Williamson FSSPX: Unja personalna na Watykanie

W ciągu ostatniego miesiąca Jego Ekscellencja Xiądz Biskup Ryszard Williamson FSSPX kilkukrotnie wypowiedział się poprzez swoje rozsyłane e-mailem komentarze („ELEISON COMMENTS”) na temat beatyfikacji Jana Pawła II oraz postawy Ojca Świętego Benedykta XVI. Ponieważ teksty te nie są regularnie tłomaczone na nasz język, uznałem za celowe streszczenie myśli Xiędza Biskupa zawartych w komentarzach CXCV i CXCVIII.


„Czy Jan Paweł II jest błogosławionym Kościoła katolickiego?” – pyta Biskup Williamson. I odpowiada: jest on raczej neobłogosławionym Kościoła Posoborowego. A czemże jest ów „Kościół Posoborowy” ? By to wyjaśnić, konieczna jest parabola. Katolicyzm jest jak benzyna – paliwo, dzięki któremu można jeździć samochodem. Na przeciwległym krańcu jest świecki humanizm, globalistyczna religja, której może w tem porównaniu odpowiadać woda. Obie substancje różnią się od siebie wyraźnie właściwościami tak, że niesposób je pomylić. Posoborowy neokatolicyzm jest zaś jak benzyna, do której dolano pewną domieszkę wody. Mieszanina tych cieczy wciąż pachnie i smakuje jak benzyna, ale nie ma jej właściwości: samochód nie ujedzie na takiem paliwie. Domieszka świeckiego humanizmu, jaką zawiera posoborowie, może zatrzymać działanie katolicyzmu. W tym konkretnym przypadku, dobrzy katolicy mogą się mylić, podejrzewając, że neobeatyfikacja jest ostatnim krokiem ku nieomylnej kanonizacji świętego.

Odkąd Jan Paweł II złagodził zasady procesu kanonizacyjnego, wymagany jest jeden a nie dwa cuda konieczne do wyniesienia kandydata na ołtarze, a co równie ważne (dopisek Krusejdera): integralność czynów postaci, której życie jest badane, coraz częściej zastępuje fragmentaryczność. Można zostać neobłogosławionym z uwagi na pewne zalety i cechy charakteru, niezależnie od pozostałych ułomności. I taki właśnie jest przypadek Jana Pawła II – posoborowego „bogosławionego”.

Katolików mogą zmylić elementy ich religji, które wciąż pozostają w Kościele Posoborowym. Ale tak jak Sobór Watykański II został zaprojektowany, by zastąpić katolicyzm posoborowiem, tak i posoborowie jest jedynie etapem ku wprowadzeniu świeckiego humanizmu. Trwa procesja od Bogu poprzez Neoboga ku Niebogu. Obecnie Watykan promuje neobłogosławionych swojego Neoboga, ale zapewne niedługo pojawią się „błogosławieni” Nieboga. Pamiętajmy jednak, jak naucza św. Augustyn, że prawdziwy Bóg nie porzuci żadnej duszy, jeśli ta dusza sama pierwej nie wyrzekła się Boga.

„Czy Benedykt XVI jest papieżem ?” pyta Biskup Williamson. I odpowiada: jest on zarówno prawdziwym papieżem Kościoła katolickiego jak i neopapieżem Kościoła Posoborowego, bo na dziś nie są to ciała rozłączne. Z jednej strony został on ważnie wybrany podczas conclave AD 2005 i zasługuje odtąd na wszelki szacunek, cześć i wsparcie jako Wikarjusz Chrystusowy. Z drugiej strony oczywistem jest, że Papież podejmuje działania wskazujące, że jest on głową Kościoła Posoborowego. Świadczą o tem np. neobeatyfikacja Jana Pawła II czy październikowe wspominanie spotkania z 1986 r. w Assyżu, podczas którego w imię posoborowego ekumenizmu pogwałcono pierwsze przykazanie Boże. Benedykt XVI zatem nie tylko pełni funkcję Wikarjusza Chrystusowego ale i – jak sądzę - zdradza ją nieutwierdzając braci swych w wierze. Szanując go jako Piotra naszych czasów, nie mogę podążać za nim czy być mu posłuszny, kiedy nie zachowuje się jak Piotr. Rozróżnienie to czynił również Arcybiskup Lefebvre.

Zauważmy również, że zdradzając – przynajmniej obiektywnie – prawdziwą religję, Benedykt XVI równocześnie trzyma się jej. Dla przykładu, organizując III spotkanie w Assyżu bez mieszania religij (jakie miało miejsce 25 lat temu), nakazuje, by procesja zgromadzonych odbywała się w ciszy. Innemi słowy, gdy promuje błąd, stara się nie porzucić prawdy. Stale przypomina matematyka dopuszczającego, że 2 + 2 = 4 albo 5. Jeśli tak czyni Papież, to realizuje receptę na zamieszanie w Kościele. Bowiem każdy podążający za jego „arytmetyką”, będzie doświadczał w głowie sprzeczności.

Zauważmy jednak, że Benedykt XVI osobiście jako matematyk twierdzi, że wierzy, że „2 + 2 = 4”. Tak długo, jak jego postawa jest szczera, a taką się być wydaje – Papież nie zaprzecza dobrowolnie żadnej ze zdefiniowanych praw wiary katolickiej. Raczej jest przekonany, jak dowodzi bp Tissier, że „regeneruje” je za pomocą nowoczesnego myślenia. Trudno zatem oskarżyć go o hołdowanie formalnej herezji w takim przypadku, w związku z czem nawet promowanie i umiłowanie przez Benedykta XVI wykładni „2 + 2 = 5” nie zmieni biskupa Williamsona w sedewakantystę.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Na szóstą rocznicę panowania Benedykta XVI

Od sześciu lat Kościół cieszy się z panowania Ojca Świętego Benedykta XVI, który na miarę swych środków i sił stara się wprowadzać porządek w „spustoszonej winnicy” i odnawiać ją. Papież z jednej strony stara się zaspokoić potrzeby duchowe wszystkich swoich wiernych (w tem: również tradycjonalistów), ale z drugiej strony nie narusza bardzo niepewnego status quo, jaki ukształtował się podczas rządów Jana Pawła II.


Benedykt XVI nie jest tradycjonalistą w rozumieniu biskupów de Castro Mayera, Guerarda des Lauriers czy Tissiera de Mallerais. Zawsze był i wciąż pozostaje otwartym teologiem wyrastającym z tradycji św. Augustyna z Ippony, pragnącym poszukiwania nowych odpowiedzi na klasyczne problemy teologiczne. W czasach Soboru Watykańskiego II był teologiem sytuującym się w kręgach progresywnych Kościoła. Jak sam mówi, poglądów radykalnie nigdy nie zmienił, a zatem tak zwany tradycjonalizm Ojca Świętego jest wypadkową tła – reszty Kościoła, która przez ostatnie półwiecze poszła radykalnie w lewo oraz osobistych doświadczeń życiowych.

Jako reakcyjny katolik stoję na stanowisku, że pontyfikat Ojca Świętego Benedykt XVI może stanowić początek końca ery posoborowia, tak jak rządy Jana XXIII zakończyły potrydencką erę triumfalizmu. Wyłom w NOMowej spójności obrządku rzymskiego spowodowany dzięki Motu proprio Summorum Pontificum już daje nam wspaniałe efekty, lecz na jego pełne owoce musimy poczekać przynajmniej dekadę. Sytuacja nasza jest znacznie bardziej komfortowa niż funkcjonowanie wszelkich struktur tradycjonalistycznych poza głównym nurtem Kościoła – aby katolicyzm się odrodził, tradycyjni kapłani muszą pracować w parafjach, a nie skupiać się wyłącznie w elitarnych enklawach. Z drugiej strony, bogactwo tradycji łacińskiej zaczną odkrywać zwykli katolicy zupełnie niezależnie od działalności i ułomności tradycjonalistów. I to wszystko się już dzieje, wzbudzając zaniepokojenie rozmaitych „wilków w owczej skórze”.

Dzisiejszy jubileusz nie jest najlepszą chwilą, by dokonywać analizy populacji wilków i wydzielać w niej wilków pasywnych, którzy nie starają się nawet zrozumieć starych – nowych trendów w Kościele i wilków aktywnych – świadomych przeciwników, wiedzących, że każde ustępstwo na rzecz Tradycji przyśpiesza koniec tej antropocentrycznej religji przysłaniającej Boga i Jego prawa. Jak bardzo władza Wikariusza Chrystusowego jest ograniczona, udowodniły ostatnie skandale związane z przygotowywaniem katechizmu dla młodych „Youcat”, dzieła zawierającego przedmowę samego Benedykta XVI i … błędy doktrynalne np. w zakresie wolności religijnej czy nauczania o antykoncepcji. Tysiące sztuk pseudokatechizmu idzie na przemiał na całym świecie, lecz nie podąża za tem decyzja o degradacji osób odpowiedzialnych za ośmieszenie Stolicy Apostolskiej, w szczególności Jego Eminencji Krzysztofa kard. von Schoenborn OP.

Analogicznie, na polskim gruncie funkcjonuje Jego Eminencja Kazimierz kard. Nycz, nominat Benedykta XVI z konsystorza 2010. Hierarcha ów nie dał się jeszcze poznać z gotowości do obrony nauczania Kościoła i papieża aż do przelania krwi. Znacznie lepiej znamy go z pogłosek o przyjaźni z prominentnymi politykami partji rządzącej, skandalicznych wywiadów , czy ostatnio, z niezłomnej walki z Motu Proprio Summorum Pontificum.

Patrząc na takich współpracowników Ojca Świętego trudno nie odmówić modlitwy, by Bóg chronił Go od przyjaciół, bo z wrogami da sobie radę sam.

Deus, omnium fidelium pastor, et rector, famulum tuum Benedicti XVI, quem pastorem Ecclesiae tuac praeesse voluisti, propitius respice : da ei, quaesumus, verbo et exemplo, quibus praeest, proficere ; ut ad vitam, una cum grege sibi credito, perveniat sempiternam.

sobota, 19 lutego 2011

W obronie „Summorum Pontificum”

Na wielu wiarygodnych blogach i portalach tradycjonalistycznych (np.
http://blog.messainlatino.it/ , http://www.newliturgicalmovement.org ) pojawiły się w ostatnich dniach informacje alarmujące o możliwem ograniczeniu przywilejów nadanych przez Ojca Świętego Benedykta XVI poprzez Motu Proprio Summorum Pontificum (dalej: MP SP).

Zatem, zapowiadany od przynajmniej dwu lat dokument mający stanowić tzw. doprecyzowanie MP SP i ułatwić korzystanie kapłanom i wiernym z sakramentów w rytach tradycyjnych, może stać się rodzajem bicza skierowanego właśnie przeciwko nim.

Informacje podawane przez blog Rorate caeli wskazują, że nowa watykańska instrukcja ma określać, że MP SP odnosiło się jedynie do trydenckiej odmiany rytu rzymskiego, zatem przywilejem papieskim nie są objęte jego szczegółowe odmiany, np. dominikańska, karmelitańska, mozarabska czy ambrozjańska z diecezji mediolańskiej.

Drugi zapis instrukcji miałby wskazywać, że biskupi pragnący używać przedsoborowego rytu święceń w odniesieniu do kleryków nienależących do instytutów podlegających komisji Ecclesia Dei, musieliby uzyskiwać w tym celu zgody Stolicy Apostolskiej.



Oba te zapisy są zgodne z literą MP SP, odpowiednio z art. 1

(„Jest przeto dozwolone odprawiać Ofiarę Mszy zgodnie z edycją typiczną Mszału Rzymskiego ogłoszoną przez bł. Jana XXIII w 1962 i nigdy nie odwołaną, jako nadzwyczajną formą Liturgii Kościoła.”)

i art. 9 ust. 1 i 2

(„§ 1. Proboszcz, po dokładnym rozważeniu wszystkich okoliczności może wyrazić zgodę na użycie starego rytuału przy sprawowaniu sakramentów: Chrztu, Małżeństwa, Pokuty, Namaszczenia Chorych, jeśli dobro dusz tego wymaga.
§ 2. Ordynariusz ma możliwość sprawowania sakramentu bierzmowania używając starego Pontyfikału Rzymskiego, jeśli dobro dusz tego wymaga.”
),

który nie wspomina o możliwości stosowania w diecezjach rytu święceń sprzed Konstytucji Apostolskiej Pontificalis Romani z dnia 18 czerwca 1968 r. Ale my, wychowani na partyzantce czasów posoborowych świetnie potrafimy rozróżniać pomiędzy literą tekstu a jego duchem. Oczekiwany, czy może raczej wywoływany przez nas duch Summorum Pontificum zakładałby interpretację rozszerzającą tekstu: skoro Ojciec Święty dozwala na równouprawnienie obu form sakramentalnych, to interpretujmy Jego wolę względem wszystkich form rytów kościelnych będących w mocy w czasach Jana XXIII. W oparciu o tę samą rozszerzającą metodologię interpretowano przez dziesiątki lat dokumenty Soboru Watykańskiego II i prawie wszyscy byli szczęśliwi.

Jak pisałem zaledwie kilka dni temu, „posoborowie nie znosi próżni. Jeśli Ojciec Święty nie będzie czynił non stop, choćby najdrobniejszych, „kroczków w tył”, to jego i nasi przeciwnicy nie zaniedbają żadnej okazji, by promować kolejne dewiacje.”

I to wydaje się być znacznie większym problemem niż przeciekające zapisy instrukcji wykonawczej do MP SP. Nie chodzi nawet o to, że poruszenie drugiego z wymienionych zagadnień można potraktować jako sukces, bowiem byłby to pierwszy oficjalny indult na ryt przedsoborowy sakramentu święceń poza skansenem Ecclesia Dei. Najważniejsze jest to, że sama instrukcja może nie stanowić narzędzia zachęcającego do szerszego stosowania tradycyjnej liturgji.

A przecież w nowym dokumencie Stolicy Apostolskiej powinny zostać poruszone w szczególności takie kwestje jak:
- doprecyzowanie, jaka liczność grupy wiernych proszących o Mszę w rycie klasycznym jest wystarczająca, by biskup był zobowiązany ją zorganizować,
- zapewnienie standardów organizacyjnych Mszy trydenckiej, typu: dogodna godzina, częstotliwość celebracyj,
- zobowiązanie biskupów do wprowadzenia nauki klasycznej liturgji w seminarjach duchownych oraz do prowadzenia katechez dla wiernych,
- zobowiązanie biskupów do zapewnienia środków materjalnych służących uroczystemu i godnemu odprawianiu Mszy,
- wreszcie, rozliczenie biskupów z informacyj przedłożonych o sposobie realizacji MP SP w trzy lata od wejścia w życie dokumentu.

Jeśli ich wszystkich nie będzie w instrukcji wykonawczej, a będzie formalne ograniczenie stosowania zapisów MP SP np. względem odmiany dominikańskiej rytu rzymskiego, posoborowie poczuje się moralnym i faktycznym zwycięzcą bardzo istotnej bitwy liturgicznej, której następstwa możemy odczuwać przez następne dekady.

Nie można do tego dopuścić ! Dlatego też proszę wszystkich Państwa o mobilizację modlitewną oraz o czyn – podpisanie międzynarodowej petycji:

http://www.motuproprioappeal.com/

której sygnatarjusze dziękują Ojcu Świętemu Benedyktowi XVI za Summorum Pontificum i błagają go o pomoc w przezwyciężeniu trudności powodowanych przez przeciwników papieskiego apelu o odnowę liturgji katolickiej.

Uwaga! Po podpisaniu petycji pojawia się propozycja złożenia datku poprzez paypal na rzecz serwisu obsługującego e-petycje, którą najlepiej jest zignorować. Złożenie datku nie wpływa na rejestrację naszego wsparcia.