środa, 11 stycznia 2012

Ks. Robert Skrzypczak szuka klucza do Vaticanum II

Po dłuższej przerwie zajrzałem do Gościa Niedzielnego, by sprawdzić, czy głos nierozsądku Franciszka Kucharczaka pozostaje jedynem stanowiskiem pisma na tematy najnowszej historji Kościoła. I doznałem pozytywnego zaskoczenia za sprawą rozmowy x. Tomasza Jaklewicza z x. Robertem Skrzypczakiem.




Tematem wywiadu jest nowowydana książka x. Skrzypczaka pt. „Chrześcijanin na rozdrożu” , której podtytuł brzmi „Kryzys w Kościele posoborowym”. Stanowisko kapłana – absolwenta warszawskiego seminarjum neokatechumenalnego Redemptoris Mater – jest w tej sprawie następujące:

Sobór nie został jeszcze całkowicie wprowadzony w życie. (..) Rabini opowiadają, że Bóg zostawił cały worek kluczy i człowiek musi znaleźć właściwy, aby mógł otworzyć Torę. My dziś jesteśmy w analogicznej sytuacji, mamy worek kluczy pochodzących z różnych środowisk kościelnych, teologicznych. Musimy znaleźć ten, który pozwoli nam odczytać sobór, z założenia mający wywołać wiosnę Kościoła.

Wnioski są więc następujące:
1. Dotychczasowa recepcja V2 nie doprowadziła do wiosny Kościoła.
2. Trudno traktować dotychczasową, wciąż obowiązującą interpretację V2 jako coś, czemu należy być posłusznym.

Następne wypowiedzi x. Roberta w zasadzie współbrzmią z myślą sformułowaną zaledwie kilka dni temu na blogu Z tem, że ja traktuję model posoborowy Kościoła jako wytwór i pochodną czasów rewolty uniwersyteckiej 1968 r., w którym inne czynniki można pominąć, gdyż są irrelewantne, a x. Skrzypczak mówi jedynie o wirusie 1968 r., który zaraził wielu kapłanów, świeckich i samą instytucję Kościoła. A nawet, uwaga ! Doprowadził do epidemji. Jej skutkiem jest faktyczny zanik relacji chrześcijan z Bogiem. Pozostają wartości jako piękne hasła, które wszakże mogą być rozmaicie zinterpretowane. Podsummowuje te rozważania:

Fenomen roku 1968 nałożył się na entuzjazm odnowy soborowej i wielu uznało, że to jest to samo. Te dwa nurty się pomieszały. (..) Ksiądz prymas Wyszyński słusznie uważał, że odnowa soborowa powinna być wprowadzana w Polsce roztropnie i stopniowo . Wiedział, że w sytuacji, kiedy Kościół jest prześladowany, nie można sobie pozwolić na osłabienie jego tkanki procedurami reformowania.

Kard. Wyszyński był przeciwnikiem posoborowych rewolucyj (mówi się – chętnie bym to zweryfikował – że głosował przeciw kilku konstytucjom soborowem, co w czasach JP2 miało stanowić przeszkodę dla … jego beatyfikacji), a zatem można stwierdzić, że według x. Skrzypczaka konieczna jest recepcja zgodna z hermeneutyką ciągłości.

Według x. Skrzypczaka kluczowem starciem „chorych” i „zdrowych” katolików była sprawa encykliki „Humanae Vitae” i krytyki, jaka później spadła z kół posoborowych (kard. Suenens, kard. Alfrink i inni) na Pawła VI. Był to pierwszy przypadek, gdy do nauczania papieskiego katolicy podeszli jak do opinji, z którą można dyskutować. Aż dziwne, że dla symmetrji nie powiedział o tradycjonalistycznym ruchu oporu przeciw deformom posoborowem.

Xiądz Skrzypczak pozostaje w tym wywiadzie na pozycjach wojtyljanistycznych (por. „Za kulisami konklawe”) , ale w istotnie złagodzonej formie. Owszem, twierdzi, że Jan Paweł II odbudował autorytet Piotra i dał nowy impuls chrześcijaństwu, spełniając pragnienie Soboru. Ale pisze też:
Mam wrażenie, że kryzys gdzieś przeczekał epokę Jana Pawła II i tak jak niegdyś zwalił się na plecy Pawła VI, dzisiaj uderza z całą siłą na Benedykta XVI, chcąc wywołać efekt „acedii”, czyli duchowego zniechęcenia.

Receptą na aktualny kryzys Kościoła mają być w opinji Autora „Chrześcijanina na rozdrożu” nowi święci i błogosławieni – Matka Teresa, Jan Paweł II, ojciec Pio, siostra Faustyna czy x. Jerzy Popiełuszko. Ale warunkiem koniecznym dla tego celu będzie zafascynowanie nimi współczesnej młodzieży, która także w Polsce, nie jest szczególnie zainteresowana życiem duchowem.

Czyli: szukajmy klucza !! A ja ponownie powtórzę, że klucz ów może znajdować się w innym worku niż ten zatytułowany "recepcja Soboru Watykańskiego II"

sobota, 7 stycznia 2012

Wolna sobota ….

Przeglądałem sobie kiedyś z nudów „almanach prezydencki”, by przeczytać w nim, że koncepcja weekendu składającego się z soboty i niedzieli narodziła się w Stanach Zjednoczonych, gdzie związki zawodowe dostrzegały, że żydowscy pracownicy brali sobie wolne w sobotę, by święcić szabat. Można zatem rzec, że koncepcja ta ma podłoże ekumeniczne, czy też może ściślej – międzyreligijne.


Wcześniej w naszej cywilizacji dominował model sześciodniowego tygodnia pracy, w którym wolny dla większości ludzi był tylko dzień święty – niedziela. To oczywiście pewne uproszczenie, bo my, katolicy, mieliśmy bardzo wiele świąt nakazanych, w które się również nie pracowało. Ale i w dawnych czasach przedłużano sobie cotygodniowy odpoczynek. Historja zapamiętała to w różnych kontekstach. W Polsce – pejoratywnie, pod hasłem „szewskiego poniedziałku”, a więc dnia, w którym kontynuowano picie na umór. Ale Anglosasi znają go jako „święty poniedziałek”, tradycyjny dzień absencyj, znany i tolerowany przynajmniej od czasów industrializacji.

Czy jest jakaś różnica między weekendem składającym się z soboty i niedzieli a weekendem obejmującym niedzielę i poniedziałek ?

Myślę, że tak. Układ aktualnie stosowany powoduje, że to sobota stała się ulubionym dniem tygodnia większości ludzi. Bowiem jest to pierwszy dzień odpoczynku, podczas gdy niedziela to już oczekiwanie na powrót do kieratu. Sporo ludzi spędza weekend w następujący sposób: w piątek wieczorem impreza (bynajmniej niezgodna z pokutną naturą piątku, którą powinniśmy szanować!), w sobotę – odsypianie szaleństwa, w niedzielę: załatwianie spraw zalegających przez cały tydzień. Albo nieco inaczej: w piątek spotkanie ze znajomymi, bo dzięki temu można później udać się na odpoczynek. Tu trudniej o grzech, ale wciąż dość łatwo o niezachowanie postu piątkowego. Prawda, że gdyby weekend obejmował nie szabat, lecz święty poniedziałek, nie doszłoby do wielu grzechów ?

Obecny kształt weekendu ma jeszcze jedną wadę: mało kto pośród chrześcijan pamięta, że niedziela jest pierwszym dniem tygodnia. Przyjął się model kalendarzy pokazujący ją jako dzień ostatni, co nie jest przecież zgodne z naszą „judeochrześcijańską” tradycją.

Niedziela rozpłynęła się w weekendzie. Nie można na same zmiany posoborowe i nudę liturgji zdeformowanej zrzucać faktu, że katolicy przestali w XX wieku czcić swój dzień święty. Człowiek, wskutek dobrobytu, jakże często iluzorycznego, bo osiąganego na kredyt indywidualny lub państwowy („dług publiczny”) uznał, że wszystkie dobra materjalne zawdzięcza pracy swych rąk. Jak bardzo wzrosła pycha ludzka, skoro sto lat temu ludzie byli znacznie bardziej skłonni, by poświęcić Panu Bogu 2-3 godziny ze swojego jedynego dnia wolnego w tygodniu ? Jak ocenić zachowanie współczesnych, dla których czas o połowę krótszy dla Boga w dwa wolne dnie to zdecydowanie za wiele ?!

Co do mnie samego, najchętniej zrezygnowałbym z weekendów. Gdybym miał alternatywę „zrezygnuj z wolnych sobót a dostaniesz 30 lub więcej dodatkowych dni urlopu” na pewno bym z niej skorzystał, wykorzystując ten czas na inny projekt zawodowy lub hobbystyczny bądź oczywiście na rodzinny wypoczynek.

piątek, 6 stycznia 2012

Trzej Królowie i ekonomatołki

Przez cały rok próbowałem znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienia dla tezy, według której (vide: wpis sprzed roku ) kolejny świąteczny dzień będzie kosztować Polskę kilka miliardów złotych. Nie znalazłem żadnych rzetelnych badań na ten temat. Okazało się, że metodologja dla tego szacunku jest bardzo kulawa:

Jeśli podzielimy sumę naszego PKB przez liczbę dni roboczych to jeden wolny dzień kosztuje nas 6,666 mld zł, czyli 0,4% PKB

Niesamowita jest bezczelność ludzi wypowiadających te banialuki. Po pierwsze, święto Trzech Króli zostało zamienione za dziwaczny przepis nakazujący oddawać pracownikom wolne dnie za święta państwowe przypadające w soboty. Więc wychodzi mniej więcej „jeden dzień za jeden” każdego roku. Po drugie zaś, o dodatkowym faktycznym koszcie można mówić w szczególności dla podmiotów pracujących na 100 % mocy produkcyjnych. One faktycznie muszą albo zmniejszyć produkcję (i zysk) albo płacić pracownikom za nadgodziny (lub pracę w święto – w przypadku podmiotów pracujących w trybie ciągłym).

Ale w tym roku o sprawie jest nieco ciszej niż przed dwunastoma miesiącami. Może dlatego, że mamy rok przestępny, a zatem obciążenie Trzema Królami bilansuje się poprzez 29 lutego ?! Chyba jednak nie o to chodzi, tzn. ogłupienie społeczeństwa akurat na tym odcinku nie załapało; ludzie polubili tzw. orszaki, jakie są organizowane w miastach; są wdzięczni rządzącym za decyzję wydaną z własnej inicjatywy. Słowem – można spijać miód ze słupków procentowanych poparcia i chwilowo nie trzeba atakować polskiego klerykalizmu.


Pytanie o koszt święta Trzech Króli powinno uświadamiać nam, że można by coś zrobić dla kraju i ograniczyć długość weekendu majowego likwidując obligatoryjny charakter święta 1 maja. Zlikwidujmy je i zobaczmy, czy i ile zyska nasza gospodarka ! Spróbuję zainteresować tematem zaprzyjaźnionych parlamentarzystów – może na początku kadencji odważą się na próbę likwidacji pierwszomajowych złogów po PRL-u ?

Idźmy dalej. Czemu patrzeć na pojedyńcze święta a pomijać wolne soboty ? Wszak jest ich w roku ok. 52, a więc pięć razy więcej niż „zwykłych” świąt państwowych przypadających corocznie od poniedziałku do piątku. Czy rzeczywiście 5 wolnych sobót odpracowanych w „czynie społecznym” załatwiłoby problem tegorocznego deficytu budżetowego Rzeczypospolitej (prawie 35 mld zł) ? Czy likwidacja wolnych sobót zwiększyłaby PKP Polski o jakieś 20 % (52*0,4 %) ? Jestem przekonany, że gdyby było to takie trywialne, to ktoś na pewno zgłosiłby takie pomysły.

„Jakaś” zależność między liczbą dni wolnych a poziomem PKB na pewno istnieje. Ale na pewno nie jest ona liniowa, jak próbują nas przekonywać ekonomatołki. Jutro będę kontynuował ten temat i zajmę się samą ideą „wolnych sobót”.

czwartek, 5 stycznia 2012

Polska bieda

O ile pięćdziesięciolecie Soboru Watykańskiego II wywołało na świecie ciekawą debatę, z której najgłośniejsze jak dotąd były opinje x. Ferdynanda Ocariza i x. Brunona Gherardiniego , to w Polsce wciąż (tradycyjnie?) dzieje się niewiele. Z braku partnerów do dialogu, stanowisko swe narzucają luminarze Tygodnika Powszechnego, pisząc peany ku czci Vaticanum II Równocześnie pokazują, co sądzą o „hermeneutyce ciągłości”. Znany nam już prof. Józef Michalski pisze 20 grudnia 2011:


Czy zasygnalizowane zmiany, jakie dokonały się na Soborze Watykańskim II, mieszczą się w granicach zakładanych przez „hermeneutykę odnowy w ciągłości”, czyli znaczą przełom jedynie „słaby”? Wydaje się, że zmiany te rozsadzają owe granice i je przekraczają. Soborowe novum o kolegialności biskupów, wolności religijnej, ekumenizmie, innych religiach czy judaizmie chyba nie dotyczy tylko sposobów wyrażenia doktryny. Zmiany są bardziej zasadnicze.

Mając to na względzie, podsummowuje on swoje wywody

Alternatywa: „hermeneutyka odnowy w ciągłości” albo „hermeneutyka zerwania” – nie wyczerpuje wszystkich możliwości w „ważeniu” przełomu Soboru Watykańskiego II. A może warto pójść w tym względzie drogą wyznaczoną przez Ormonda Rusha, teologa z Australii, w książce „Still Interpreting Vatican II”? Autor chce uniknąć absolutyzowania, czy to „ciągłości”, czy „braku ciągłości”. Rozróżnia między „makrozerwaniem”, czyli rozbratem z wielką tradycją Kościoła, a „mikrozerwaniem”, gdzie ujawnia się autentyczna nowość i brak ciągłości z niektórymi aspektami tradycji w znaczeniu szerszym. Na soborze miałoby dojść do mikro-, a nie makrozerwania.

pozostając zapewne w przekonaniu, że jego stanowisko podzieliłby także Papież Benedykt XVI, gdyby tylko zrozumiał swój błąd.

Nie lepiej prezentują się autorzy postrzegani jako tradycjonaliści katoliccy. X. Wojciech Grygiel zareagował dość kuriozalnie na notatkę z 20 XII 2011 pt. Obłudnik Powszechny o lefebrystach, cz. I – x. Grygiel FSSP pisząc m.in.:

Mało kto mnie zrozumiał. Większość drobiazgowej egzegezy szła w kierunku doszukania się argumentów przeciwko posoborowiu, doczekałem się również przydomku „młot na posoborowie”. Nic bardziej mylącego, dlatego polecam lekturę całości, dostępną już na portalu TP. Zainteresowanych proszę o przeczytanie od początku do końca i zweryfikowanie błędnych interpretacji. Tego tekstu nie trzeba interpretować, tylko przyjąć jego przesłanie takim, jakim jest.

Hmmm … Nikt przy zdrowych zmysłach, a przynajmniej trzeźwy, nie sugerowałby, że x. Grygiel jest młotem na posoborowie (nawet pluszowym). Jedną jego wypowiedź zawartą w wywiadzie dla TP uznałem za słuszną, a dotyczy ona rozbieżnych filozofij prezentowanych przez piusowców i posoborowców. Reszta notatki stanowi dopełnienie do tej myśli, nie wypowiedziane niestety przez x. Grygiela. Natomiast to, co mówi, jest z pewnością warte uwagi:

Problem nie tkwi wcale w doborze argumentów do dyskusji o wolności religijnej i innych spornych tematach: to są kwestie wtórne. Leży on znacznie głębiej – na poziomie myślenia o rzeczywistości. Teologia zawsze posługuje się jakimś narzędziem, czyli jakąś filozofią. Lefebryści polegają wyłącznie na myślowym systemie św. Tomasza z Akwinu, który uważają za kanonizowaną filozofię Kościoła, a która rzeczywistość wyjaśnia na zasadzie hierarchii. Wszystko jest w niej uporządkowane hierarchicznie od Pana Boga po najmniejszy kamień. W tym trybie myślenia najważniejszy jest autorytet, wyraźnie też widać, gdzie leży jedyna prawda. Tymczasem w XX w. większość teologów odeszła od tomizmu i zaczęła stosować filozofię dialogu, fenomenologię, egzystencjalizm. Tak zbudowana teologia stawia na dialog, zbliżenie, i z niego wyprowadza formę porozumienia z innymi, licząc na pojednanie w prawdzie. Wizja świata powstaje w oparciu o relację horyzontalną, czyli człowiek–człowiek.

To wręcz spotkanie dwóch odrębnych światów. Nie negując bezwzględnie tomizmu, teologowie rzymscy [tzn.: posoborowi – Krusejder] posługują się językiem poszerzonym o nowe systemy filozoficzne, w którym kwestia rozsądnie pojętego ekumenizmu i dialogu jest naturalną metodą budowania relacji i rozumienia świata. W systemie hierarchicznym te zagadnienia wywołują sprzeczności. Sposób myślenia lefebrystów nie pozwala im uwzględnić i zrozumieć rozstrzygnięć, które przyniósł Sobór.

Jakoś nie przypominam sobie, by którykolwiek z „dogmatycznych” lub „niedogmatycznych” tekstów V2 zalecał odejście od tomizmu, zwłaszcza na rzecz pseudohumanistycznych przesądów wymienianych przez x. Grygiela. Nie są one „gorszą filozofją” tylko dlatego, że nie są tomizmem, ale dlatego, że zazwyczaj nie mają nic wspólnego z jakąkolwiek filozofją realistyczną. Nazywanie teologjami systemów, które z założenia nie chcą się zajmować głównie Bogiem ma sens o tyle, o ile kynologiem można nazywać kogoś, kto zamierza poświęcić się hodowli kotów rasowych.

Rozczarował mnie również głos Pawła Milcarka


Nie oczekuję od niego, by np. przyjął punkt widzenia takiego prostego bloggera jak ja, który może sobie pozwolić na promowanie swoistej „hermeneutyki zerwania”, bo taką przyjął konwencję. Ale byłbym wdzięczny Milcarkowi, gdyby nie poprzestał na słowach:

widzący trudności teologowie i biskupi powinni przyłożyć rękę do tego, aby te trudne miejsca zyskały poprawki, jednak bez wylewania dziecka z kąpielą

lecz odniósł się do poszczególnych zidentyfikowanych bomb zegarowych Soboru Watykańskiego II i je rozbroił. Zadanie takie nadał sobie Instytut Dobrego Pasterza, ale przecież inni katolicy również mogą działać na rzecz prawidłowej interpretacji Soboru Watykańskiego, zgodnie z życzeniem wyrażonem przez Jego Świątobliwość Benedykta XVI w przemówieniu do Kurji Rzymskiej wygłoszonem w dniu 22 grudnia 2005 r. Byłoby to znacznie cenniejsze niż skrytykowanie jakiegoś lefebrysty, do czego w dzisiejszej rzeczywistości kościelnej za wiele odwagi nie potrzeba.

Im więcej lat mija od Soboru Watykańskiego II, tem głośniejsze są głosy przeciwne jego wieloletniej interpretacji. Dopóki nie zamkniemy jego problematyki, dopóty nie będziemy w stanie stawić czoła problemom współczesności. Przypatrując się debatom teologicznem widzimy, że o ile teologowie tradycjonalistyczni (np. z FSSPX) doskonale sobie radzą z błędami (po)soborowemi, to nie są przygotowani do transformacji katolicyzmu na potrzeby XXI wieku na podobieństwo wytworzenia innowacyjnych i skutecznych modeli działania np. przez Piusa IX, kontrreformację kierowaną przez jezuitów czy reformy średniowiecza z wielkimi zakonami dominikanów i franciszkanów na czele. Model posoborowy Kościoła okazał się z punktów widzenia ilościowego i jakościowego skrajnie szkodliwy, ale zapewne przez wielu ludzi jest akceptowany, gdyż nie widzą dla niego żadnej alternatywy. Tymczasem jest on wytworem i pochodną tych samych czasów (Rewolty uniwersyteckiej 1968 r.), co bankrutujące dziś dosłownie państwa opiekuńcze. Kościół Posoborowy pragnął dopasować się do tamtej rzeczywistości i wieść w niej spokojny żywot. Plan się nie udał, bo zawiódł (?) czynnik ludzki, o naturze skażonej grzechem pierworodnym. Nie wiemy, jak może wyglądać świat za lat 10, dokąd przeniosą się centra władzy, finansów, kultury i religiij. Należy rozważać całą paletę możliwych rozwiązań, od libertarjańskich (na które chyba jeszcze za wcześnie) po całkiem prawdopodobny nawrót totalitaryzmów. Możemy założyć, że jeśli dziś Kościół mocno niedomaga, to nic nie wskazuje, by mógł szybko otrząsnąć się z inercji i zareagować na aktualne problemy duszpasterskie.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Co dalej z lefebrystami ?

Ponad pół roku temu głośno było od spekulacyj o możliwem szybkiem uregulowaniu statusu kanonicznego Bractwa św. Piusa X.

Tymczasem, w połowie września br. nastąpiło pewne ochłodzenie optymizmu: opracowana przez Watykan preambuła doktrynalna konieczna do określenia warunków porozumienia zdaje się wymagać akceptację od Bractwa treści dokumentów Soboru watykańskiego II. W ostatnich dniach minionego roku nadeszła do Rzymu odpowiedź piusowców, albo raczej prolegomena do niej zawierająca materjały źródłowe.

Czego możemy oczekiwać w roku bieżącym ?


Być może rozczaruję Państwa. Sądzę bowiem, że w tym roku do żadnego przełomu nie dojdzie. W pełni podtrzymuję swoje stanowisko z czerwca br. Wszystkie kluczowe zmienne dla tej analizy pozostają przy poprzednich wartościach: władza Ojca Świętego jest bardzo ograniczona; moderniści - jak czekali na jego śmierć, tak czekają; piusowcy istotnie poprawili swój "ład korporacyjny" i mogą się jako tako rozwijać.

Przyznam, że rozgrywki z preambułą doktrynalną niewiele mnie interesują. Są sposobem, poprzez który obie strony zgodnie grają na czas. Wszak od lat akceptacja dla V2 nie była od tradycjonalistów wymagana: ani od katolików z Campos ani od kapłanów zawiązujących Instytut Dobrego Pasterza. Nie widzę zatem powodu, by ktokolwiek miał nagle dogmatyzować ten PRZEŻYTEK. O funkcjonowaniu nieformalnego układu między stronami negocjacyjnemi w szczególności świadczy fakt, iż przez 3,5 miesiąca nie wyciekła treść spornej preambuły doktrynalnej.

Znacznie większym problemem niż doktryna jest jurysdykcja, a ściślej mówiąc zapewnienie skutecznej niezależności FSSPX od lokalnych episkopatów - i o tem również obie strony wiedzą doskonale.

Czy to oznacza również, że w dającej się przewidzieć przyszłości, a zwłaszcza za życia Benedykta XVI, nie będzie porozumienia ? Można by tak sądzić, ale to jednak byłoby uproszczeniem. Z punktu widzenia Bractwa każdy inny papież będzie ogromnym ryzykiem, gdyż szanse na bardziej konserwatywnego następcę Jego Świątobliwości są proporcjonalne do składu kolegjum kardynalskiego, czyli nie przekraczają 10 %. Zaś z punktu widzenia Papieża, pozostawanie Bractwa z boku życia kościelnego jest marnowaniem jego potencjału, który mógłby i powinien być wykorzystany do "reformy reformy".

A zatem, chyba najlepiej byłoby wbudować porozumienie w jakąś większą reformę administracyjną Kościoła i kurji. Czy byłaby to sprawa podziału Kościoła Zachodniego na odrębne patrjarchaty ? Chyba nie, bo przygotowania do niej
musiałyby trwać latami. Ponadto wyodrębnienie patrjarchatu tradycjonalistycznego oznaczałoby kres "reformy reformy" oraz obumarcie i ostateczną degenerację wspólnot używających Novus Ordo. Projekt ten jest zatem nierealny na dziś, a jego przeprowadzenie byłoby szkodliwe, zwłaszcza w Polsce. Mało kto w naszym kraju miałby dość sił, by oderwać się od patriarchatu "posoborowego" i jego sztandarowej postaci, czyli JP2.

Jako prakseolog uważam, że warunkiem koniecznym do realizacji porozumienia FSSPX - Watykan jest uprzednie obalenie kolegjalizmu. Pomijając wszelkie aspekty doktrynalne kolegjalizmu, jest to mechanizm paraliżujący zarządzanie Kościołem i ograniczający władzę Ojca Świętego. (Pisałem na ten temat przy okazji recenzji wywiadu - rzeki z abp. Michalikiem)

Czekam na ten ruch Jego Świątobliwości Benedykta XVI, bowiem bez porzucenia kolegjalizmu żadna reforma Kościoła nie będzie możliwa.