Wiadomością ostatnich dni tradiświatka jest dołączenie x. Konstantyna Najmowicza do Bractwa Świętego Piusa X. Przypomnę, że kapłan ten od połowy 2009 r. współpracował z Instytutem Dobrego Pasterza, posługując w Chile i w Polsce oraz znajdował się w trakcie okresu próbnego w IBP.
Z decyzji tej z pewnością mogą się cieszyć dwie grupy: piusowcy, którzy zyskują znakomitego kapłana oraz … moderniści, według których wszyscy indultowcy, a IBP w szczególności, są formacjami kryptolefebvrystycznemi. Ten wybór potwierdza ich hipotezę. Czy utrudni instalację któregoś z tradycyjnych instytutów w Polsce ? Obawiam się, że i bez tej „zmiany barw” jest ona niemożliwa w obecnej sytuacji kadrowej polskiego episkopatu.
Transfer x. Najmowicza jest dużem osłabieniem polskiego IBP. Dwaj kapłani umiejscowieni we Wrocławiu mogli prowadzić kompleksowe duszpasterstwo oraz uczestniczyć w projektach wyjazdowych. Teraz może być trudniej podtrzymać tę aktywność, choć należy mieć nadzieję, że wyrwę tę zapełni oczekujący na święcenia prezbiterjatu diakon Sergiusz Orzeszko.
Od początku pontyfikatu Ojca Świętego Benedykta XVI zwiększa się liczba kapłanów diecezjalnych celebrujących Mszę trydencką w polskich kościołach. Równocześnie (choć z innych, niezależnych powodów) wzmacniają się krajowe struktury piusowców. Trudno nazywać je gettem, skoro tak istotnie rosną o nowe przeoraty, kaplice i szkoły. Natomiast zdecydowanie najgorzej mają się w naszym kraju instytuty tradycjonalistyczne, które odwołują się do idej promowanych przez Papieża i jego najbliższe otoczenie. Nie chodzi mi oczywiście o ich recepcję ze strony wiernych, ale o postawę hierarchji kościelnej. Polscy biskupi ewidentnie torpedują lub, pisząc oględniej, ignorują idee naprawy liturgji posoborowej, do której mogliby się przyczynić duchowni z instytutów podlegających Ecclesia Dei, gdyby tylko pozwolono im działać.
Nie dziwię się dynamicznemu kapłanowi, że frustrowała go sytuacja, w jakiej się znajdował. Być może Instytut Dobrego Pasterza był dlań koniecznym etapem rozwoju duchowego. Lub doświadczeniem życiowem. Być może na decyzji zaważyły też inne czynniki, wszak różnic doktrynalnych między IBP a FSSPX praktycznie nie ma. Poglądy x. Najmowicza mieściłyby się w spektrum Instytutu, założonego przez bardzo wyrazistych uczniów abp. Lefebvre’a. Choć osobiście żałuję, że Xiądz Konstantyn podjął tę decyzję, szanuję ją i ufam, że pomnoży ona dobro i łaski Boże. Oby było to ostatnie przemieszczenie instytucjonalne sympatycznego wilniuka, kolejnego młodego Polaka związanego z Bractwem Św. Piusa X.
środa, 30 listopada 2011
niedziela, 27 listopada 2011
Co oburza ? A co powinno oburzać ?
Pewnego internautę oburzył clip sygnowany logiem serwisu pyta.pl ...
Jest to rockowy (za słaba perkusja, by rzec: heavymetalowy ;p) cover znanej piosenki oazowej "Idzie mój Pan". Filmik oburza, bo "Pan Jezus jest w tym filmiku przedstawiony w sposób odzierający Go z powagi i majestatu, a za tak by wzbudzał śmiech, w komiczny sposób".
Mam inne odczucia na ten temat. Co do samego wideoclipu, to stanowi on raczej ilustrację infantylnego tekstu tej piosenki: dwóch młodzieńców spędza czas przy piwie i telewizorze i nie jest dla nich alternatywą posoborowa oferta dla młodzieży. Nie rozumieją jej i odrzucają ją. To nie jest szyderstwo, tylko smutne skomentowanie świata.
Znacznie łatwiej byłoby mi zakwalifikować jako szyderstwo ten clip:
Marnie wykonywany chałowy hałas, wykonywany ZAMIAST którejś z pieśni eucharystycznych PODCZAS liturgji Mszy Świętej przy akompaniamencie instrumentu, który nigdy nie był mile widziany w świątyni.
Zastanówmy się na spokojnie, jaka jest treść kanonu "IDZIE MÓJ PAN" ?
Jaką wiarę wyrażają te słowa ? Czy aby na pewno katolicką ? Czy są chociaż wezwaniem do oddania Bogu czci ?
Jeśli nie, to przestańmy się dziwić, że ludzie, którym od 6 do 15 roku życia prezentowano takie treści jako katolicyzm, odrzucili ten banał i płytką religijność. Bo każdy myślący o wierze człowiek uznałby, że urąga toto jego intelektowi oraz samemu Panu Bogu.
Być może ich religijność byłaby lepiej ukształtowana, gdyby od dzieciństwa kojarzyli Komunję Świętą poprzez pieśni takie jak ta:
Jest to rockowy (za słaba perkusja, by rzec: heavymetalowy ;p) cover znanej piosenki oazowej "Idzie mój Pan". Filmik oburza, bo "Pan Jezus jest w tym filmiku przedstawiony w sposób odzierający Go z powagi i majestatu, a za tak by wzbudzał śmiech, w komiczny sposób".
Mam inne odczucia na ten temat. Co do samego wideoclipu, to stanowi on raczej ilustrację infantylnego tekstu tej piosenki: dwóch młodzieńców spędza czas przy piwie i telewizorze i nie jest dla nich alternatywą posoborowa oferta dla młodzieży. Nie rozumieją jej i odrzucają ją. To nie jest szyderstwo, tylko smutne skomentowanie świata.
Znacznie łatwiej byłoby mi zakwalifikować jako szyderstwo ten clip:
Marnie wykonywany chałowy hałas, wykonywany ZAMIAST którejś z pieśni eucharystycznych PODCZAS liturgji Mszy Świętej przy akompaniamencie instrumentu, który nigdy nie był mile widziany w świątyni.
Zastanówmy się na spokojnie, jaka jest treść kanonu "IDZIE MÓJ PAN" ?
Idzie mój Pan,
idzie mój Pan,
On teraz biegnie,
by spotkać mnie.
Mija góry, łąki, lasy,
by komunii stał się cud.
On chce chlebem nas nakarmić,
by nasycić życia głód.
Jaką wiarę wyrażają te słowa ? Czy aby na pewno katolicką ? Czy są chociaż wezwaniem do oddania Bogu czci ?
Jeśli nie, to przestańmy się dziwić, że ludzie, którym od 6 do 15 roku życia prezentowano takie treści jako katolicyzm, odrzucili ten banał i płytką religijność. Bo każdy myślący o wierze człowiek uznałby, że urąga toto jego intelektowi oraz samemu Panu Bogu.
Być może ich religijność byłaby lepiej ukształtowana, gdyby od dzieciństwa kojarzyli Komunję Świętą poprzez pieśni takie jak ta:
1. Jezusa ukrytego mam w Sakramencie czcić,
Wszystko oddać dla Niego,
Jego miłością żyć!
On się nam daje cały, z nami zamieszkał tu:
Dla Jego Boskiej chwały,
życie poświęćmy Mu!
Wiarą ukorzyć trzeba zmysły i rozum swój,
Bo tu już nie ma chleba, ,
To Bóg, to Jezus mój!
2. Tu Mu ciągle Hosanna! śpiewa anielski chór
A ta cześć nieustanna, to dla nas biednych wzór.
Dzielić z nami wygnanie, Jego rozkosze są,
Niechże z Nim przebywanie będzie radością mą!
On wie co udręczenie, On zna, co smutku łzy:
Powiem Mu swe cierpienie,
bo serce z bólu drży.
3. O niebo mojej duszy, Najsłodszy Jezu mój;
Dla mnie wśród ziemskiej suszy,
Tyś szczęścia pełen zdrój.
Tyś w Wieczerniku Siebie raz tylko uczniom dał,
W ołtarzuś się, jak w niebie powszednim
chlebem stał.
Chciałbym tu być Aniołem, co śpiewa ciągle cześć
Z rozpromienionym czołem Tobie swe serce nieść
4. Pozwól jasnym płomieniem błyszczeć tej lampce mej,
Dopóki zimnym tchnieniem śmierć nie zgasi jej.
Niech Ci aż do dnia zgonu miłości pienie brzmi,
Tu u stóp Twego tronu wierność przysięgam Ci.
O cześć Twą ciągle dbały chcę pójść koniecznie tam,
Gdzie wśród niebieskiej chwały Tyś szczęściem wszystkich sam.
środa, 23 listopada 2011
Najlepszy Milcarek !!
Prawdziwym koszmarem recenzenta jest sytuacja, w której … nie ma co skrytykować w omawianej pozycji. Doświadczyłem tego dyskomfortu w trakcie refleksji po lekturze wywiadu – rzeki przeprowadzanego przez Jacka Laskowskiego i Bogusława Kiernickiego z Pawłem Milcarkiem. Książka nosi tytuł „Według Boga czy według świata” i zgodnie z ilustracją zawartą na okładce odnosi się głównie do zagadnień liturgji rzymskokatolickiej. Jako że liturgja zawsze wyraża wiarę, omawiana pozycja jest też refleksją nad stanem wiary współczesnych Polaków i ich duszpasterzy.
Przed lekturą książki znałem jej zarys z innych recenzyj i miałem wątpliwości, czy najszczęśliwszą formą książki będzie dialog. Okazuje się on jednak strzałem w dziesiątkę, ponieważ z jednej strony, przeciwdziała długim, hermetycznym wykładom stawiając na pewną lakoniczność wypowiedzi. A z drugiej strony odsłania nieco bardziej osobowość Autora, którego nie znałem dotąd, mimo lat lektury i polemik, z tak ciętego dowcipu (np. o uczczeniu „minutą ciszy” kazania we Mszy Novus Ordo).
Część pierwsza książki jest zatytułowana „Protokół strat”. Zawiera próbę inwentaryzacji posoborowych deform liturgicznych i ich skutków. Adresatami tych stron powinni być przedewszystkiem duchowni, którzy po lekturze być może zrozumieliby, czem nie jest „posoborowa prostota”, święcąca wciąż tryumfy w naszych świątyniach. Odczuwam pewne zakłopotanie, gdy czytam, jak świecki wyjaśnia poszczególne gesty wykonywane przez księdza podczas Mszy Świętej, bowiem sprawy te powinni poruszać w pierwszym rzędzie kapłani. Ale współczesny kryzys Kościoła obejmuje w szczególności duchowieństwo, więc jeśli zamilkną tacy świeccy jak Paweł Milcarek, może zaistnieć ryzyko, iż tylko kamienie o prawdzie wołać będą.
Druga część wywiadu zawiera próbę odpowiedzi na pytania, jak doszło do spustoszenia winnicy Pańskiej. Te rozdziały uważam za najcenniejsze i zawierające najwięcej nowych myśli i spostrzeżeń w dorobku Pawła Milcarka. Autor nigdy wcześniej nie formułował tak trafnych, wyrazistych i … kontrowersyjnych sądów. Przykład ? „Paradoks polegał na tym, że Pius XII ostrzegał [przed eksperymentami liturgicznemi – Kr.], a jednocześnie ustanawiał członkami swojej komisji liturgicznej ludzi, przed których mentalnością ostrzegał. Pamiętajmy, że ksiądz Hannibale Bugnini zaczął robić karierę w czasach papieża Piusa XII. Zresztą w latach sześćdziesiątych reformatorzy powoływali się na to, że te tendencje zaczynały się już w czasach Piusa XII”.
Część trzecia książki ma tytuł „Dokąd prowadzi droga?”. Główną ideą tych rozdziałów jest reforma Ojca Świętego Benedykta XVI, jej problemy i warunki możliwego sukcesu. Ale Autor, jak przystało na dobrego stratega, kreśli też scenarjusze negatywne, które mogą zaistnieć. Całość przekazu jest bardzo spójna i pozbawiona fałszywego optymizmu. „Optymizm nie zastąpi nam Kościoła” – że sparafrazuję Józefa Mackiewicza.
Z premedytacją nie zdradzam bliższych szczegółów książki Pawła Milcarka. Nie chcę bowiem odbierać czytelnikom przyjemności wynikającej z jej lektury. To nie jest książka wyłącznie dla tradycyjnych katolików, aczkolwiek nie nadaje się za specjalnie do lektury dla letnich katolików, o umiarkowanej wiedzy o Kościele. Czynię to zastrzeżenie dla wszystkich świętych mikołajów, gwiazdorów oraz dziadków mrozów i … dealerów coca coli, którzy w ciągu najbliższych tygodni będą wyszukiwać dobre prezenty w księgarniach realnych i wirtualnych. Miejcie proszę na uwadze książkę „Według Boga czy według świata?”. To najlepsza jak dotąd książka sygnowana nazwiskiem Pawła Milcarka!
Paweł Milcarek – Według Boga czy według świata?
Wydawnictwo Dębogóra, 2011 r. str. 295
p.s. polecam też lekturę tekstu wprowadzającego do książki autorstwa x. proboszcza Marcina Węcławskiego
Przed lekturą książki znałem jej zarys z innych recenzyj i miałem wątpliwości, czy najszczęśliwszą formą książki będzie dialog. Okazuje się on jednak strzałem w dziesiątkę, ponieważ z jednej strony, przeciwdziała długim, hermetycznym wykładom stawiając na pewną lakoniczność wypowiedzi. A z drugiej strony odsłania nieco bardziej osobowość Autora, którego nie znałem dotąd, mimo lat lektury i polemik, z tak ciętego dowcipu (np. o uczczeniu „minutą ciszy” kazania we Mszy Novus Ordo).
Część pierwsza książki jest zatytułowana „Protokół strat”. Zawiera próbę inwentaryzacji posoborowych deform liturgicznych i ich skutków. Adresatami tych stron powinni być przedewszystkiem duchowni, którzy po lekturze być może zrozumieliby, czem nie jest „posoborowa prostota”, święcąca wciąż tryumfy w naszych świątyniach. Odczuwam pewne zakłopotanie, gdy czytam, jak świecki wyjaśnia poszczególne gesty wykonywane przez księdza podczas Mszy Świętej, bowiem sprawy te powinni poruszać w pierwszym rzędzie kapłani. Ale współczesny kryzys Kościoła obejmuje w szczególności duchowieństwo, więc jeśli zamilkną tacy świeccy jak Paweł Milcarek, może zaistnieć ryzyko, iż tylko kamienie o prawdzie wołać będą.
Druga część wywiadu zawiera próbę odpowiedzi na pytania, jak doszło do spustoszenia winnicy Pańskiej. Te rozdziały uważam za najcenniejsze i zawierające najwięcej nowych myśli i spostrzeżeń w dorobku Pawła Milcarka. Autor nigdy wcześniej nie formułował tak trafnych, wyrazistych i … kontrowersyjnych sądów. Przykład ? „Paradoks polegał na tym, że Pius XII ostrzegał [przed eksperymentami liturgicznemi – Kr.], a jednocześnie ustanawiał członkami swojej komisji liturgicznej ludzi, przed których mentalnością ostrzegał. Pamiętajmy, że ksiądz Hannibale Bugnini zaczął robić karierę w czasach papieża Piusa XII. Zresztą w latach sześćdziesiątych reformatorzy powoływali się na to, że te tendencje zaczynały się już w czasach Piusa XII”.
Część trzecia książki ma tytuł „Dokąd prowadzi droga?”. Główną ideą tych rozdziałów jest reforma Ojca Świętego Benedykta XVI, jej problemy i warunki możliwego sukcesu. Ale Autor, jak przystało na dobrego stratega, kreśli też scenarjusze negatywne, które mogą zaistnieć. Całość przekazu jest bardzo spójna i pozbawiona fałszywego optymizmu. „Optymizm nie zastąpi nam Kościoła” – że sparafrazuję Józefa Mackiewicza.
Z premedytacją nie zdradzam bliższych szczegółów książki Pawła Milcarka. Nie chcę bowiem odbierać czytelnikom przyjemności wynikającej z jej lektury. To nie jest książka wyłącznie dla tradycyjnych katolików, aczkolwiek nie nadaje się za specjalnie do lektury dla letnich katolików, o umiarkowanej wiedzy o Kościele. Czynię to zastrzeżenie dla wszystkich świętych mikołajów, gwiazdorów oraz dziadków mrozów i … dealerów coca coli, którzy w ciągu najbliższych tygodni będą wyszukiwać dobre prezenty w księgarniach realnych i wirtualnych. Miejcie proszę na uwadze książkę „Według Boga czy według świata?”. To najlepsza jak dotąd książka sygnowana nazwiskiem Pawła Milcarka!
Paweł Milcarek – Według Boga czy według świata?
Wydawnictwo Dębogóra, 2011 r. str. 295
p.s. polecam też lekturę tekstu wprowadzającego do książki autorstwa x. proboszcza Marcina Węcławskiego
sobota, 19 listopada 2011
O stwierdzanych nieważnościach encore
Właśnie wczoraj dowiedziawszy się z wiarygodnych źródeł, że ponownie została PANNĄ pewna polska ministerka. O orzeknięcie nieważności wnioskował jej nie-mąż, porzucony przez nie-żonę w trakcie poprzedniej kadencji sejmowej. Para jest już po rozwodzie cywilnym; sąd w ramach równouprawnienia przyznał opiekę nad kilkunastoletnimi synami ich ojcu.
Jakby się dobrze zastanowić nad sprawą, to chyba każde małżeństwo zawierane, gdy dziecko jest "w drodze", posoborowcy mogliby uznać za nieważne ?! Przecież współżycie przed ślubem świadczy o pewnej niedojrzałości podejmującej je osoby ;)
Jakby się dobrze zastanowić nad sprawą, to chyba każde małżeństwo zawierane, gdy dziecko jest "w drodze", posoborowcy mogliby uznać za nieważne ?! Przecież współżycie przed ślubem świadczy o pewnej niedojrzałości podejmującej je osoby ;)
wtorek, 15 listopada 2011
Problem rozwodników
Współczesny świat usankcjonował tzw. rozwody i powtórne po nich "małżeństwa" - związki cywilne zawierane przed urzędnikiem stanu cywilnego. Teoretycznie ostoją reakcji pozostał Kościół katolicki broniący nierozerwalności związku małżeńskiego kobiety i mężczyzny. W praktyce, co cwańsi i bardziej zdesperowani "papierowi katolicy" potrafią sobie załatwić w sposób mniej lub bardziej legalny kościelne orzeczenie nieważności małżeństwa i ponownie stawać na ślubnym kobiercu, nierzadko po to, by tuż po zawarciu sakramentu wysłuchać Mszy w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego.
Napisałem owo zastrzeżenie, by wskazać, że mój dystans względem rozwodników nie ma charakteru absolutnego. Wyżej cenię postawę uczciwą, polegającą na staniu w prawdzie o sobie i swojem życiu niż chęć oszukania wszystkich dookoła, w tem - Pana Boga. Temniemniej przypadków unieważnień nie podważa się publicznie, bo zawsze nasza wiedza może być niepełna i nieprecyzyjna. Swoje możemy zaś myśleć, zwłaszcza jeśli nasi gorliwi "papierowcy" przed unieważnieniem doświadczyli związków na kocią łapę.
Kościół [posoborowy], jeśli prowadzi duszpasterstwo dla osób żyjących w związkach niesakramentalnych, [w teorji] czyni to w celu ich nawrócenia, czyli porzucenia przez nich grzechów śmiertelnych, w których się znajdują. Często przypomina to kwadraturę koła, bo trzydziesto- czterdziestolatkowie nie po to biorą "cywila", by tworzyć biały związek bez łączności seksualnej, ale być może uzyskają taką doskonałość przy końcu życia, np. po zakończeniu aktywności seksualnej.
Równocześnie rozwodnicy w ponownych związkach nie są przez Kościół dopuszczani do Sakramentów Świętych, są zachęcani do uczestniczenia biernego w życiu Kościoła. Jestem zdania, że podobnie powinno ich traktować społeczeństwo. Bowiem poza aspektem relacyj międzyludzkich, małżeństwo jest umową, w której obie strony publicznie przysięgają pewne rzeczy czynić, a od pewnych stronić. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach, by składać uroczystą przysięgę, niech jej nie składa. Ale gdy złożył, musi ponosić konsekwencje. zauważmy, że kościelna formuła małżeństwa dopuszcza separację osób, w przypadku, gdy jedna z nich rażąco złamie przysięgę. Wystarczy do tego czyn raz popełniony, nie jest konieczna jego stałość. Czem innem jest separacja, a czem innem - jedno- lub dwustronne powtarzalne łamanie przysięgi.
Osoby łamiące notorycznie jakąkolwiek złożoną przysięgę nie mogą być wzorem dla kogokolwiek. Mogą być najpularniejszymi aktorami, sportowcami, pisarzami, celebrytami telewizyjnymi czy innymi gwiazdupciami, ale pozostaje na ich reputacji i honorze skaza, którą to skazę oni sami! notorycznie pogłębiają.
Czy nie powinna nas zawstydzać sytuacja, w której jedynemi instytucjami biorącemi dziś na poważnie ludzkie słowo i przysięgi są ... banki ?
Niestety, jeśli małżonkowie zaciągnęli wspólne zobowiązania finansowe, takie jak kredyt hipoteczny, to nawet po rozwiązaniu małżeństwa oboje są za nie nadal odpowiedzialni. (..) W momencie gdy wyznaczona osoba zaprzestanie spłaty kredytu, drugi współkredytobiorca może zostać wezwany przez bank, do uregulowania zobowiązań. Były współmałżonek będzie musiał w takiej sytuacji zapłacić zaległą sumę, ale może później dochodzić spłaty długu od byłego partnera.
To banki zachowują się normalnie względem rozwodników, a nie reszta świata.
Napisałem owo zastrzeżenie, by wskazać, że mój dystans względem rozwodników nie ma charakteru absolutnego. Wyżej cenię postawę uczciwą, polegającą na staniu w prawdzie o sobie i swojem życiu niż chęć oszukania wszystkich dookoła, w tem - Pana Boga. Temniemniej przypadków unieważnień nie podważa się publicznie, bo zawsze nasza wiedza może być niepełna i nieprecyzyjna. Swoje możemy zaś myśleć, zwłaszcza jeśli nasi gorliwi "papierowcy" przed unieważnieniem doświadczyli związków na kocią łapę.
Kościół [posoborowy], jeśli prowadzi duszpasterstwo dla osób żyjących w związkach niesakramentalnych, [w teorji] czyni to w celu ich nawrócenia, czyli porzucenia przez nich grzechów śmiertelnych, w których się znajdują. Często przypomina to kwadraturę koła, bo trzydziesto- czterdziestolatkowie nie po to biorą "cywila", by tworzyć biały związek bez łączności seksualnej, ale być może uzyskają taką doskonałość przy końcu życia, np. po zakończeniu aktywności seksualnej.
Równocześnie rozwodnicy w ponownych związkach nie są przez Kościół dopuszczani do Sakramentów Świętych, są zachęcani do uczestniczenia biernego w życiu Kościoła. Jestem zdania, że podobnie powinno ich traktować społeczeństwo. Bowiem poza aspektem relacyj międzyludzkich, małżeństwo jest umową, w której obie strony publicznie przysięgają pewne rzeczy czynić, a od pewnych stronić. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach, by składać uroczystą przysięgę, niech jej nie składa. Ale gdy złożył, musi ponosić konsekwencje. zauważmy, że kościelna formuła małżeństwa dopuszcza separację osób, w przypadku, gdy jedna z nich rażąco złamie przysięgę. Wystarczy do tego czyn raz popełniony, nie jest konieczna jego stałość. Czem innem jest separacja, a czem innem - jedno- lub dwustronne powtarzalne łamanie przysięgi.
Osoby łamiące notorycznie jakąkolwiek złożoną przysięgę nie mogą być wzorem dla kogokolwiek. Mogą być najpularniejszymi aktorami, sportowcami, pisarzami, celebrytami telewizyjnymi czy innymi gwiazdupciami, ale pozostaje na ich reputacji i honorze skaza, którą to skazę oni sami! notorycznie pogłębiają.
Czy nie powinna nas zawstydzać sytuacja, w której jedynemi instytucjami biorącemi dziś na poważnie ludzkie słowo i przysięgi są ... banki ?
O tym, że kredyt bardziej wiąże niż milość, przekonało się tylko w minionym roku 61,3 tys. par. Małżeństwo się bowiem czasami kończy, kredyt - zawsze pozostaje...
Niestety, jeśli małżonkowie zaciągnęli wspólne zobowiązania finansowe, takie jak kredyt hipoteczny, to nawet po rozwiązaniu małżeństwa oboje są za nie nadal odpowiedzialni. (..) W momencie gdy wyznaczona osoba zaprzestanie spłaty kredytu, drugi współkredytobiorca może zostać wezwany przez bank, do uregulowania zobowiązań. Były współmałżonek będzie musiał w takiej sytuacji zapłacić zaległą sumę, ale może później dochodzić spłaty długu od byłego partnera.
To banki zachowują się normalnie względem rozwodników, a nie reszta świata.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



