Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł VI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł VI. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Julian Green nt kryzysu posoborowia (1974 - 1975)



19 stycznia 1974 - Kłopocze mnie dziś od rana list tyleż długi co cierpki, który napisał do mnie pewien integrysta. Lawina zarzutów, na niektóre z nich zasłużyłem, ale nie na wszystkie. Napisałem, że liturgia to nie rzecz zasadnicza. To jedna z moich głównych nieścisłości, lecz inne teksty ukazują jasno to , że chodziło mi o język liturgii: o francuszczyznę, która zajęła miejsce łaciny. Mea culpa. Autor listu wytycza proces nowej mszy nazywając ją dwuznaczną, to znaczy tak skomponowaną, że potrafi zadowolić katolików nie drażniąc protestantów. Przykłady są tu niepokojące: Najświętsza Dziewica jest na modłę protestancką nazywana Maryją Dziewicą, a nie błogosławioną Maryją zawsze Dziewicą, nazwa, którą uświęciły stulecia. Teksty francuskie modlitw nie wskazują jak teksty łacińskie na boskość Chrystusa. Masoni powiedzieliby: "Mamy naszą mszę i naszego papieża, pierwsza obali drugiego". Oto, co pisze ktoś do mnie, relata refero. Przyszły mi na myśl słowa matki Johna Brodericka, którą również dręczy nowa liturgia: "Może to nie jest msza, jaką lubimy, ale mimo wszystko to msza".

8 lutego 1974 - Zdumiewające decyzje Rzymu pogłębią jeszcze, obawiam się, rów, który oddziela Kościół posoborowy od integrystów. Kapłan będzie miał ponoć prawo pytać spowiadającego się penitenta, czy płaci podatki. Jest w tym ingerencja, którą należałoby zakwestionować, nie sądzę jednak, żeby te decyzje wprowadzono w życie. Kościół skłania się coraz wyraźniej ku zagadnieniom socjalnym. Zgadzam się absolutnie z tym, żeby interesował się sprawami socjalnymi, ale nie w konfesjonałach. A zresztą i konfesjonałowi grozi niebezpieczeństwo. W kościele będzie mogła odbywać się spowiedź publiczna i kolektywna zarazem (jakże więc mglista...) Rozgrzeszenie będą dawać za jednym zamachem, wszystkim i każdemu z osobna. Otóż, zważywszy na istotę natury ludzkiej, u wielu katolików położy to kres spowiedzi indywidualnej. Będzie się wraz z tłumem przystępowało do komunii, łudząc się, że otrzymało się rozgrzeszenie formalne i wystarczające - jak u anglikanów. Ale to tylko jeden z aspektów wielkiego ześlizgu Kościoła w stronę protestantyzmu. Gdzie się znajdziemy za dziesięć lat?

25 lutego 1974 - Księża nowego Kościoła dają dyrektywy w odniesieniu do spowiedzi takiej, jaką pojmuje się w przypadku spowiedzi indywidualnej. Oto kilka próbek, które znajduję w Esperance et vie. W momencie "wielkiego prania", penitent ma się zastanowić: "Czy jestem... indywidualistą? Jak ustosunkowuję się... do ekonomiki podziału? Czy interesuję się zagadnieniami politycznymi? Czy zgadzam się angażować w reformy strukturalne? Czy słucham interpelacji Ewangelii?"


7 marca 1974 - Myli się jakaś pani pisząc do mnie z pretensjami, że jestem przeciwny Kościołowi obecnemu. Kościół, jak trwał, tak trwa. Jestem przeciwny aberracjom zbzikowanych klechów - precz z gitarami i jazzem u stóp ołtarzy. Niech mi nie wmawiają, że wariackie innowacje kleru, który stracił głowę i nie słucha już papieża, to działalność Ducha Świętego. Jasne czy nie?

23 stycznia 1975 - Dowiaduję się z jakiegoś periodyku, ze mnisi tradycjonaliści z opactwa benedyktynów z Fontgombault skapitulowali i porzucają dawną liturgię, która była dla nich "racją bytu", jak powiada autor. Dalej mówi o Dziewicy nigdzie nie nazywanej świętą, przymiotnik, który odróżnia katolików od protestantów, a jest jeszcze zdanko niby to neutralne: "Każde zebranie winno rozpoczynać sie modlitwą cichą, wspierana przez Ojcze Nasz. Można dorzucić, jeśli kto chce, Zdrowaś Maryjo". Jeśli kto chce, ale nie za głośno! Chodzi o zebrania grupy Wierność i Tolerancja. Bez komentarzy.

25 stycznia 1975 - We wczorajszym "Le Figaro" ojciec Bruckberger wystapił z ostra reprymenda przeciw episkopatowi oskarżając go, ze faworyzuje wszystko co pochodzi od świata polityki, i prześladuje tradycjonalistów. Są tam zdania, które nie pozostaną bez echa. Napyskował im z furia. Chce, żeby za wszelką cenę zachować mszę św. Piusa V, której Paweł VI nigdy nie obłożył interdyktem, interdykt to wymysł episkopatu.

29 stycznia 1975 - Jean Denoel opowiada mi o księżach katolickich, co w niektórych kościołach obyczajem anglikańskim wkładają na siebie tylko albę i stułę, piękne to, lecz protestanckie. Dlaczego? Widziałem to przed wojną 1914 roku w kościele amerykańskim przy avenue George V. Na te dziecięce naśladownictwa protestanci mogą tylko wzruszyć ramionami.

30 marca 1975 - W telewizji benedyktyn pyta dominikanina: "Czy brat wierzy w Boga?" Odpowiedź: "Nie odpowiadam na pytania, które są workami na wszelkie szpargały". Słowa te wywoła wymiana poglądów na temat osoby Chrystusa. Ojciec Bruckberger był w białym habicie, co dało efekt znacznie silniejszy od wielu frazesów, ale Bruckberger zasługuje zawsze na to, żeby go wysłuchać. Rabin powiedział, że to prymitywny błąd brać Jezusa za rewolucjonistę, ponieważ nie sądził On, żeby ład ustalony za Jego czasów miał przetrwać, miał zniknąć prawie niebawem, jeśli więc był rewolucjonistą, to duchowo. Było kilka drżących wyznań wiary. Skoro ktoś ma odwagę powiedzieć: "Jezus jest Bogiem", ryzykuje, że okrzyczą go fanatykiem lub integrystą. Pytam ojca Dodin: "Gdzie jest Kościół?" Nie mogłem bowiem przypuszczać, żeby istniały dwa Kościoły i żeby pozostawiono nam wybór między nimi: między Kościołem soborowym a tradycjonalistycznym. Albo może mamy już schizmę? Spojrzawszy na mnie z powagą, wyszeptał, że obecny stan kościoła zobowiązuje nas do skupienia się w sobie i że będzie nam to policzone. Wierzy w schizmę de facto.

14 kwietnia 1975 - Odwiedziła mnie pewna panna wirtuozka, bardzo wierząca. Rozpacza nad strasznymi kłopotami Kościoła. W parafii zobaczyła na stole koszyczek wypełniony hostiami, a przy nim napis: "Jeśli chcesz przystąpić do komunii, weź hostię!" Bierze się hostię (nie konsekrowaną), trzyma się ją w palcach i podnosi w momencie konsekracji, a kiedy hostia zostanie tak na odległość konsekrowana, pożywa się ją.

20 kwietnia 1975 - Co do mszy francuskiej powiedział mi ojciec Dodin: "Nie może usiedzieć na miejscu: Nigdy jeszcze nie nadano jej formy, która pod każdym względem byłaby definitywna.

23 kwietna 1975 - Wróciwszy z mszy u klarysek, przy avenue de Segur, Denoel opowiada mi, co widział: w momencie komunii puszczano między obecnych koszyczek z konsekrowanymi hostiami. Każdy obsługuje się sam. Zobaczył, jak chłopiec mniej więcej szesnastoletni wziął ich garść i wsypał do kieszeni. "Zrobiło mi się słabo" - dodaje. Jeden z przyjaciół opowiada mi o biskupie Lefebvre, który w Szwajcarii prowadzi seminarium dla tradycjonalistów. Podobno wielu tam młodych.

4 maja 1975 - W "Le Figaro" wyjątek z książki Michela Mohrt „Les moyens du bord”, skąd przepisuję następujące słowa: "Haniebne kantyczki, jakie słyszę dziś w kościele, jeśli przypadkiem tam wstąpię, dają o religii pojęcie ogłupiające i wulgarne..." Otóż to. Nad tym co słyszałem dziś rano, można było zapłakać ze wstydu, chociaż uraczono wiernych bojowym Kyrie, tym razem gregoriańskim.

9 maja 975 - Seminarium integrystyczne biskupa Lefebvre zostało kanonicznie skasowane przez biskupa Lozanny, Genewy i Fryburga. Biskup Lefebvre, dawny biskup Tulle, protestuje przeciw neomodernizmowi i neoprotestantyzmowi w Kościele posoborowym.

19 maja 1975 - Eryk powiedział mi dziś, że wczoraj widział i słyszał w telewizji księży katolickich, pastorów protestanckich i ludzi świeckich rozprawiających o Duchu Świętym, duchowni coś tam bełkotali, a z wiarą, ogniem i bardzo dobrze przemawiał tylko człowiek świecki: był to Guitton.

21 maja 1975 - Dzisiejszy "Le Monde: przynosi z Rzymu wiadomość, od której ćmi się w oczach: charyzmatycy wyjednali dla siebie u papieża aprobatę i zachętę. To furtka otwarta dla wszelkich przejawów histerii kolektywnej lub indywidualnej. Na trzy dni przedtem - pisze Robert Sole, autor artykułu - jakiś biskup z Gwatemali, w czarnej sutannie i fioletowej piusce, w katakumbach św. Kaliksta "wciągnął kilki współbraci w szaleńczy taniec". Taka jest tonacja. Osobliwie to przypomina protestanckie reviwals, jakie przed wojną jeszcze widywano w Stanach wśród Czarnych. Religia jest gdzie indziej.

10 czerwca 1975 - Połowa katedry w Uppsali jest w remoncie. Ale widzieliśmy tę część dzięki przepustce. Za swoimi rusztowaniami i wielkimi jamami cienia przypomina las, gdzie śpią brodaci królowie w koronach statecznie leżąc na plecach, w długich futrzanych szatach, obok nich zaś małżonki - nareszcie milczące. Eryk chciał obejrzeć relikwiarz swojego świętego patrona; zazwyczaj tu jest, ale zabezpieczono go na czas robót. I to gdzie? W banku. Zdeponowali św. Eryka w banku.

10 sierpnia 1975 - Pewien duchowny przekazał mi deklarację księdza Coache, proboszcza Montjavoult (Oise), zdjętego ze swojej parafii za tradycjonalizm: "Pogodnie przyjmuję krzyż, który mi został ofiarowany, (ale) będziemy walczyć nadal o honor Pana naszego Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła świętego i niepokalanego... i nigdy nie pomylimy go z nową religią, która głosi szczęście ziemskie, uciechy, rewolucję i wolność wszelkich uczynków, która obala mszę, kapłaństwo, katechizm i wszystko, co nadprzyrodzone: to antyteza chrześcijaństwa". Takim tonem mówić trzeba o tych sprawach tak poważnych i tak niepokojących.

---
raz jeszcze dziękuję rebelyantom za przepisanie tych fragmentów. (Kr.)

sobota, 4 grudnia 2010

Recenzja książki: x. Alojzy Villa - Paweł VI - błogosławiony ?

Zebrany w książce materjał faktograficzny został podzielony na 8 rozdziałów odnoszących się do kluczowych idej pontyfikatu Jana Chrzciciela Montiniego (kult człowieka, otwarcie na świat, reforma Kościoła) oraz relacyj kierowanej przez niego wspólnoty z fałszywemi religjami, komunizmem i masonerją.



Pomijając drobiazgi o drugorzędnem znaczeniu, książka wiarygodnie przedstawia fakty. Podaje cytaty za źródłami, a więc wystąpieniami i oficjalnemi dokumentami podpisanemi przez Pawła VI. Opinję tę mogę odnieść do wszystkich rozdziałów za wyjątkiem traktującego o masonerji. X. Alojzy Villa opiera się tu na wielu zebranych osobiście świadectwach i artykułach gazetowych. Nie czuję się kompetentny w ocenianiu informacyj świadczących o masoństwie hierarchów takich jak Villot, Casaroli, Poletti, Baggio, Suenens, Koenig, Lienart, Bugnini czy Marcinkus. Nie potrafię ocenić sugestji, jakoby sam Montini został do wolnomularstwa przyjęty. Jednak w świetle pozostałych informacyj umieszczonych w tej książce i w innych źródłach, można z całą pewnością przyjmować, że ww. wdrażali w praktyce idee masońskie. Niczym innym nie jest "kult człowieka" proklamowany przez Pawła VI w dniu 7 XII AD 1965 w przemówieniu wygłoszonym na zakończenie Soboru Watykańskiego II.

Niewątpliwą wadą książki jest pewien chaos w przeprowadzaniu wywodu: niektóre cytaty i argumenty są kilkukrotnie powtarzane, a narracja nie jest prowadzona chronologicznie w omawianych obszarach. Oczywiście książka nie aspiruje do miana biografji Montiniego, Autor naświetla w niej niemal wyłącznie fakty świadczące na niekorzyść Montiniego, wywiązując się z konsekwentnie z przyjętej roli "adwokata diabła" w procesie beatyfikacyjnym. Pomija zatem np. relacjonowane przez innych tradycjonalistycznych autorów cierpienie Pawła VI z 2 połowy lat 70-tych i jego świadomość, że doprowadził Kościół na skraj upadku. Nie wiemy, czy był to czysto ludzki żal Judasza czy żal św. Piotra połączony z nawróceniem i zadośćuczynieniem. Ostatniego z wymienionych u Pawła VI nigdy się nie doczekaliśmy.

Polski wydawca dzieła, zacny Pan Marcin Dybowski, reklamuje tę książkę jako argument, który zatrzymał proces beatyfikacyjny Pawła VI. Jak wynika ze wstępu, w takim celu została ona napisana przez x. Alojzego Villę, b. współpracownika kardynała Ottavianiego a obecnie - konserwatywnego kapłana z włoskiej diecezji Brescia i wydawcę magazynu "Chiesa viva". Nie wydaje się jednak, by w czasach posoborowych jakiekolwiek argumenty rozumowe mogły być uznawane za decydujące.

Odpowiedź na pytanie, czy Paweł VI powinien być ogłoszony błogosławionym, nie jest chyba potrzebna w niniejszej recenzji. Już dziesiąta część argumentów przedstawionych przez x. Villę powinna być uznana za wystarczającą. Ciekawsze wydają się zatem inne pytania, jakie mogą wynikać dla czytelników dzieła, np. analiza porównawcza Pawła VI i jego duchowego syna Jana Pawła II. Szkicując odpowiedź wskazałbym na pobożność osobistą Jana Pawła II i zupełnie laickie myślenie Montiniego. Wskazałbym na wielką różnicę w charakterach: polski papież był osobą o wielkiej charyzmie osobistej, podczas gdy Pawła VI często i słusznie nazywano współczesnym Hamletem. Papież Montini miał świadomość klęski posoborowej wizji Kościoła już w 10 lat po Soborze Watykańskim II, podczas gdy Jan Paweł II do końca swojego pontyfikatu wypierał świadomość kryzysu Kościoła i wysławiał "Nową wiosnę Kościoła". Wreszcie, Jan Paweł II rozwijał wszelkie szkodliwe idee Pawła VI służące do zastąpienia katolicyzmu posoborowym "kultem człowieka" oraz kontynuował jego fatalną politykę kadrową, której jednym z głównych celów miało być wyrugowanie z urzędów kościelnych wszelkich hierarchów o poglądach tradycjonalistycznych.

Na koniec godzi się wspomnieć o błedach książki. Oto w Aneksie 1 przedstawiona jest papieska przysięga koronacyjna, jaką miał rzekomo złożyć Jan Chrzciciel Montini w dniu 30 czerwca 1963 r. Według mojej najlepszej wiedzy akt ten, zwany przysięgą św. Agatona nie jest składany przez papieży rzymskich przynajmniej od końca średniowiecza, nie ma żadnych śladów po niej np. w obrzędach koronacji Leona XIII AD 1878. Jest to typowy błąd części środowisk tradycjonalistycznych. Analogicznym jest powoływanie się na krytykujące "Kościół posoborowy" słowa, jakie miał wypowiedzieć kard. Wyszyński w homilji z dnia 9 kwietnia 1974 r. Instytut Prymasowski podaje inną wersję tego kazania, wskazującą, że według Kardynała pojawiają się interpretacje posoborowości, w których przeciwstawia się ją wcześniejszej postawie i dorobkowi Kościoła. Błędna, nieudokumentowana wersja cytatu pojawia się jedynie w polskiem wydaniu książki x. Villi, zatem obciąża ona wyłącznie Wydawnictwo "Antyk" i Marcina Dybowskiego.

p.s. wklejam ten archiwalny tekst, bo pasuje do tematyki innych wpisów na blogu. Oryginalnie pojawił się na Frondzie w kwietniu br.

czwartek, 2 grudnia 2010

Malachi Martin - The Final Conclave

Niedawno wydane po polsku „Klucze królestwa” o. Malachiasza Martina opisują pontyfikat Jana Pawła II. Zanim jednak zajmę się tą książką, postaram się przybliżyć Państwu inną publikację tego samego autora - The Final Conclave z 1978 r. Wpisuje się ona w nurt „clerical fiction” łącząc aspekt dokumentalny z fabularnym.



Pierwsza część Ostatniego konklawe to opis Kościoła czasów Pawła VI, układu sił pomiędzy poszczególnemi frakcjami oraz kilkuletnich przygotowań do konklawe mającego na celu wybór następcy Montiniego. X. Martin wyróżnia następujące grupy ścierające się w ówczesnym Kościele:

1) postępową, wśród której należy wskazać:
1.1) marxistów chrześcijańskich, optujących za sojuszem sierpa i młota z posoborowym stołem liturgicznym,
1.2) radykalnych teologów, pragnących zmian w praktycznie każdym obszarze nauczania Kościoła, począwszy od prymatu papieskiego i przyjmowania faktu Zmartwychwstania po nauczanie moralne nt. homoseksualizmu i aborcji,
1.3) charyzmatyków, polegających na osobistem doświadczeniu Ducha Świętego, komunikującego się bezpośrednio z każdym wiernym osobiście;
2) tradycjonalistyczną, pragnącą przywrócenia ładu kościelnego sprzed października 1958 r.;
3) konserwatywną, pragnącą zmian i modyfikacyj w Kościele, ale nie tak szybkich, jak wprowadzał Paweł VI;
4) radykalną – pragnącą odrzucenia wszelkiej doczesnej władzy przez papiestwo, oddzielenia się od dóbr materialnych instytucji na rzecz duchowości.

Na takiej mapie Kościoła Posoborowego samego Pawła VI należałoby zakwalifikować do … konserwatystów. Umiarkowanych. Miejmy to na uwadze.

Szkicując sylwetkę Montiniego x. Martin proroczo nazywa go pierwszym z papieży – pielgrzymów. Wskazuje, że poczynione przezeń innowacje w zakresie obecności głowy Kościoła w świecie, w mediach będą naśladowane przez jego następców i przyczynią się do wzrostu popularności katolicyzmu na świecie. Paweł VI był pielgrzymem, aby w inny niż dotąd sposób zainteresować religijnością ludzi na całym świecie. Skąd wynikała ta odmienność ? Z integralnego humanizmu, który przejął od swego przyjaciela Jakuba Maritaina. Wprawdzie w Ostatniem konklawe nie rozwinięto tego pojęcia, ale warto zauważyć, że idea ta była co do zasad tożsama z koncepcją „dobrego dzikusa” Jana Jakuba Rousseau, a więc zakładała, iż człowiek jest dobry z natury i będzie wybierał dobro oraz odrzucał zło, jeśli wskaże mu się różnice między nimi. W modelu tym Kościół miał więc skoncentrować się na czynieniu dobra i świadczeniu o prawdzie. To miało wystarczać do tryumfu Prawdy. Godzi się w tem miejscu zauważyć, że „humanizm integralny” ignoruje wpływ grzechu pierworodnego na duszę ludzką i na naturę człowieka. Rany te powodują skłonność do zła. Podsummowując tę postawę intelektualną należy stwierdzić, że ogół poglądów i działań papieża Montiniego wynikał z pobudek sprzecznych z misją papiestwa i Kościoła nauczającego, którą można w skrócie przedstawić dwoma zdaniami z Ewangelii: „Tyś jest Piotr, paś baranki moje” oraz „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody udzielając im chrztu w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen”.

Kluczowym problemem pontyfikatu Pawła VI była sprawa finansów watykańskich. AD 1969 zostały one powierzone przyjacielowi papieża z czasów mediolańskich Michałowi Sindonie. Drugą ważną na tym odcinku osobą był biskup Paweł Marcinkus. Panowie mieli za zadanie przetransferować aktywa Stolicy Apostolskiej z Włoch do USA i zarabiać na nich. Jak się to skończyło? Wprawdzie Montini aspirował do przywrócenia "kościoła ubogich" z pierwszych wieków katolicyzmu, ale wątpliwe jest, by spodziewał się, że sprawny dotąd w dziedzinie finansów Sindona tak bardzo przybliży go do tego ideału. X. Martin podaje, że łączne straty Watykanu mogły wynieść w tych aferach ok. miliarda dolarów. Afera Banku Ambrosiano, zasygnalizowana jedynie w książce, miała swoją kulminację w cztery lata po jej ukończeniu. Dodajmy dla porządku, że sam Sindona w 1979 r. zlecił zabójstwo prawnego likwidatora swoich banków a w marcu 1986 r. został otruty w więzieniu, w którym odsiadywał wyrok dożywocia. Nie od rzeczy jest wspomnieć, że duet Sindona - Marcinkus miał związki zarówno z włoską mafją jak i masonerią (słynną lożą P2). Czy wypłynęło z tej sprawy jakieś dobro? Niewykluczone. O. Martin podaje, że Paweł VI mógł rozważać rezygnację ze swej funkcji zgodnie z zasadami określonymi dla innych biskupów, to jest w wieku 75 lub 80 lat. Pierwotnym terminem zdarzenia wypadał zatem na rok 1972, a najpóźniej na rok 1977. Idea ta jednak nie mogła być zrealizowana z kilku powodów:
- po pierwsze, mimo tricku z cenzusem wiekowym, mającego na celu wyeliminowanie najstarszych i tradycjonalistycznych kardynałów, wciąż stanowili oni znaczącą frakcję, której przedstawiciel mógł osiągnąć większość podczas kolejnego konklawe;
- po drugie, już od 1972 r. rozwijała się afera Sindony;
- po trzecie, co łączy się ściśle z myślą pierwszą, rozwijał się na świecie ruch Tradycji katolickiej organizowany przez Arcybiskupa Lefebvre’a. Wypowiadał on to, co myśleli starzy kardynałowie, dostarczał nowych pokoleń wiernych podzielających poglądy uważane przez Montiniego za przestarzałe.

Nas jako tradycjonalistów szczególnie zainteresuje rys osoby Arcybiskupa Lefebvre’a Jawi się on w książce jako silny człowiek na trudne czasy. Sympatja Autora wydaje się być po jego stronie, choć stara się ją ukrywać za maską obiektywizmu. Uproszczenia teologiczne stosowane przez o. Martina są dopuszczalne i nie wypaczają obrazu rzeczywistości, podczas gdy szczegóły zanudziłyby 90 % czytelników. Możemy jednak wyczytać, że abp Lefebvre uznał 21 listopada 1974 r.” Sobór Watykański za fałszywy, Mszę Pawła VI za nielegalną a nauczanie posoborowych biskupów za obarczone błędami”. Wskazuję na tę konwencję, by uczulić potencjalnych czytelników i tłumaczy Ostatniego konklawe.

x. Malachiasz Martin streszcza począwszy od 1970 każdy kolejny rok przybliżający nas do konklawe. Opisuje je poprzez aktywności Pawła VI, jego najbliższych współpracowników oraz oponentów. Dowiadujemy się więc np. że AD 1973 sondował plan zmiany formy wyboru swego następcy poprzez z jednej strony: większą demokratyzację partycypacji przedstawicieli Kościoła Posoborowego – udział przedstawicieli Rad Stałych Episkopatów, z drugiej strony – udział w konklawe elektorów niekatolickich wywodzących się z kościołów prawosławnych. Propozycje te szczęśliwie nie spotkały się z niczyjem uznaniem, nie mogły też być dopracowywane i narzucone, bo wcześniej wywołane skandale angażowały dużo sił i uwagi Montiniego.

Zajmijmy się teraz nieco rozważaniami o układzie sił w kolegium kardynalskiem. Jednym z silniejszych sojuszy był pakt kardynałów z Europy Wschodniej i Ameryki Łacińskiej. Nie mamy wyjaśnienia, jak powstał, można tylko sądzić, że jego podstawą była akceptacja dla marxizmu; zatem tworzyli go z jednej strony latynoscy lewacy a z drugiej – sowiecka agentura. Układ ten został rozbity przez obawiających się marxizmu kardynałów amerykańskich, wśród których był Jan kard. Krol, abp Filadelfji. W naturalny sposób nawiązał on kontakt z rodakami, polskimi kardynałami i stworzył nowy ośrodek – Europy Środkowej . Polscy kardynałowie, w tem szczególnie wpływowy Wyszyński (nazywany złośliwie przez modernistów „papieżem Europy Centralnej”) i Wojtyła ciekawie uzupełniali się posiadając wpływy w innych grupach (odpowiednio: bardziej i mniej konserwatywnej) kardynałów z krajów sąsiednich. Amerykanie w oczywisty sposób nie wpływali natomiast na dobre relacje przedstawicieli Europy Środkowej z Afrykanami i Azjatami. Te głosy mogły się liczyć. Pakt ten wymierzony był przeciw kandydatowi włoskiemu. Dostrzeżemy tu pozorną sprzeczność, bowiem wśród Włochów było najwięcej tradycjonalistów, a animatorzy porozumienia - Krol i Wyszyński sami mieli podobne poglądy. Pakt ten był motywowany do działania przez samego Pawła VI, którego faworyt, kard. Pigdenoli rozwijał plan „otwierania” Kościoła na tak zwane: sprawiedliwość społeczną i prawa człowieka, które miały stać się integralną częścią Ewangelii.

We wrześniu 1977 r. odbył się w Rzymie synod, grupujący kardynałów, biskupów, prałatów oraz stanowiący również swoiste preludium do konklawe. Dominanta prezentowanych opinij uświadomiła kardynałom z krajów romańskich, jak poważnem zagrożeniem jest komunizm i jak wielu kościelnych VIPów jest jego paputczikami. Na niższych szczeblach hierarchji ludzi zarażonych tą chorobą było jeszcze więcej niż w kolegium kardynalskiem.

Na początku 1978 r. siły poszczególnych frakcyj przedstawiały się następująco:
- tradycjonaliści – 50,
- konserwatyści – 35,
- postępowcy – 26,
- radykałowie – 9,
co łącznie dawało liczbę 118 hierarchów posiadających czynne i bierne prawo wyborcze. O ile x. Martin trafnie ocenił, że tego roku Paweł VI umrze, to dodajmy, że podczas każdej z elekcyj papieskich owego roku głosowało 111 elektorów (kard. Jan Wright głosował jedynie w październiku).

W książce wskazano następujących papabili: Perykles Felici (tradycjonalista), Sergiusz Pigdenoli, Paweł Bertoli, Sebastjan Baggio (konserwatyści), Jan Willebrands (kandydat paneuropejski); frakcje postępowców i radykałów nie miały zatem jednoznacznych liderów, którzy mogliby aspirować do wyboru na Stolicę Świętą.

Druga, dłuższa część książki zawiera opis samego konklawe. Występują w niej kardynałowie ukryci pod fikcyjnemi nazwiskami, mający rysy charakterologiczne i poglądy rzeczywistych postaci. Nie bawiłem się w tworzenie kompletnej listy ułatwiającej odczytywanie książki, bowiem wiemy, że dialogi te są fikcyjne. Powstały przed sierpniowem konklawe. Napiszmy jednak, że część nazwisk łatwo jest dopasować, nawet jeśli nie jest się specjalistą od Kościoła lat 70-tych: Riccioni oraz Vasari to duet – Siri i Felici; Bonkowski – Wyszyński; Karewsky – Wojtyła; Franzus – König; Angelico – Chappi. Występujący bardzo często kard. Thule dobrze pasuje mi do Villota, ale z drugiej strony Villot powinien być utożsamiany z Kamerlingiem, który pełni w książce jedynie funkcję techniczną, nie ma własnych poglądów, choć cały czas rozmawia z wszystkimi na boku.

Części tej nie ma sensu streszczać, opisywane tu są rozmaite tricki, rozmowy i szantaże, które mogą być elementem każdego konklawe. Relacja x. Martina powinna być traktowana jako wiarygodna, bowiem on sam uczestniczył w dwu konklawe(1958-1963) jako tłumacz. Problemy, o których dyskutują kardynałowie, są bliskie tradycjonalistom, bowiem dotyczą spraw, o które walczymy (misja Kościoła, relacje z fałszywemi religjami, etyka chrześcijańska, doktryna społeczna, stosunek do komunizmu). Jednak dla przeciętnego współczesnego posoborowego katolika byłaby to dość niewdzięczna lektura. Nie rozumiałby reakcyjności kardynałów i ich zainteresowania „marginalnemi” problemami, np. Mszą trydencką. Pokazuje to również, jak zmienił się Kościół na przestrzeni tych trzydziestu kilku lat. Doświadczamy zatem, że Kościół nie poszedł w kierunku naszkicowanym przez x. Martina w Ostatniem konklawe. A jak skończyło się według niego to konklawe ? Nie chcę ujawniać szczegółów książki, ale zdradzę, że lepiej niż każde z konklawe roku Pańskiego 1978 …

poniedziałek, 29 listopada 2010

Zapiski Juliana Greena (1970 - 1973)

A oto fragmenty "Dziennika" Juliena Greena odnoszące się do lat 1970 - 1973

6 grudnia 1970 - Oto słowa, które wyczytałem w nowym mszale w nagłówku drugiej niedzieli Adwentu: "W pragmatyzmie materialistycznym społeczeństwa dotkniętego bezwładem swoich struktur, decydujące mutacje mogą wyjść tylko z percepcji quasi profetycznej umysłów dociekliwych, zestrojone bardziej z przyszłością aniżeli z przeszłością, w której krystalizują się ukryte aspiracje całości". Ciekaw jestem, dla kogo przeznaczony jest ten abstrakcyjny żargon, i co może zeń zrozumieć ktoś o skromnym wykształceniu. Do kogo zwraca sie mszał? Do tak zwanych intelektualistów czy do maluczkich? Czy to język Ewangelii? Ale nie chcę zajmować się dłużej tymi okropnościami.

10 listopada 1970 - W Wersalu sześć tysięcy "milczących" manifestowało przeciw wyskokom niektórych księży, odśpiewując Credo po łacinie. Jacques Petit powiedział mi, że biorą mnie za integrystę; opinia sumaryczna, a więc nieścisła, lecz interesują mnie "milczący".

14 listopada 1970 - "La France catholique" opublikowała artykuł o knowaniach przeciw Kościołowi wewnątrz samego Kościoła. Jak zaprzeczyć, że Kościół dzisiejszy, we Francji przynajmniej, nie potwierdza już podczas mszy, iż Chrystus jest współistotny z Ojcem? Kościół mówił to i głosił w ciągu długich stuleci, a dziś spostrzegł się, że wierni nie rozumieją przymiotnika "współistotny". A czy rozumieją lepiej tajemnicę Świętej Trójcy albo tajemnicę Obecności Rzeczywistej? Ale mówi się coraz mniej o bóstwie Chrystusa i cudach, które czynił, aby swoją boskość potwierdzić. Ariusz dogląda swojej nauki katechizmu.

17 grudnia 1970 - Pięciu znakomitych teologów francuskich wystosowało do biskupów list - przed ich plenarną konferencją w Lourdes - prosząc, żeby w Credo nie zastępowali słowa "powszechny" słowem "katolicki". Bo i rzeczywiście, słowo "katolicki" to rodzaj granicy między Kościołem założonym przez Chrystusa a innymi Kościołami chrześcijańskimi, ale gdyby tę granicę zatrzeć, utworzyłyby już tylko jeden Kościół, w którym Kościół katolicki utraciłby swoje cechy odrębne. Tę powolną pracę wykonuje pewien odłam kleru, żeby Kościół rozszerzał się i rozpływał wśród mas.

22 grudnia 1970 - Dziś rano w "Le Figaro" notatka o liście zbiorowym - wspomnianym wyżej - na temat słowa "katolicki". Obawiają się, że nowy Kościół przyjmie słowo "powszechny". Zgadzając się wciąż na nowe ustępstwa, Kościół traci coś ze swojego autorytetu i zaciera się jego oblicze. Będzie to jedna z klęsk naszej epoki. Ta wędrówka ku protestantyzmowi, który nie żądał odeń aż tyle, skończy się rozdarciem świata katolickiego. Widzę, jak ono już się dokonuje, spoglądam z rosnącym niepokojem jak rozszerza się to zaślepienie.

19 lutego 1971 - Wczoraj w wielkiej księgarni. Książki poświęcone dzisiejszej religii. Unosi się z tych dziełek pisanych językiem chwiejnym i często nader pretensjonalnym zapach - mógłbym powiedzieć - odór niemal zwątpienia. Wszystko poddane wątpliwościom: Obecność Rzeczywista, bóstwo Chrystusa, nieomylność papieża. Nie widzę już dla siebie miejsca na tym świecie brutalnym i nudnym zarazem.

18 marca 1971 - Dziś rano rozmowa z ojcem Guissard, z gazety "La Croix". Usiłowałem określić dokładnie swoją obecną sytuację. Nie istnieją dwa Kościoły katolickie, istnieje tylko jeden, ten który nazywają nowym Kościołem, będącym jednak mimo wszystko Kościołem odwiecznym, tyle że ma nowe oblicze, w którym jeszcze rozeznać się trudno.

20 marca 1971 - Młody katolik powiedział mi, że przystąpił do komunii nie wyspowiadawszy się przedtem, chociaż miał grzechy na sumieniu; staje się to coraz częstsze. Dodaje, że utracił już poczucie grzechu...

26 marca 1971 - Ojciec Guissard przesłał mi tekst naszej rozmowy o Kościele. Nic dodać, nic ująć. Gdyby istniały dwa Kościoły, wybrałbym ten, którego głową jest papież. Nie chcę umrzeć jako schizmatyk.

13 sierpnia 1971 - Wczoraj około piątej po południu, w cudownej kaplicy przy rue du Bac, Anna wysłuchała mszy odprawianej przez azjatyckiego księdza w jakimś nie znanym jej języku. Czy ktokolwiek mógł tę mszę zrozumieć? Łacina dziś odrzucona, byłaby tu ogromnie pożyteczna. Wczoraj po południu, zakonnice od Świętego Wincentego a Paulo - była ich setka - zaintonowały głosami prześlicznie czystymi Adoro te, pieśń, która zawsze była mi droga. Następnie Tantum ergo, po czym błogosławieństwo Przenajświętszego Sakramentu. Z czułością słuchałem tych łacińskich hymnów, które przywróciły mi nagle Kościół mojej młodości...

21 października 1971 - Dziś rano u Świętego Tomasza z Akwinu, msza bliska tak jak to tylko możliwe dawnej mszy łacińskiej, a chór i organy powyżej przeciętności. Doznałem ogromnej radości, odnajdując wielkie fragmenty tej mszy tak mi drogiej, z ową zaś radością chwycił mnie nowy poryw. Powiedzą mi zapewne, że jestem sentymentalny, sądzę jednak, iż osiągając w ten sposób to, co zowią afektem, dotykamy czegoś głębszego.

10 grudnia 1971 - Jeśli chodzi o Kościół wstrząśnięty burzą, po której nie łatwo odzyskuje grunt pod nogami, powiem kiedyś - ale dlaczego nie miałbym powiedzieć nie czekając - że pozostanę mu wierny, dopóki papież będzie nauczał tego, w co wierzyliśmy zawsze.

17 grudnia 1971 - Rozmawiałem wczoraj z pewnym duchownym na temat dawnego Kościoła. "Kocham go i nikt mi tego nie wyperswaduje - powiedziałem. - Mnie też nie" - odparł. Dawny Kościół był piękny, surowy i miał wielki autorytet; nie wchodził w parantelę z żadnym innym Kościołem. Nowy nie ma jeszcze oblicz, wielkiego autorytetu nie zyskał jeszcze, jego siła przyciągania wydaje się wciąż słaba w porównaniu z tą jaką odznaczał się Kościół wczorajszy, możliwe jednak, iż to wszystko zmodyfikuje się z czasem.

Nowy Kościół... Nie kocha się dwa razy w życiu, tak jak ja kochałem Kościół dawny, o którym nie mówi się już nawet, gdyż milczy się w jego kwestii, i uważam to za przykre. Zupełnie jak gdyby się go wstydzono i chciano utopić w zapomnieniu.

24 grudnia 1971 - Ktoś powiada mi, że w jednym z największych kościołów paryskich jakiś ksiądz oznajmił, że Ewangelie nie są historyczne. Renan miałby skromniejsze wymagania. A wierni słuchali grzecznie. Mój informator, który doniósł mi o tym ważnym fakciku po prostu opuścił kościół (przez małe k). Mam wrażenie, że kler igra czasami z naszą wiarą.

31 stycznia 1972 - Przed kilkoma miesiącami wraz z setką pisarzy, artystów, muzyków, uczonych, duchownych protestanckich i katolickich (angielskich niemal bez wyjątku) podpisałem list do Ojca Świętego z prośbą, by nie dopuścił, żeby łacińska msza św. Piusa V zniknęła z naszego chrześcijańskiego patrimonium. Wśród sygnatariuszy był Henry de Montherland. Przed paroma dniami nadeszła odpowiedź na ręce, o ile wiem, arcybiskupa Westminsteru, pozwalająca na "okazjonalne" odprawianie rzeczonej mszy. Jeśli o mnie idzie, cieszę się mniemając, że za wszelką cenę należy zachować tę mszę zarówno piękną, jak szacowną.

12 lutego 1972 - Odwiedził mnie wczoraj pewien profesor, katolik, któremu zadałem pytanie tak często nasuwające mi się na myśl: "Co pan sądzi o tym, co dzieje się w Kościele?" Zasępił się i w odpowiedzi padły dobrze znane mi słowa: niepewność zamęt, smutek. Chyba spośród wszystkich katolików zapytanych o to, dwoje tylko wydało mi się całkowitymi zwolennikami dzisiejszego Kościoła.

6 marca 1972 - Byłby we mnie bogaty materiał na integrystę. Mam książkę dziś arcyrzadką, dawny mszał, Paroissien romain, a strzegę jej niczym smok strzegący skarbu. Szukam, i mam do tego prawo, kościołów, gdzie niektóre partie mszy odśpiewuje się jeszcze po łacinie, gdzie nie sroży się "muzyka" nowoczesna i gdzie odnajduję trochę owego Kościoła, ku któremu z miłością zdążałem za młodu, kiedy porzuciłem protestantyzm. Kościół, który stał się Kościołem wczorajszym, zapewne, pozostał żywy w najlepszej części mojej jaźni, składam więc hołd wiernego serca tej opuszczonej wielkości, to wszystko jednak, co uczynić mogę i nie posunę się dalej. Mogę powoływać się jedynie na Kościół, którego głową widzialną jest papież, bo tego właśnie nauczał mnie Kościół mojej młodości. Ale choćby najmocniejsze było moje przywiązanie do przeszłości, pokładam wielką ufność w Kościele dzisiejszym, gdyż jest dziedzicem obietnic Chrystusa. Niemniej, protestuję ze wszech sił przeciw machinacjom, jakich dopuszcza sie pewna część kleru, którą uważam, za nieodpowiedzialną: pragnę jej odejścia, bluźnierstwa tych ludzi budzą grozę. Moim przekonaniem jest, iż Kościół oswobodziwszy się od tych podejrzanych elementów, w których nie sposób rozpoznać katolicyzmu, odzyska pewnego dnia swój autorytet i swoje prawdziwe oblicze będące niekłamanym obliczem Chrystusa, wzniesie się ponad światem, skąd ja już zapewne odejdę.

6 kwietnia 1972 - Nie ma mowy, żebym oddalił się od Kośćioła, który Kościołem pozostaje, ale drogi, jakimi dziś podąża, dają mi do myślenia. Chcą rozdzielić Kościół i Ewangelię, Skoro Ewangelia wystarczy, po co właściwie Kościół? Tak rozumują ci, którzy chcą go zniszczyć. Nie uda im się, groźne jednak jest to, że wróg uderza na Kościół nie z zewnątrz, ale właśnie od wewnątrz. Istnieje w Kościele drugi Kościół będący kościołem Szatana.

1 maja 1972 - "La France Catholique" (koniec kwietnia 1972) cytuje słowa, jakie do uczniów klasy filozofii wypowiedział pewien ksiądz, który odprawiał dla nich mszę: "Święta Dziewica i święty Józef zdolni byli zrobić dziecko". Oto dlaczego rozsypuje się w gruzy i rozsypać się musi część Kościoła. Przetrwa Kościół prawdziwy lecz uszczuplony.

8 maja 1972 - Podobno Kościół usiłuje swoją liturgię zrekonstruować na wzór liturgii Kościoła pierwotnego, jak gdyby odtwarzając skutki miał nadzieję wskrzesić przyczynę: wiarę pierwszych czasów. A skądinąd tanio sprzedał bogactwa duchowe, jakie liturgia rozwijając się wnosiła w świat katolicki. Nie chciano Kościoła statycznego, zmumifikowanego, Kościoła z XIX wieku. Niebezpieczeństwem byłoby zastąpić go Kościołem statycznym z III wieku.

15 sierpnia 1972 - Poszedłem na mszę do Świętego Tomasza z Akwinu, odprawia się ją tam teraz po francusku. Celebrował młody ksiądz, Murzyn; o twarzy i głosie dziecka. Zagubił się w ogromnym mszale i nie mógł znaleźć Credo, przewracał kartki to w jedną, to w drugą stronę, trafił w końcu na właściwą i pojechał dalej. Co do muzyki wtórującej śpiewom wiernych, jest płaksiwa, brzydka, smutna.

22 października 1973 - Tej niedzieli na mszy w kaplicy cesarskiej Hofburgu. Mieliśmy na szczęście bilety, gdyż na paradnym dziedzińcu Fischera von Erlacha czekał bardzo długi ogonek. Dla mnóstwa wiedeńczyków bez względu na przekonania polityczne religią jest Mozart, Beethoven bądź Schubert. Kaplica jest spora i nader gotycka, lecz nazbyt odrestaurowana, jak mi się wydało. Wiele złoceń, wiele figur świętych. Jesteśmy o pięć, może sześć rzędów od ołtarza, a ścisk tu niebywały. Księża nadchodzą z głębi, bracia zakonni w czarnych sutannach i białych komżach. Celebrans ma na sobie prześliczny ornat gęsto haftowany w róże, ogród na piersi i na plecach; diakoni - zielone dalmatyki z zielonymi wstęgami u rękawów. Mszę odprawia się w całości po łacinie (z wyjątkiem modlitw za nasze czasy). Na lewo od ołtarza ze dwunastu młodzieńców w komżach intonuje śpiew gregoriański. Na chórze - dzieci i muzykanci. Gloria, Credo, etc. buchają wspaniałym wołaniem: to Msza koronacyjna Mozarta. Sopran w Glorii przypominał mi kosa z "schubertiady". Chóry, niemal nadludzko piękne, wydają się odsuwać grzeszników i wzywać jedynie sprawiedliwych, nie mają - zauważył Eryk - owej miłości dla grzeszników, jaką napotykamy u Schuberta. Wysłuchał mszy nieruchomo, nadzwyczaj uważnie, bo to taka msza, jaką lubi, msza kościoła "tryumfującego", z kwiatami i kadzidłem, i owym wzniosłym gromem śpiewu, który bije w stropy.

Jakże ja odnajduje w tym wszystkim moją młodość i jej wzloty! Ale przecież to zawsze msza. Nie można powiedzieć, że msza w języku potocznym zamiera na stopniach tego ołtarza, ona nie wchodzi tu nawet. Msza niemiecka stoi pod drzwiami, gdy tymczasem msza łacińska włada u Habsburgów.

25 listopada 1973 - Credo w Missa solemnins Bacha. Eksplozja Resurrexit, ten wybuch radości, który przyprawia o drżenie, wiara tryumfująca, uniesiona radością, jaką znaliśmy, a która jest dziś tak tragicznie zagrożona. Bronimy się wśród zmierzchu.

2 grudnia 1973 - Ojciec Dodin opowiada mi, jak pewien młody ksiądz z nowego Kościoła, ksiądz w golfie, pojawił się u komunistów i oznajmił, że chce wstąpić do partii. Odpowiedzieli, że nie chcą go, gdyż nie nosi ani krzyża, ani żadnej innej odznaki, po której dałby się rozpoznać. "My nie wstydzimy się naszej partii, przeciwnie."

piątek, 19 listopada 2010

Z memuarów Juliana Greena (1964-69)

Dzięki uprzejmości bardzo zacnego Rebelya-nta Pana Antoniego i za jego ZGODĄ umieszczam tu szereg cytatów zaczerpanych z „Dziennika” znanego amerykańskiego pisarza i poety tworzącego w języku francuskim Juliena Greena (1900 – 1998). Twórca ten w wieku 16 lat nawrócił się na katolicyzm, był bardzo świadomy zarówno wyznawanej wiary jak i swoich ludzkich ułomności. Wiedział, jak bardzo jest mu potrzebne sacrum do utrzymania łaski uświęcającej i nie mógł pogodzić się z jego redukcją w tworzącym się na jego oczach Kościele Posoborowym.



Oto, co widział w Kościele francuskim (część pierwsza wyboru, lata 1964 - 1969; dalsze części doprowadzą nad do 1975 r.):

8 lutego 1964 - Kleryk zapytany przez mnie (dlaczego? Ależ musiałem coś powiedzieć, rozmowa się rwała) o lekturę mistyków, odpowiada bez namysłu: "Nie czytuję ich. Czytuję Rousseau". Jacy księża wyrosną z tych oszalałych romantyków?

6 czerwca 1964 - "Zajmij się konfesjonałem - powiedział Ariusz do Pelagiusza - a ja zajmę się katechizmem." W świecie roku 1964 mówią nam o moralności, energii, woli, odsuwając na bok nadprzyrodzone. Analizuje się teksty Ewangelii, by zbadać, jakim człowiekiem był Chrystus. Jego boskością interesują się mniej, interesują się mało. Nie mówię, że to objaw ogólny - ale często spotykany, to atak. "Odbóstwiają Boga" - powiedział mi Fumet. W tym tkwi istota prześladowań. Nie w tym rzecz, by wypowiedzieć katolikom wojnę. Nieprzyjaciel wetknął nogę (co najmniej) w drzwi i rozsiewa dywersję. Katolicyzm jest atakowany od wewnątrz. Nie trzeba obozów zagłady. Inaczej się do nas dobrano. Jad fałszywej ideologii wsącza nam się, kropla po kropli, do ucha - jak ojcu Hamleta wsączano truciznę, kiedy stary król drzemał.

12 kwietnia 1965 - Moja siostra powiedziała mi wczoraj, że w głowie jej się mąci od nowinek, które lęgną się w Kościele francuskim i że traci w nich rozeznanie. Odparłem, że chwilami trawi mnie taki sam niepokój i że nie jesteśmy w tym odosobnieni. Ciekaw jestem, czy to do tego właśnie Kościoła przystąpiłem jako konwertyta w 1916. Bernanos twierdził, że to błąd wpuszczać wszystkich tak łatwo do fortecy Kościoła, bo ryzykuje się wpuszczeniem piątej kolumny, i to niebezpiecznej.

6 maja 1965 - Jeden z przyjaciół mówi mi o zmianach posoborowych w Kościele i pośpiechu z jakim ich dokonano. "To - powiada - wynik czterech wieków skostnienia, rewolucja, która nastąpiła, obaliła zbyt wiele rzeczy, podobnie jak w roku 1789 ancien regime runął ze swoimi wadami i zaletami." Nie wydaje mi się, by msza w dwóch językach zdołała długo przetrwać…

19 października 1965 - Katoliczka spowiada się księdzu, że opuściła mszę. Odpowiedź: "To nie ma znaczenia". Powiedziała później, iż uczuła, jak chwieje się jej wiara.

17 czerwca 1966 - Odwiedził mnie młody zakonnik amerykański, po krótkim pobycie w Maastricht w Holandii. W tamtejszym klasztorze eksperymenty z mszą nowego stylu. Zaczyna się od ofiarowania. Do słów "To jest ciało moje" dorzuca się: "Dla tych, którzy w to wierzą" - a to jest już czysty kalwinizm. Skasowali spowiedź indywidualną. Wystarczy spowiedź powszechna, po niej przystępuje się do komunii jak u protestantów. Mój gość oświadcza, że niepokoi go przyszłość wiary - przynajmniej w Holandii.

16 lipca 1966 - Oto, co powiedział mi pewien ksiądz holenderski. Niedawno, pod koniec mszy, w jakimś mieście w Holandii, ksiądz ujrzawszy hostie pozostałe w cyborium rozkazał ministrantowi: "Wyrzuć je". Istotnie, według owego księdza obecność rzeczywista zanikła, skoro nie było już więcej przystępujących do komunii.
21 stycznia 1968 - Myślałem o dzisiejszym Kościele tak nagim, tak ubogim w porównaniu z dawnymi świetnościami. Przypomina coraz bardziej Kościół protestancki, taki jaki znalem za mojego dzieciństwa.

14 kwietnia 1968 - Antykwariaty w Nogent zapełnione przedmiotami pochodzącymi z kościołów - których nasi nowocześni proboszcze nie chcą już: stare jedwabne kapy, rzeźbione tabernakula z XVIII wieku, gipsowi święci, św. Antoni Padewski, św. Roch. Smutek tych przedmiotów wyrzuconych jak i wierzenia, których były symbolami, do lamusa.

21 września 1968 – Wspomniany wyżej benedyktyn, mówił mi, że od czasu Soboru protestanci nie postąpili ku nam ani kroku, ale śmieją się i powiadają: „Trzeba wam było czterech stuleci na przeprowadzenie tej waszej reformy, no, ale macie ją wreszcie!” Mówi mi także, iż w Holandii niektórzy katolicy żądają od swojego proboszcza formalnej deklaracji na piśmie, że wierzy w Obecność Rzeczywistą.

4 października 1968 - Wczoraj znajomy dominikanin pokazał mi w amerykańskim periodyku zdumiewającą fotografię. Dziewczyna przebrana za bajaderę, w powiewnych szarawarach i muślinowych szalach jak Loie Fuller, tańczy jak szalona, z głową odrzuconą do tylu i nogą zadarta pod sufit. Za nią długa ława, siedzą na niej księża w ornatach i przypatrują sie tancerce. Tańczy podczas Ofiarowania, tańczy Ofiarowanie. Jest zakonnica, nazywa sie sister Tina. Rzecz sie dzieje, jak należało sie spodziewać, w Ameryce, w Chicago, powiada mi zakonnik. I dorzuca łagodnie: "Powariowali".

8 listopada 1968 – Dziś rano w kościele ksiądz porównał mszę do auta: karoserię tworzy całość liturgiczna, a Kanon to silnik. Oto jak się dziś mówi.

29 grudnia 1968 – Dziś rano we wsi między Megeve a Sallanches msza jazzowa. Z pięciu młodych ludzi gra i odśpiewuje msze w rytmie tanecznym. Kołyszą się w biodrach i strzelają z palców śpiewają „Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu”. Mniejsza z tym, ci chłopcy na pewni mają wiarę i wierzą, że jej służą. Ale jak z odpowiedzialnością młodego proboszcza, który wygłaszając kazanie o nieszczęściach tego świata (Biafra etc.) ani razu nie wymienia Boga? Ograniczył się do dyskretnej aluzji na temat Przewodnika (skoro jesteśmy w górach) i zagadka ta oznacza Chrystusa. Podobnej muzyki słuchałem niegdyś w Waszyngtonie przechodząc – było to w letnie noce – obok kościołów, gdzie gromadzili się i śpiewali Czarni.

5 kwietnia 1969 - Trzy dni temu papież powiedział, ze istnieje w Kościele "ferment praktycznie schizmatycki". Słowa te szeptano, ale nikt nie ośmielał się wypowiedzieć ich głośno, on powiedział je wreszcie. Schizma jest tym, czego obawiam sie od lat. Zarzucano mi, ze nie powiedziałem nic osobliwego na temat otwarcia Vaticanum II, ale nie miałem podówczas natchnienia, by wyśpiewać alleluja, przewidując jakiś - nie wiedziałem jaki - nieład.

29 czerwca 1969 - Odwiedził nas Maritain, niebyt zadowolony z mszy odprawianej po francusku; modli się przez ten czas, powiada nam. Tak zresztą czyniono w średniowiecznej Francji. Powiada mi, ze tylko benedyktyni w Solesmes i Fontgombault pozostali wierni tradycji i ze powołania są tam nader liczne.

20 lipca 1969 - W książce Renaudina o Benedykcie z Canfeld relacja nader szczegółowa o jego nawróceniu i wizjach wyjątkowo enigmatycznych. Mówię o nim dlatego głównie, że Kościół przyciągnął go tym co dzisiaj próbują unicestwić: "Kiedy ujrzałem uroczysty ceremoniał sumy... Kiedy widziałem ołtarz starannie przystrojony i bogato ozdobiony, kiedy widziałem mnóstwo świec na ołtarzu... liczne i uroczyste procesje, nie mogłem nie zobaczyć niby w zwierciadle, ze szczególnym nabożeństwem, piękna, wspaniałości i majestatu waszego Kościoła świętego..." Mówi to protestant, protestant anglikański nawrócony za Elżbiety (...) Przybywszy do Francji w roku 1586, mieszkał w Douai, w Reims i w Paryżu, gdzie wywarł znaczny wpływ. O muzyce religijnej powiada tak: "Kiedy słyszałem jak brzmi niezrównana i boska harmonia dobrze nastrojonych organów i melodyjne głosy wyśpiewujące w kościele hymny i kantyki waszych aktów dziękczynnych, moje serce drżało z radości... Dzięki nim prawda rozlewała się w moim sercu." Renaudin wspomina, że św. Augustyn płakał słuchając śpiewania hymnów liturgicznych. Dziś płakałby może również, ale z innego powodu... Wyrzucono za płot ogromny skarb piękna muzycznego, piękna skłaniającego do nawróceń, piękna wciągającego i zastąpiono je melodiami haniebnie płaskimi.

15 września 1969 – Znajomy ksiądz powiada mi, że w Saint-Germain-des-Pres odbyła się prywatka, po której znaleziono w tabernakulum butelki od schweppesa.

22 listopada 1969 - Papież zachęca nas, żebyśmy "nowy rytuał przyjęli z radosną ciekawością... "Czytam w artykule Jeana Prasteau ("Le Figaro Litteraire"): "Wielu wiernych zżyma się na wygnanie dawnych ołtarzy.. A jednak wydaje się, iż większość katolików zaaprobowała te puste stoły z krzyżem i świecami jedynie..." Ja nie.

Pisze do mnie pewien zakonnik: "Tracimy właśnie młodzież, podobnie jak mówi sie, że w zeszłym stuleciu Kościół utracił klasę robotniczą. Młodzież, jako całość, odstępuje od Chrystusa... Jakie przed nami jutro? Dusza bowiem, która porzuci Chrystusa, nie ma już nic, co powstrzymałoby ją od rozpaczy".

28 listopada 1969 - Ojciec Cognet zaniemógł na serce, martwi mnie to. Śmieje się z rzadka, on niegdyś przecież taki wesoły, mówi wiele, sądzi, że w nowej mszy są momenty uzasadnione tym, że znajdujemy je w nabożeństwach luterańskich. "Ależ ja nie jestem luteraninem!" - Żachnąłem się na to. Nastąpiło uciążliwe milczenie. Zmienili religie.

2 grudnia 1969 - Czytam "La France catholique" z 28 listopada. Gerard Soulages pisze tam coś, co oddaje klimat naszych czasów. "Chrześcijaństwo jest mitem, a msza celebrowaniem mitu, nauczał pewien kapelan, d u s z p a s t e r z s t u d e n t ó w (podkreślenie moje). Pewien zakonnik zainaugurował rekolekcje słowami: "Moje siostry, jak widzicie, nie pokłoniłem się Przenajświętszemu Sakramentowi. To już należy do przeszłości". Przeorysza stuka kosturem, przerywając mówcy: rekolekcje skończone. Dalej wyjątek z listu: "Wyrzuca się dziś wiele balastu z łodzi św. Piotra, to zaś wywołuje wielki zamęt."

sobota, 30 października 2010

ku pamięci Józefa kardynała Mindszenty'ego

Chciałbym zaprosić Państwa do wizyty w małej galerji poświęconej niezłomnemu Prymasowi Królestwa Węgier Józefowi kardynałowi Mindszenty'emu.

Pierwsze zdjęcia pochodzą z wnętrza budapesztańskiej bazyliki św. Stefana, konkatedry diecezji Ostrzyhom-Budapeszt.


Wśród nich pragnąłbym wyróżnić relikwię prawicy świętego króla Stefana:


Następne zdjęcia pochodzą z wystawy pamiątek po Kardynale Mindszentym, która była prezentowana w bazylice w latach 2007-2009.


Ostatnie zdjęcia pochodzą z Ostrzyhomia i pokazują Bazylikę św. Wojciecha


LINK DO GALERJI